Czołgam, więc jestem

Jakiś czas temu poinformowano o tym, że sąd ukarał Uniwersytet Szczeciński za opóźnienia w postępowaniu habilitacyjnym (tu linka). Moim zdaniem bardzo dobrze się stało.

Po pierwsze, postępowanie pokazało absurdalny stan rzeczy dotyczący opłat za habilitację. On jest absurdalny z dwóch powodów. Po pierwsze, absurdalne jest to, by uczelnia płaciła z własnej kieszeni za prowadzenie postępowania habilitacyjnego osoby niezwiązanej z nią. Nie ma żadnego powodu, by, powiedzmy, Uniwersytet Szczeciński wybulił 20+ tysięcy złotych za to, że ktoś 'z ulicy' ma ochotę zrobić habilitację.

Jednak podobnie absurdalne jest to, by osoba, która chce się rozwijać naukowo, płaciła za tęże habilitację. Jeśli polityka naukowa państwa polega na tym, że państwo oczekuje od delikwenta habilitacji, to niechże państwo za tę habilitację zapłaci. Nawiasem mówiąc, skoro państwo uznało, że uczelnie mają płacić za studia doktoranckie, nie ma, moim zdaniem, powodu, by nie rozciągnąć tego na habilitacje.

To, że w większości przypadków za habilitację płacą uczelnie, nie ma żadnego znaczenia. Skoro muszę mieć habilitację, by np. promować doktoraty, to bariera finansowa w postaci opłaty za stopień jest według mnie niesprawiedliwa.

I mamy pat, w którym obie strony mają rację. Jednak im szybciej sprawa zostanie rozwiązana systemowo, tym lepiej.

Druga, równie ważna sprawa, na którą zwrócił uwagę sąd, to zwlekanie z prowadzeniem postępowania. I omawiana sprawa to tylko jeden z wielu, wielu przypadków, w których określone przepisami terminy traktuje się jako coś w rodzaju luźnej aspiracji. W omawianej sprawie, zwlekanie wynika prawdopodobnie z braku opłaty, jednak uczelnie zwlekają, bo mogą.

Omawiałem na tym blogu wielokrotnie postępowania trwające rok, a nawet i dłużej. Znam dwa przypadki recenzji, które zajęły recenzentowi ponad 2 lata. 2 lata!!! To skandal nad skandale i tak naprawdę recenzowany doktorant czy profesorant (bo chodziło o recenzję doktorską i profesorską) powinien pozwać recenzenta w związku z utraconymi dochodami.

A przy okazji nie chodzi przecież tylko o utracone dochody. Chodzi o to jakże naszopolskie przyzwolenie na przeczołganie osoby w postępowaniu awansowym.

Niestety, wątpię, by uczelnie potraktowały poważnie wyrok, który zapadł. x-anci nadal nie będą pozywać uczelni choćby ze względu na strach przed konsekwencjami. Tym bardziej cieszę się z wyroku w omawianej sprawie. Oby takich spraw więcej.

Protestuję

Mój post, pierwszy w nowym roku, jest protestem! Otóż protestuję, że do mnie nikt nie zadzwonił. Od kilku dni nie rozstaję się z telefonem. Przestałem używać noża, żeby tylko nie uronić niczego ważnego, a tu nic.

A chciałbym powiedzieć, że należy mi się status przynajmniej pólcelebrytka akademickiego! I jako taki półcelebrytek, uważam, że powinienem dostać telefon w sprawie szczepień. Lubię p. Jandę, ale czy ona ma bloga? Czy piętnuje i naprawia naukę? Nie. A ja mam i uważam, że szczepionka poza kolejnością należy mi się, jak kobiecie w ciąży spożywczy. Jak honorowemu dawcy czekolada!

Jak tak nie dzwonili., postanowiłem zrobić gambit Millera. Niby przez przypadek, jak b. premier Miller, postanowiłem zadzwonić do lekarza po leki. Pomyślałem, że w sekund trzy usłyszę, panie profesorze, przygotowaliśmy dla łaskawego pana szczepionkę z rzutu VIP/C, zapraszamy, jeśli tylko panu obowiązki blogerskie pozwolą. Ja już miałem przygotowane przemówienie dziękujące, które w świetle kamer chciałem wygłosić. W sensie że służba nie drużba, dziś do lasu muszę iść, rozszumiały się szczepionki na szczycie.

