O młotku i kompromitacji

1.  Już miałem pisać o czym innym (mam kilka zaległych listów, o których chcę napisać), jednak wpadła mi w ręce kolejna recenzja habilitacyjna, w której recenzent pisze coś takiego (nie jest to cytat, zbieżność z czymkolwiek jest przypadkowa):

Błędy i niedociągnięcia, o których piszę w tej recenzji, nie wpływają jednak na ogólną jakość rozprawy/dzieła, którą oceniam wysoko.

Niejednokrotnie czytałem zdanie tego typu i za każdym razem wkurza mnie to bardzo. Przecież to oczywista bzdura. Jeśli w pracy są błędy, niedociągnięcia, pomyłki czy inne uchybienia, to w sposób konieczny wpływają one na jakość pracy. W przeciwnym razie, nie warto byłoby się starać, żeby to, co robimy, było bezbłędne, bo nawet jeśli nasza praca jest bliska doskonałej, to nic, bo prace z błędami i uchybieniami, są równie bliskie ideału. Mnie jednak wydaje się, że nie są.

Oczywiście rozumiem, że niedociągnięcia w pracy nie muszą oznaczać, że doktorantowi, habilitantowi czy profesorantowi, stopień czy tytuł się nie należą, ale do cholery, nie udawajmy, że jak ktoś robi błędy w pracy, to to się nie liczy i praca jest jakby bezbłędna. No więc ‚prawie bezbłędna’ czy też ‚tak jakby bezbłędna’ to jednak nie to samo, co bezbłędna i może recenzenci wbili sobie to do głów.

I tak to apeluję do recenzentów, by od czasu do czasu stuknęli się porządnie młotkiem za każdym razem, gdy będą chcieli napisać o tym, że błędy w pracy nie wpływają na jej jakość. Moim zdaniem, jest dokładnie odwrotnie.

2. Skoro już piszę ad hoc, to wspomnę przy okazji, że prof. Śliwerski po raz kolejny uznał za stosowne napisać o kompromitacji dr Gruby (już nie odmienia jej przymiotnikowo, co uznam za swój sukces). Otóż, jak donosi Pan Profesor, dr Gruba poprosiła o to, by podzielono się z nią wydatkami na książki Pana Profesora. Szkoda, że Profesor nie wspomina, iż kwestia finansowania jest tylko częścią wpisu dr Gruby, która wskazuje na przykład, że jego książki nie cieszą się zainteresowaniem czytelników, co wspiera empirią, choć musimy w istnienie tejże empirii wierzyć jej na słowo.

Pedagog uznał prośbę o informację nt finansowania jego dzieł za kompromitację Pani Doktor (nazywając ja przy okazji ignorantką, co raczej świadczy o Panu Profesorze, a nie obiekcie jego ataku) ) i postanowił podzielić się ze światem tymiż wydatkami. Wydatki jak wydatki, jednak  uważam, że jeśli podatnik płaci za wydanie dzieł pedagogicznych nawet najwybitniejszego pedagog kraju, a może i terytorium jeszcze większego to, podatnik ma prawo wiedzieć, na co wydano jego pieniądze. I można by nawet argumentować, że 10 złotych za wydanie każdego z 600 egzemplarzy Pedagogiki ogólnej, to świetny dla podatnika interes. Trzeba jednak przyznać, że fundator tegoż woluminu nie wykazał się zbyt wielką ufnością w sukces dzieła. Trudno bowiem uznać 600 egz. za nakład obfity. Pedagogika ogólna nie znajdzie się na półkach księgarń miast i wsi polskich, z których nie będzie sfruwać jak, nie przymierzając, szybka jak błyskawica jaskółka.

Nawiasem mówiąc,  prof. Śliwerski tak często ‚recenzuje’ książki innych, że nie rozumiem w ogóle, czemu mu tak bardzo przeszkadza mu recenzja jego dzieł. A przecież dr Gruba nie skupia się jedynie na wydatkach (jak implikuje pedagog), a pisze znacznie więcej. Gdzie tu kompromitacja, dalibóg nie wiem. Dodam też, że w swoim wpisie nt książek pedagoga, dr Gruba wskazuje, że nie są to książki badawcze (nie wiem, nie czytałem). Zmartwiło mnie to, bo jeśli recenzentka ma rację,  zastanawiałbym się, czy podatnik powinien finansować publikowanie refleksji pedagoga, czy też pedagog nie powinien zdać się na weryfikację rynkową. Kto wie, być może w przeciwieństwie do podręcznika, inne refleksje sprzedawać się będą jak pączki w tłusty czwartek.

