Obserwować uczciwie

Od czasu, gdy na stronach Fundacji Science Watch Polska zarzucono mi kumoterstwo w sprawie pewnego wręcz już osławionego postępowania habilitacyjnego zacząłem częściej wchodzić na tę stronę. Mówiąc szczerze, to, co zobaczyłem, przeraziło mnie.

Zacznę jednak od tego, że idea ‚obserwowania nauki’ jest mi bliska. Ten blog od lat tym się właśnie zajmuje. Jednak przez te 8 lat, nigdy nie napisałem czegoś, co dotyczyło mnie osobiście, nigdy też nie załatwiałem swoich własnych ‚porachunków’. A tu mam wrażenie, że Państwo z FSWP głównie obserwują tych, którzy ich ‚skrzywdzili’. W tenże sposób też zaobserwowali mnie jako kolegę dwu pań z UW, którym zaoferowałem blogerską pomoc.

I tak to czytamy o strasznych recenzjach ludzi – znajdziemy tam po raz kolejny recenzję TEJ pani. Bardzo mi się spodobało wspieranie się argumentem, ze aż Gazeta Wyborcza komentowała te recenzję. No komentowała w wyjątkowo tendencyjnym tekście, w którym wypowiadała się osoba, której dorobek recenzowano. Ba, nawet komentarze pod artykułem komentowały, a to przecież źródło ultrawiarygodne. Komentarze pod innym tekstem kończą się tym, ze błotem obrzucono błotem prof. Wrońskiego.

A do napisania tego bloga zachęcił mnie niedawny wpis  prof. Śliwerskiego pod znamiennym tytułe „Czyżby akademicka wendetta pod pozorem troski o unikanie konfliktu interesów w postępowaniach awansowych?”. Intuicja tym razem chyba nie zawodzi Śliwerskiego, z którym się częściej nie zgadzam niż zgadzam, a który tekst dr Gruby widzi jako naprawianie nauki, ale tylko tej, która krzywdzi człowieka prostego.

Przeczytałem jeszcze kilka tekstów na stronach Fundacji, która jeszcze nie tak dawno nazywała się, nomen omen, Fundacja Nauka Polska *). Przestałem, bo nie byłem w stanie więcej. Ci wszyscy komentujący habilitanci wyklęci, których skrzywdzono o świcie, wylewający tony pomyj na wszystko, co się rusza w akademii i nie zgadza z nimi, wyczerpali moje zasoby cierpliwości. Te wszystkie dowalanki pod cienkim i najczęściej przezroczystym płaszczykiem zatroskania napawają jedynie smutkiem.

Nauka polska potrzebuje fundacji obserwującej. Ale powinno to być obserwowanie rzetelne. I wszystkie postępowania, recenzje, recenzenci, którzy (może i) skrzywdzili obserwujących, powinny być poza sferą zainteresowań Fundacji. Zwracając uwagę na konflikty interesów, niech Fundacja zacznie od siebie samej. Czego Fundacji szczerze życzę.

PS. Po mojej reakcji kilka wpisów wstecz, tekst zarzucający mi konflikt interesów  usunięto i już nie jestem znajomym recenzentów. Odetchnąłem z ulgą, bo chciałbym choć spotkać moich znajomych. Chętnie bym jednak zadał pytanie Fundacji – i po co to było? Po co było zwyczajnie kłamać na mój temat. Przecież to tylko podważa Państwa wiarygodność i odciąga uwagę od tego, co podobno dla was najważniejsze. 

*) Zbieżność z nazwą Fundacji na rzecz nauki polskiej była rzecz jasna niefortunnym przypadkiem i siupryzą.

Profesor (samo-)wyklęty

Prof. Migalski się obraził. Nie che juz niczego komentować, bo nikt go nie słucha. Udaje się na wewnętrzną emigrację. Powiedziałbym, szczęśliwej drogi, już czas!

Czytam to, co napisał Migalski i dużej mierze zgadzam się z nim. Brakuje mi jednak kilku rzeczy. Po pierwsze, nasz politolog zapomina dodać, że on dopiero od niedawna jest politologiem. Jeszcze parę lat temu dzielnie służył w partii, której teraz nie lubi. Kto wie, gdyby nieco inaczej potoczyły się jego losy polityczne, czy czasem dzisiaj chętnie nie brałby udziału w wojnie gangów.

Prof. Migalski zapomina też dodać, że jako członek z doktoratem dzielnie legitymizował właśnie tę partię, która teraz czerpie z koryta, czy jak on tam mówi.

Na szczęście jednak nie wszystko stracone. Jak ktoś go poprosi, prof. Migalski jednak zrezygnuje z emigracji wewnętrznej. I skomentuje. Trochę od niechcenia, a trochę bo jednak on aż taki nie jest. Ludzkie panisko ze złotym sercem. Jak już go ładnie poproszą, on zrobi łaskę (jest kreseczka przecinające el, żeby nie było mi tu żadnych wątpliwości).