Najpierw chrząkam porozumiewawczo, konował nic,  kaszlę przeciągle, konował ani du-du. No to pytam uprzejmie, czy nie ma mi nic więcej do zakomunikowania, a on nadal nic. A ja wreszcie, że szczepionka się należy. Kolejki są dla zwykłych ludzi, bylejakich, nie takich jak ja. Z habilitacjo i wogle. I wiecie, że to chamidło nie uległo!

No to może, chwytam się w rozpaczy ostatniej deski celebryckiego ratunku, że chociaż królikiem doświadczalnym zostanę. Krysia J. też się tu poświęciła dla ojczyzny i współobywateli. Wystawiła nadobne ramię, by zaliczyć cios igłą dla naszego wspólnego dobra. I powiem nawet, że jak to przeczytałem, to się dumny z Krysi poczułem. Ba, ja się nawet trochę zaszczepiony poczułem – tyle to dobrego zrobiło. Jedną malutką szczepionką nie dość, że nic nie ubyło, ale ja odporności nabyłem. tak oceniam, ze na jakieś 100 jednostek wirusowych starczy. Niewiele, ale zawsze….

No więc pomyślałem, że i ja ten szczepionkowy krzyż poniosę. Aż mnie trochę zgięło na samą myśl. Może by Krystyna J, jak, nie przymierzając, św. Weronika, i ryją by obetarła jakąś szmatą, gdy ten krzyż będę targał. Znów dla Narodu coś zrobi. Jak pomyślałem, to aż chciałem poskandować sobie: Janda, Janda, Janda.  A po zagranicznego by było Dżanda, Dżanda, Dżanda….

Niestety, gdy roztaczałem tę wizję narodu, za którego wycierpię nakłucie, jakoś rozmowa się zaczynała rwać. Że niby ego i mam się młotkiem walnąć. Cham jeden.

No więc postanowiłem zaprotestować! Czym byłaby ojczyzna bez blogu habilitant2012’a? No czym?

No właśnie.

Może nawet na ulicę wyjdę. Ale to już rano. Dla impaktu.

Nowe średniowiecze

To mój ostatni wpis w tym roku. Nie będę podsumowywał tego roku, on się wymyka wszelkim podsumowaniom i podoba mi się okładka Time’a. To był najgorszy rok. Ever.

Time magazine declares 2020 worst year - Time magazine declares 2020 worst  year ever - 112.international

Warto jednak przypomnieć, że w tymże roku nastał nam minister, który stał się przedmiotem apelu o ostracyzm. To inicjatywa bez precedensu i choć nie przyniesie spektakularnego skutku, to małe lokalne skuteczki – być może.

Pojawił się też nowy list otwarty przeciwko szczepionce, ja z kolei usłyszałem od kliku lekarzy, że nie będą się szczepić. Dlaczego? Bo się boją się zaczipowania, zmiany w DNA, a poza tych internetach to widzieli osobę, która 'padła' po szczepionce.

Argumenty, że ich smartfon jest znacznie lepszy od zaczipowania, że chyba nie do końca rozumieją, jak działa szczepionka i czy naprawdę jedna osoba na juciub wobec już kilkuset tysięcy zaszczepionych, jest tym kluczowym argumentem przeciw, spływają jak po teflonie. I nie mówię tu o lekarzach młodych, mówię o lekarzach ze specjalizacją, pracujących na blokach operacyjnych i OIOMach.

Na swym blogu prof. Pluskiewicz pyta, dlaczego ludzie są przeciwni szczepionkom i słyszy od, podobno, profesora medycyny, że on się nie zaszczepi, bo stworzenie szczepionki trwa 5 lat i ani dnia krócej. I wszyscy teraz czekamy na to, który polityk zaszczepi się przed kamerami, bo przecież oni to naprawdę wiedzą, co się dzieje i czy są te czipy czy nie.

Tak się zacząłem zastanawiać, czy jeśli lekarz nie wierzy w medycynę/naukę, to powinien być lekarzem. Mam też nieodparte wrażenie, że idziemy pełnym krokiem do nowego średniowiecza, z magią maseczek noszonych pod brodą i lekarzami, którzy będą nas czarowali, a nie leczyli. Byle w zgodzie z klauzulą czarodziejskiego sumienia, rzecz jasna.

