Czerń za kudły….

Rzeczywistość mnie wkurza. Wiem, ze muszę coś napisać. I nie potrafię wymyślić co. Bo nie chcę napisać wpisu tylko politycznego, starczy już przecież, że w komentarzach nie kłócę się o brak polityki. Myślę, że ten wpis (a szczególnie jego końcówka) nie spodoba się części z Państwa. Gdybym przeprosił z góry, wskazałbym, że z tym postem jest coś nie tak. A z nim nie jest nic nie tak. On ma właśnie taki być. Kulawy, nieskładny, ale z kończącym go oświadczeniem.

I tak to, gdy tak myślałem i myślałem, co napisać, w sukurs przyszedł mi opublikowany dzisiaj post prof. Galasińskiego. Lingwista nie napisał o protestach, on napisał o haśle „wypierdalać”. O tym, że hasło stało się ważniejsze niż protest, że nieważne, co mówić, ważne jest, bo zachować „kulturę osobistą”. Jak często, Galasiński obserwuje rzeczywistość inaczej, patrząc na język i zauważa elementy rzeczywistości społecznej i politycznej, których my nie dostrzegamy.  A tym razem Galasinski mówi: jak to tak, żeby nasze miłe panie „wypierdalać” mówiły. No, skandal!

Oto tweet w odpowiedzi Galasińskiemu.  Protest tak, ale musimy przecież protestować z klasą:

 

Załamujące. Zastanawiam się, gdzie jest granica takich idiotyzmów. Dom płonie, ale przecież to nie powód, by makijażu i biżuterii nie założyć, nie mówiąc o krawacie i czystych lakierkach.

Dobrze jednak, że ta klasa to tylko pań dotyczy, bo co zrobił taki  prof. Żerko, który nie skorzystał z okazji, by siedzieć cicho. On bowiem  będzie za kudły z kościołów  czerń wywlekać:

Nie wiem, czy to się z klasą da zrobić. Zacząłem się zastanawiać, skąd w wątłym ciele profesorskim tyle męstwa, ale szybko zauważyłem, że on z kolegami przyjdzie.

Inaczej prezes PAN mówi, który też się chce wypowiedzieć. No to zaapelował, żeby policja nie powodowała większej liczby zakażeń. Gratuluję. Prof. Zybertowicza z kolei naszło filozoficznie i  tweetuje o brutalizacji i manipulacji. Eh te imponderabilia. Za to dr Gowin pokazuje, że jest w stanie być za oraz przeciw i na tej miedzy piruety wycinać.

Z radością odnotowuję jednak, że na wysokości zadania stanęła Pani Rektor UAM. Prof. Kaniowska, jak na rektora przystało,  ostrożnie wypowiedziała się na temat decyzji TK. Gratuluję Pani Rektor. Mam nadzieję, że będzie to przykład dla innych rektorów. Pani Rektor wtóruje  legion koleżanek i kolegów, którzy tweetują i fejsbukują. No to ja też.

Dochodzę w ten sposób do sedna sprawy. Ten post, jak można się chyba domyślić, jest tylko pretekstem do tego, żebym ja też się mógł wypowiedzieć i wydać oświadczenie w sprawie. Oto ono:

WYPIERDALAĆ!

PS. Właśnie dodano w komentarzach wypowiedź rektora UW. Takie trochę bylejakie, ani się człek nie zgrzeje, ani nie przeziębi.  Coś ten UW może nie ma od razu złej prasy, ale z pewnością złego bloga ma….

Tak myślę, żeby w następnym wpisie zrobić kompilację tych wypowiedzi. Jeśli więc Państwo natraficie na linka, proszę go umieścić w komentarzach. a ja je potem zbiorę.

Habilitacja obwoźna

I znów nasza perła w koronie, śmietanka na śmietanie, Uniwersytet Warszawski oraz niezawodna Rada naukowa dyscyplin nauki o polityce et consortes. Rada obradowała, a ja tak czytam i czytam i nie do końca wierzę, że to czytam.

Oto protokół obrad rzeczonej rady, w którym polecam Państwu punkt czwarty. W tymże punkcie Rada energicznie debatuje nadanie habilitacji habilitantowi, kiedy to jeden z radny zadaje następujące pytanie:

czy komisja habilitacyjna zauważyła, że książka autorstwa habilitanta de facto nie funkcjonuje w obiegu naukowym, gdyż nie można do niej dotrzeć standardowymi sposobami. Nie jest ona dostępna w żadnej księgarni internetowej, nie można jej odnaleźć w żadnym repozytorium w formie pliku PDF nieodpłatnego czy odpłatnego, nie ma jej również w serwisie e-ISBN Biblioteki Narodowej, chociaż zapewne został jej nadany numer ISBN. Wydawcy, jak i autorzy są zobowiązani do przekazywania egzemplarzy obowiązkowych i książki powinny się znaleźć przynajmniej w wybranych bibliotekach naukowych. Książki dr. Zheltovskyego nie można znaleźć w Bibliotece Narodowej, w Bibliotece Jagiellońskiej czy w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego, ani w żadnej innej bibliotece naukowej w Polsce. Jedynym wyjątkiem są egzemplarze w Akademii Humanistycznej w Pułtusku. 

Powiedziałbym: ups (i nie chodzi mi o znaną firmę kurierską). Niesforny radny wywołał dyskusję, którą szczególnie polecam osobom, które akurat mają nastrój zdołowany (o co nie trudno, powiedzmy sobie szczerze).