Mój komentarz. Przykład Marka Migalskiego to przykład, dlaczego naukowiec powinien stronić od polityki. Migalski nie jest żadnym politologiem i długo nie będzie. Nie jest żadnym profesorem i nie będzie jeszcze dłużej. Jest zgorzkniałym politykiem, któremu się nie udało (z dużą wesołością przeczytałem te połajanki o politycznych nieudacznikach) i który stara się znaleźć niszę komentatorka dla siebie.

Niestety, to też się za bardzo nie udało. Bo Migalski właśnie odkrył, że nikt go nie słucha. I zamiast się zatrzymać i zastanowić dlaczego (mógłby też zapytać), wchodzi na piedestał uczonego wyklętego, wykluczonego wręcz. No chyba że ktoś go ładnie poprosi. No, Maaaarek, nie bądź taki, skomentuj. Łakniemy twych słów.

Staram się znaleźć choć cień współczucia, jakiejś sympatii. I niestety nie udaje mi się to.

Nasza wielka smuta

Chciałem coś napisać. Ale nie wiem co i jak. Ale komentarze się piętrzą, więc trzeba coś napisać. Zrobię więc krótki przegląd blogów, na które zaglądam (nie wszystkich).

Prof. Śliwerski od 4 postów znęca się nad książką habilitacyjną z pedagogiki. Oj autorka musiała zaleźć mu za skórę – chyba nigdy Naczelny Pedagog Kraju nie poświęcił aż czterech postów na zmasakrowanie książki. Zawsze sobie myślę, że autor bloga osiągnął poziom twardego dna w morzu żenady, a tu zawsze się okazuje, że nie. Że nadal muł i toniemy dalej.

Prof. Kulczycki od kiedy stał się jeszcze ważniejszy pisze bardzo mało. Blog osiągnął swój cel.

Prof. Stec zrobił krótki przegląd prezydencki. Przegląd ciekawy, choć jak sądzę, najprawdopodobniej nikt nie skorzystał z niego w akcie głosowania. Nawet sam Stec z niego nie skorzystał, ośmielę się twierdzić. Bo ani tam o mafii, ani o ośmiorniczkach, ani LGBT…I po co takie racjonalne przeglądy pisać? Polecam jednak.

Prof. Pluskiewicz, który dzielnie wspierał dzisiejszego zwycięzcę pięć lat temu, jakoś przycichł. Od czasu do czasu ktoś go pokąsa za to, ale on dzielnie się trzyma. Dziś go głównie interesuje jego uczelnia. Dobra zmiana?

Prof. Galasiński też jakoś trochę rzadziej pisze. Ostatnio napisał o języku i myśleniu. Jednym z powodów, dla których lubię czytać ten blog, są częste opowieści Profesora. Tym razem opowiada nam o swojej przeczuwającej jego cierpienie mamie i stawiającej karty ciotce.   Polecam również.

Prof. Cameron, której doskonały wręcz blog był tu  kilkukrotnie cytowany, napisała o tym, że kobiety giną w ‚isolated events’. Polecam wszystkim, którzy nadal uważają feministki za dopust boży!

Coraz częściej zaglądam na blog prof. Napiórkowskiego o Mitologiach współczesnych. Ostatni post jest o gwizdaniu na antyszczepionkowców. Zawsze mi czegoś tam brakuje, ale i tak jest fajny.

A teraz oddam się dalszemu smuceniu. Bo czas wielkiej smuty nastał. I proszę mi nie zarzucać politykowania, bo nie.

 

 

 

Miś uszatek

Właśnie dostałem maila, w którym poinformowano mnie, ze awans p. Góreckiego został wstrzymany. Okazało się, że rektor Pałys nabrał podejrzeń, że dr hab. Górecki uchybił  godności nauczyciela obrażając swoich kolegów z pracy. Rektor podejrzewa tak bardzo, że postanowił konto Góreckiego na FB zgłosić komisji dyscyplinarnej, która przeprowadzi postępowanie wyjaśniające. Jak podejrzewał, tak zrobił, a jednocześnie zawiesił postępowanie awansowe.

Problemy widzę dwa. Po pierwsze, Górecki jest wkurzający i nieznośny. He had it coming, jak mówią górale z Chicago i aż dziw, że tak długo to trwało.

Muszę jednak powiedzieć, że fakt, iż to tak długo trwało, wskazuje, że jest w tym drugie dno. Otóż moim zdaniem wcale nie chodzi o żadne uchybianie, wcale nie chodzi o żadną godność, ale chodzi o to, że rektor wystąpił jako okop Świętej Trójcy, trzeci rząd legionistów rzymskich, a może i Sarah Connor ratująca świat. I rzutem na taśmę jednak zastopował awans.

Nie będzie Górecki Biuru Politycznemu pluł w twarz i dzieci nam tumanił swoimi publikacjami. Górecki to Skynet polskiej politologii i trza go zatrzymać.