Zakończę nowo utworzoną sentencją: Kto młotkiem wojuje, ten od młotka ginie. I po raz kolejny sugerowałbym Panu Profesorowi zastanowić się o kilka minut dłużej, czy powinien pisać o kompromitacji i o czyjej kompromitacji mu wpis wyjdzie.

W następnym wpisie wrócę do zaległych listów, bo tak czekają i czekają (za co szczerze przepraszam).

Napoleonek

„To nie recenzent ma tłumaczyć się z negatywnej recenzji czyjegoś doktoratu, habilitacji czy wniosku na tytuł naukowy”, pisze w niedawnym wpisie prof. Śliwerski. Po chwili dodaje:

Paradoksem jest to, że ktoś, kto nie zna rzeczywistych osiągnięć naukowych recenzentów swoich rozpraw, ośmiela się kwestionować ich kompetencje naukowe, a nawet brak renomy naukowej, w tym międzynarodowej czy nieizomorficzność specjalizacji do tej, jaką reprezentuje w swoich rozprawach habilitant. Drodzy habilitanci, to wasze osiągnięcia lub ich brak są oceniane, a nie na odwrót. Przydałoby się trochę więcej pokory wobec własnej ignorancji.

Od jakiegoś czasu staram się nie czytać blogu Śliwerskiego. Zbyt mnie irytuje. Od czasu, kiedy  po raz kolejny przeciągnął przez zęby nieudaną habilitację dr Gruby (tu jest ten żałosny wpis), oczywiście odmienianej przymiotnikowo, a nie rzeczownikowo (ale to śmieszne!!!). Po tym wpisie przestałem mieć ochotę na czytanie samouwielbionych wynurzeń naszego Katona polskiej pedagogiki. Ktoś zacytował go dzisiaj czy wczoraj i niestety zaglądnąłem. No i znalazłem kolejne mądrości.

Otóż najwybitniejszy z wybitnych pedagogów najwyraźniej uważa, że recenzenci w postępowaniach awansowych są nieomylni. Nie wolno kwestionować ich recenzji, przecież oni nie mogą nie mieć racji. Recenzent nie musi się tłumaczyć z negatywnej recenzji…

Prof. Śliwerski nierzadko pisze bzdury, jednak czasami sam przechodzi siebie i pisze takie bzdury, że zęby bolą. Otóż wpis, który przytaczam, należy właśnie do takich oto wpisów.

Wbrew temu, co pisze pedagogiczny koryfeusz, recenzent nie tylko powinien się tłumaczyć z negatywnych recenzji, powinien się tłumaczyć z każdej recenzji, którą napisze. Bowiem każdy z nas, kto pisze recenzje, powinien podejmować pełną odpowiedzialność za to, co pisze. A w szczególności za to, że nasze recenzje są rzetelne, uczciwe, nieunikające z konfliktu interesów (w którąkolwiek stronę on by przebiegał), opierające się nie na naszych subiektywnych preferencjach i odczuciach (choć bez wątpienia nie da się tego uniknąć), ale naszej wiedzy i znajomości tematyki recenzowanej pracy. Recenzję ma pisać ekspert głosem eksperta, a nie akademicki woźny latający po szkole z rózgą.

Czynienie z recenzenta nieomylnego papieża pedagogiki i zapewne też innych dyscyplin jest nie tylko głupie, jest też niebezpieczne. Recenzenci i ich recenzje mogą i powinny być poddawani ocenie (co często robi prof. Wroński zresztą). Być może powinna to być jedynie ocena moralno-zawodowa, jednak bez wątpienia należy jej dokonywać. To takiej ocenie właśnie poświęcona jest większość wpisów na tym blogu!

Martwi mnie, ba, przeraża, profesor, który uważa, że jest poza wszelką oceną. Że jego to oceni Bóg i historia, jak, nie przymierzając, jakiegoś Napoleona. Ja powiedziałbym – znaj proporcję, mocium panie. Piedestały się Panu Profesorowi pochrzaniły.

