666 punktów

Minister to ma (nie do końca) klawe życie, co rusz ogłasza nowe inicjatywy, a tu co rusz ktoś w szprychy my kije wsadza.

Jakżeż piękna inicjatywa kopernikańska, wręcz przewrót kopernikański, spotkała się z brakiem zrozumienia psychologów z PAN. Zamiast pochylić się nad projektem, zamiast docenić jego głębię, oni na pomarańczowo się wypowiadają (taki los blogera, że i do tego, tfu, tfu, linkę musi zapodać). Nową arcyAkademię, proszę sobie wyobrazić, do jakichś pralek porównują. Żeby chociaż powiedzieli, że to nie żadna pralka marki Beka, ale na przykład pralka marki Miele. Bo tam przecież naukę się miele!

Jako osoba zawsze starająca się dostrzegać pozytywy w ludziach i pomysłach, pomyślałem o idei teologii we Wrocławiu i kartografii w Łodzi. Proponowałbym, żeby daną dyscyplinę można było uprawiać tylko w jednym mieście. Dla naprzykładu. Taką psychologię na przykład, można by uprawiać tylko w Suwałkach i tam powstałoby kolegium psychologii. Widzę pytania – dlaczego w Suwałkach? Ano dlatego, że co rusz jakiś psycholog się wymądrza, a do Suwałek daleko, a z oczu to z serca. A na dodatek gnojkom zimno będzie. Teologię, z oczywistych względów można by uprawiać tylko w Lublinie. Filozofię tylko w Toruniu – żeby się im nie poprzewracało w miejscu, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę.

W ten sposób osiągnęlibyśmy od razu intelektualną masę krytyczną, byłaby też jedna rada dyscypliny, a i nie trzeba by się pieprzyć z jakimiś interdyscyplinarnościami.

Warto tu wspomnieć, że w Związku Radzieckim było tzw. miasteczko gwiezdne, gdzie mieszkali wszyscy kosmonauci, my będziemy mieli miasteczka dyscyplinarne. I nie dość, że czad, ale nawet  Niemcy będą nam zazdrościć.

Chciałbym też dać odpór innemu artykułowi, który krytykuję jaśnie nam panującego ministra i jego punktacje (nie powiem, kto przesłał, bo może Pani Doktor nie chce się pokazywać w moim towarzystwie). Otóż prześmiewcy z Instytutu im. Pustynnego Demona (czego oni chcą, tak w ogóle, od pustynnych demonów?!) prześmiewają.

A czyż badania wskazujące, że w opłatku bije serce, opisujące biografię ciotki janapawłowejdrugiej (niestety, nie wiadomo, czy to naprawdę ciotka czy może stryjenka), argumentujące za boską monarchizacją naszego pięknego kraju, a także oferujące strategie niesprzedawania środków antykoncepcyjnych (w tym kondonów) za pomocą kłamstwa (które, od razu sobie powiedzmy,  wcale nie jest bezczelne tylko piękne) stanowią znaczny wkład w rozwój nie tylko jednej dyscypliny, ale nauki w ogóle. Nie wiem, czy nie można by się nawet pokusić o stwierdzenie, że to wkład w rozwój człowieczeństwa. Tak przecież należy widzieć opisywane  przecenne badania Pani Dr Natalii Zimniewicz wskazujące, że światem rządzi spisek niewiernych (ang. infidels), a homoseksualistów można by wyleczyć.

Ja bym tu jeszcze wystąpił z inicjatywą od siebie, że punktacja ministerialna powinna zostać zmieniona w sposób następujący. Otóż uważam, że punkty powinny iść za człowiekiem, a nie za publikacją. Bo przecież to człowiek pisze, a nie żadne czasopismo – proste jak budowa cepa. I co my tu się będziemy obcyndalać, człowiek to brzmi dumnie (jak jeden Rusek ponoć powiedział) i trza docenić właśnie człowieka.

