Gra o listę

Odpoczywam od wszystkiego, w tym od blogowania, Jednak liczba komentarzy pod poprzednim wpisem pogania mnie do napisania paru nowych słów. Chcę się odnieść do 2 komentarzy nt listy czasopism.

Pierwszy to komentarz prof. Letki.  Chcę się skupić na ostatnim akapicie. Letki pisze to:

Podsumowując, wykaz nie jest – i chyba nie było oczekiwań, że będzie – doskonały. Mimo pewnych istotnych niedociągnięć zdecydowanie docenia znaczące publikacje międzynarodowe w stosunku do publikacji lokalnych, i taki też był zamysł. Ma on pozwolić odróżnić jednostki, w których publikuje się średnio na poziomie 140-200 pkt. od tych za 100-140, 70-100 i mniej. Czy Teksty Drugie czy Journal of Parapsychology temu przeszkodzą? Moim zdaniem nie.

O ile rozumiem argument, jest on następujący. Nieważne, że lista jest niedoskonała, przecież doskonała i tak nie może być. Ogólnie zrobi to, co ma zrobić. I ogólnie to ja się z tym argumentem zgadzam, tylko że mnie on wkurza. Bo  jest on taki. Co prawda można by jeździć mercedesem, ale przecież nikt tego  nie oczekuje, więc jedziemy trabantem, który przecież, tak ogólnie,  dowiezie nas do celu. O co więc chodzi?

Irytuje mnie ten argument z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, bo po raz kolejny częstuje się nas byle czym, a my (w sensie tzw. środowisko) ma udawać, że wszystko jest w porządku, bo tak ogólnie jest. Po drugie, chciałbym wreszcie, żeby ktoś sie zastanowił, co ta lista będzie oznaczać dla tysięcy poszczególnych osób. Innymi słowy, ilu osobom właśnie powiedziano, że to, gdzie publikują, jest do kitu, ba, ich dorobek jest do kitu, bo jest nowa lista. I jeśli chcą mieć dobry dorobek, muszą zacząć publikować gdzie indziej.

Nie wiem, rzecz jasna, ile takich jest. 10? 100? 10.000? Zadałbym inne pytanie. Ile musi być takich osób, byśmy musieli uznać, że lista jest do kitu. I irytuje mnie założenie, prof. Letki wydaje się to robić, że może w kilku szczegółach są jakieś problemy, ale tak ogólnie, to jest git. I teraz to już będziemy znać prawdziwą wartość publikacji. A to jest bzdura na kółkach.

Drugi komentarz, na który chcę zwrócić uwagę, to blog prof. Jaskułowskiego, który bezlitośnie punktuje myślenie dyscyplinami. Cóż, do cholery z socjologią ma wspólnego agronomia czy nauczanie języka angielskiego jako języka obcego? Wpis Jaskułowskiego po raz kolejny pokazuje, to, na co zwracano uwagę wielokrotnie. Przypisywanie czasopism do dyscyplin jest głupie i nie może zadziałać. I nie działa.

Piotr Stec na swoim blogu wskazuje po raz kolejny to, co pokazują inni. Lista zniechęca do umiędzynarodowiania. Pisze:

Niemal nieopłacalne będzie publikowanie za granicą, bo większość czasopism, których tematyka związana jest z prawem naszej części świata (Europy ogólnie mówiąc) jest nisko punktowana. Czyli dostaniemy skutek odwrotny do zamierzonego.

Na dodatek tego wszystkiego, grupa ekspertów z socjologii oświadczyła, że ich propozycje punktowania różnią się tak znacząco od tego, co opublikowano, że umywają ręce (nie potrafię znaleźć linka). Na Twitterze przedstawiciel MNiSW powiedział, że skoro wiedzieli, że tak może być, to o co im chodzi. I ja się z nim zgadzam. Nie trzeba było pchać do ministerstwa i przykładać do tego masakry ręki. Po tym, co się stało z listą wydawnictw i 80-punktowym Białym Krukiem, czy naprawdę ktoś miał złudzenia, że listę ułożą eksperci?

Niestety, to my (środowisko) będziemy musieli tę żabę zeżreć i jeszcze powiedzieć, że nam smakowało. Wszak, jak twierdzi minister, nigdy nie było tak szeroko zakrojonych konsultacji ze „środowiskiem”. I, jak sądzę, znów ma rację. Szkoda tylko że nie dodaje, jaki był poziom ignorowania tychże konsultacji.