 

Recenzja funeralno-likwidacyjna

Na Twitterze prof. Bilewicz pokazał niewielki fragment recenzji habilitacyjnej. Recenzji na razie nie ujawnił, o ile dobrze go zrozumiałem, nie została jeszcze upubliczniona. Oto ten wspomniany fragmencik:

„…polska psychologia nie ma i nie może mieć znaczącego wkładu w rozwój nauki. Szczególnie, że jedyny polski psycholog (…), który potrafił myśleć samodzielnie, już nie żyje”.

Jak już powiedziano w odpowiedzi na wpis Bilewicza, to głupia wypowiedź recenzenta i mam nadzieję, że niedługo dowiemy się, kto to napisał. Co ważne, nie dlatego jest to głupie, bo polska psychologia (a przynajmniej jej część) ma się całkiem dobrze i są w niej badacze znani i szanowani na świecie.

Wypowiedź recenzenta jest głupia dlatego, że jest nie na miejscu w recenzji habilitacyjnej. Recenzent nie ma oceniać „polskiej psychologii”, ale ma ocenić dzieło i dorobek jednego habilitanta i na tenże temat ma się wypowiedzieć. Tylko tyle i aż tyle.  Bez wątpienia, dorobek habilitanta oceniany jest w kontekście dyscypliny (dlatego na przykład w polskiej humanistyce habilitacje różnią się znacznie między dyscyplinami), jednak wynurzenia dyscyplinarne recenzenta są niepotrzebne.

Nawiasem mówiąc, zastanawiam się, czy recenzent zdaje sobie sprawę z tego, że jego wypowiedź mogłaby oznaczać likwidację habilitacji w psychologii. I tu doszlibyśmy do sytuacji, w której habilitacja obowiązuje w całej polskiej nauce z wyjątkiem psychologii. I to byłoby tak zabawne, że może warto recenzentowi podziękować za jego dramatyczny wgląd w psychologię.

Łódź na mieliźnie

Dziennik Łódzki ogłosił plebiscyt na łódzką osobowość akademicką minionego roku. Mamy oto listę kilkudziesięciu osób, na które możemy głosować. Żal, co prawda, że nie ma na liście osoby w Łodzi akademickiej zasłużonej najbardziej, no ale niezbadane są wyroki redakcji DŁ.

Zacząłem się wczytywać się w uzasadnienia nominacji. Oto niektóre z nich. Nominatami zostali wybitni łodzianie za:

  • pokazywanie, że na studiowanie nigdy nie jest w życiu za późno (oj, czasem jest)
  • książkę pt. Piekło doktoratu (i potem się dziwić, że na habilitację nie ma sił)
  • znalezienie zastosowania dla łódzkiego grafenu (aż człek by się chciał dowiedzieć, co z grafenem warszawskim, bydgoskim oraz szczecińskim)
  • kierowanie pracownią, która porównuje DNA współczesnych Polaków z DNA naszych przodków sprzed tysięcy lat (mają już DNA króla Ćwieczka, pracują nad smokiem wawelskim)
  • otworzenie w Łodzi dwóch nowych wyższych uczelni teologicznych (i ja tu nie wiem, co powiedzieć)
  • pokierowanie studentami PŁ (a inni jak dzieci we mgle)
  • pielęgnowanie historii bełchatowskiej farmacji i medycyny (i to pieczołowite!)
  • kierowanie Biurem Współpracy z Zagranicą UŁ (codzienne!).

Nie jest moim zamiarem umniejszanie sukcesów tych i innych nominatów. Cieszę się, że kierownik kieruje, a nauczyciel akademicki uczy, a pracownia od badania DNA, uwaga, bada DNA. Cieszę się więc, że jest normalnie (w miarę, przynajmniej). Nie jestem jednak przekonany, że osobowość akademicka to kto, kto po prostu wykonuje swoje obowiązki, albo ma hobby i se studiuje. Zaiste na mieliznę łódź łódzkiej akademii wpłynęła, jeśli to są te najwybitniejsze osiągnięcia.

Martwi mnie też trochę to, że jak wygra Piekło doktoratu, to w Łodzi nie będą się już nawet doktoryzować. Zacząłem się zastanawiać też nad piekielnymi metaforami dla promotora, recenzentów i rady naukowej. Któż jest Lucyferem w tym piekiełku?

Życzę wszystkim nominatom sukcesu, mając po cichu nadzieję, że część z nich nawet nie wie, że zostali nominowani. Jeśli wiedzą, to współczuję, że na niektórych nawet rodzina i znajomi na nich nie zagłosowali. No, ale, shit happens.