Najpierw odpowiedział prof. Raś, który zapewnił, że

wszyscy członkowie komisji otrzymali egzemplarz monografii, która stanowiła zgłoszone główne osiągnięcie naukowe

Uff, pomyślałem, no ale nakład w postaci 7 egzemplarzy dowiezionych z University of Pułtusk Press do komisji, to jeszcze nie książka. Mówimy tu na razie o praktykach wydawniczych znanych z tak zacnych oficyn jak Wydawnictwa  Szwagier, Kuzyn oraz Ciotka Krysia czy Warsaw Garage Editions.

Tu nagle pojawiła się postać Czatu, na którym inny radny stwierdził, że

 dostępność publikacji to sprawa wydawców, którzy niestety nie wywiązują się z obowiązku rozpowszechniania wydawanych przez siebie pozycji. Natomiast druga kwestia nie została podniesiona w toku postępowania habilitacyjnego.

I trzeba przyznać rację prof. Wierzbickiemu, który gani w/w wydawnictwa, ale przyznajmy, że aż tak to nikomu się z Pułtuska po księgarniach jeździć nie chce, zresztą pan Kazik, kierowca, akurat był na zwolnieniu, a z internetem w Pułtusku ciężko. Jeśli więc ktoś chce kupić dzieło dr.Zheltovskyego, niech nabędzie drogą kupna bilet do Pułtuska i zakupi w garażu dzieło. Jakby garaż był zamknięty, trzeba walić zostawioną przed garażem gazrurką, wtedy Pani Wandzia przyleci klienta obsłużyć. 

Cennym głosem w dyskusji były słowa prof. Tośka, który radnych zapewnił, iż dzieło habilitanta ma ISBN i zostało wydane oficjalnie.

Zacząłem się zastanawiać nad oficjalnością wydania i gdzie jest jej granica. Zacząłem podejrzewać, że książka wydana nieoficjalnie to po prostu wydruk maszynopisu w kawiarence internetowej, bo autorowi akurat skończył się tusz w drukarce, a zamowienie z internetu dopiero  w drodze.

Szczególnie docenił, mówiąc szczerze, interwencję dyskusyjną prof. Bielenia, który

Prof. dr hab. Stanisław Bieleń zaproponował, by wrócić do dobrej praktyki i obyczaju, kiedy istniały jeszcze kolokwia habilitacyjne, by to habilitant roznosił książki wszystkim członkom Rady z prośbą o przyjęcie i zapoznanie się. Prof. Bieleń zaznaczył, że autor publikacji często sam musi zadbać o to by, książka trafiła do różnych bibliotek.

Podkreśłiłbym wielkoduszność Pana Profesora, który mógł jeszcze zaproponować, żeby habilitant odpalił członkom Rady jeszcze jakiś tomik w gratisie. A nie zaproponował.

I choć propozycja prof. Bielenia robi z habilitanta jeszcze większego jelenia, bo koszty habilitacji rosną znacznie, szczególnie przy radach liczniejszych, jednak habilitant powinien się wykazać zaangażowaniem znacznym, gdy przystępuje do postępowania.

Rozważyłbym więc jakąś książkę w gratisie. Może coś innego z University of Pułtusk Press Global GmbH LtD Ink Pink & Ultramaryna.

Smutkiem zawiało jednak, gdy Przewodnicząca Rady

poinformowała, że zdarzają się problemy, by uzyskać od habilitantów przynajmniej osiem egzemplarzy dorobku. Istnieje nawet wykładnia, że już jeden dostarczony egzemplarz wystarczy.

Pytanie „Jak żyć?!” staje się małym piwem wobec pytania, które z pewnością nad Radą Dyscyplin Kilku zawisło:

Jak habilitować?!?!?!?!

I tak to Rada obradowała. Habilitacji nie nadała (nie jest dla mnie jasne, dlaczego nie nadała), Czat musiał się zmęczyć, gdy prof. Wierzbicki ciągle na nim siedział, a sądząc po wynikach głosowań, w radzie nastąpił bolesny podział.

Morał tej historii jest następujący. Habilitanci, którzy wydają – i to oficjalnie, a nie byle jak – książki w tak dostojnych wydawnictwach jak dr. Zheltovsky, muszą zapewnić sobie transport. A to dlatego, że będą musieli wziąć egzemplarze swego dzieła (często okupionego potem, krwią i łzami) i będą musieli wziąć się za bary z komiwojażerką akademicką. I do tej Biblioteki Jagiellońskiej i kilku innych ważnych bibliotek karnąć się będą musieli. 

Tu od razu apel do bibliotek. Może warto by wyznaczyć miejsce parkingowe dla podróżujących habilitantów oraz maksymalnie usprawnić procedurę przekazywania im dzieł (wszak za chwilę będą to dzieła z odznaką znaczącego wkładu w dyscyplinę). Żeby taki habilitant,  jak zacznie rano  w Pułtusku, przez Warszawę i Kraków, do wieczora może i do Wrocławia się wyrobił.  Potem już tylko Poznań, Gdańsk i już z powrotem przez Łódź (centrum pedagogiki galaktycznej) do Pułtuska.

Rada Doskonałości i Piękna powinna się z kolei w trybie pilnym zająć stworzeniem listy bibliotek, do których habilitant będzie musiał się udać (czy osobiście – kwestia otwarta). Czy na przykład będzie musiał zawitać do takich Katowic, Zielonej Góry, Szczecina i Bydgoszczy. Nie mówiąc o Białymstoku i Lublinie na rubieżach. Apeluję jednak do Rady, by uwzględniła, że benzyna za darmo nie jest, a i koszty eksploatacji transportu kołowego w dół nie idą!