A zatem minister powinien ustalić, ile punktów dostają artykuły poszczególnych uczonych. Zawsze. Nie, że gdzieś opublikowane. Jak publikuje człowiek wielki, to to i tak jest wielkie. I niech se gupie Nejczer włosy wyrywa nawet spod pachy, że taki wybitny człowiek nie chce u nich, ale woli w ważnym polskim mieście, Pcimiu.

Proponowałbym też  nazwać je punktami kręgosłupowymi – w sensie za kręgosłup moralny. Ile masz kaemów, byśmy pytali, przy okazji przywyczajając ludzi do tego, że takiego kaema mogą kiedyś do ręki dodać (dwa w jednym).  

Np. badaczka  od ultracennych badań spisku, bez kozery 350 (to jest max). Naczelny Pedagog Kraju – może 170, ale jak zacznie znowu wychwalać, bo ostatnio mu się coś omksło. A psychologowie – po 30 jak leci (takiemu jednemu psychologowi to i 5 to za dużo, ale niech ma, znaj dobre serce).

Dodałbym jeszcze, że w związku z tym, że zapodałem ten cenny pomysł jako pierwszy tutaj, chciałbym  dla siebie wnioskować o dwie stówy.

PS. jako bonus inicjatywny, dodałbym, że można by też zrobić punkty odwrotne, ci kręgosłupowo najlepsi dostali by 1, a ten najgorszy psycholog (ten drugi, co nawet nie pamiętam, co on jest też) 666!

 

Zrzućmy się na młotek

Oto list, który wysłał rektor Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie do dyrektorów instytutów.

 w związku z przeprowadzanym w Uczelni programem naprawczym, którego celem jest uzyskanie równowagi finansowej, zaakceptowanym przez Ministerstwo Edukacji i Nauki (nr decyzji DBF.WFSN.6701.117.2020.HŻ.1), uprzejmie informuję, że wszelkie umowy nauczycieli akademickich kończące się 30.09.2021 roku, w jednostkach, które posiadają ujemny wynik finansowy, nie będą przedłużane. 

Właściwie to chciałem zostawić bez komentarza. Ale to jednak nie oddałoby dobrze tego, co ja o tym myślę. Otóż chciałbym zafundować Magnificencji pedagogicznej porządny, może nawet dizajnerski, młotek. Zachęciłbym również do tego, żeby się tym młotkiem tak porządnie walnął (tu chciałem użyć innego słowa, ale gdy dostaję pełne oburzenia listy za słowo 'dupa', to za to słowo, którego chciałem użyć mogła by mnie spotkać anatema w bulli papieskiej).

 

PS. Doskonale rozumiem konieczność równowagi finansowej (czymkolwiek ona jest). Jednak to, co proponuje Magnificencja krakowska, jest tak głupie, że nawet dentyści nie pomogą na wywołany ból zęba. UP ma okazję, żeby przeglądnąć kadry. Tak, to może być bolesne, nawet bardzo. Ale powiedzenie pracownikom, że cokolwiek by robili, jakkolwiek by się starali, i tak nie zostaną zatrudnieni, bo ich jednostka (być może od lat) jest deficytowa, wyszło poza granice zbioru rzeczy głupich i stworzyło swój własny zbiór.

Mam nadzieję, że nazwisko Magnificencji przejdzie do historii i minstrele będą o prof.dr.hab.Piotrze Borku śpiewać. A gawiedź wszelaka będzie pękać ze śmiechu.

 

Gambit rektora

Dziś znów o UW.  W czerwcu napisałem o habilitacji (linka do Jaki jest pana prawdziwy cel?) z wyjątkowo kreatywnym sposobie na nieuczciwość akademicką. Habilitant bowiem tłumaczył cudze teksty, przedstawiał je jako całe akapity, oczywiście bez cudzysłowu, ale dawał na końcu przypis. W ten sposób pisał całe strony swej habilitacji, a cały jego wysiłek to było…tłumaczenie.

Uniwersytetowi Warszawskiemu, tej latarnii morskiej polskiej nauki, tej wieży z kości słoniowej, tej axis mundi, to jakoś nie przeszkadzało. Habilitant jest już doktorem habilitowanym, w mediach się wypowiada, a pies mydło zjadł. Niestety (dla UW),   psu się jednak odbiło i zaczął zwracać….nie tylko mydło.