Dziękuję osobie, która zwróciła mi uwagę na ten niezwykły plebiscyt.

Bez wodki nie razbieriosz

Oto pierwszy wpis w roku 2020. Chciałbym przypomnieć, że założyłem tego bloga w 2012 r. W najśmielszych marzeniach nie sądziłem….Ostatnio na blogu odnotowuję ok. 10 tysięcy odsłon tygodniowo. Ostatni rok to 380 tysięcy odsłon przy 15 tysiącach użytkowników. Miesięcznie pojawia się ok. 2-2.5 tysiąca  komentarzy (ale są znaczne różnice między miesiącami).

Blog jest czytany głównie w Polsce, a pierwsza 10 krajów to USA, Niemcy, Wielka Brytania, Hiszpania, Włochy, Kanada, Szwecja i Francja (na 10 miejscu jest kraj nieokreślony). Warto dodać, że w zeszłym roku na bloga weszli użytkownicy z 82 krajów, w tym z Togo, Uzbekistanu czy z Wybrzeża Kości Słoniowej.

A teraz wpis.

Nadrabiam zaległości w czytaniu blogu prof. Śliwerskiego. Piętnuje on ostatnio pseudonaukę i wszelkie inne nieetyczne patologie naukowe. Zastanowił mnie jednak jeden z wcześniejszych wpisów, w którym pedagog recenzuje artykuł, uwaga, zwykłego magistra. Wszak autor nie może być po prostu autorem, autor dla naszego pedagoga musi zostać zidentyfikowany stopniem/tytułem. Tak, żebyśmy mogli od razu wiedzieć, z kim mamy do czynienia.

Śliwerski pisze tak:

W najnowszym numerze kwartalnika Polskiej Akademii Nauk – NAUKA (4/2019) został opublikowany interesujący tekst socjologa – mgr. Łukasza Remisiewicza z Uniwersytetu Gdańskiego, który – choć nie rozumie w pełni procedur w postępowaniach habilitacyjnych, gdyż sam nie przeszedł jeszcze przez pierwszy próg – to jednak, pomimo słabych miejscami analiz i interpretacji przeprowadził niezwykle ważne badanie dokumentacji 196 postępowań habilitacyjnych z socjologii.

Nie napiszę, że nie wierzę własnym oczom, bo na blogu superpedagoga nie takie rzeczy już czytałem, jednak zaskoczyła mnie teza, że ktoś, kto nie ma habilitacji, nie może zrozumieć jej procedur. Usiłuję sobie wyobrazić konsekwencje tej tezy.

Myślę o tych wszystkich  habilitantach, którzy jak dzieci we mgle naiwnie myślą, że pojęli, o co idzie, a przecież, durne pały, nie mogli, bo tejże habilitacji jeszcze nie mają. Tylko doktor habilitowany może w pełni rozkminić habilitację, a i tak nie wiadomo, czy bez wódki to by się udało.

Jednak mój post nie ma być jedynie okazją do nabijania się ze prof. Śliwerskiego. Otóż przyznam szczerze, że mnie wkurza bardzo, jak to człowiek, który trzęsie polską pedagogiką argumentuje ad hominem. Czy naprawdę w rozumieniu argumentacji autora Remisiewicza potrzebna jest ta wrzuta, że on nie rozumie, bo on zwykły magister?

Prof. Śliwerski co rusz pisze o etyce, widząc wszędzie zabrudzone oczy, a może by tak się zastanowił nad belkami w swoich. Na przykład nad wpisami takimi jak ten z dość marną polemiką z dr Grubą. Bo przecież nie da się polemizować bez szafowania kompromitacją, a jeszcze, hahahaha, zamiast odmieniać nazwisko ‚Gruba’ jak nazwisko, lepiej jeszcze przywalić jej odmianą jak przymiotnika. Nie znam się, ale wydaje mi się, że przywalimy dr Grubie, a nie dr Grubej, nie? Ale to drugie jest przecież fajniejsze. Jakiż zabawny ten post…..I jakoś kodeks etyczny niedawno cytowany na blogu nie przeszkadza recenzować członkowi CK a teraz RDN postępowań habilitacyjnych….bo przecież o dobro nauki tylko chodzi!