Nie wyszło jak zwykle. Wyszło jeszcze gorzej

Lista, jaka jest, każdy widzi.  Zarówno tu, jak i na Twitterze, a i jeszcze gdzie indziej, mamy dyskusje na temat nowego produktu MNiSW. Produktu, który został obwieszczony w ministerialnym okólniku jako „Koniec punktozy”. Zastanawiam się, czy autor tegoż tytułu jest sabotażystą w ministerstwie, czy może kimś, w którego głowie myśl gości z rzadka i dotyczy nie znacznie ważniejszych tematów jak lista zakupów. Trzeba bowiem wyjątkowej inwencji, by uznać, że nowa lista przyznająca punkty czasopismom, kończy jakąkolwiek punktozę. W rzeczywistości punktozę umacnia i betonuje.

O punktach jednak powiedziano już wiele, ja swoje trzy grosze chcę powiedzieć o czym  innym. Otóż dość powszechnie zapowiadano, że przypisywanie czasopism do dyscyplin będzie działaniem karkołomnym i potencjalnie masakrycznym. I rzeczywiście, jak to powiedziano na Twitterze, nowa lista czasopism pieczętuje koniec interdyscyplinarności w nauce polskiej. W kilku już twitterowych dyskusjach zgłaszano już arbitralność decyzji o przynależności dyscyplinarnej czasopism. W dyskusji mówiono o psychologii, medioznawstwie, politologii, lingwistyce. Ja również widzę czasem absurdalne decyzji dyscyplinarne.

Bardzo mi się podobał przykład Journal of Ethnic and Migration Studies, który zakwalifikowano do prawa kanonicznego, a nie do nauki o polityce. Przecież to tak głupie, że trudno skomentować.

Nawiasem mówiąc, jeden z lingwistów zastanawiał się, czy decyzje takie nie są wynikiem przeniesienia debaty na temat tego, czym jest lingwistyka w Polsce, a czym na świecie, na listę czasopism. A zatem to, szerszy świecie zakres lingwistyki, w nauce polskiej celowo ograniczono. Dlaczego? A bo sobie paru polskich profesorów tak zdecydowało.

Poproszony o komentarz prof. Kulczycki na temat decyzji dyscyplinarnych, milczał.

Nowa lista to nie tylko absurdalne decyzje punktowe – o 100 pkt. dla Tekstów Drugich już napisano wiele. Żenujące jest to, że redaktor naczelny sam w tymże czasopiśmie pisze i to niemało!. Moim zdaniem jednak, to nie poszczególne punkty są kluczowym problemem listy. Kluczowym problemem są właście decyzji o przynależności dyscyplinarnej czasopisma. Decyzje często po prostu głupie i wywracające działalność badawczą całych grup ludzi.

Jakiś czas temu min. Gowin chwalił się, że układanie listy czasopism jest największym przedsięwzięciem tego typu w nauce. Mieliśmy się zawczasu zachwycić listą czasopism. Miało być bardzo pięknie. Niestety, wyszło jak zwykle. Ba, wyszło jeszcze gorzej niż zwykle. Pozostaje mieć nadzieję, że wszyscy ci, którzy swymi nazwiskami firmują tę listę, spalą się ze wstydu.

 

Tańczący z systemem

Od jakiegoś czasu obserwuję, że coraz więcej młodych, średnich a i starszych pracowników nauki publikuje na świecie i to w dobrych i bardzo dobrych czasopismach. Oczywiście w niektórych dyscyplinach tak było „zawsze”, ale w niektórych to coś nowego, wręcz diametralna różnica wobec niedawnej jeszcze przeszłości.

I tu naszła mnie refleksja.  Trudno zakładać, że ćwierć, a może i pół dyscypliny nagle zmądrzało i dojrzało do tego, by zacząć w tymże świecie publikować. Dokonało się olśnienie masowe. Raczej należy przyjąć, że zmieniły się priorytety i praktyki publikacyjne. Ktoś stwierdził, że dobrze jest publikować międzynarodowo, no to ludzie zaczęli międzynarodowo publikować. Części się to nie udało, oczywiście, ale okazuje się, że znacznej części tak.

Jeśli mam rację, to z tego wynika kilka rzeczy. Po pierwsze, należy się zastanowić nad tym, dlaczego ci, który nadal publikują w województwie rzeczywiście nie potrafią inaczej czy może nadal nikt od nich niczego innego nie oczekuje. Po drugie, należy inaczej popatrzeć na naukę polską. A zatem wcale nie jako zaścianek zaścianka, ale jako system, który stwarza pewne oczekiwania, a ludzie w tym systemie je spełniają. Po trzecie, wszelkie gadanie o leśnych dziadkach ma dość ograniczony sens. Również dzisiejsi starsi profesorowie są częścią systemu, który od nich wymaga pewnych działań. Ba, niejednokrotnie słyszałem od humanistów, że publikowanie nie po polsku było niemile widziane w czasach słusznie minionych.