Otóż okazało się, że wobec habilitanta wszczęto postępowanie, by wyjaśnić, jakimż to diamentem najczystszej akademickiej wody on jest. Jednak coś z tą czystością musi być nie tak, bo raportu jak nie upubliczniono, tak nie upubliczniono….

A ja z kolei dostałem właśnie pismo, które grupa pracowników UW (słusznie zatroskanych o dobre imię swej uczelni) zwraca się do samego rektora o tegoż raportu upublicznienie. Skoro o sprawie w gazetach było, ba, było na blogu habilitanta2012!, to może warto by wreszcie stwierdzić jasno, jak to dokładnie jest z tym wkładem własnym we własną książkę habilitanta.

Wirtualnie więc również podpisuję się pod pismem do rektora, będąc pewnym zesztą, że raport zostanie opublikowany niezwłocznie. No chyba że Jego Magnificencja uzna, że pytania i odpowiedzi w sprawie wkładu własnego w we własną książkę są tak zabawne, że można paść ze śmiechu.

Panie Rektorze! Panie Alojzy, że sobie pozwolę, Damy radę. Nie padniemy, upubliczniaj Pan!

I tutaj naszła mnie refleksja. Potencjalny i domniemany plagiat pracownika UW jest jak pchła na grzbiecie wilka. Taki plagiat, choć oczywiście lepiej by go nie było, jest nierelewantny. Jednak jeśli plagiat zostanie zamieciony pod dywan, jeśli zostanie ukryty, z tej pchły może stać się czymś zgoła większym. Nie, nie zje od razu wilka, UW to za duża i za stara wadera, jednak pokąsać go może. A wylizywanie ran trochę potrwa, polowania będą trudniejsze, a i reszta watahy nie będzie zbyt szczęśliwa. Warto upublicznić.

Panie rektorze, Pana ruch. Obiecuję napisać i zatweetować, cokolwiek Pan zrobi. I coś czuję, ze tweetów i retweetów  będzie legion. Na cały świat.

Czy można prosić o więcej listów z innych uczelni….?

 

 

 

Requiescant in pace

Tym razem w mediach pojawił się prof. Stec, który komentuje niedawne zmiany w punktacji czasopism. Nie będę streszczał wywiadu, jednak chciałbym wskazać moim zdaniem najważniejszą rzecz w wypowiedzi prawnika.

Otóż Stec mówi tak:

Teoretycznie powinniśmy publikować tam gdzie jest wysoki poziom, najlepiej międzynarodowo. Tylko że po tych zmianach dostaliśmy wyraźny sygnał, żeby się zabetonować i nie wychodzić na zewnątrz, bo jest to wygodne. Wystarczy wydawać czasopismo uczelniane, które dostanie dużo punktów. I publikować tylko tam. Zresztą nic dziwnego, że będziemy tak robić – patrząc z perspektywy menedżera, chodzi o uzyskanie jak najlepszego efektu, jak najniższym kosztem.

Innymi słowy, ministerialna dezynwoltura punktowa podważa jakiekolwiek starania, by przekonać ten legion ludzi publikujących u kolegi w dżurnalu, że warto się postarać. Oni się już dziekanom mogą śmiać w twarz wskazując na naiwność tych, którzy zaczęli się już starać.

Słyszę to parskanie śmiechem na wzmianki o publikacjach, liście A i innych cudach na kiju. Sam se Pan publikuj. Panie Dziekanie. My tu poważnie do sprawy podchodzimy i punkty trzepiemy, u  brazera-in-loł w garydżu. Wydział, Panie, ratujemy. Znaczy się, fakulty oraz institjut.

Warto jednak zaznaczyć, że ten proces zabijania międzynarodowości polskich uniwersytetów rozpoczął min. Gowin, który, z pewnością ze smutkiem, powiedział nam, że publikowanie w Białym Kruku to to samo jak w Palgrave Macmillan. Tzw. umiędzynarodowienie, które odmieniano przez wszystkie przypadki, dostało wtedy kosą pod poślednie żebro. Ale jeszcze trzymało się chwiejąc na nogach. Najnowszej ustawki punktowej ono już nie przeżyje. Zostanie złożone w grobie rodzinnym z wiarygodnością akademicką.