Kończę wpis,  dedykując znaną balladę Jana Kaczmarka doktorantom i habilitantom, którzy myślą, że rozumieją….Oj naiwni, naiwni…. Może to właśnie o nich śpiewał mistrz Kacz Marek.

 

Oby nam nudniej było

Mija kolejny rok, ba, kończy się dekada (bardzo proszę o niewszczynanie debaty na temat tego, że TAK NAPRAWDĘ, to dekada się kończy w przyszłym roku). Jest coraz straszniej. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz rozpoczynał się rok, a ja nie potrafiłem sobie odpowiedzieć na pytanie, jaki może być jego koniec.

Zamiast więc tradycyjnie szczęśliwego, życzę wszystkim czytelnikom oraz dyskutantom jak najprzewidywalniejszczego nowego roku. Spokojnego też.

Jak zwykle zwracam się do wszystkich z prośbą o listy w sprawach akademickich. Gwarantuję anonimowość, a Państwa listy są źródłem najciekawszych postów.

Do siego roku!

Temat zastępczy

Pod poprzednim wpisem rozpoczęła się dyskusja na temat zniesienia habilitacji. Pomyślałem sobie, że warto by ten temat przenieść do nowego wpisu. Zacznę od kilku uwag na temat zniesienia habilitacji, które robiłem przez ileś tam lat. Jestem raczej przeciwny zniesieniu habilitacji, a przynajmniej przeciwny dzisiaj. Taki ruch należałoby przygotować. Oto kilka argumentów.

  1. Myślę, że niekontrowersyjne jest stwierdzenie, że każdy system ma jakąś formę awansu podoktorskiego. Czy nazwiemy to tenure czy habilitacją, nie jest to kluczowe. Różnica jest taka, że w Polsce stopień jest państwowy, a w USA jest uczelniany.  Warto jednak pamiętać, że w rzeczywistości, na większości uniwersytetów awans jest międzynarodowy (przynajmniej jeśli idzie o standardy i recenzentów), a poziom, który się osiąga jest w dużej mierze uznawany. Niewiele osób osiągając stanowisko podoktorskie – habilitację, associate professora czy readera, wraca w następnej pracy na stanowisko niższe. Choć formalnie nie ma stopnia, w praktyce stanowisko jest quasi-stopniem.
  2. Dużo większym problemem jest jakość postępowań. Nie rozumiem, jak zniesienie habilitacji zmieni ją. Moim zdaniem, jeśli stanie się cokolwiek, to raczej obniżenie jakości. Bo nic nie będzie transparentne. Co prawda, czytający ten blog prorektor UW nie wypowiedział się, jednak mam nadzieję, że UW poszło w pięty. To porządna uczelnia dbająca o wizerunek, a ten blog czytany jest nie tylko w Polsce. Zniesienie habilitacji będzie oznaczało, że takie postępowania będzie można ukryć dużo łatwiej.
  3. Nie ma żadnych powodów, żeby dzisiaj habilitacje i profesury nie miały recenzentów i standardów międzynarodowych. Jeśli nie mają, to znaczy, że środowisko tego nie chce. Dlaczego miałoby się to zmienić po zniesieniu habilitacji?
  4. Przypadek umarzania postępowań habilitacyjnych jest, moim zdaniem, argumentem za ich utrzymaniem. Zniesienie habilitacji będzie oznaczało jeszcze więcej przysiadów i przykuców po to, by ci co mają dostać stanowisko, dostali je. Działamy w systemie, który jest wysoko skorumpowany (akademicko). Rzetelność recenzji jest niska, towarzyskość postępowań wysoka. Ja już brałem udział w debatach nad doktoratami, jak i habilitacjami, w których argumentem było: Ale przecież on jest nasz, to jest Zenek, a nie jakiś obcy. Jak zmieni to zniesienie habilitacji?
  5. Wreszcie, ja się zgadzam z poglądem, że zniesienie habilitacji powinno być poprzedzone okresem przygotowawczym. Okresem, w czasie którego uczelnie zaczną stosować swoje własne reguły gry, będzie to poddane audytowi (kto to będzie robił – nie mam pojęcia). I jak już dojdziemy do momentu, że szanujemy samych siebie, można by znieść habilitacje. Zniesienie habilitacji z dnia na dzień pogrąży nas w jeszcze większym chaosie.
  6. Warto też skończyć z mitami, że ‚na zachodzie’  w dzień po obronie doktor staje się promotorem doktoratu.  To nieprawda. Przede wszystkim w systemie anglosaskim rzadko występują pojedynczy promotorzy. zazwyczaj doktorat promuje kilka osób. Wśród tych kilku osób są również świeżo upieczeni doktorzy, ale nie mają oni roli głównego promotora. Skoro w Polsce nadal najczęściej jest  jeden promotor, to nie, nie powinien być to ktoś świeżo po doktoracie To powinien być ktoś znacznie bardziej doświadczony.
  7. Na koniec. Temat zniesienia habilitacji jest tematem zastępczym. Wraca regularnie, żebyśmy się wykrzyczeli na jego temat. Gdyby jutro znieść habilitację, zapanuje chaos. Polska nauka przejdzie przez ten chaos. Czy będzie przez to lepsza? Nie, nie będzie.