Jest w tym miodzie jednak szczypta dziegciu. Szkoda bowiem, że ci wszyscy podążający za systemem nie wykazali się odrobiną inicjatywy i nie stwierdzili, że jednak chcieli być częścią obiegu naukowego. Z pewnością było to nieporównywalnie trudniejsze niż obecnie, ale przecież nie niemożliwe. Trudno też zakładać, że na tych wszystkich publikujących poza wydawnictwem lokalnej uczelni spadały kary dyscyplinarne za to, że ośmielili się po hamerykańsku coś skrobnąć.

I taka to refleksja i jej cztery  podrefleksje mnie naszły. Sumując – wcale nie jest tak tragicznie, jak czasem mówimy, ale znów tak pięknie jak inni mówią, też nie jest. I po stwierdzeniu tej oczywistej oczywistości,  wracam nad jezioro. Z laptopem.

Johns, do cholery, Johns

Na Twitterze znalazłem jeszcze jedną propozycję punktacji wydawnictw. Nie do końca wiem, po co autor z zespołem się namęczył; szansa na to, że MNiSW zmieni teraz swą listę, jest zerowa. No ale skoro się namęczył, to ja rzuciłem okiem. Przyznam szczerze, że jezioro za oknem spowodowało, że nie wczytałem się w 13 stron z uwagą, na którą dokument ten z pewnością zasługuje. Toże jezioro spowodowało również, że nie czytałem dyskusji pod poprzednim wpisem, więc nie wiem, czy już o tym nie pisano.

Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego nie wczytywałem się. Otóż autor, który nie wie, że słynny uniwersytet z Baltimore nazywa się Johns Hopkins University, a nie „John’s Hopkins”, jest dla mnie dość niewiarygodny i szkoda na niego czasu. Zastanawiałem się nawet przez chwilę nad tożsamością Johna, który posiada owego Hopkinsa, ale się poddałem.

Więc jeszcze raz: Mr Hopkins z niewyjaśnionych bliżej powodów miał na imię Johns. Tak, z „s”. I uniwersytet jego imienia również nazywa się Johns Hopkins University. I tak przy okazji – JHUP wcale nie jest najstarszym wydawnictwem uniwersyteckim w USA. Jest najstarszym wydawnictwem uniwersyteckim, które działa bez przerwy („continuously running”) . To jednak dość zasadnicza różnica, a autorom raportu zalecam czytanie ze zrozumieniem.

Zajmijmy się jednak meritum. Szlag mnie jasny trafia, gdy autor podtrzymuje idiotyczny podział na wydawnictwa komercyjne i akademickie. Otóż te drugie są równie komercyjne. Nikt nie wydaje książek, które się nie sprzedadzą, bo wydawnictwo szybko straciłoby prawo bytu. OUP czy CUP nie są subsydiowane przez uniwersytety, których nazwy noszą w swych nazwach po to, by wydawać książki przynoszące straty.

Drugi szlag mnie trafia, gdy autor usiłuje sprzedać ideę obiektywności swoich list. Listy autora są tak samo arbitralne jak lista MNiSW i co najwyżej można sobie pogadać o tym, czy lepiej, że minister dopisuje, czy że autor dokumentu uważa, że wydawnictwo musi wydać 500 książek naukowych i 50 czasopism. Skoro jednak autor tak bardzo lubi cyfrę 5, to proponowałbym 555 książek i 55 czasopism. Będzie jeszcze piękniej.

Nie chce mi się pisać o innych kryteriach, bo są one równie bez sensu. Dlaczego 100 książek? Jakie rankingi akademickie? Dlaczego dziesięciolecia istnienia? To wszystko wynika jedynie z chciejstwa autora i nie ma żadnego powodu, by uznać, że te kryteria są choć z niewielkim stopniu lepsze od przyjętych przez MNiSW. Z całą pewnością też dziesięciolecia istnienia nie gwarantują jakości wydawanych książek.

Postanowiłem jeszcze przyjrzeć się choć jednemu czasopismu za 200 gowinków, która u autora spada na łeb szyję. Padło na Bloomsbury, którego punktacja wywołała na początku roku pewne zaskoczenie (podobnie jak brak 200 pkt. dla Palgrave).