Requiescant in pace.

Dziwny to świat

Prof. Śliwerski postanowił dać odpór prof. Galasińskiemu w sprawie dyscyplinarności logopedii. Nasz pedagog pisze nawet (linka do wpisu) o manipulacji lingwisty. Zaiste dziwny to świat, w którym ewentualny błąd nie może być po prostu błędem. Może być jedynie manipulacją.  (Tu chciałem napisać kilka dywagacji na temat podejrzeń o manipulację, ale mi się odechciało).

Jednak czytam wpis Śliwerskiego i oczom swym nie wierzę.  Tu jest linka do mojego wpisu z marca 2015, w którym napisałem to:

W ostatnim wpisie prof. Śliwerski informuje o reakcji Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN w sprawie postulatu logopedów, by logopedia stała się osobną dyscypliną naukową.

Pali się już czerwone światełko – linkowany wpis nie istnieje. O, o! Ktoś tu, że pozwolę sobie wejść we wszechświat pedagogiczny, manipuluje. Czyżbym to był ja, wyssywając z brudnego blogerskiego palca linka, który nie odnosi się do niczego? Czyżby mi się przyśniło? Czyżbym padł ofiarą paradoksu temporalnego – ktoś wiedział, że lingwista będzie pisał za 6 lat o logopedii, zmanipulował mnie i napisałem mój blog o ambicjach logopedycznych. Co jeszcze mnie spotkało?

Czyżby więc rzeczywiście KNPed był jedynie listonoszem, kurierem na rowerzeł? Już zacząłem się martwić, już podejrzewać o manipulację sąsiadów, gdy przyszedł z  pomocą, uf uf uf, Google. Na stronach PAN czytamy:

Przewodnicząca Zespołu w porozumieniu z częścią członków ZPS przygotowała dla Komitetu Nauk Pedagogicznych, w odpowiedzi na prośbę Przewodniczącego PAN prof. dr hab. Michała Kleibera, opinię w sprawie utworzenia dyscypliny naukowej Logopedia oraz uporządkowania form kształcenia logopedów w Polsce.

Komuś tu się chyba jednak pozajączkowało. Okazuje się, że wcale KNPed nie

mógł jedynie pośredniczyć w przekazaniu opinii wysokiej klasy specjalistki, autorki wielu rozpraw z pedagogiki specjalnej dla prezesa PAN,  Autorka listu konsultacyjnego z dn.9.03.2015 r.

Wbrew temu, co pisze mój ulubiony pedagog, opinia była dla Komitetu Nauk Pedagogicznych, a autorka jest w zespole pedagogiki przy komitecie. Czy naprawdę prof. Śliwerski chce powiedzieć, że opinii napisanych dla  KNP PAN, Komitet nawet nie czyta, nie omawia, nie dyskutuje? Wręcz nie zagląda do koperty, tylko przekazuje dalej. Bo tylko tyle może zrobić; bo autorka nie jest członkinią komitetu?

Oczyma duszy widzę te rozgorączkowane oczy członków komitetu, spalone z suchości języki gotowe do dyskusji, a tu nic. Ani du du. Już rowerzysta czeka, by przekazać kopertę wyżej. Dopiero po oddaniu koperty przyjdzie wodzianka, a komitet ukoi ciekawość, co tam w tej opinii jest. Może nawet się zaniepokoił, co tam było?  Przyznam, że nawet w dziwnym świecie polskiej pedagogiki wydaje mi się to mało prawdopodobne.

Dużo prawdopodobniejsze wydaje się jednak, że nie miałem halucynacji i w rzeczywistości istniał  wpis Śliwerskiego na temat logopedii i zawarte w nim idiotyczne argumenty Komitetu Pedagogicznego.  Może nawet, podejmuję ryzyko tej śmiałej tezy,  pedagodzy odkryli, że argument, iż nie ma instytutów logopedii, ani dyscyplinarnych logopedów, więc nie ma dyscypliny, jest głupszy niż można by oczekiwać od tak na pewno znamienitego grona.