Myślę, że mogę w imieniu wszystkich serdecznie pogratulować Radzie owocnych i doniosłych obrad. Dzięki nim znacznie wzrośnie mobilność polskich uczonych, a szczególnie, co pożądane w stopniu wysokim, polskich habilitantów.

Na koniec się zacząłem zastanawiać, czy na obrady rady, Państwo Radni, wchodzą przez jakiś Stargate czy są teleportowani do ich świata równoległego. Tak z ciekawości tylko pytam.

Vivant profesores (ale tylko tytulares)

Przez jakiś czas chciałem napisać o sprawie o rektora UG. Jednak  sprawę omówiono już komentarzach. Wydaje mi się jednak, że warto poruszyć poboczny (a szkoda) wątek sprawy. Wątek ów to Apel profesorów tytularnych UG do społeczności uniwersyteckiej

Chciałbym od razu zaznaczyć, że apel jak apel, Państwo Profesorowie mówią rzeczy w miarę oczywiste. I pomimo kilku smaczków, jak to, że odnoszę wrażenie, że sygnatariusze mogą podpowiedzieć, kto jest tym „właściwym” kandydatem, to nie ma co się nad apelem zatrzymywać.

Warto jednak zatrzymać się nad tytułem. Mam nadzieję, że czytelnikom tego bloga nie umknął fakt, że apel podpisał nie byle kto. Podpisali go bowiem profesorowie tytularni!. Nie jakieś tałatajstwo habilitowane, nie jak jakieś doktoryzowane chłystki, nie akademiccy dalici ledwo co z magisterium, ale

P R O F E S O R O W I E   T Y T U L A R N I!

Creme de la creme, światłość światłości, jasność jasności, mądrość mądrości, super duper carramba luminarze! To ludzie, których dostojeństwo jest tak dostojne, że zwykli dostojnicy wyglądają jak chłopki roztropki spod budki z piwem. Ci sygnatariusze, idę o zakład, nie muszą włączać świateł drogowych poza miastem, bo światło od nich bijące drogę oświetla. Oni nie muszą mieć centralnego ogrzewania w domach, bo ich myśli tyle ciepła wydzielają,  nie muszą korzystać ze schodów, bo starczy, że pomyślą a dostojnie unoszą się na piętro.

Chuck Norris, człowiek, który leczy raka łzami, policzył do nieskończoności dwa razy, a profesor tytularny nieskończoną liczbę razy! Chyba że mu się nie chce. Profesor tytularny to Kloss, Stirlitz i Janek Kos w jednym.

I tu zatrzymam się i zadam pytanie. Czy ktoś jest w stanie sobie wyobrazić, że ten apel podpisałby ktoś, kto nie jest profesorem tytularnym? Gdy sobie to wyobraziłem, to, co zobaczyłem, przeraziło mnie. Zobaczyłem obraz nędzy, rozpaczy, skalania, zbałamucenie, bluźnierstwa wręcz.

Apel, który czytamy wszyscy ze stosownym nabożeństwem, straciłby po milionokroć, ba, po paproć (!), gdyby nawet leżał koło kogoś nietytularnego.

I na końcu, pragnę w imieniu swoim oraz czytelników tego bloga, serdecznie i namiętnie podziękować Panu Profesorowi Bogusławowi Górce (o losie ironiczny, surowe płatasz figle!) za apelu sporządzenie. I za to, że mogłem, być może po raz ostatni, przeczytać czasownik ‚sporządzić’.

Amen.

 

 

Konikturalizm

Przeczytałem dzisiaj, że nie poprawiam literówek. Postanowiłem się do tego odnieść. Oświadczam stanowczo, że takie stwierdzenie to  kalumnia i potwarz! Z całą mocą chciałbym oświadczyć, że  literówki poprawiam. Tyle że, niestety,  jak się często się okazuje,  nie wszystkie.

Nie zdradzę tajemnicy, ani nikogo chyba nie zaskoczę, gdy powiem, że poprawiam tylko te, które zauważam oraz te, które zauważa i odnotowuje WordPress. Ze spuszczoną (lekko)  głową konstatuję, że stanowią one podzbiór wszystkich literówek występujących w moich postach.

Jednak zdradzę pewną tajemnicę mojego „warsztatu”. Od początku istnienia tego bloga piszę posty od razu „na czysto”, często nawet nie czytając ich po napisaniu. Nie mam  zatem opasłej kartoteki na dysku z 1035 (sic!) postami w MS Word, które są uważnie redagowane, a potem sprawdzana jest pisownia. Dlatego też od początku istnienia tego bloga od czasu do czasu pojawia się krytyka literówek.

Gdybym teraz napisał przeprosiny, to implikowałbym, że wstydzę się tych literówek, albo że jest mi z nimi źle. Otóż nic takiego nie ma miejsca. Dla mnie mój blog, jak i blogowanie w ogóle, implikuje adhokowatość. Pisanie tu i teraz, tak jak się pisze pamiętnik. i gdy jako chłopiec pisałem pamiętnik, nigdy nie pisałem niczego na brudno, by potem przepisać. Szkoda życia.

Mógłbym więc powiedzieć, że gdybym miał dar nierobienia literówek nigdy ale to  nigdy, to ja bym je wstawiał, żeby nadać postom  „autentyczność”. Na szczęście nie muszę tego robić i autentyczność moich wpisów osiągana jest w sposób naturalny. I to dzięki niemu mogliście Państwo (a przynajmniej ci, którzy te posty w ogóle jeszcze czytaj przed skupieniem się nad komentarzami) przeczytać w poprzednim poście o konikturalizmie, a nie o jakimś nudnym koniunkturalizmie.