Słoma habilitacyjna

Oto postępowanie habilitacyjne z geologii na, uwaga, uczelni zacnej, badawczej, a jakże, bo na samym Uniwersytecie Warszawskim. Aż piszący te słowa czuje presję wielkości.

W postępowaniu tym znajdujemy trzy recenzje, z których jedna jest negatywna, druga jest pozytywna ‚w stopniu minimalnym’, a trzecia jest pozytywna. Przyznam szczerze, że recenzji nie czytałem (nie chciało mi się) – zaglądnąłem jedynie do konkluzji. Pomimo tego, że recenzenci napisali (być może nawet dostali za to honoraria), postępowanie umorzono.

Smaczku dodaje to, że, jak się dowiadujemy z recenzji w postępowaniu poniższym, komisja habilitacyjna zebrała się i negatywnie zaopiniowała dorobek habilitanta. I jak już zaopiniowała, to wtedy rada wydziału umorzyła postępowanie. I ja bym powiedział, że to są kompletne i całkowite jaja.

Uważam, że rzeczone umorzenie jest skandaliczne. Recenzenci się wypowiedzieli, komisja habilitacyjna się wypowiedziała. jaki to więc ważny interes społeczny przemawia za tym, żeby powiedzieć, że to wszystko się nie liczy.

Mówiąc ogólniej, ja nie rozumiem umorzeń z zasady. Tak się składa, że jakieś pół roku temu głosowałem w sprawie umorzenia postępowania. Podnoszono dwie kwestie. Po pierwsze, to, że umarzamy, nie może oznaczać tego, że nie ponosimy kosztów. Po drugie, ważniejsze, nie możemy sobie robić sami z siebie jaj. Habilitacja to zbyt poważna sprawa, żeby sobie składać wniosek, a potem się rozmyślić. I ja się z tym zgadzam. Nie można się wycofywać z postępowania habilitacyjnego dlatego, bo grozi nam nienadanie stopnia. Jedynym sensownym powodem umorzenia mogłoby być to, że habilitant nie chce już pracować naukowo, dostał objawienia, idzie do klasztoru. Albo słonie ratować na Serengeti. Jeśli nie, to procedujemy do końca. Szanujmy się nawzajem, do cholery!

Jak już wskazałem, sprawa tej habilitacji jednak nie skończyła się wtedy. Otóż pół roku temu habilitant wnioskuje o wszczęcie nowego postępowania habilitacyjnego. Choć muszę powiedzieć, że nie jestem pewien, czy postępowanie jest nowe. Habilitant składa ten sam autoreferat (co uczciwie zaznacza). Powołuje się tę samą komisję, a recenzenci piszą te same recenzje. Jedna jest pozytywna, druga jest pozytywna w stopniu minimalnym, trzecia jest negatywna. Podobieństwo  postępowań jest na tyle duże, że recenzent negatywny pisze to wprost – nic się nie zmieniło, więc nie zmieniła się też jego ocena. Aż człek by się chciał dowiedzieć, czy posiedzenia w tych samych salach o tych samych porach się odbywały.

Niestety, nie dowiadujemy się, jaka była decyzja komisji habilitacyjnej, dokument nie jest zawieszony na stronach habilitacyjnych Wydziału Geologii UW (trzeba jednak przyznać, że to nie tylko w przypadku tego habilitanta nie ma tego dokumentu). Habilitacja jednak przeszła.