No więc argumenty, że Bloomsbury wydaje Harrego Pottera wskazują po raz kolejny na to, że tego, co pisze autor, nie należy traktować poważnie. Oczywiście Bloomsbury Academic nie wydaje HP.  Nie wiem też, czy wydawnictwo to wydało jakąś dyskutowaną książkę w ciągu ostatnich 5 lat, jestem jednak pewien, że autor też tego nie wie. Zupełnie nie wierzę, że autor (a nawet autor z zespołem) jest w stanie wyrobić sobie zdanie na ten temat.

Szkoda, że autor nie wypowiada się nt Palgrave, uznając, że Elsevierowi czołówka się należy. Jakby nie słyszał, że Elsevier miał (i chyba nadal ma) duże kłopoty wizerunkowe w międzynarodowym środowisku naukowym. Bardzo więc wątpię, by w „rankingach akademickich” zajmował aż tak wysokie miejsce.

I na koniec. Chętnie bym poznał nazwiska członków zespołu prof. dr. hab. Kazimierza Słomczyńskiego. Podpisywanie się „w imieniu zespołu” jest równie żenujące, co pisanie „John’s Hopkins”.

 

Jedną maluczką recenzją tak wiele przybyło

Oto dwie recenzje doktoratów z filozofii: recenzja 1 oraz recenzja 2. Zwrócono mi na nie uwagę, bo są zaskakująco podobne. Zacząłem je czytać od konkluzji i trudno nie ulec wrażeniu, że mamy do czynienia z tym sama recenzją, którą recenzentka przerabia na potrzeby  konkretnego przewodu doktorskiego.

Nie mam do końca wyrobionego zdania na ten temat. Z jednej strony, rozumiem dobrze, że pisanie recenzji nuży, czemu więc nie wspomóc sobie wypracowanym przez siebie wzorem recenzji. Z drugiej strony, powstaje pytanie, czy nie mamy do czynienia z gotowcem, którego recenzentowi nie będzie się chciało zmieniać tylko po to, żeby zasugerować niuanse oceny. Co więcej, recenzent dostaje pieniądze za te recenzje, mógłby się więc choć odrobinę postarać, a przecież recenzent doktoratu to zazwyczaj osoba akademicko doświadczona, dla której napisanie recenzji nie powinno stanowić większego problemu.

Mam coraz większe kłopoty z tą praktyką (czy jest to już proceder?), gdy widzę podobne zdania z treści recenzji. Okazuje się, że treść obu doktoratów rozłożona jest na 2 płaszczyznach, obu doktorantów cechuje wnikliwość filozoficzna, obaj tworzą horyzonty odniesień filozoficznych…. Bardzo trudno uznać, że zbieżności między obiema recenzjami to czysty przypadek, a recenzentka po prostu natrafiła na doktoranckie bliźnięta. Raczej trzeba uznać, że recenzentka napisała jedną recenzję i po niewielkich przeróbkach złożyła ja jako drugą. Moje wrodzone lenistwo nie pozwala mi na to, żeby poszukać innych recenzji Pani Profesor….

Ale być może stosowanie gotowca recenzyjnego ma jedną zaletę. Otóż Pani profesor odkryła wielce ją irytującą praktykę stosowania spójnika „iż”. Jest szansa, że gdyby pisała recenzję od nowa, mógłby jej ten naganny proceder umknąć. 

O ułudzie bibliometrii i naukowych brylantach

Ostatnio nie mam czasu na wiele, więc zapuściłem się w blogowaniu. Jednak gdy zobaczyłem, że pod ostatnim wpisie jest już ponad 700 komentarzy, postanowiłem nadrobić zaległości. Przede wszystkim dziękuję za korespondencję, która może nie na co dzień, ale jednak przybywa. Smaczków w niej było kilka, ale skonstatowałem, nie mogę się zdecydować, czy z radością czy z rozczarowaniem, wszystkie zostały zapodane w dyskusji. Ale trzy tematy zostały.

1. Po pierwsze chciałbym zwrócić uwagę na wywiad Forum Akademickiego z prof. Kulczyckim. Wywiad dobry, jednak stwierdzenie, że nikt nie wymyślił niczego lepsze do zarządzania nauką za pomocą bibliometrii, jest co najmniej dyskusyjne (co również wskazano na Twitterze).