Życzę więc wszystkim czytającym i komentującym (a jest Państwa bardzo dużo!) nie tego, żeby rok 2021 przyniósł radość, pomyślność i pokój na Ziemi. Tego ostatniego i tak nie będzie, a radość i pomyślność na pstrym koniu Enceenie jeżdżą.

Życzę  Państwu nowego roku, w którym się zaszczepimy i będziemy mogli odetchnąć. Obyśmy dalej mogli spotykać się na tym blogu, kłócić i zgadzać, nadal w tonie ogólnoprzyjaznym….

Do zaszczepionego nowego roku!

 

 

 

Zwycięstwo kakałka

Za chwilę koniec roku, postanowiłem więc zamknąć rok 2020.

W mojej skrzynce czekają na reakcję m.in. listy o

  1. „podejrzanej”  habilitacji z matematyki na AGH
  2. o sprzedawaniu dętych certyfikatów uczelniom, które je na dodatek kupują
  3. o „przekrętach” finansowych na UAM (to kolejny już mail)
  4. o nierzetelności naukowej profesora medycyny
  5. o nieistniejących publikacjach habilitanta.

Wszystkie otrzymałem w ciągu ostatnich 2-3 tygodni i mnie zdołowały Mam bowiem wrażenie, że przez  9 lat istnienia tego bloga nie zmieniło się nic. Po 9 latach wyśmiewania recenzji koleżeńskich,  piętnowania plagiatów, wytykania nierzetelności, nasi  koledzy oraz nasze koleżanki nadal czynią z nauki polskiej obraz nędzy i żenującej rozpaczy.  Ręce i nogi opadają…..Napiszę o części z tych rzeczy w przyszłym roku…..

Zakończę jednak akcentem szaleńczo optymistycznym. Otóż cytowany tu nie raz prof. Galasiński postanowił się podzielić swoimi wynurzeniami na temat punktów za publikacji oraz oceny parametrycznej. Na koniec pisze:

„Tak, wybierzmy mniejsze zło. A przy okazji wybierzmy nasz wszechświat równoległy, w którym kolega nie może skrytykować kolegi, krytyka to personalny atak, a recenzja to ciepłe kapcie, w których grzejemy się przy ogniu koleżeńskiej uprzejmości. Nie wiem, czy dożyję, ale połudzę się jeszcze, że również polska nauka uzna, że ostra, a nawet agresywna, rzetelna i uczciwa recenzja wynika z zatroskania o to, co robimy. To właśnie taka ocena jest w interesie nas wszystkich. Znieśmy punkty, zacznijmy się uczciwie oceniać.”

Życzę prof. Galasińskiemu jeszcze wiele lat życia w zdrowiu i radości. Jednak przy całej sympatii, jeśli chce się połudzić, to będzie właśnie żyć w ułudzie. Prędzej piekło zamarznie niż my ocenimy naszych nieocenionych panów Zenona i Zygmunta oraz wybitne panie Krystynę i Małgorzatę inaczej niż na oceny najlepsze. Bliższa koszula ciału, a Zenek z Kryśką wydziałowi.

Postanowiłem też pomóc w dawaniu odporu.

Nie będzie tu jakiś prof. besserwisserstwa niestosow(a)nego, Galasiński pluł nam w twarz ni badaczy, szczególnie samodzielnych,  nam tumanił jakąś rzetelnością czy czymś tam. Ocena jest po to, żebyśmy byli najlepsi, rzetelnie jest wtedy, gdy wygrywamy!  Dajmy więc odpór wymądrzającemu się panu G. wskazując nasz wybitny (czasem i 20-punktowy!) dorobek, za pomocą  którego niesiemy kaganek nauki i oświaty w Polskę, gdzie dzięcielina biała, gryka innego koloru, a pan Natenczas Wojski nadal gra na rogu. Niesiemy go właśnie po to, żeby nigdzie stało się gdzieś, Panie Profesorze Mądraliński. Zatkało kakało?

Epistolografia otwarta

Ludzie listy piszą, tylko nie wiadomo po co. Ostatnio pojawiły się dwa listy otwarte.