W pełni jestem przygotowany na to, że ten wpis jest również manipulacją i powinien zostać napiętnowany. Nie wiem tylko, czy jak mówię, że manipuluję, to manipuluję.

PS. Jakoś tak straszno się robi.

Szkoda nerw

Nie było mnie tu kilka dni, nie wiem, co tam w komentarzach. Dostałem jednak taki list. Oto jego całość.

Jak czytam pana forum, to aż mnie skręca. Wszyscy powinniście się wstydzić, że siedząc w domu w kapciach i nauczając przez internet, polecieliście się wyszczepić przed starymi, schorowanymi ludźmi. To przez was teraz setki takich ludzi może umrzeć, a część już umiera. Nie macie za grosz wstydu i uważacie się za elitę narodu.

Oto moja odpowiedź.

  1. Szczepionka, którą zostaliśmy zaszczepieni, nie jest przeznaczona dla osób starszych. Na TT były już debaty na temat tego, że 'załatwiliśmy' sobie szybkie szczepienia i zabraliśmy szczepionki starym ludziom. No więc jeszcze raz: nie zabraliśmy, my mamy inną szczepionkę.
  2. Dla pocieszenia dodam, że dostaliśmy tę złą szczepionkę, której 'nikt' nie chce. Może chociaż nie zadziała? (Mam przy okazji wrażenie, że wszyscy powariowali z tą Astrą Zenka.)
  3. Za cholerę nie łapię, dlaczego przez nas mogą umrzeć setki ludzi, ale przez fatalne zarządzanie testami, sprzętem, miejscami w szpitalach to już nie. Wg danych rządowych zmarło prawie 50 tysięcy ludzi (ze względu na to, jak kwalifikowane są zgony, podejrzewam, że te liczbę można by pomnożyć co najmniej przez 5?) i nagle się okazuje, że najgorsi są pracownicy uczelni i to przez nas będą umierali ludzie….Zmarło miasto ludzi, do ciężkiej cholery, ale to jest OK, bo  prawdziwą katastrofę to mamy dopiero teraz. Habilitant2012 został zaszczepiony i od ust (właściwie to od ramienia) odebrał szczepionkę tym wszystkim steranym życiem, chorym i kostropatym, którzy nie mogą się doczekać… Proszę się łaskawie stuknąć w leb!!
  4. Proponowałbym więc zgłosić się z tymi połajankami do rządu. Nikt chyba nie lobbował za szybkim  szczepieniem pracowników uczelni (ja nic o tym nie wiem), więc po prostu zrobiłem to, co postanowił rząd. Dlaczego mam czuć się winny z powodu stosowania się do decyzji nieprzychylnego mi/nam rządu?
  5. Niewiele mnie dziś irytuje bardziej od tych sprawiedliwych, którzy nagle znaleźli kozła ofiarnego. Nie dość że nie ta szczepionka, to na dodatek szczepienia akademickie są w harmonogramie PO szczepieniach dla osób starszych. Ale to pewnie również my odpowiadamy za kompletny bajzel w szczepieniach osób starszych. I jakbyśmy się nie zaszczepili, na świecie zapanowałby powszechny ład i pokój.
  6. Dodam, że tak naprawdę to właśnie moja szczepionka spowodowała, że wysłano parę staruszków z woj. mazowieckiego na szczepienie do Wałbrzycha (linka).
  7. Nie wyobrażam sobie za bardzo strajku przeciw szczepionkom. Napisałem wcześniej, że uważam naszą wysoką pozycję w harmonogramie szczepień za uzasadnialną, natomiast nie wyobrażam sobie protestów przeciwko niej.
  8. Nie wszyscy siedzą w kapciach. część z nas dzielnie prowadzi zajęcia w fizycznej rzeczywistości. Nie wszyscy też są zdrowi, silni, zwarci, piękni i wysportowani…..
  9. Wcale nie uważam się za elitę narodu, ani nawet za elitę społeczeństwa. Więc proszę mi tu nie imputować.
  10. Trochę wstydu jeszcze mam, jednak w tym wypadku w ogóle się nie wstydzę. Głównie dlatego, że nie za bardzo wiem, czego miałbym się wstydzić. Że nie skorzystałem z propozycji szczepienia poza kolejnością i grzecznie czekałem na swoją kolej, na którą nie miałem żadnego wpływu? Odmawiam.
  11. Powtórzę – trzeba było sobie wybrać inny rząd. Obecnie szczepieni by byli konduktorzy, taksówkarze i wszyscy inni bardziej godni.
  12. Dodam, że gdyby mój korespondent uważał, że szczepionka zmienia DNA, to apeluję o to, by potraktować tę możliwą zmianę  jako doskonałą okazję dla siebie! Powodzenia!