I tu pojawia się drugi problem. Otóż zadałem sobie trud ponownego zaglądnięcia do statutu UW. I okazuje się, że w tymże statucie w kryteriach profesorskich nie ma nic o tym, że profesorant ma się dobrze zachowywać, nikogo nie obrażać i ogólnie być fajnym misiem uszatkiem polskiej nauki.

I o ile rozumiem, że Góreckiemu można udzielić nagany, można mu nawtykać instytucjonalnie, można go nawet z pracy wyrzucić, to profesura mu się należy jak psu buda. I jeśli ma np. dostać naganę, to powinien dostać ją już jako profesor uczelni, bo on spełnił kryteria, a Senat, ostatni z warunków, to zaaprobował.

Niestety, po raz kolejny Uniwersytet Warszawski jawi się jak, nie przymierzając, rektorski folwark, po którym władza na metaforycznej kasztance sobie ujeżdża, wspomagana oklaskami Biura Politycznego. Rektor zachowuje się jak cysorz (i ma pewnie klawe życie), który albo da, albo nie da. Żadna procedura go nie obowiązuje.

Niedawno usłyszałem od kogoś, że miał okazję swojemu dziekanowi przypomnieć, że jest dziekanem na wydziale, a nie księciem panem na swych włościach. Może warto o tym przypomnieć również odchodzącemu rektorowi UW. Może mu się coś pokićkało.

 

Cały świat o dorobku

Już wszyscy wiemy,  że dr hab. Andrzej Zybertowicz nie dostanie profesury (linka do artykułu).  Nie znam Zybertowicza, nie chcę się wypowiadać na temat jego dorobku, ale szlag mnie jasny trafia, że gazeta.pl w ogóle o tym pisze. Choć Zybertowicz jest osobą publiczną, to mam duże wątpliwości, czy jego dorobek powinien być omawiany w ogólnopolskich mediach oraz komentowany przez wszystkich. Nagle pielęgniarka, motorniczy, księgowa oraz dyrektor i ksiądz znają się na socjologii i omawiają. Po cło to? Nie wiem.

Niestety, te publiczne rozważania doprowadzają do kolejnego idiotyzmu. Oto prof. Gliński tweetuje, że zrzeka się tytułu profesorskiego, bo Zybertowicz zasługuje bardziej. To oczywiście kompletnie pusty gest, jednak ma znaczenie.

Ma znaczenie, bo to  kolejna odsłona psucia nauki. Najpierw prezydent odmawia nadania profesury psychologowi (oczywiście w trosce o naukę), a teraz minister kultury  tak się przejął polską nauką, że trzaska tytułem profesorskim, bo jego kolega nie dostał. To może już lepiej przestańmy udawać, że mamy jakieś recenzje czy postępowania. Do spółek i innych synekur z nadania politycznego dodajmy profesury. Nie tak dawno klucz polityczny miał znaczenie, upolitycznijmy naukę jeszcze dalej. Wypowiedź Glińskiego to właśnie polityczne wsparcie dla ideowo słusznej profesury. Nienadana profesura Bilewicza to nienadanie profesury ideowo niesłusznej.

Ale chciałbym dodać, że my się sami wystawiamy na to wszystko. Zbyt wielu naukowców angażuje się politycznie po  jednej czy drugiej stronie, androny polityczne sadzi, podpierając się swymi stopniami czy tytułami. Róbmy tak dalej, będziemy się musieli do jedynie słusznej partii zapisać.  I to sekretarz POP będzie decydował o profesurach i doktoratach.

Na koniec jeszcze małe sprostowanie. Zwrócono mi uwagę na następujący tekst autorstwa dr Mularskiej-Kucharek. Czytam w nim, co następuje:

aż po hejt w Internecie na poczytnym blogu dotyczącym habilitacji, prowadzonym przez….naukowca z kręgu osób bliskich niektórym członkom komisji (sic!).

Podejrzewam, że ów „poczytny blog dotyczący habilitacji” to mój blog. Nie znam innego, a blog jest poczytny. Nie do końca wiem, co to znaczy być  „z kręgu osób bliskich niektórym członkom komisji”, jednak insynuacja, że napisałem o postępowaniu dlatego, bo ktoś mnie do tego namówił czy dlatego,  by działać w czyimś interesie, jest nieprawdziwa. Nie znam osób z komisji, o większości, tak jak o habilitantce, nie słyszałem przed napisaniem postu na temat jej postępowania. Żadnej z tych osób nie znam osobiście, nigdy z żadną nie rozmawiałem, a nawet z tego, co mi wiadomo, nawet nie przebywałem w tym samym miejscu, co te osoby.

Chciałbym też powiedzieć, że przez te 8 lat pisania bloga wielokrotnie odmówiłem napisania o czymś, co napisali moi korespondenci. Powody są dwa. Po pierwsze, coś nie wydaje mi się wystarczająco interesujące, po drugie, podejrzewam, że chodzi o co innego niż troska o dobro i rzetelność polskiej nauki. Decyzja by o czymś napisać jest zawsze moja i odzwierciedla tylko i wyłącznie moje zainteresowania.