Pierwszy, zdecydowanie bardziej irytujący, to list w sprawie szczepionki na Covid19 (nie daję linka, żeby nie popularyzować szkodnictwa). Oczywiście, jak kto chce, nie sobie pisze listy otwarte, zamknięte i uchylone. Jednak drażni mnie bardzo, gdy inicjatorem listu w sprawach czysto medycznych, jest politolog, który nawet nie udaje, że się nie zna.

I teraz tak. Załóżmy przez chwilę, że apelujący koryfeusze mają rację, i szczepionka rzeczywiście zmieni nasze DNA, zaczną nam łuski rosnąć i życie na Ziemi zmieni się nie poznania. Jeśli jednak mają takie podejrzenia, to zakładam, że oni, jako to naukowcy, napisaliby natychmiast do czasopism takich jak Lancet czy NEJM, które publikowały już na ten temat. Jestem przekonany, że taki list zostałby natychmiast opublikowany, a świat przejrzał by na oczy, a my byśmy znów byli centrum (wszech)świata i wszyscy chcieliby polskie habilitacje.

Ba, oni od razu wysłaliby list do rektora Oxfordu, wskazując, że jego współpraca z AstraZeneca jest skandalem nad skandale. Tak by zrobili naukowcy. Aż trudno sobie wyobrazić przecież, że ci naukowcy,  nie chcą ocalić ludzkości całej przed katastrofą.

Ci jednak koryfeusze nauki postanowili napisać do prezydenta. A ja się zacząłem zastanawiać, po co. Prezydent ma napisać do Pfizera? Przecież on nie ma zdania na ten temat. Od tego są badacze, najlepiej ci od wakcynologii, prób klinicznych i epidemiologii. Politologię można w tym wypadku o kant pewnej części ciała roztrzaskać. Przy okazji, to samo można zrobić z medycyną, która zamiast badania prowadzić, listy otwarte pisze.

Nawiasem mówiąc, już kilkoro sygnatariuszy się wycofało z podpisu, bo okazało się, że myśleli, iż podpisują co innego.

Drugi list otwarty zacytowano już w komentarzach. Tym razem jest to list otwarty profesorów i tylko profesów. Jak wiadomo, profesorowie to ludzie ważni i mówią ważne rzeczy. I nie należy rozwadniać, rozmiękczać, tudzież robić innych rzeczy doprowadzających do kontaktu słów profesorskich z werbalnym badziewiem nieprofesorów.

Nie będę się tu pastwił nad samym listem. Moim zdaniem jest, nie wiem, jak to ładnie powiedzieć, głupi. Jak można napisać:

Działania te mają doprowadzić do zmiany wizerunku osoby godnej najwyższego szacunku w kogoś współwinnego odrażających przestępstw.

No przecież najpierw należałoby poczekać z ustaleniem, czy jest czy nie jest współwinny, nie? Ale ja się nie chcę wypowiadać (a przynajmniej nie na tym blogu) na temat JPII, tego, co robił czy nie robił. Bez względu na to jednak, jakie są moje poglądy, takiego listu nie podpisałbym i uważam go, co więcej, za szkodliwy.

Wielokrotnie pisałem tutaj, że uważam zaangażowanie środowiska w politykę, nazwijmy to, pozaakademicką, za błąd. Uważam, że profesor jako profesor nie powinien się wypowiadać na tematy polityczne (wiem, wiem, to czasem jest bardzo rozmyte), wspierać stanowisk politycznych czy partii. Dlatego krytykuję kilku rozpolitykowanych profesorów (sam zresztą politykowania nie uniknąłem w przypadku strajku kobiet – no i git).

Profesorski list w obronie byłego papieża jest listem, który pokazuje, że wbrew deklaracjom, prawda jest obojętna. Papież wielkim papieżem/Polakiem/intelektualistą był. A jak nie był? No jak nie był, skoro był, mówią nam profesorowie świeccy i inni.  Wiecznie żywy Gombrowicz by się uśmiał setnie.

Ten list otwarty pokazuje środowisko akademickie jako silnie zideologizowane. „Swoich”, lubianych przez nas, bronić będziemy nawet listem otwartym. Tych mniej lubianych zawsze możemy uwalić na doktoracie czy habilitacji. Wszak idzie o to, żeby wyszło na nasze.

Na zakończenie dwie mądrości.