A ja mam kilka pytań. Co takiego się zmieniło w ocenie dorobku, że tym razem ta habilitacja przeszła? Czy każdy habilitant na UW może „sobie  umorzyć” postępowanie habilitacyjne, bo mu się decyzja komisji habilitacyjnej nie podoba? I wreszcie: czy u państwa, na Uniwersytecie Warszawskim, tak ogólnie takie jaja się robi? Bo ta nieustanna wyższość, z jaką mówią przedstawiciele UW, pół biedy, że irytuje, ale naprawdę nie licuje z  takim postępowaniem.

Podobno ten blog czyta prorektor UW. Może zechciałby odpowiedzieć na moje pytania. Bo wy, do ciężkiej cholery, macie świecić przykładem. A jeśli takie jaja są na UW, to czego tu oczekiwać w jakiejś Pipidówie? UW jest (podobno) polską czołówką, chce się gonić międzynarodowo. A okazuje się, że wam habilitacyjna słoma wychodzi z postępowań.

 

Wygraliśmy

Po turbulencjach, na który napotkał poprzedni wpis, postanowiłem napisać coś bardziej pozytywnego. I jest to więc wpis o zwycięstwie.  Wygraliśmy bitwę o tytanki! Rada Języka Polskiego wydała oświadczenie, że wręcz brakuje im żeńskich form językowych.

Nie podejmuję się skomentowania najnowszego oświadczenia RJP. Zrobił to jednak wczoraj prof. Galasinski, który na swym blogu trochę wyśmiewa się ze zwrotu o 180 stopni dokonanego przez Radę. Jeszcze parę lat temu, końcówki żeńskie były ósmą plagą egipską zesłaną na język, psuły go w stopniu wysokim. Kilka dni temu zaszła dobra zmiana. Rada stwierdziła, że nie dość, że feminatywy niczego nie psują, to na dodatek szkoda, że nie ma ich więcej.

Przyznam, że chciałbym być na tym posiedzeniu Rady, gdzie ktoś musiał wcześniej rozdać młotki, którymi szanowne grono się stuknęło i zobaczyło może nie tyle jasność, ale przynajmniej feminatywy. Może również zobaczyło swą przyszłość w charakterze językowej dinozaurii. Wiem, że są członkowie Rady, którzy zaglądają tutaj (nie powiem, kto i nie powiem, skąd wiem), mam więc bardzo cichą nadzieję, że usłyszymy jakąś ploteczkę czy dwie z tegoż posiedzenia.  Tak czy owak, profesory, ministry, dziekany i inne panie zostają. Wygraliśmy!

Mam też komentarz. Wielokrotnie pisałem o tym, że nauka nie powinna się mieszać do polityki. Powinna jednak być platformą rozwoju społeczeństwa. Nie mam  wątpliwości, że nauka powinna promować społeczną równość, jakakolwiek byłaby to równość.

I tu się miał post zakończyć. Dodam jeszcze, że bardzo się cieszę, że Śląski Uniwersytet Medyczny zaprzestał współpracy (tu linka)  z wykładowcą, który głosi opinie homofobiczne podając je, jak można wnioskować ze slajdu w artykule, jako naukowe (tu linka do kolejnych slajdów – polecam szczególnie bibliografię). Nauka wcale nie mówi o tym do ‚pasują do siebie’ tylko mężczyzna i kobieta. To zwykłe nadużycie. Podobnie jak nadużyciem jest twierdzenie o stabilności związków (tu linka do artykułu, który znalazłem w ciągu 5 sekund, tu drugi, tym razem blog, pokazujący bardziej skomplikowany obraz). To właśnie za takie przekłamania należało rozwiązać umowę z wykładowcą. I dobrze, że rozwiązano.

Zdarzyła się gratka, złamać życie studentce

Po mediach i po blogu przechadza się historia studentki medycyny, która nagrała bardzo wulgarne video na temat Ukrainki, która miała zająć jej miejsce w pociągu. Oglądałem  część tego nagania, nie zdzierżyłem. To taki bluzg, rzyg werbalny kogoś, kto zawodowo ma być empatyczny, pomocny itd. Jej uczelnia z Warmii, Mazur i okolic się odniosła, studentkę zawieszono. Jakby tego było mało, to teraz nawet studenci chcą, że ja ze studiów wyrzucić (tu linka) . A mnie, mówiąc szczerze szlag chce trafić. I modlę się do św. Hipokryzji, żeby mnie nie trafiło.