PS. Już jest list otwarty wspierający profesora wyklętego. Ma wrażenie, że wylecieliśmy w kosmos i kierujemy się do galaktyki far far away. Tam prof. Jar Jar Binks przeprowadzi postępowanie razem z dziekanem Yodą.

I sami sobie to robimy.

 

Warszawski kapturek

Z radością donoszę, że wiem więcej o nieznośnej profesurze Macieja Góreckiego. Dostałem bowiem  kilka dokumentów.

Pierwsze dwa dokumenty to dwie uchwały Senatu UW. Pierwsze uchwała jest w sprawie 37 (tak, TRZYDZIESTU SIEDMIU) doktorów habilitowanych, których mianowano profesorami UW. Druga uchwała dotyczy jednego doktora habilitowanego – p. Góreckiego. Nie jestem pewien, czy w sprawie 37 świeżo upieczonych profesorów uczelni głosowano en bloc (byłoby to przezabawne), jednak wątpię w to. Wyróżnienie więc Góreckiego do rangi osobnego punktu obrad Senatu wskazuje, że sprawa jest ważna i kolosalna. Od razu wiemy, że nie idzie tu o jakiegoś zwykłego haba. Tu idzie o TEGO Góreckiego. Oczywiście tych 37 otrzymało rekomendację Biura Politycznego UW, Górecki nie.

Drugi dokument, który dostałem, to zestawienie dorobku Góreckiego z 8 politologami, którzy uzyskali rekomendację Politbiura. I tu, przyznam szczerze, spadła mi szczęka. Jeśli ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości co do uczciwości procesu, to ten dokument rozwiewa je w całości. Podam kilka przykładów (choć nie będę podawał nazwisk), żeby uzmysłowić, o co idzie.

Górecki, który nie dostał rekomendacji, ma 14 publikacji na WoS, jedna z osób, która uzyskała rekomendację, nie ma ani jednej. Ani jednej!! Ani na Scopusie, ani na WoS!  Ta osoba nie ma też ani jednego cytowania wg Scopus/WoS, mając przy okazji indeks h=0. Żadna z osób rekomendowanych nie ma więcej publikacji z Scopus/WoS niż Górecki. Indeks Hirscha Góreckiego to h=6 (WoS). Najwyższy h poza Góreckim to h=2 (WoS).  Górecki ma więcej cytowań zarówno wg Scopusa jak i WoS niż pozostali rekomendowani politologowie razem wzięci, ba, wg WoS ma ich czterokrotnie więcej, wg Scopua 2,5 raza więcej. Jeszcze raz: ponad cztery razy więc niż wszyscy pozostali rekomendowani politologowie razem wzięci!

No ale, jak donoszą mi, na Senacie UW nie wypada mówić o bibliometrii. Nie wypada!!! Ja przepraszam, ale nie wypada mówić o bibliometrii na obradach Senatu pierwszej uczelni polskiej. Czy was tam w Warszawie pogięło już doszczętnie?

Z kolei prominentny członek Politbiura (który nie skalał się chyba publikacją nie w naszej pięknej ojczystej mowie, nie sprawdzałem jednak publikacji w językach narodów bratnich) miał stwierdzić, że artykułów opublikowanych w systemie ‚online first’ nie powinno się wliczać do dorobku, bo przecież nie są jeszcze opublikowane w czasopiśmie. Pod jakim kamieniem uchował się ten niezwykle ważny i wybitny profesor zwyczajny, może lepiej nie wiedzieć.

No i warto dodać, że dorobek dorobkiem, ale inny wybitny i medialny politolog miał stwierdzić, że promowanie licencjatów to jednak sprawa doniosła i nie należy z dorobkiem przesadzać. Pozostało mi się zadumać, czy osoba z samymi zerami w zestawieniu robi jeszcze cokolwiek innego poza promowaniem licencjatów, bo naukowo jakoś się chyba nie wysila.

Wynik głosowania: 38 za, 5 przeciw, 8 wstrzymujących się. Jakikolwiek komentarz jest chyba zbędny. Odnoszę wrażenie, że Uniwersytet Warszawski, a w szczególności jego politologia skompromitowały się. I szkoda, że się tak stało.

Życzę nowemu rektorowi UW pilnego i krytycznego przyjrzenia się systemowi awansów na uczelni. Taka sytuacja jak z prof. Góreckim nie powinna się nigdy więcej powtórzyć. I nikt na uczelni nie powinien myśleć, że nie ma szans na profesurę, bo go taka czy inna osoba nie lubi. Do mnie napisały dwie takie osoby.  Zacząłem się też zastanawiać, czy określenie komisji awansowej Biurem Politycznym nie jest krzywdzące. Dla byłych członków Politbiura, rzecz jasna. Być może należy mówić o sądzie kapturowym.