Starczy choćby popatrzeć na parametryzację brytyjską, która nigdy nie była ‚metryczna’, a która nadal daje rezultaty w postaci nauki, do której nauka polska ma jeszcze daleko, a może i nawet dalej.  Co więcej, w dyskusji podkreślano, że brytyjskie uniwersytety odchodzą o ‚pomiarów’ jakości zarówno ludzi, jak i instytucji.  Indeks Hirscha wcale nie jest świetną metodą oceny i chciałbym usłyszeć od prof. Kulczyckiego chociaż kilka słów na ten  temat. Jestem bowiem przekonany, ze on zna doskonale wady Hirscha, jednak przedstawia te miarę w wywiadzie tak, jakby dawała wyniki, które jasno i rzetelnie opisują rzeczywistość. Tak nie jest.

2. Zwracam uwagę na artykuł w serii o nieuczciwości akademickiej prof. Wrońskiego. Dopóki nauce polskiej energiczniej ściga się ofiarę niż plagiatora/kę, to właściwie nie ma o czym gadać.

3. Polecam też watek na forum DNU. Po raz kolejny mamy dziennikarza, który bezkrytycznie  mówi o wybitnych osiągnięciach naukowych wszystkich tych, którzy nie uzyskali habilitacji.

Cieszę się, że dziennikarze zajmują się stanem rzetelności w nauce polskiej, jednak warto czasem wziąć głęboki oddech i się zastanowić. Ja nadal nie widziałem uwalonej dobrej habilitacji, odwrotnych sytuacji widziałem z kolei wiele. Jestem również pewien, że zdarzają się habilitacje, które u jednych recenzentów przechodzą, choć u innych nie przeszłyby, podobnie z radami wydziału. Jednak z tego nadal nie wynika, ze wyrzucamy perły badawcze, które na harwardach, jejlach i berklejach byłyby podstawą wybitnych profesur, a w oxbridżu co rusz nowy ‚regius professor’ byłby mianowany. Tylko my nie doceniamy tych diamentów. A mnie szlag  trafia, jak czytam te banialuki.

Przy okazji wracam jednak do tego, że nadal uważam (jak to pisałem już ze 2-3 lata temu), że posiedzenia komisji, szczególnie, jeśli jest na nich habilitant, powinny być rutynowo nagrywane. Nagrania powinny być udostępniane zainteresowanym. A jeśli jakiś wybitny profesor na nagraniu pieprzy jak potłuczony, to niech się za to sam wstydzi. Nagrywanie dyskusji awansowych jest w naszym wspólnym interesie, bo w naszym wspólnym interesie leży to, by  postępowania awansowe były przejrzyste i wiarygodne!

Przy okazji tegoż dziennikarstwa,  donoszę, że niedawno napisał o ‚pseudohabilitacjach’ również prof. Śliwerski. Cytuje w poście on z listu innego koryfeusza pedagogiki polskiej, który napisał do jednej z habilitantek, która pojawiała się już nie raz na tym blogu. Otóż prof. Nalaskowski napisał:

Koleżanko! Kimże Pani jest, że miałaby się przeciwko Pani sprzysiąc cała polska pedagogika!? Na czym ta Pani wielkość, nie do strawienia przez innych, polega? Nienawidzą Pani za Nobla czy wykłady na Harvardzie? Rozpętana akcja pokazuje przede wszystkim u Pani absolutny, patologiczny brak pokory. Sama siebie osądza Pani najwyżej i bezkrytycznie. Wszyscy są głupi, bo się na mnie nie poznali.

Muszę powiedzieć, że czytam takie słowa i wraca do mnie wyrażenie noblesse oblige. Pan Profesor nie skorzystał z okazji, żeby się nie odzywać.

4. I na koniec drugi cytat z innego wpisu prof. Śliwerskiego. Pedagog odnosi się do sprawy dr. Zybertowicza. Pisze o sprawie tak:

Dla mnie nie ulega wątpliwości, że gdyby nie jego (Zybertowicza) zaangażowanie w kontrrewolucję polityczna PiS, nie byłoby problemu z rzetelnym odczytaniem jego osiągnięć naukowych. Całe szczęście, że Aleksander Nalaskowski jest już od dawna profesorem tytularnym, bo gdyby ubiegał się o prrofesurę dzisiaj zapewne zostałby potraktowany podobnie jak toruński socjolog.

I ja mam pytanie. Jeśli tak wpływowy uczony jak prof. Śliwerski, uważa, że Zybertowiczowi nie nadano stopnia z powodów politycznych, to czemu nie protestuje, z hukiem nie ustępuje z CK, nie donosi do prokuratury?! Bo ja sam będę sprzyjał sprawie, jeśli okaże się, że Zybertowicz profesorem zostać powinien, ale PO-recenzenci go uwalili. To byłby skandal.