No i, skoro tak Pana/Panią skręca, to proszę nie czytać. Szkoda nerw.

Myślenie też umarło

Wielce i Ogromnie Przeszanowny Jaśnie Pan Profesor Doktor Habilitowany Andrzej Rychard, człowiek o społecznie akceptowanej i niekwestionowanie wysokiej pozycji społecznej postanowił przemówić ze swego Everestu społecznego i oświecić maluczkich. Ten książę socjologii objaśnił nam, dlaczego my, pracownicy uczelni, szczepimy się wcześniej niż inne grupy społeczne. Otóż okazuje się, że ta szczepionka to nagroda

za społecznie zajmowaną pozycję, która zresztą – jak mi się wydaje – jest społecznie akceptowalna i zasadniczo nie ma w niej niczego złego.

Innymi słowy nam się po prostu należało. My, szlachta na zagrodzie, nie mówiąc o arystokracji takiej jak jego ekscelencja arcyksiążę nauk społecznych Rychard, po prostu jesteśmy lepsi od jakiegoś tam  Janusza czy Grażyny i powinniśmy zostać zabezpieczeni szybciej. Ba, to Andrzej „filar-społeczeństwa” Rychard, człowiek o wysokiej pozycji społecznej, powinien iść pierwszy. Iść mówię, w zębach mu przynieść te szczepionkę, poczekać w korytarzu, aż będzie gotów przyjąć nakłucie w nadobne i perfumem pachnące ramię gładkie jak alabaster.

Ale nasz ultrasocjolog to ludzkie panisko, zaszczepiłby jeszcze swoich uczniów.  Aż się człowiek uśmiecha na to dobre serce, aż miodem gryczanym ekran okapuje…..

Oczywiście, niech taka szatniarka czy sprzątaczka uniwersytecka zdycha na kowida, a nie szczepi się razem z naszą eminencją. Pani z dziekanatu? A won mi do kolejki dla zwykłych śmiertelników, my tu ambrozję kosztujemy, a nie grochową pierdzimy.

I tu chciałbym serdecznie pogratulować Mahatmie Rychardowi za to, że tak pięknie wszystkim pokazał, że tak w ogóle to nas wszystkich należy zaorać. Wreszcie można czarno na białym zobaczyć, że nam, nauczycielom akademickim, w dupach się poprzewracało.

Jestem głęboko zażenowany tą feudalną wizją sprawiedliwości, którą proponuje nasz luminarz nad luminarze. Wiem, wstyd umarł. Najwyraźniej umarło też myślenie.

 

PS1. Uważam, że są sensowne argumenty za naszą pozycją szczepienną i to takie, które nie zawierają pompowania naszego ego, ani arogancji, która, gdyby potrafiła latać, to właśnie opuszczałaby układ słoneczny.

PS2. Można też siedzieć cicho i uznać, że stosujemy się do wytycznych rządu.

PS3. Nie będę reagował na maile o użytym słowie 'dupa'. Jak się komuś nie podoba, niech nie czyta.

 

 

 

Dyscyplinarna kasa

Prof. Galasiński zaczął się regularnie udzielać na łamach Forum Akademickiego. W ostatnim komentarzu pisze o polskiej obsesji dyscyplinarnej.