  1. Trzymajmy się z dala od polityki. Szczególnie teraz, w czasach, kiedy polityka bierze kilof i idzie walić nas i nasze miejsce pracy. Na oślep.
  2. Nie uważam, by sygnatariuszy tych listów należałoby karać czy napominać. Nie, moim zdaniem, należy ich wyśmiać. 

Koniec i bomba, kto pisze listy otwarte, ten trąba.

 

 

Za daleko od mediany i smaku

Uniwersytet Warszawski nie ma ostatnio dobrej prasy. Niestety, najnowszy cios swojej uczelni zadał jej nowy rektor. Oto doniesiono, że rada uczelni pozwoliła rektorowi kontynuować pracę w radach nadzorczych, konsultacjach i ogólnie być 'blisko biznesu', jak się powiedział rektor Nowak. Jak dla mnie to to trochę za blisko.

Po pierwsze uważam, że miesięczne wynagrodzenie rektora w wysokości 36 tysięcy nie jest wygórowane. Powiedziałbym nawet, że gdyby było i ze dwa razy wyższe, uważałbym je za stosowne. Rektor UW zarządza prestiżową  instytucją o wielomilionowym budżecie, której losy powinny interesować przeciętnie wykształconego podatnika. Jednak uważam również, że z tego powodu Pan Rektor powinien całą swą uwagę poświęcić właśnie zarządzaniu tąże uczelnią. Wyobrażałem sobie również, ze rektor UW po prostu nie ma czasu na inne zajęcia spędzając w pracy przynajmniej kilkanaście godzin dziennie.

No ale, ktoś powie, rektor ukończył kurs zarządzania czasem, ma doskonałych zastępców i innych funkcjonariuszy, którym może przekazywać wiele swych obowiązków, skupiając się na strategii. Argument nie jest głupi, jednak jestem na niego gotowy.

Powiem wprost. Otóż uważam, że to  żenujące, gdy rektor najlepszej polskiej uczelni, dorabia na boku. Co prawda, nie na zmywaku, stacji benzynowej czy podając piwo, jednak, tak po prostu, ma boki. Rektor który prosi o to, by mógł sporządzać opinie i recenzje,  wskazuje moim zdaniem, że jego priorytety są zaskakująco nie tam, gdzie powinny być. Obawy te zresztą zgłosiła również rada uczelni, dając małego prztyczka w rektorski nos.

Chciałbym przy tym zaznaczyć, że ani nie sugeruję, ani nie  implikuję, że rektor Nowak robi coś niezgodnego z prawem (jego duchem czy  literą). Wbrew przeciwnie, wszystko jest cacy. Ja jedynie twierdzę, że to kurde nie wypada.

Rozumiem oczywiście, że nieobca nam wszystkim  jest chęć zarabiania więcej, wszak wszyscy mamy zobowiązania finansowe, z których chcemy się swobodnie wywiązywać. Jednak podjęcie stanowiska rektora niesie i musi nieść pewne konsekwencje. I jedną z tych konsekwencji musi być, moim zdaniem, koniec dorabiania. W zamian dostajemy wielką władzę i możliwość przejścia do historii. Nie życzę rektorowi Nowakowi źle, jednak obecnie ma szansę przejść do historii uczelni jako rektor, co dorabiał. Nie wiem, czy jest czego gratulować.

Ale….nie samą władzą człowiek żyje. Mam więc pewną sugestię. Otóż rozumiejąc dylemat finansowo-rektorski, apeluję do UW, by podniosła rektorską pensję tak, by on nie chciał/nie musiał już dorabiać. Przestańmy myśleć o tym, że jesteśmy na uczelni wypełniać misję. Każdy z nas, gdy przestaną nam płacić, przestanie przychodzić do pracy. Rolą pracodawcy jest to, by zmotywować pracownika, w tym rektora, do wytężonej pracy. Proponowałbym nawet, by skalibrować tę pensję na poziomie szefa firmy o podobnym budżecie. Tak, byłyby to duże pieniądze.

Warto jednak pamiętać, że rektor uczelni brytyjskiej zarabia średnio ze 30 tysięcy funtów miesięcznie. To też oznacza, że zarabia ok 13-krotnie więcej niż brytyjska mediana.  Najlepiej zarabiająca rektor w UK (Imperial College) bierze otrzymuje 45 tysięcy funtów miesięcznie (220 tysięcy PLN), co daje nam ok 18 razy więcej niż mediana. Nasz biedny rektor Nowak zarabia ledwie 9 razy więcej niż mediana ( a ma 4 razy więcej studentów niż Imperial, wiem, wiem…).