Ale jeśli prof. Śliwerski tak sobie tylko pieprzy (nie pierwszy raz), bo mu pasuje do tego, by uzasadnić swój  brak  dorobku międzynarodowego, to ja bardzo proszę, niech Pan pieprzyć przestanie. I się Pan zastanów, co Pan mówi, Panie Profesorze. Nauka polska jest w rozsypce, więc dokładanie jej pałką polityczną jest wyjątkowo nieodpowiedzialne, szczególnie gdy robi to ktoś tak wpływowy jak Pan.  A robienie tego w czasach, gdy nauka musi się bronić i to czasem zajadle przeciwko sferze politycznej, jest nie tylko nieodpowiedzialne, jest to również wyjątkowo głupie.

Bezpieczny prof. Pstrowski z Europy wschodniej

Chcę dzisiaj zwrócić uwagę na dwa niedawne posty na blogach, które czytam.

Pierwszy to post prof. Galasińskiego pod znamiennym tytułem Tam są smoki. Galasiński pisze o Europie wschodniej i swoim doświadczeniu wschodniego Europejczyka w Wielkiej Brytanii. Wydaje się, że nie pisze on niczego nowego, jednak pokazuje, jak szkodliwe są z jednej strony nasze przekonania o ‚Zachodzie’, jak i ich przekonania o miejscu gdzie może nie ma smoków, ale są niedźwiedzie polarne. A dzisiejsza romantyzacja Europy wschodniej na zachodniej lewicy jest bardzo podobna do naszych wyobrażeń o zachodzie Europy, gdzie wszyscy się na ulicy uśmiechaja.

To, co mnie uderzyło w tym poście, to jak dalece ja się czuję Wschodnioeuroejczykiem, gdy jadę „na Zachód”.  Jest gdzieś we mnie ten wschodnioeuropejski kompleks, o którym wolę tu nie pisać.

I gdy się zastanawiałem nad tym, czy kiedyś zrzucimy nasze wschodnioeuropejskie kompleksy, odpowiedź (negatywną)  przyniósł  prof. Jaskułowski w swoim komentarzu  na temat intensyfikacji pracy naukowej, która zredukowana zostaje do efektu. Publikować trzeba coraz więcej, najlepiej coraz szybciej. Nasza wartość coraz częściej  ogranicza się do ostatniej oceny okresowej.

W ostatnich kilku tygodniach napisało do mnie kilka osób z pewnego prywatnego polskiego uniwersytetu. To listy pełne goryczy wobec uczelni, w której coraz bardziej strach pracować. Bo przecież publikować trzeba ciągle i ciągle i ciągle. „Publish or perish” coraz bardziej staje się „Publikuj albo spadaj”, bo przejmujemy coraz bardziej ‚amerykańskie’ reguły gry, ani ich do końca nie rozumiejąc, ani nie zastanawiając się nad ich konsekwencjami.  Perspektywa Uniwersytetu w Gandawie (tu jeszcze jeden post z blogu lingwisty)  wydaje się być z innego świata. Bo przecież my musimy punktować.

Nie ma czasu na namysł, nie ma czasu na czas. Coraz bardziej myślimy w kategoriach publikowalności, jak zauważa Jaskułowski, co z kolei zachęca do pisania bezpiecznego. Już jakiś czas temu napisano do mnie o szablonie artykułu, który wypełniają młodzi badacze skupieni wokół bardzo skutecznego profesora, który nie ma czasu na porady. Przecież lepiej po prostu wstawić trzy zdania tu, dwa tu, a osiem do konkluzji. To nie jest już publikowanie, to jest taśmociąg publikacyjny, znany pod wdzięczną nazwą publikacyjnej sraczki.

Na koniec dodam, że na niedawno na Twitterze pojawił się tweet psychologa, który zrezygnował z pracy. On nie chce już pracować na uniwersytecie. Zastanawiam się, ilu z nas podąży za nim.

 

Siekierą w naukę

Pod poprzednim wpisem pojawił się artykuł na temat mobbingu w nauce polskiej. Nie podoba mi się ten artykuł.  Zbyt bezkrytycznie, moim zdaniem, podchodzi dziennikarka do wyników ‚autorskiej ankiety’ założycielki Fundacji Nauka Polska. Jak zwrócono uwagę, nazwa jest niekomfortowo bliska FNP, co bardzo trudno uznać za przypadek.

Bezkrytyczność dziennikarki zaczyna się od tego, że nie dostrzega, że strony internetowej, na której jest ankieta, trudno uznać za bezstronną i nastawioną na dociekanie prawdy. Ba, z pewnym sceptycyzmem podchodzę do tego 1000 osób, które wypełniły ankietę. A nawet jeśli, to jeszcze trudniej mi uznać te osoby za reprezentatywne dla nauki polskiej. I tak naprawdę, to mnie dziwi, że jedynie 50 procent czytelników strony nastawionej na demaskowanie, doświadczyło mobbingu.