Czyż hippiczność tego słowa nie jest z gruntu piękna? Kłusuje wręcz więc konikturalizm po metaforycznych polach WordPressa, a za chwilę prerii Gugli, że aż się prosi, by to w zwolnionym tempie puścić. Ba, rzekłbym nawet, że gdyby żył jeszcze malarz Podkowiński, to namalowałby Szał konikturalizmu, a nie żadnych gupich*) uniesień.

Mam jednak nadzieję, że ci, którzy nie cierpią moich literówek uważając, że niszczę język polski, poszukają w swych sercach wybaczenia. A ci, którym są one  obojętne wybaczą, że w ogóle zawracam gitarę taką błahostką.

Chciałbym też dodać, że mam niezłą interpunkcję!

*) Celowo opuściłem „ł” licząc na mizerny efekt stylistyczny.

Bourdieu w województwie

Ze trzy Newsweeki temu pojawił się artykuł pt. Akademia przeciętności. Zajawka artykułu głosi, że system obowiązujący w polskich uczelniach nie pozwala, by wyłonili się nowi wielcy. Muszę przyznać, że mnie takie teksty drażnią. Bo ja tak się rozglądam i rozglądam i nie widzę tych wszystkich wielkich, którzy przebierają nóżkami, by pędzić do wielkości, a  których system sekuje. Ja niw widzę tego nowego polskiego Foucault, Baumana, Wittgensteina, którzy czekają w Kielcach, Gorzowie i Sieradzu, by rozwinąć skrzydła, jak tylko się już zmieni system, który im te skrzydła więzi, jak zła królowe rogatej czarownicy.

O pieniądzach pisać nie będę. Pieniądze w nauce, szczególnie w humanistyce, są słabe na całym cywilizowanym świecie jak ktoś chce zarabiać, nie idzie na uczelnię. Nie ma sensu porównywać się z Niemcami czy Wielką Brytanią, gdzie na uczelniach zarabiają więcej, ale część z nich i tak by się zamieniła, gdy słyszy, że my zarabiamy na grantach, wieloetatowości itd. Tak czy owak, po forsę idzie się do Ernst & Young, a nie do Kazimierza i Wielkiego.

No to przyjrzyjmy się innym strasznościom systemu. Autorzy piszą, że doktoranta można ze studiów doktoranckich wyrzucić, jak postępów nie robi i że to wspiera koniikturalizm. Nie do końca się z tym zgadzam. Dla mnie to raczej umiędzynarodowienie, którego tak bardzo wszyscy chcą. Tak jest na wielu uczelniach na świecie. Nie ma przecież sensu inwestować czasu i pieniędzy w doktoranta, który nie robi postępów….

Chciałbym przy okazji powiedzieć, że znam pewną panią doktor, która doktorat robiła 15 lat. i po tych 15 latach się obroniła jednym głosem….Nie jestem przekonany, że aż tak wspierający powinniśmy być.

O punktozie powiedziano już wszystko, co można by powiedzieć, ma ona bez wątpienia wiele wad. Jednak trochę mnie irytuje prof. Leszczyński, który uważa, że to książka u socjologa czy antropologa wyznacza jego wielkość. Nie jestem przekonany. Tak, książki są ważne, ale nauka przyspieszyła i to wszędzie na świecie. Punkty są głupie, ale w polskiej nauce rzetelne peer review nie istnieje, więc władze się ratują głupimi punktami.

I szlag mnie trafia, gdy słyszę, że każdy polski doktor habilitowany pchnął naukę nowymi tory. A pewnie o poważność książki będzie decydował prof. Leszczyński et consortes.

Argument ad Janion mnie zupełnie nie przekonują. Ja tam myślę, że Janion by się znalazła doskonale w dowolnym systemie, również i dzisiaj. Trochę czekałem na argument, że Kopernik to nawet indeksu h nie ma, a Kant to już w ogóle nie pisał w czasopismach, a żył.

I irytuje mnie to, że trzeba polskim humanistom tłumaczyć, że dzieło, które przeczyta i zacytuje tylko kolega z korytarza, to nie jest jednak to samo, co dzieło, które przeczyta ‚cały świat’. I choć dom kultury w Białymstoku jest zacną sceną wystawową dla każdego artysty, to jednak nie jest to to samo, co MOMA w Nowym Jorku. Prawie to samo, ale jednak niuanswo się różni.

Lubię też słuchać doktorantów, jednak doktorant Temkin, który doktorantem był już wtedy, gdy zakładał Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej w 2014 roku, powinien się jednak skupić na doktoracie, a nie na wypowiedziach medialnych. Nie wiem też, o kim mówi p. Temkin, gdy mówi, że ‚dopłacamy’ do swych książek. Nie znam dzieła p. Temkina., do którego musiał dopłacić.  Może też, na co zwracano uwagę na tym blogu wiele, wiele razy, należy wydać książkę w wydawnictwie, które wydaje dobre książki, bo się sprzedają i nie trzeba za nie płacić. Peter Lang, któremu płaci pół polskiej humanistyki,  nie jest jedyną odpowiedzią na polską strategię umiędzynarodowienia badań.

Wkurzają mnie też argumenty o tym, że nikogo nie interesują polskie sprawy. Pamiętajmy, że taki Bourdieu zaistniał po tym, gdy napisał o Algierii. Nie mam poczucia, ze Algieria jest znacznie ciekawsza niż Polska. On po prostu o tej Algierii napisał coś ciekawego. Warto zresztą dodać, że Bourdieu pisał tylko po francusku. Może warto ciekawe rzeczy pisać również o Polsce. Jeśli jednak, jak  jakiś historyk pisał tutaj już dawno temu, doktorat z historii pisze się o powiecie, a na habilitację, to już trzeba mieć skalę wojewódzką, to mnie osobiście wszystkie kończyny opadają. Ten rozmach wojewódzki po prostu odbiera dech w piersiach! No ale, habilitant wojewódzki znaczny wkład w naukę ustawowo zapewniony co ma, to ma.