Z tego zresztą wynika, moim zdaniem, ciekawy problem profesjonalizacji stanowiska rektora. Czy rzeczywiście rektorzy powinni być kadencyjni i wybierani? Czy nie lepiej byłoby zatrzymać doskonałego rektora, płacąc mu sowicie, jeśli uczelnia pod jego zarządem rozwija się? Ale to inna historia.

 

Na Berdyczów

Gdy czytam kolejny artykuł Marka Wrońskiego z jego „Z archiwum nieuczciwości naukowej”, zastanawiam się, jak on to robi. Powiem inaczej, nie jestem w stanie zrozumieć, że jemu się po prostu chce.

W najnowszym numerze Forum Akademickiego 187. i 188. tekst w rubryce i ten pierwszy odbiera chęć życia. Oto pisze Wroński o Uniwersytecie Gdańskim (tak, tak, nie o Wyższej Szkole Humanistyki, Techniki, Fizyki i Astrologii im Zgniłej Truskawki), o porządnym polskim uniwersytecie, który tuszuje, zamiata pod dywan, udaje, że nic się nie dzieje.

Urzekł mnie fragment o plagiatorze na stanowisku prorektora, o którym Wroński pisze:

Autor wycofał i umorzył postępowanie profesorskie oraz przeszedł na emeryturę. Dyscyplinarne postępowanie wyjaśniające prowadził dr hab. Mariusz Bogusz z Wydziału Prawa i Administracji UJ. Potwierdził liczne zarzuty zapożyczeń, ale uznał je za „przewinienie mniejszej wagi”, nie skierował wniosku o ukaranie do komisji dyscyplinarnej i zarekomendował zaledwie upomnienie rektorskie.

Tak po prostu. No przecież to jest, do cholery, jakaś kompletna niczym nie zmącona masakra. Skandal w biały dzień. Czy można się dziwić, że kilka lat później na tym samym Uniwersytecie Gdańskim był rektor, którego plagiat wyszedł na jaw, bo rektor stwierdził, że habilitacja to za mało. On chce jeszcze być profesorem….i nikomu nie przyszło do głowy powiedzieć: Dość. Nie damy rady więcej.

Ale chociaż recenzenci się wstydzą. To już coś, nie?

Wracając do Wrońskiego, to mam wrażenie, że wali on głową w mur, jest w tym osamotniony i ja go za to podziwiam. Gdy obserwowałem rosnącą liczbę komentarzy pod poprzednim wpisem, dostałem maila, że powinienem coś napisać. Zgodziłem się i pomyślałem, że po prawie 9 latach istnienia tego bloga nie zmieniło się nic. Ale to pół biedy, mój blog to małe piwo. Nawet nie chcę myśleć w kategoriach tego, że ten blog miałby coś zmieniać, szczególnie w porównaniu z zasięgiem i sławą red. Wrońskiego. I ja podziwiam to, że mu się chce. A już kilkakrotnie Wroński pisał, że on nie wie, w co ręce włożyć. 

A może lepiej napisać tak. To nie Wroński przegrał, nie habilitant2012 przegrał, przegraliśmy i przegrywamy wszyscy. Zalewa nas rzeka chamstwa, nieuczciwości, bylejakości. A my przecież to elita, panie. Żadna ze mnie Kasandra, ale będzie jeszcze gorzej. Wydaje mi się, że stanęliśmy na równi pochyłej i ktoś nam podłoże olejem wysmarował. I tak się ślizgamy w dół, chcąc, nie chcą. Możemy tylko obserwować ruch w dół.

Mam też wrażenie, że nasze listy zaczęto już przekierowywać na Berdyczów.

PS. Podobno pesymista to optymista dobrze poinformowany.