I wreszcie z pewnością historie opisane w artykule są prawdziwe, jednak irytuje ekstrapolowanie ich na całą naukę polską.

Komentarz? Moim zdaniem, taki artykuł robi więcej szkód niż przynosi pożytku. Zamiast niuansu i śledztwa dziennikarskiego mamy dziennikarską siekierę, której właścicielka nawet się nie zastanawia nad tym, o czym pisze. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu zaiste nie popisała się sztuką dziennikarską.

Jestem gorącym zwolennikiem podnoszenia dywanów nauki polskiej. Ten blog od ładnych paru lat stara się to robić. Jednak irytuje mnie implikacja, że zrobiłem habilitację, bo miałem plecy. Ba, wypraszam sobie. Ja po prostu wolę przyglądanie się konkretnym przypadkom, a nie uogólnienia, jak to połowa naukowców cierpi, a druga połowa to cierpienie zadaje.

Autorka ankiety złożyła drugi wniosek habilitacyjny. Mam zdanie na jego temat, ale się nie wypowiem. Ciekawy jestem recenzji i wyniku. Muszę powiedzieć, że nie wstrzymuję oddechu.

 

 

Raz gadać, a raz nie

Czas na nowy wpis. Ostatnio mam jednak mało czasu, więc w jednym wpisie będą trzy sprawy.

1. Napisała do mnie osoba, której uwalono habilitację. Słusznie czy nie słusznie, nieważne. Podnosi jednak, moim zdaniem, ważną kwestię. Otóż habilitanci nie mają możliwości odpowiedzi na recenzje. Moja korespondentka pisze, że uważa recenzje za nierzetelne, jednak nie ma możliwości reakcji.

Zastanawiam się nad tym i już słyszę argumenty o kolokwium. Jednak nie o kolokwium tu chodzi. Wydaje mi się, że habilitant powinien mieć prawo odpowiedzi pisemnej i ustosunkowania się do recenzji.

2. Tu przychodzi na myśl  odpowiedź na recenzje dr. hab. Zybertowicza. Mówiąc szczerze, nie podobała mi się. Nie treść, rzecz jasna, ale sam fakt. Nie widzę sensu takich publicznych dyskusji na temat czyjegoś dorobku. Z drugiej strony, rozumiem Zybertowicza, którego dorobek omówiono w mediach (moim zdaniem, nieużyteczne to za bardzo).

Jeśli chodzi o sprawę, nadal  uważam, że sprawa Zybertowicza wyrządziła same szkody nam wszystkim. Po raz kolejny pokazała, że polska nauka nie potrafi się znaleźć. I źle.

Nawiasem mówiąc, mam nadzieję, że prezydium CK nie podejmie decyzji o nadaniu tytułu. To byłaby już kompletna masakra i znak, że w nauce polskiej to media nadają stopnie. I minister.

3. Trzecia sprawa, na którą chce zwrócić uwagę, to, po raz kolejny, publiczne zachowanie pracowników naukowych. Tym razem jednak, co niezwykle ciekawe, idzie o sprawę dr. Nialla McCrae, starszego wykładowcy (czyli po naszemu adiunkta) z zacnego King’s College. Dr McCrae postanowił publicznie  zwyzywać aktywistę anty-brexitowego, ktoś to nagrał, sprawa trafiła do przestrzeni publicznej, bo aktywista jest znany.  King’s College już zareagował, po chwili okazało się zresztą, że wykładowca nie pierwszy raz jest, nazwijmy to, kontrowersyjny. Smaczku dodaje to, że McCrae wykłada zdrowie psychiczne.

Co zrobi King’s College? Zobaczymy. Ciekawe jednak będzie to, jak zareaguje bardzo dobra uczelnia w kraju, w którym ceni się cywilizowaną debatę. Bez wątpienia okolicznością będzie to, że aktywista, którego wykładowca zwyzywał jest czarny. A sądząc po dyskusji pod tweetem KC, dominuje pogląd, że zachowanie p. McCrae naraziło uczelnię na kompromitację. A za to z kolei można wywalić z pracy.