Nieznośna profesura

Właśnie na Twitterze pojawiła się informacja, że dr hab. Maciej Górecki został profesorem Uniwersytetu Warszawskiego. Warto dodać, że Senat zagłosował za tą profesurą, pomimo negatywnej opinii Biura Politycznego UW. Gratuluję p. Góreckiemu.

Teraz to dopiero on będzie nieznośny.  🙂

Jak będę miał więcej informacji (mam nadzieję, że ktoś napisze), to podzielę się  informacjami.

Otwarty sezon

Pod poprzednim wpisem dyskusja na temat słów niejakiego Czarnka, dr.hab. prawa, który to prawo wykłada i wypowiedział się na temat osób o orientacjach nieheteronormatywnych. Wypowiedział się przy tym profesor podwórkowy, co mnie ucieszyło bardzo. Przyznaje podwórkowy, że słowa Czarnka są obrzydliwie, pisze jednak dalej tak:

trudna sprawa, dla mnie wybitnie graniczna. Kto pamięta, ten pamięta – ale ja zawsze byłem i jestem za maksymalnie szeroką swobodą wypowiedzi w akademii oraz przeciw postępowaniom dyscyplinarnym za zachowania niezwiązane bezpośrednio z akademią (niezależnie od tego, czy dotyczy to studenta czy pracownika naukowego).
Gdyby Pan Czarnek był fizykiem/geologiem/literaturoznawcą/historykiem, byłbym zdecydowanie przeciw wszczynaniu postępowania dyscyplinarnego.
Ale jeśli wykłada on prawo konstytucyjne, gdzie ma przedstawiać interpretacje konstytucyjnych pojęć godności człowieka/równości wobec prawa/wolności osobistej, to istnieje realna wątpliwość, czy on te pojęcia rozumie i czy uczciwie przedstawia je na zajęciach.
Sprawa do przebadania; czy do zwolnienia – tego nie wiem.

A ja nadal nie rozumiem, dlaczego takie sprawy traktować w kategorii wolności słowa. Nie znam się, ale, po raz kolejny, nie o wolność słowa tu chodzi. MOim skromnym i nieprawniczym zdaniem tu idzie o przemoc. Fakt, przemoc niefizyczną, ale przemoc.

Załóżmy, że taki homofob tak bardzo gejów nie lubi, że podchodzi do jednego i daje mu prosto w pysk. Miałbym nadzieję, że homofob czym prędzej zostałby oskarżony ze stosownego paragrafu, bo ludzi bić nie wolno.

I teraz mamy słowa Czarnka, który uważa, że między innymi jego pracowi koledzy niehetero są obywatelami znacznie gorszego sortu niż jego koledzy hetero-poprawni.  I jak dla mnie jego słowa należy traktować jako  przemoc symboliczną wobec tychże pierwszych kolegów. Bo nie dość, że kolegom może być przykro (pal sześć), to na dodatek mogą doznać innych traum psychicznych (w mediach pojawiają się sensowne apele, by zaprzestać jawnej państwowej homofobii również dlatego, że może ona mieć konsekwencje tragiczne). Ba, gorzej jeszcze, mogą się nieheteronormatywni bać, że taki Czarnek będzie dalej ich obrażał, podważał, a konsekwencje tego mogą być nader poważne. Wiele przemocy zaczyna się od tego, że jakaś grupa społeczna jest językowo demonizowana.

A ja z kolei myślę, że wszyscy mamy prawo do tego, by pracować w środowisku, w którym nie obawiamy się o to, że spotka nas w nim delikt w postaci dyskryminacji, szyderstwa, nie mówiąc o przemocy.

Czy bowiem wyobrażamy sobie, że słowa p. Czarnka nie dotyczą ludzi, którzy kochają innych niż uważa się to za moralne, ale osób niepełnosprawnych. Wyobraźmy sobie, że słowa, o których mówimy brzmiały:

skończmy słuchać tych idiotyzmów, o jakichś prawach człowieka czy jakiejś równości. Ludzie kalecy nie są równi ludziom normalnym i skończmy wreszcie z tą dyskusją.

Czy też uznalibyśmy te słowa za wolnościowo dopuszczalne, a p. Czarnka za fajnego kolegę z pracy. Tylko że on ma takie niehalo, że uważa, że ten pokurcz na wózku nie jest normalny i równy takiemu, co na dwóch własnych nogach po korytarzach śmiga.  Nasze wzmożenie moralne, coś mi się zdaje, byłoby znacznie większe.

No i tu dochodzimy do konkluzji, którą już sugerowałem. Moim zdaniem, słowa Czarnka to słowa, których ja się boję. One zmieniają środowisko pracy. Zmieniają tak, że osoby należące do grupy ‚nierównych’ nie tylko nie mogą się już czuć komfortowo w pracy, oni mogą się nie czuć bezpiecznie. I dlatego uważam, że nie idzie tu o żadną wolność słowa, ale o stosowanie przemocy (symbolicznej).