Rozumiem dobrze, że są dyscypliny, dla których naturalnym odbiorcą jest odbiorca krajowy. Prawo, historia Polski, być może część polonistyki. Jednak irytuje mnie bardzo używanie takiego rynku odbiorców jako argumentu, że nie da się pisać rzeczy ciekawych. Janion, jak się okazuje, była tak ciekawa, że ją również przetłumaczono. Może by więc doktorant Temkin zaczął się zastanawiać, jak napisać coś, co świat będzie chciał przeczytać. Jak już napisze, coś mi się wydaje, że wtedy i punkty się dla niego znajdą.

 

My chcemy stroszyć!

Na Twitterze blokujący mnie prof. Żerko zamieścił następujący tweet:

Muszę powiedzieć, że Pan Profesor nadal zadziwia mnie tym, że nie potrafi przysolić owym zarządzającym nauką bez argumentu ad hominem. Mnie się wydaje, gdy ktoś publicznie mówi o ludziach, z którymi się nie zgadza, że są debilami, wystawia o sobie znacznie  gorsze świadectwo.

Pod tweetem zaczęto dyskutować, szybko jednak prof. Żerko uznał za stosowne określić nie zgadzających się z nim  „mądralińskimi”:

Najwyraźniej, jak to wskazano na TT, Pan Profesor nie potrafi argumentować bez odnoszenia się do człowieka.  Ale może warto docenić, że przynajmniej już nie o debilach juz napisał, ale tylko o mądralińskich. Na pewno zostało to docenione.

Jednak ja chciałbym zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze, zaiste zaskakuje mnie to, że jest jakiś „zarządzający nauką”, któremu się chciało zajmować PRZYPISAMI, jakich używają polscy humaniści. To naprawdę nie ma już większych problemów w polskiej humanistyce? Czy naprawdę co rusz trzeba pokazywać, w jakim zaścianku tkwi polska humanistyka i jak drastycznie małostkowi są ci, którzy nie zarządzają?

Ale tu jest druga strona medalu. Mnie zaskakuje, że taki prof. Żerko uznał za stosowne w ogóle odnieść się do tego. Tak, może i w historii używa się przypisów na dole strony lub końcu rozdziału, ale przecież to naprawdę nie są kwestie, o które warto walczyć, nie?

Dla mnie to trochę tak, jakby ministerstwo stwierdziło, że wszystkie wnioski grantowe należy pisać czcionką Arial 10, a taki prof. Żerko żale by wielkie wylewał, że jakieś debile nie pozwalają mu pisać Times New Roman, a przecież to jedyna czcionka, którą można pisać książki prof. Żerki i czas umierać.

Idiotyzm takich dyskusji i problemu odbiera dech w piersiach.

Jest jednak jeszcze trzecia sprawa. Otóż szczerze zaskoczyła mnie dyskusja na temat funkcji eurdycyjnej przypisów. Okazuje się, że historycy polscy nie po to piszą przypisy, żeby coś powiedzieć czytelnikowi, ale po to, żeby czytelnik podziwiał, jacy to oni są mądrzy. I wali historyk przypis za przypisem, tylko po to, żebyśmy mogli się dowiedzieć, że historyk jest ostatnią osobą, która wie wszystko.

A teraz Żerczyne debile uniemożliwiły pokazanie  jeszcze dobitniejsze nie tylko tego, że autor przypisów  jest mądry, ale tego, że jest najmądrzejszy na całym świecie, a może i poza. Czytałem to i nie dowierzałem. Na TT wskazano, że ci ludzie żyją w jednym z równoległych wszechświatów i muszę powiedzieć, że jestem bardzo bliski, by również stwierdzić, że znaleźliśmy pierwszy empiryczny dowód na istnienie Wieloświata….

PS. Tak przy okazji powiem, że wydaje mi się, że słowo ‚dupa’ na moim blogu,  która wywołała kilka protestów mailowych, to małe piwo w porównaniu z ‚debilami’ Żerki. Ale nikt jakoś mu uwagi nie zwraca.

Bez sensu

Dzisiaj chcę napisać o czymś, o czym ostatnio korespondowałem z dwiema osobami. Otóż, chcę napisać o tym, że od czasu do czasu (a może nawet częściej) nie udaje się nam. Dwie osoby napisały do mnie to tym, że mają doła, że nic im nie wychodzi, a „syndrom oszusta” doskwiera im jeszcze bardziej. Jedna z tych osób prosiła mnie, bym napisał o tym, ze ma doła, że sobie nie radzi i nie ma się tym z kim podzielić, bo przecież wszyscy wokół co rusz mają nowe publikacje, granty, wystąpienia plenarne, a co drugi z nas był rozważany do Nobla, Fieldsa i Spocka.

Kiedyś juz pisałem o tym (tu linka do wpisu). Napisałem, że nikt nie ostrzegał mnie, jak trudny wybieram zawód. Jestem przecież nieustannie poddawany ocenie. Co więcej, często ta ocena jest pozbawiona sensownych podstaw kompetencyjnych. Oceniają mnie studenci, których ocena tak naprawdę zależy od oceny z kursu. Oceniają mnie niekompetentni recenzenci z łapanki, bo nikomu innemu się nie chce. Ocenia mnie szef, który od lat niczego sensownego nie zrobił, a gdyby mój dorobek spadł na jego, to nawet samo suche by nie zostało.