Zastanawiam się, co ja bym zrobił. Muszę powiedzieć, że bardzo mi się nie podoba wymachiwanie kijem flagi przed nosem aktywisty.  O ile zrozumiałbym okrzyki o zdrajcach itd., to jednak ten kij to dla mnie przekroczenie granic dopuszczalnej agresji. I tak,  dla mnie jest ważnym kontekstem i to, czego dr McCrae uczy, i to, że jest pielęgniarką (język polski zawodzi tu nas – polski mężczyzna nie może być pielęgniarką). Wydaje mi się, ze pielęgniarce jakoś nie uchodzi grozić spokojnemu człowiekowi kijem (z flagą czy bez niej).

No ale pytanie jest inne: to sack or not to sack, jak by mógł napisać mistrz William. Nie wiem. Ale głosowałbym za wywaleniem. Noblesse oblige.

Żenada oburzenia

No to czas się wziąć za nowa akademicką bombę, czyli postępowanie profesorskie słynnego (w Polsce) i medialnego (w Polsce)  socjologa. Postępowanie zostało uwalone. Czy słusznie, czy nie, nie mnie sądzić. Nie znam się, choć te pozytywne-negatywne recenzje były bardzo krytyczne. Uważam przy tym, że aktualnie działający politycznie profesor (nie tylko ten zresztą)  nie powinien występować o tytuł naukowy. Jednak rozumiem, że mówimy tu o kwestii smaku, a smak, tak jak dno, w polskiej nauce i polityce zniknął tak dawno, że nikt nie pamięta o jego występowaniu w naturze.

Z nie do końca jasnego dla mnie powodu o postępowaniu napisała Gazeta.pl, Jakoś nie zauważyłem, żeby pisała o nadawanych profesurach, więc wyróżnia tę profesurę jako inną, szczególna, a ona taka być nie powinna. Gazeta napisała o tym, że o sprawie poinformował prof. Gadacz, który napisał, że nieprzyznaniem stopnia  środowisko stanęło na wysokości zadania. Napisał na FB, niestety, post już usunął. Na to wszystko z kolei oburzył się prof. Dudek, który uważa, że uwalenie dr.hab. Zybertowicza ma podłoże polityczne. Szkoda jednak, że nie oferuje żadnych dowodów na to. I jego post o kompromitacji i skandalu jest tak samo głupi jako post Gadacza o stawaniu na wysokości zadania.

I teraz ja swoje trzy grosze zaoferuję. O postępowaniu Zybertowicza pisałem  już wcześniej i pisałem bardzo krytycznie. Recenzje, które napisano w tymże postępowaniu są żenujące. I tak naprawdę to one są początkiem całego problemu. Tylko bowiem zażenowanie budzi fragment następujący recenzji:

Pracę ściśle naukową Andrzeja Zybertowicza oceniam krytycznie, jego działalność organizacyjna i dydaktyczną więcej niż pozytywnie. Osobiście uważam, że raz wyzwolona wola stania się profesorem jest nie do zatrzymania. Jeśli Andrzej Zybertowicz uznał, że są powody, aby przyznać mu profesrurę, to zapewne tak jest.

Wyjątkowo to durne słowa i mam nadzieję, że ich autor, prof. Wróbel z UW, będzie się ich wstydził przez wiele lat. I to właśnie ta recenzja, wraz z recenzją prof. Króla, która również kończy się konkluzją pozytywną, powodują, że mamy dzisiaj zamieszanie.

A to dlatego, że ja rozumiem argumentację, ze skoro wszystkie recenzje są pozytywne, decyzja Centralnej Komisji jest niezrozumiała. Od tego są recenzje, do cholery, żeby brać je pod uwagę. A recenzenci są od tego, żeby pisać rzetelne recenzje, a nie puszczać oko do Centralnej Komisji. I gdyby recenzenci napisali porządne recenzje, zamiast silić się na dowcip, sytuacji by dzisiaj nie było. A teraz po raz kolejny nauka polska dostaje po głowie. I najśmieszniejsze jest to, że dostaje słusznie, bo sami sobie to zrobiliśmy.

I co ciekawe, najlepiej wypada w tym wszystkim sam dr hab. Zybertowicz (którego działalności bardzo nie lubię), który zatweetował, że zapuścił sobie brodę, by mieć profesorski look. A tu się nie udało.  Muszę powiedzieć, że w kontekście to wyjątkowo dowcipny i uprzejmy tweet.

Swoją drogą,  dr hab. Zybertowicz zapewne o swej porażce nie dowiedział się z mediów, jednak jest coś naprawdę niesmacznego w tym, że Gazeta Wyborcza podaje na Twitterze informację o tym, a on na nią (zapewne) musi zareagować. I choć rozumiem, że Zybertowicz jest osobą publiczną, jego postępowanie profesorskie do działalności publicznej nie należy.

Żenujące to wszystko.