 

 

Rektor Wergiliusz ma o jedno dziecko mniej

Strajk kobiet się nie kończy, brzydkie słowa latają jak jak jaskółki, a tu nagle uczelnia w Rzeszowie zwalnia dr. Zająca (ale nie z etatu, ale zabiera mu jedynie godziny). W swym oświadczeniu Uczelnia twierdzi, że nie akceptuje tego typu języka wśród swoich wykładowców. Rektor Wergiliusz podkreśla, że nie o poglądy mu idzie, ale o język. Cytuje z dr. Zająca:

„jesteś tak płaska jak deska w klozecie. zrobili ci widze aborcje mózgu”.
„nic dziwnego dlaczego żaden mężczyzna nie patrzy na ciebie. wiory wystają z tego pustego łba; typowa tirówa”
„nie zrozumiesz, bo usunęła ci matka mózg”
„Ale tępa jesteś. Idz spać, bo śmierdzisz”

I tu jest coś ciekawego. Otóż gdy się tyle płatków śniegu poobrażało na 'wypierdalać', w cytowanych wypowiedziach speca od lotnictwa nie ma słów powszechnie uznanych za wulgarne. A jednak myślę, że ojciec Wergiliusz postąpił jak najbardziej słusznie.

Mam zatem dwa pytania. Pierwsze jest oczywiste – czy dr. Zająca powinniśmy bronić, bo przecież mamy wolność słowa (dodałbym, że coraz wątpliwsze to dla mnie). Po drugie, a co jakby nasz ekspert lotnictwa potraktował swych rozmówców czasownikiem 'wypierdalaj', o które również tu kłóciliśmy się.

Cieszy mnie, że moje poglądy nie zmieniają się. Otóż, dr Zając może sobie gadać, ile chce, ale dr Gołąbek może nie chcieć, by to, co ten pierwszy mówi, szło na konto uczelni.  Gdybym miał dzieci uczące się w Uczelni Gołąbka, przyjąłbym jego decyzję z ulgą.

Nie trzeba tu lingwisty, by wiedzieć, że słowa wykładowcy są nastawione tylko i wyłącznie na to, by obrazić. Chciałbym myśleć, że człowiek po doktoracie, nawet z lotnictwa, jest w stanie znaleźć argument, a nie krzyczeć, że rozmawia z brzydką kobietą. Usiłowałem znaleźć zdjęcie pana doktora, żeby popatrzeć na jego wykutą z marmuru szczękę, dziesięciopak prężnie odznaczający się na koszuli pod garniturem marki Kiton. Niestety, nie udało mi się znaleźć zdjęcia rzeszowskiego Adonisa.

W każdym razie tym się właśnie moim zdaniem różnią wypowiedzi dr. Adonisa od hasła 'wypierdalać'. to drugie nie obraża, może poza tymi  z  nadwrażliwym poczuciem smaku. Słowa akademickiego lotnika tylko obrażają. I nie powinno być na nie miejsca na porządnej uczelni.

 

Spełnienie marzeń

Dostałem kolejny list od mojego dość już wytrwałego antyfana. Pan antyfan pisze:

Niezły z pana hipokryta. Rzeczywiście nikt nie napisał złego słowa o panu, czy też że jest chamem, bo wszystkich inaczej myślących pan banuje. Gratuluję poczucia humoru i wiary w swoje brednie

Tu była odpowiedź na ten list, ale ją skasowałem.  Gdy zobaczyłem jeden z komentarzy o anonimowym glanowaniu, pomyślałem, że jeśli ta odpowiedź tak może zostać odebrana, to znaczy, że jej nie powinno być. Jednak zostawiam list, który dostałem, jako kolejny z wielu takich, które dostałem.  Tak, swoim postem chciałem wyśmiać maile z inwektywami, z oskarżeniami o banowanie wszystkiego, co się rusza. Może lepiej nie wyśmiewać jednak.
Zakończę więc marzeniem na poważnie. Marzy mi się pisanie tego blogu bez korespondencji z inwektywami. Kto chce, czyta, kto nie chce, nie czyta, proste jak budowa cepa. Przecież ja nie zmienię tego, jak wygląda ten blog dlatego, bo ktoś napisze, ze jestem kretynem, chamem, bucem oraz członkiem męskim.  Mi się głównie nie podoba pewien blog pedagogiczny, ale naprawdę nie wypisuję do autora inwektyw. Po prostu go nie czytam, przy okazji doceniając niesamowity zasięg jego bloga.
Marzy mi się też blog bez wzmożenia moralnego. Kto chce, pisze, kto nie chce, nie pisze. Ale proszę darować wpisy o tym, że bycie na tym blogu uwłacza. No jak uwłacza, to proszę się nie kalać.
Na tym blogu pojawiła się polityka. przez wiele lat unikałem tego, no ale przestałem. Nie da się. W tym duchu więc, dodam na koniec, że mamy (celowo używam tej formy) prezydenta-elekta USA. Mamy też wiceprezydenta/tę-elekt/ę USA. Ciekawe, jak na nią będziemy mówić w Polsce (choć o veepach dużo się nie mówi). Wczoraj słuchałem też krótkiej debaty, kim będzie mąż pani Harris. Skoro jest first lady, to może on będzie first gentleman.  Ktoś zasugerował 'first dude', ale to się chyba nie przyjmie.
PS. pozajączkowało się formatowanie. Jeśli ktoś zna wordpressa i potrafi mi powiedzieć, co się stało, byłbym wdzięczny.