A szlag mnie trafia dlatego, że co rusz rozmawiamy o przeróżnej maści adiunktów, docentów i profesorów, którzy pieprzą jak potłuczeni, wypowiadają słowa, które w większości cywilizowanych krajów skończyłyby się wypieprzeniem z pracy. I co? I nic. Wolność słowa.

Przed chwilą jedna profesorka rzuca oskarżenia (politycy się za nią wstawiają), zdurniały pedagog-homofob dostaje nagrody od jakichś patriotów. Inny palant chce strzelać do demonstrantów, kolejny kretyn z uczelni badawczej  wypowiada słowa, których nie powstydziłby się esesman z Auschwitz. I co? No, nic. Wolność słowa, panie. 

A tu nagle przychodzi studentka medycyny, osoba młoda  i my z nią od razu lecimy do prokuratury? ! nawet u studentów wzmożenie moralne występuje i już się chcą pozbyć koleżanki z roku. Bo przecież od ich tolerancji słońce odbija się z jasnością taką, jak od zielonej muchy na świeżej kupie.

Ogarnijmy się, do cholery! Tak, ta studentka medycyny zrobiła cos idiotycznego. Ale  w domu, albo na uczelni, albo jeszcze gdzie indziej słyszy o tych złych Ukraińcach. Ale powiedzmy sobie szczerze, ona ma gdzie to wszystko usłyszeć. Ba, na tym blogu mamy kolegę uczonego, który parę dni temu pieprzy o wszystkich muzułmanach, bo kilka osób zwróciło się z prośbą. I ta jedna prośba daje dowód na to, że muzułmanie ogólnie są roszczeniowi. Tak, panna z Olsztyna użyła słów powszechnie uznawanych za obraźliwe, ale czy naprawdę jej wypowiedź tak bardzo różni się od wypowiedzi, którym co rusz różne osoby dają tu odpór w dyskusjach?

To, co (i jak) ona powiedziała, można przeczytać na połowie polskiego internetu, a teksty te pisane są pod imieniem i nazwiskiem ich autorów. Ludzie się podpisują nie dlatego, bo są tak odważni, ale dlatego, bo uważają, że ich poglądy są dopuszczalne. Mieszczą się w granicach cywilizacji. I tej durnej studentce  po prostu wydawało się, że ona też może. Tylko ona chciała ‚na grubo’, jeszcze lepiej niż wszyscy inni.  No to rzuciła paroma kurwami, a na dodatek powiedziała, że ją stać. Jest wielka. Ale na nieszczęście dla niej okazało się, że ona nie profesor, ani nawet marny adiunkt, ona to zwykły ciućmok, który co najwyżej może se nagwizdać.

A my wszyscy, z uniwersytetem znad jezior i lasów znaleźliśmy sobie doskonałą ofiarę. Bo my wszyscy jesteśmy przecież oburzeni. A sam UWM teraz pokaże, jaki to jest tolerancyjny, dialogowy i ogólnie pławiący się w promieniach różanopalcej Jutrzenki. A rektor będzie dzisiaj spał spokojnie, zadowolony, że aż tyle pieczeni upiekł. A wszystko bezpiecznie i niekontrowersyjnie. Alleluja.

O święta Hipokryzjo, jak mnie wkur.iają te podwójne standardy. Jedne dla tych, którzy mogą każdą obrzydliwą bzdurę powiedzieć i drugie dla niewychowanej panny, która popełniła błąd. I za ten błąd życie jej złamiemy, klaszcząc ąż nam dłonie odpadną.  Bo ona taka rasistowska, nietolerancyjna. Żałosne.

I nie, nie proponuję jej pogrozić paluszkiem. Zacząłbym od obowiązkowych kursów tolerancji. Potem kazałbym jej pracować w ośrodku dla azylantów. Kazałbym jej chodzić na uniwersytecie z flagą ukraińską przez miesiąc. Niech zazna takich ludzi, jako ona sama. Może dojdzie do jej durnego łba, jak bardzo mają przewalone ludzie, których tak nienawidzi. A jak nie dojdzie? No to nie dojdzie. Na tym blogu  pojawiają się czasem takie teksty, że osobom, które je piszą, ręki bym nie podał. I co? I nic. Żyjemy.

Uwaga. Po komentarzu jednego z użytkowników, stonowałem wpis. Bo okazuje się, że choć jest to naprawdopodobniej jedyny tekst w cywilizowanym internecie, który studentki broni.