Rozumiem oczywiście, że niełatwo będzie przeróżne wypowiedzi klasyfikować tak czy owak. Jednak podobnie jest z przemocą fizyczną. O ile podejście do kogoś i danie mu w ryja może być ocenione z pewną łatwością, już wszelkie poszturchiwania wymagają zapewne niuansów, od których najtężsi prawnicy zeza dostają. I podobnie będzie ze słowami. Ale, jak mówił pewien fajny prezydent, Yes, we can. O zgrozo, to był prezydent z czarną skórą. Strach się bać!

I tu jeszcze dwa małe postscriptumy. Czarnek już zapewnia, że słowa wyrwano z kontekstu. Ja cię kręcę,  prawica to strona iście kontekstualna, ciągle coś im ktoś wyrywa. A mi marzy się, przyznam szczerze, taki ktoś, kto powie – tak, ja to powiedziałem, ja tak myślę, jestem gotów ponieść konsekwencje. Niestety, do tego trzeba odwagi i kręgosłupa.

Drugie postscriptum jest takie, że niech sobie Czarnek pieprzy jak potłuczony, ile tylko chce. Niech pisze, mówi, a nawet śpiewa o nierównych prawnie gejach. Jednak to, że wolność słowa mu na to pozwala, nie oznacza, że ja jako pracodawca chcę kogoś takiego zatrudniać. I skoro już pytają mnie o to, czy byłem karany, bo inaczej do rady dyscypliny nie mogę wejść, to mogą mnie pytać również o to, czy ja uważam, że wszyscy pracownicy uczelni są równi wobec prawa i uczelni. I skoro taki Czarnek tak nie uważa, to ja jako pracodawca nie mam przyjemności go zatrudniać. I dlatego zresztą uważam, że należy go z KULu wypieprzyć na zbity pysk. Ba, wydawałoby się, że szczególnie KUL powinien to zrobić. Bo choć teolog ze mnie jak z koziego zadu trąba, to nie mam wielu wątpliwości, że Jezus (bez względu na nasze poglądy na jego świętość) szedłby ręka w rękę z tymiż gejami. Szedłby właśnie dlatego, że  dzisiaj otwarty sezon (symbolicznych) polowań na nich mamy.

 

Jaki jest pana prawdziwy cel?

Nieszczęścia chodzą parami, choć na Uniwersytecie Warszawskim chyba zaczęły tworzyć już zastępy. Sprawy warszawskiej politologii znów zapełniły mi skrzynkę pocztową. Tym razem zwrócono mi uwagę na pozytywnie zakończone niedawno postępowanie habilitacyjne.

Zwrócono mi uwagę na dwie sprawy. Po pierwsze, w postępowaniu mamy ewidentny i oczywisty konflikt interesów i to aż dwu recenzentek. Jedna współpracowała z habilitantem we współnym grancie (żeby było śmieszniej, już tego nie ma na stronach UW), a druga jest współautorką wspólnej publikacji. Jest dla mnie oczywiste, że obie recenzentki miały (mniejszy lub większy) interes w tym, żeby napisać pozytywną recenzję.

Proszę zwrócić uwagę, że ja nie twierdzę, że recenzje są nierzetelne, że powinny być negatywne. Ja jedynie twierdzę, że obie recenzentki nie powinny były być recenzentkami.

Osoby, które do mnie napisały w tej sprawie, twierdzą, że konflikt interesów został zauważony i zgłoszony.  Problem jednak zsotał odrzucony, bo przecież w wypadku tak biegłych osób jak przewodniczący postępowania, żadne kodeksy etyczne się nie stosują.

Tu sprawa się jednak nie kończy. Dostałem również kilka fragmentów publikacji habilitanta, które zestawiono z fragmentami innych publikacji. I nie trzeba być wybitnym (a nawet żadnym) politologiem, żeby stwierdzić, że fragmeny pracy habilitanta są bezpośrednim tłumaczeniem artykułów, z którymi są porównywane.

Ale jest tu pewien myk. Otóż rzeczywiście po, na przykład, długim akapicie, którym jest tłumaczeniem na żywca, jest przypis (tamże, s. xx-xy). Taki przypis wynika z tego, że publikacja jest przywoływana w akapicie poprzednim.  Jednak tekst nie jest w cudzysłowie, czy też nie jest inaczej zaznaczony fakt cytatu. Co ciekawe, następny akapit czy dwa są również takimże tłumaczeniem, A jakże, tu też pojawia się przypis.  I tekst wygląda na przykład tak:

      • Akapit – tłumaczenie (przypis)
      • Akapit – tłumaczenie (przypis)
      • Akapit – coś od siebie
      • Akapit – tłumaczenie (przypis).