Daj ać ja pobruszę….

Liczba komentarzy pod poprzednim wpisem przyrasta w tempie błyskawicznym. Trzeba coś napisać, a mnie się głowie kręci. Parę dni temu chciałem napisać o reakcjach uniwersytetów, dziś mam wrażenie, że to już stare dzieje.

Dzisiaj czytam, że dr hab. Paweł Skrzydlewski uznał, że protestujący nie są Polakami i trzeba ich przykładnie ukarać. Nie wiem, czy chłosta wystarczy czy też bardziej wyrafinowane tortury będą potrzebne. Jakieś dyby, łamanie kołem czy co? Jak średniowiecze, to średniowiecze pełną gębą.

A tak w ogóle, proszę państwa, to protestujący to  grzesznicy. Nie przeszkadza mi to za bardzo, trochę się nawet cieszę, bo nie mam poczucia, że na co dzień żyję niebezpiecznie (nawet w mieście ograniczeń prędkości za często nie przekraczam), a teraz to czuję się, jakbym na linie balansował.

Piekło – niebo – piekło – niebo.

I odnoszę wrażenie, że stwierdzenie, że świat zwariował, to nic nie powiedzieć. Mam nadzieję, że chociaż  studenci PWSZ w Chełmie wreszcie będą mogli oglądnąć swego wykładowcę w pełnej krasie. Może by z jakimś toporem zapozował? Nie mogę się też powstrzymać, by nie wspomnieć pewnej doktorantki, która uważa, że wolność kobiety kończy się w ciąży, ale szybko okazało się, że chodzi o dietę. Uff. 

KRASP, który jest od niedawna na Twitterze (nie, nie zaobserwował mnie), co jest już przejawem świata na opak, okazuje się grupą jastrzębi, która wprost odpowiada obecnemu ministrowi i przypomina, że nie jest on od karania uczelni za to, że korzystają ze swej autonomii (oj zatęsknimy za Gowinem). Tu ich oświadczenie.

Blogerzy akademiccy nie prześcigają się jednak w pisaniu o protestach, choć z kronikarskiego obowiązku odnotowuję wpis prof. Śliwerskiego, już jednak prof. Pluskiewicz, który otwarcie wspierał niemiłościwie nam rządzących, nie dostrzegł problemu.

Prof. Kaniowska, rektor UAM, jest w kłopotach po tym jak jej zarzucono dyskryminację 'bezbronnych chorych dzieci'. No to kilka tysięcy osób, z informacji, które dostałem, podpisało się pod listem wspierającym ją (tu więcej informacji). Mam wrażenie, że UAM wypadł najlepiej w konkursie na najlepiej reagujący uniwersytet. Może to jednak dlatego, że zarządza nim kobieta.

Na koniec donoszę, że zwycięzcą mojego prywatnego konkursu na hasło protestów jest autorka hasła:

Uśmiałem się setnie. I jak ktoś mi jeszcze raz powie, ze brzydkie słowa są zaprzeczeniem finezji, to ja mu osobiście sfinansuję młotek do pukania się w zakuty łeb, żeby wreszcie przestał pieprzyć.

Na koniec drugi powiem, że w ostatnich dniach znacznie wzrosła liczba odsłon. Nikt też nie napisał do mnie, że jestem przeklinającym chamem. Jeszcze parę takich dni i zacznę się bać wychodzić z domu.