We wpisie cytuję też prof. Galasińskiego, który zainspirował mnie do napisania o porażkach. Czytam jego słowa jako przestrogę przed romantyzacją porażki. Porażki wcale nie są fajne, wcale nie uszlachetniają.

Jednak to, o czym nikt nie pisze, to to, że coraz bardziej pracujemy w środowisku, które udaje sukces, a w którym o porażce nie da się mówić. Te dwie osoby, które napisały do mnie o dole, o tym, że się nie udaje, to dwie osoby ze znaczącym dorobkiem międzynarodowym. To osoby, które często wskazywane są jako przykłady sukcesu. I pomyślałem sobie, że może oni w ten sposób płacą za sukces. Postawili sobie poprzeczkę za wysoko. I z czasem po prostu trudno ją przeskoczyć. A przecież im wyżej poprzeczka, tym więcej musi być niepowodzeń. I ten wpis jest po to, żeby im o tym powiedzieć.

A ogólnie to bez sensu jest.

 

 

Językoznawstwo zastosowane

Dzisiaj, na weekend, off-topic. Postanowiłem na koniec sierpnia napisać coś lżejszego, ale wyręczył mnie w tym prof. Galasinski. Otóż cytowany tutaj niejednokrotnie lingwista postanowił zająć się recenzowaniem restauracji. Oczywiście nie jest to zwykłe recenzowanie, Galasiński mniej lub bardziej na poważnie podchodzi do recenzji (i do restauracji) jako właśnie lingwista.

I w tenże sposób powstała pierwsza lingwistyczna recenzja restauracji! Jest to zresztą recenzja restauracji nie bylejakiej, bo lingwista był w Nolicie, którą niektórzy uważają za najlepszą restaurację w Warszawie. No i opisując swój nietani (choć nigdy nie dowiadujemy się, ile prof. Galasiński zapłacił, ale musiało go zaboleć) pobyt w restauracji Nolita, bije w nią jak w bęben, zarzekając się, że jego noga nigdy więcej tam nie postanie. Pojawiła się jednak przedwczoraj nowa recenzja. Tym razem profesor był w restauracji niedaleko środka nikąd, jak pisze. I nie może się jej nachwalić. Więc jak ktoś chce się spotkać z Galasińskim, powinien jadać w Tawernie Kapitańskiej, prędzej czy później natknie się tam na niego.

To, co ciekawe w tych recenzjach, to to, że autor recenzji właściwie nie zajmuje się jedzeniem (chwalonym zresztą w obu przypadkach). Lingwista opowiada nam o tym, jak się w obu lokalach komunikują z klientem.

Piszę o tym, bo spodobały mi się opowieści lingwisty o restauracjach, ale również dlatego, że te dwa wpisy to wpisy naukowe, ale pisane z lekkością i bez nadęcia. W Nolicie Galasinski chce sobie pogadać, ale nikt mu nie odpowiada. W Tawernie prawie nie może się opędzić od gadatliwego właściciela, ale tak naprawdę chce więcej. A wszystko z pewnym przymrużeniem oka analizuje.

Profesor mówi, że niedługo wybiera się znów do Warszawy, już wybrał restaurację, a ja z chęcią poczytam nie tyle o tym, co w tej Warszawie zjadł, ale o tym, jak się tam mu gadało.

Tak się też  zastanawiam, czy fizyka  nie mogłaby się zająć recenzowaniem alkoholi, materiałoznawcy odzieżą i obuwiem, a chemicy biżuterią. O nich wszystkich napiszą psychologowie, którzy znają się na wszystkim.

Ci, co nie chcą sobie psuć dobrego humoru po tym wpisie, niech nie czytają dalej.

***

I skoro już o językoznawstwie…..Rada Języka Polskiego wypowiedziała się po raz kolejny, tym razem o słowie  „Murzyn”, o którym napisał wcześniej jeden z jej członków. Napisał o tym, żeby nie używać tego słowa, bo jest ono nacechowane negatywnie.

Wydaje mi się, że nie trzeba być językoznawcą, żeby wiedzieć, że „Murzyn” jest nacechowany negatywnie. To oczywiste. Niestety RJP tego jeszcze tego  nie wie, bo się nie spotkała plenarnie i nie ustaliła, co wie. Skrytykowała  też autora opinii, że on tak sam z siebie postanowił, że „Murzyn” jest obraźliwe. Takie małe przekłamanie, ale na pewno w dobrej wierze. Wszak chodzi o to, żeby ani się nie zgrzać, ani nie przeziębić.

Szkoda, że tak się stało. Jak zwykle RJP przyjmuje strategię strusia i się woli nie wypowiadać w sprawach, które wrażliwe społecznie. No bo jak to zabraniać  suwerenowi ‚Murzyn’ mówić. Murzyn to przecież Murzyn, pojawia się i znika i w ogóle.  Przynajmniej nie na razie lepiej nic nie mówić. Bo i po co zresztą paplać? Jak już się wszyscy wypowiedzą i Rada uzna, że jest bezpiecznie, to się też wypowie. A może i nie. I uprasza się nie niepoganianie rady.

Podobnie zresztą było w przypadku feminatywów, kiedy to Rada na początku (ze cztery lata temu, pisał o tym na blogu cytowany wcześniej lingwista, ale nie chce mi się szukać) wypowiedziała się o nich negatywnie. A po co od razu o babach gadać jak o babach? No po co? Jak już po 3-4 chyba latach uznała, że można, to się wypowiedziała nienegatywnie. I powiedziała, że jak ktoś już musi, to niech używa tych, tfu, feminatywów.  O słowie „Murzyn” też się pewnie wypowie, ale na razie musi sobie poczekać z głową zanurzoną w metr mułu. 