I tak to się piszeeeee! Nieocenione, przy okazji, są próby przybliżenia literatury zagranamicznej czytelnikowi lokalnemu, który po zagranamicznemu może ani du du. I jak tu habilitacji nie dać?

Ale zacząłem się zastanawiać nad czym innym. Jawi mi się bowiem przed oczyma duszy pytanie, jaka część publikacji habilitanta może być tak napisana? Bo, tak, habilitant daje przypis, jest (chyba) kryty, jednak pisze książkę nieswoimi słowami, nie wskazując przy okazji na to. Nie ma cudzysłowu, tekst płynie płynnie, a my przecież czytamy książkę habiltanta, a nie tłumaczenie.

I dlatego  ja tu bym chciał zapytać Uniwersytet Warszawski i Wydział Polityczny, ile wkładu oryginalnego we własną książkę wymaga się na habilitacjach na UW? 70 proc? 50 proc? Mniej? Więcej? Albo inaczej – co który akapit musi taki habilitant napisać od siebie? I na przykład, czy jeśli habilitant tak co trzeci  musi, to czy profesorant musi co drugi? A może co czwarty, bo profesorant już znużony bardziej życiem, a i jego akapity doniośnielsze są. I czytelnik mógłby tyle doniosłości nie znieść.

Od razu mówię, że dla kolegów i koleżanek pytam.

Mam zresztą więcej pytań. Czy na uczelni niebadawczej trzeba więcej czy mniej swojego? Czy stosunek włąsnego do niewłasnego liczony jest średnio na tekst, czy też wymagana jest ściśle wrzuta od siebie co trzeci akapit? A może na przykład od serca napisany wstęp to off-set całych stron tłuamczeń w części głównej?

Jak mi doniesiono,  problem tychże, powiedzmy, nieścisłości przypiśnych, zgłoszono w trakcie omawiania opisywanej habilitacji. Zgłaszający te problemy usłyszał szybko: Jaki jest pana prawdziwy cel? I ja, jako bloger zaangażowany w życie akademickie kraju, chciałbym dodać, że warto by również zadać pytania następujące:

      • Kto za panem/panią stoi?
      • Kim był pana/i ojciec/matka?
      • Od kiedy pan/i lubi donosić?
      • Czy przestał pan/i bić żonę/męża?

Być może w komentarzach pojawią się dodatkowe pytania, żeby można było jeszcze ciekawiej prowadzić postępowania habilitacyjne na Uniwersytecie Warszawskim, a może też gdzie indziej.

 

Obrona nieznośności

Zainteresowano mnie sprawą profesury uczelnianej jednego z ‘kontrowersyjnych’ komentatorów nauki i politologii. Mój (moim zdaniem wiarygodny) korespondent pisze wprost o ustawce, by profesurę uczelnianą uwalić z powodów np. publicznego konfliktu z jednym z naczelnych politologów kraju. Co ciekawe ważna komisja wysyłała wiadomości na temat uwalenia wniosku zanim otrzymała dokumentację.

Nie zawsze się zgadzam z dr. hab. Maciejem Góreckim, nie zawsze się zgadzam z tonem jego wypowiedzi, szlag mnie jednak trafia, bo po raz kolejny dostaję maila o tym, że badacz nie jest oceniany podług dorobku, ale podług osoby. A zdecydowałem się napisać o Góreckim z trzech powodów. Po pierwsze dlatego, bo jest publicznie kontrowersyjny. Po drugie dlatego, bo jest to druga już na UW uwalona profesura osobie, która się „wypowiada”, o której słyszę w ciągu kilku tygodni. Po trzecie, Górecki jest jedną z osób, która z hukiem opuściła Radę Dyscypliny Nauk o polityce, zarzucając tejże radzie zachowania wręcz skandaliczne (wrócę do sprawy w następnym poście; była już o tym mowa w komentarzach).

Nie znam się na politologii, ale widziałem wystarczająco dużo habilitacji politologicznych, żeby wiedzieć, że dorobek Góreckiego, przynajmniej w polskiej politologii, jest znaczny, by nie powiedzieć wybitny. Dorobek Góreckiego to dorobek kilku (a pewnie w niektórych przypadkach i kilkunastu) polskich profesorów politologii.

Mój korespondent pisze, że komisja ds. zatrudniania na stanowisku profesora działająca na UW zaproponowała wydziałowi psychologii, by wycofał poparcie na profesury Góreckiego. Dlaczego? Bo tak. Argumenty, których użyto przeciw wnioskowi, okazały się pozastatutowe. A ja zadałem sobie trud przeczytania statutu UW dotyczącego profesur i nie trzeba doktoratu z politologii, żeby zobaczyć, iż Górecki spełnia warunki profesury uczelnianej UW z naddatkiem.