To, co mi się najbardziej podoba w tym tekście to to, że to nie jest tekst z ogólnikami. Galasiński wali prosto z mostu mówiąc, że jego profesura została wstrzymana, bo się rada naukowa zastanawiała, do jakiej to dyscypliny należy go zaliczyć (aż szkoda, że nie podał wprost, co to za rada była). Przyznam szczerze, że nonszalancja opóźniających awans radnych odbiera dech – nikt się chyba nie zastanawia np. nad finansowymi wymiarami takich opóźnień. Pomijam tu koszta osobiste – człowieka szlag może trafić.

Potem mamy drugą habilitację – to jest dopiero idiotyzm. Ministerialna decyzja wymusza na badaczu zrobienia dodatkowej habilitacji, bo pracownik przestaje się liczyć. Pisał zresztą o tym nie raz prof. Śliwerski, tyle że on dowodził, do jakiej dziedziny 'tak naprawdę' należy pedagogika.

Przez lata prowadzenia tego bloga widziałem wiele recenzji odrzucających postępowanie habilitacyjne, bo recenzenci uznawali, że to nie ta dyscyplina. Na Twitterze, prof. Jaskułowski pisze, że jego habilitacja nie była wystarczająco socjologiczna, a może historyczna. No i jak to tak…

Ale Galasiński kończy szczególnie celnie. Tu nie chodzi o żadne dyscypliny. Tu chodzi o to, żeby mieć władzę i móc oceniać. Jak zrezygnujemy z dyscyplin, to minister będzie miał mniej możliwości ręcznego sterowania nauką (minister Gowin podobno już się nie cieszy z dyscyplin), a wielcy dyscyplinarni stracą kasę.  Bo jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o kasę! Jak to tak pozwolić logopedom się udyscyplinić, skoro to oznacza ileś tam postępowań mniej dla nas, dla pedagogów. Już jakiś czas temu ktoś tu podawał rekordy udziału w postępowaniach. To były setki postępowań. My mówimy o naprawdę dużych pieniądzach!

Odnotowuję tekst Galasińskiego, bo przejdzie praktycznie niezauważony. Nikt się nawet nie zacznie zastanawiać nad jego propozycjami. No bo jak to tak, na dyscypliny nie zwracać uwagi? Że dyscypliny nieważne, skoro przecież ważne…..

Kasa, misiu, kasa.

Koniec splendoru

Prof. Marcin Matczak postanowił odmówić odebrania nominacji profesorskiej od prezydenta Dudy. Polski Twitter i nie tylko wybuchł zachwytami i ja właściwie do tych zachwytów dołączam się. Trochę mam nadzieję, że to będzie pierwszy taki gest, a nie jedyny.

Ale w tych zachwytach jest dużo goryczy. Zawsze byłem zdania, że nominacja profesorska wręczana przez prezydenta kraju dodaje znaczenia tytułowi. Fajnie, że to nie tylko koledzy profesorowie, ale również państwo polskie mówi delikwentowi, że osiągnął szczyt kariery akademickiej. Ten symboliczny przecież w zamiarze gest miał dodawać splendoru. Miało być pięknie, trochę to potrwało, ale  skończyło się jak zwykle.

Mam niestety wrażenie, że kończy się epoka. Prezydenckie tytuły profesorskie zostały zepsute, zostały upolitycznione, nie wiem, czy nie bezpowrotnie. Myślę, że już tylko zwolennicy zasiadającego prezydenta (tego i następnych) będą chcieli od niego odebrać nominację, a przy najmniej odebrać ją bez poczucia niesmaku. Coraz trudniej przecież odbierać te nominacje wiedząc, że są profesorowie, którzy z powodów politycznych profesur nie dostali.

Bilewicza widuję na Twitterze (często jego tweety mnie irytują), Żelaznego nie widuję, jednak coraz trudniej udawać, że nic się nie dzieje i przyjmować profesury jakby nigdy nic. To nie jest 'no trudno'. Ci dwaj uczeni zostali wpuszczeni do klubu, nie ma żadnych merytorycznych przesłanek, by dalej wstrzymywać ich profesury. Nawiasem mówiąc, niestety wątpię, by obaj dostali profesury za tej kadencji.