Przesyłam więc wakacyjne pozdrowienia dla Rady Języka Polskiego, jedynej rady w polskiej nauce, która sugeruje: Radźcie sobie sami.

 

 

Słoma

Przekazano mi pismo w sprawie postępowania dyscyplinarnego dr.hab. Macieja Góreckiego z UW. W piśmie tym rzecznik dyscyplinarny najlepszej polskiej uczelni pisze, że obraźliwe wpisy p. Góreckiego, które dotyczyły jego procedury awansowej i osób z nią związanych, mogły, uwaga,

„uwłaczać godności nauczyciela akademickiego”.

Zanim skomentuję, napiszę, że rzecznik dyscyplinujący zapragnął wszcząć postępowanie wręcz kilka godzin po tym, gdy w DGP ukazał się artykuł o dobrej koleżance zainteresowanego, a na dodatek niekorzystny dla odchodzącego rektora. Piszę o tym fakcie oczywiście uprzedzając złośliwe komentarze. Fakt ten jest na pewno wyjątkowo nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, który nie ma nic do czynienia ze sprawą. Co więcej, jestem przekonany święcie, że rzecznik dyscyplinarny, nie dość że DGP nie czyta, to na dodatek gazety tej nie lubi i nigdy nie słucha, gdy się o niej mówi. Tak właśnie uważam.

Wracając jednak do meritum. Mam dwa komentarze dotyczące deliktów nieznośnego politologa. Po pierwsze, biorąc pod uwagę wręcz żałośnie przeprowadzoną procedurę awansową, o której już tu pisałem, Uniwersytet Warszawski powinien nie tyle wszczynać awanturę (w sensie: procedurę) dyscyplinarną, ale najpierw Góreckiego przeprosić. Najlepsza polska uczelnia zachowuje się jak małe księstewko, którego rada książęca rozdaje przywileje i inne fawory, komu i jak ma ochotę. I jak ktoś popadnie w niełaskę, to nie tylko oblicza księcia nie może oglądać, ale można mu pogrozić pręgierzem i dybami.

A skoro już nie ma przeprosin, to jak się taki rycerz herbu Magik wkurzył, wygarnął księciu i dworowi, co myśli, to ja uważam, że należy do tego podejść z dużą wyrozumiałością. Najwyraźniej jednak książę uniwersytetu, pardon, rektor, zasłuchał się w piosenkę It’s hard to say I’m sorry i teraz nie chce mu przez gardło przejść. Może dlatego, że nie chce od razu musieć Góreckiego przytulać.

Mogę w tym miejscu zaoferować usługi mediatorskie i ustalenie, że przytulić Góreckiego będzie można zdalnie. A może tylko trzeba będzie zaśpiewać

Hold me now,

It’s hard for me to say I’m sorry

Drugi komentarz to zarzut. Otóż musze powiedzieć, że ja go nie do końca rozumiem. Zacząłem się zastanawiać, komu tak dokładnie Górecki uwłaczył. Mam trudności bowiem z przyjęciem, że on uwłaczył ogólnemu nauczycielowi akademickiemu, w tym na przykład godności mojej skromnej osoby. Otóż od razu mówię, że nie uwłaczył i choć jest on nieznośny, to powiedziałbym, że Góreckiego raczej podziwiam, a nawet trochę zazdroszczę mu odwagi i zajadłości. I raczej uważam, że UW powinno być dumne z pracownika, który niezmordowanie walczy o to, by politologia warszawska była na międzynarodowym poziomie. Co więcej, nie przyjmuje do wiadomości pieprzenia o tym, jak jest pięknie.

No więc skoro on nie uwłaczył mi, to najbliżej mi do tezy, że on uwłaczył swojej własnej godności. Może jako nauczyciel akademicki (NA), ma on jakąś z góry nadaną, wewnętrzną i niezbywalną godność, której on uwłaczył pisząc prawdę o tym, jak UW go traktuje. I UW postanowił się pochylić nad zbrukaną, a przynajmniej znieważoną tą godnością, która przez to aż zzieleniała ze wkurzenia.

I choć daleki jestem, by doradzać dr. hab. Góreckiemu, to zaproponowałbym, żeby on poprosił UW, by się od jego własnej godności odpieprzyli. Argumentowałbym, że każdy sobie może ze swoją godnością robić, co mu się żywnie podoba. Co więcej, jakoś wątpię, by rektor Pałys interesował się tym, czy jego pracownicy codziennie myją zęby, pachy, nie mówiąc o miejscach intymnych. A przecież, postulowałbym, że takie niedomycie uwłacza godności i to poważnie. Czy UW pilnuje, żeby się żadnemu NA żadne brzydkie słowo się nie wymknęło. Powiedzmy sobie szczerze, maile, które dostałem w sprawie użycia słowa ‚dupa’ wskazują, że moja godność została przynajmniej wystawiona na trudną próbę i z rozdartą garderobą wracała do domu.

Podsumowując, nie do końca jestem przekonany, że UW powinien się zajmować godnością Góreckiego. Godność Góreckiego należy do niego samego, ba, on może uważać, że ona wcale nie weszła w metaforyczny krowi placek. A nawet jeśli, to to jego prywatna sprawa.

Nie będę tu wskazywał, za co można by Góreckiego dyscyplinować. Trochę zresztą mam nadzieję, że rzecznik sam to wie, tylko gra na czas. Jednak mleko się wylało, Panie Rzeczniku.