Już tylko smaczkiem w tej smutnej historii jest to, że sąd kapturowy ds. profesur Uniwersytetu Warszawskiego przekazuje Senatowi swą rekomendację w sprawie profesury delikwenta. W wypadku Góreckiego rekomendacja zaskutkowała tym, że sprawa w ogóle spadła z porządku obrad (co, jak się dowiedziałem, jest praktyką nierzadką). Przyznam, że jest to dla mnie szokujące. Rozumiem oczywiście, że komisja składa się z samych bardzo ważnych osobistości, ale czy naprawdę nie można sobie wyobrazić, że jakiś jeden członek Senatu (gdzieś z tyłu może) chciałby zagłosować przeciwko rekomendacji? Choćby tak dla różnorodności, by przywołać uroczą scenę z komisji parlamentu brytyjskiego w filmie Skyfall. Nie żebym był jakoś szczególnie w świecie bywały, jednak nie spotkałem się z sytuacją, że rekomendacja komisji o statusie niższym niż organ decydujący ma wpływ na to, czy ten organ w ogóle będzie mógł podjąć decyzję.

Zaiste dziwne to praktyki uczelni, która lubi świecić przykładem i czasem ten przykład do gardeł nam wszystkim wciskać. Może warto by zacząć od siebie? Być może warto też rozważyć zmianę nazwy z bylejakiej komisji na dużo bardziej stosowne, a i historycznie piękne, Biuro Polityczne.

Dr hab. Górecki bywa nieznośny, co do tego nie ma chyba większych wątpliwości. Ale do ciężkiej cholery, jakżeż nudne byłyby nasze uczelnie, gdyby tychże nieznośnych osób nie było. Bronię nieznośności pomimo tego, że mnie też czasem irytuje w stopniu wysokim. Jednak również takie enfant terrible jak Górecki ma niezbywalne prawo do tego, by rzetelnie oceniono jego dorobek. I jeśli uczelnia nie chce go mianować profesorem uczelni, to niech to powie wprost. My cię nie chcemy, bo jesteś nieznośny, bo cię nie lubimy, boś nawtykał publicznie naszemu koledze. Tyle że najpierw musi to wpisać do statutu.

Tu zgłaszam mój skromny blog jako platformę wykuwania nowego punktu o nieznośności w części statutu UW dotyczącej awansów profesorskich. Nawet nie krzyknę jak rektor, tfu, pierwszy sekretarz, „Pomożecie?”, bo wiem, że komentujący zakasają rękawy i wezmą się do pracy!

Co więcej, gdy wypytywałem w sprawie, dostałem maila, w którym mój korespondent pisze, że są na UW osoby, które nie mają po co pisać profesorskich wniosków. I tak nie dostaną, są nielubiani, wychylają się. Oczywiście nie wiem, czy tak się robi na Uniwersytecie Warszawskim, ale moim skromnym zdaniem, uczelnia, na której ktokolwiek tak właśnie myśli, ma duży problem.  Bo nie, nie jest to tylko sprawa osoby, która sobie coś ubzdurała. Co prawda, nawet doktorzy habilitowani mogą odlatywać do światów równoległych, ale zanim się ucieszymy takim wyjaśnieniem, najpierw się zastanówmy, czy rzeczywiście jest ono wystarczające. A sądząc z dokumentacji w sprawie Góreckiego, Wydział Politologii i samo UW powinny się głęboko zastanowić nad sobą.

To, co jest kluczowe tutaj, to to, że nie ubliżając żadnej uczelni, ten post nie jest o szkołach gotowania wody na gazie, którymi udekorowana jest Polska powiatowa. Ten wpis jest o najlepszej polskiej uczelni, uniwersytecie badawczym, który odmienia „międzynarodowość” przez wszystkie przypadki w co drugim zdaniu, które wychodzi z jego korporacyjnych ust. I dalibóg, nie rozumiem, jak taka uczelnia może sama się nie stosować do własnego statutu.

Chciałbym więc zapytać, czy każdy pracownik Uniwersytetu Warszawskiego ma tę samą uczciwą szansę, by jego/jej dorobek został rzetelnie, bezstronnie i transparentnie oceniony w każdym postępowaniu awansowym uniwersytetu. Oczywiście nie sądzę, by pod tym postem pojawiła się wypowiedź władz uczelni. Nie sądzę też, by rzeczniczka UW chciała wyjaśnić, co naprawdę się stało na posiedzeniu Biura Politycznego UW. Pytanie jednak pozostaje.

Na koniec, jeśli UW chce mówić o międzynarodowości, takie sprawy nie mogą mieć miejsca. Szczególnie postępowania wobec osób powinny być do bólu transparentne. Jak Państwo chcecie dalej robić ustawki, to może warto by się przenieść do Koluszek, Przemyśla czy też Białej Podlaski. Tam nikt was nie zauważy. Jeśli jednak wy chcecie się bawić ze starszakami, to może przestańcie się wiaderkami po łbach naparzać.

 

PS1. Wiem, że ‘Podlaski’ jest błędem.

PS2. Dedykuję ten post wszystkim tym, którzy chcą znieść habilitację.