Nie wiem, czy uda się w przyszłości odzyskać splendor profesury belwederskiej. Mam wątpliwości. Myślę, że czas na to, by proces nadawania profesury miał jedynie drogę akademicką.

Szkoda, że się tak stało.

 

Punkty tak, wypaczenia nie

Gazeta.pl pisze, że na na uczelniach wrze. Wszystko z powodu, powiedzmy sobie szczerze, problematycznych ministerialnych interwencji w punktację czasopism. Właściwie to powiedziano na temat tego wszystko, co było do powiedzenia. Ba, nawet Komisja Ewaluacji Naukowej wyrwała sobie kilka włosów i wydała oświadczenie.  Nie mam nic do dodania do wszystkich głosów, szczególnie na polskim Twitterze akademickim, gdzie albo wyśmiewają, albo wyklinają.

Chciałbym jednak przypomnieć niedawny artykuł prof. Galasińskiego właśnie o punktach. Galasiński, który zaczął się pojawiać w Forum Akademickim, wali w punkty jak w bęben, pisząc na przykład, że wg punktacji on najpierw zgłupiał, a potem, ostatnio, zmądrzał bardzo, gdy wydał ostatnie dwie książki za 300 punktów.

To, co mnie zaciekawiło jednak, to kilka wypowiedzi polemicznych z tym artykułem, które pojawiły się na Facebooku. Szczególnie jeden profesor (nie pamiętam, kto, nie chce mi się szukać) bardzo się nie zgadza z Galasińskim, bo się nie da. A jak się nie da, to się nie da.

I tu właściwie zaczyna się mój post. Skoro się nie da oceniać inaczej niż punktami, no to mamy, cośmy chcieli, prawda? Skoro nie da się oceniać inaczej niż punktami, a punkty ustala minister, to o co teraz drzemy nasze akademickie gęby? Zaczęliśmy je drzeć, gdy minister Gowin wprowadził nam na listy wydawnictwa, of których wysypki dostaliśmy. Ale darliśmy się równie głośno, że bez punktów się nie da. Punkty tak, wypaczenia nie – oh, ten chichot historii.

I to właśnie była ta cytowana odpowiedź Galasińskiemu. Nie da się!! Po prostu się nie da. Punkty albo śmierć.

Nie za bardzo wiem, przyznam szczerze, na czym polega różnica między wydawnictwami Gowina a czasopismami Czarnka. Skoro po tych pierwszych nadal uważaliśmy, że od punktów nie ma nic, ale to nic nic, lepszego, to dlaczego nagle uważamy, że te ileś tam czasopism, których punktację skorygował obecny minister, przekreślają ideę punktów? To min. Gowin pokazał nam Białym Krukiem i innymi diamentami wydawniczymi, że nie o żadną ewaluację tu przecież chodzi. Min Czarnek nie zrobił nic innego.

I nie, nie bronię tu tego, co się stało. Wręcz przeciwnie, uważam te zmiany za skandaliczne. Mówię jedynie 'środowisku', żeby się wzięło i stuknęło młotkiem. Bo dopóty dopóki będziemy pieprzyć o tym, że w polskiej nauce nie ma miejsca i możliwości na rzetelną ocenę ekspercką, to będziemy musieli znosić kolejne zmiany punktacji. A wszystko przecież w ramach systemu, który większość z nas uważa, że jest najlepszy z możliwych.

 

PS. Ja również wielokrotnie pisałem, że rzetelna ocena ekspercka jest niemożliwa w nauce polskiej. Mam za swoje, poczuwając się do odpowiedzialności za to, co się stało.

Przyznam jednak, że tak się walę młotkiem i walę i nadal uważam, że w polskiej nauce nie ma miejsca i możliwości rzetelnej oceny eksperckiej. I mamy dokładnie to, na co zasługujemy.

PS2. Szkoda, że Pani Wiceminister nie zaczęła się robić taka wrażliwa, gdy Białego Kruka z Paradyża wprowadzaliśmy na poziom Palgrave.