Zakończę ten post złotą myślą. Otóż uważam, że UW ma obowiązek świecić przykładem, jak się powinno ‚robić uczelnię’. Gdyby to wszystko się działo w szkole wyższej w Pipidówce, nawet przez myśl nie przeszłoby mi, by o tym pisać. Ale wy, do cholery, jesteście najlepsi na tym UW. Powinniście przykładem świecić.Powinniście pokazywać nam wszystkim, jak wygląda uczelnia na światowym poziomie. Niestety, na razie to wam jedynie słoma prowincji z uczelnianych butów wystaje. Wstyd.

 

PS. To kolejny wpis poświęcony dr.hab. MG. Chciałbym więc przy okazji podkreślić, że nie znam go, nigdy z nim nie rozmawiałem, prawdopodobnie nigdy nie przebywaliśmy w tym samym miejscu. Piszę o nim, bo mnie to, co robi UW szczerze wkurza.

Habilitant z gąską w ogródku

Jakiś czas temu napisałem wpis o bardzo sprytnym sposobie na pisanie książki habilitacyjnej. Sposób ten polega na tłumaczeniu całych akapitów cudzych publikacji i opatrywanie ich przypisem odsyłającym do tłumaczonego źródła. W ten sposób trudniej autorowi zarzucić plagiat, a sam autor nie musi się za bardzo namęczyć. Główną działalnością i wkładem  habilitanta jest bowiem tłumaczenie fragmentów (niezbadana do tej pory jest rola Google Translate w tej habilitacji). Trzeba tutaj zresztą dodać, jest to działalność nietrywialna – wszak przybliżanie polskiemu czytelnikowi dzieł zagranicznych można nawet i traktować jako umiędzynarodowienie polskiej habilitacji.

Wydawałoby się, że praca habilitacyjna oparta (w niezbadanym do końca stopniu) o kompilację tłumaczeń, nie wystarcza do tego, by przynieść autorowi upragniony stopień doktora habilitowanego. Okazuje się jednak, że na Uniwersytecie Warszawskim, zacnej uczelni, której  prorektor niedawno tweetował, że znalazła się bodaj w trzeciej setce uniwersytetów na świecie, habilitacja przeszła bez większych trudności. Nikt się o nią nie bił, nikt postępowań dyscyplinarnych nie wszczynał. Po prostu habilitacja się należała, a jak się należała, to się należała.

Niestety, doniesiono mi pocztą elektroniczną, że sprawa odżyła. Otóż nieznana mi osoba (od razu mówię, żeby nie było – nie wiem kto) poinformowała wydawcę czasopism o tym, że habilitant czerpał z nich jak ze studni i w ten sposób tworzył swą pracę. I tu stała się rzecz nieoczekiwana.

Otóż niestety wydawca nie podzielił mojego zachwytu nad sprytem i kreatywnością habilitanta, ale się nadąsał, napuczył, napiął i skontaktował z wydawnictwem Elipsa, które wydało habilitacyjne dzieło. Nie jest znany proces otrzymywania, interpretacji, czy też po prostu rozkminiania listu zagranicznego. Skończyło się jednak tym, że książka habilitanta znikła z listy Elipsy. Nie ma. Puff.

Habilitant był w ogródku, przywitał się z gąską, dostał habilitację i profesura, a ty nagle ktoś mu mówi – won z powrotem do ogródka! Jak tak w ogóle można?!

Trzeba tu przy okazji stwierdzić, że swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem oba wydawnictwa wskazały całkowite niezrozumienie postępowań habilitacyjnych w Polsce. Bo co teraz ma zrobić biedny Uniwersytet Warszawski, który wspina się po lianach międzynarodowości niczym Tażan, a tu mu ktoś takie numery wykręca. Pochyliwszy się nad losem polskiego akademickiego Premierszypu, postanowiłem więc przynajmniej nakreślić problem.

  1. Po pierwsze, można nie zrobić nic. Walnąć łbem w piach, mając nadzieję, że sprawa zniknie.
  2. Można uznać, że jest po ptokach. Prof. Śliwerski uwielbia pisać o prawach nabytych, więc ja też to powiem. Habilitant jest już habilitowany, chyba jest profesorem uczelni (wszak zaświecił na uczelnianym firmamencie, nie to co taki, nie przymierzając, Górecki). Koniec kropka, dostał, odleżało się, zatwierdziło.
  3. Można też uznać, że ktoś tu sobie zrobił jaja ze wszystkich. I podjąć działania idące w kierunku.
    • odebrania stopnia delikwentowi;
    • przeglądu postępowania tego i nie tylko;
    • przeglądu procesów awansowych (przecież to są jaja, co wy tam robicie).

Zasugerowałbym UW skorzystanie z trzeciej opcji. Przyjmuję jednak zakłady, że UW postara się zamieść sprawę pod dywan, wicie, rozumicie, po co w ogóle do sprawy wracać. A po co drążyć? A jaki jest w tym cel?

Zakończę jednak akapitem przekornym. Otóż przyznam szczerze, że marzy mi się opcja druga. Bowiem byłaby to pierwsza w Polsce habilitacja nadana na podstawie nieistniejącej rozprawy habilitacyjnej. Na dodatek nadana przez najlepszą uczelnię w Polsce. To byłoby największe jajo polskiej nauki, to jest statek-matka wszystkich galerii habilitacyjnych.

Mam nadzieję, że uda mi się poinformować o dalszym ciągu tej niepotrzebnie rozdrapanej sprawy.

Dodatek 22.08. Na Twitterze prof. Duszczyk, prostuje:

  • PS. We wpisie używałem ironii i sarkazmu.
  • PS2 Rozważam wprowadzenie nowego tagu: Uniwersytet Warszawski.
  • PS3 Wiem, jak się pisze Tażan.