Sorry, taki mamy ranking

BBC i Twitter donoszą, że rankingi uniwersytetów mają wpływ na to, jak postrzegane podania o pracę absolwentów. Szczególnie Twitter był bardzo oburzony taką praktyką. A ja się tak zastanawiam i nie do końca widzę problem.

Zanim powiem dlaczego nie widzę, powiem, że zgadzam się z tym, że zatrudniając absolwenta z Oxfordu wcale nie musimy znaleźć geniusza przepięknego, a zatrudniając kogoś z, powiedzmy, University of Backwater, wcale nie musimy zatrudnić półgłówka, którego oxfordczyk zabija intelektem. Jest to dla mnie oczywiste.

Czy warto się więc kierować reputacją uczelni? No umiarkowanie, ale warto. A to dlatego, że ta lepsza uczelnia przyjęła już lepszych kandydatów i zaczyna ich uczyć z innego poziomu. Tej lepszej uczelni aż tak nie zależy na tym na poszczególnym Johnie, bo ma kandydatów, ile tylko może przerobić i nie musi się zadawalać tym, co spadnie ze stołu, jak Backwater.

Co więcej, atrakcyjne etaty przyciągają dosłownie tysiące podań, rekrutacja jest wieloetapowa i znalezienie sposobu na to, żeby odrzucić część kandydatów jest kluczowa. Żeby z tych 10 tysięcy chętnych można było przerobić jedynie 5 tysięcy. Ba, widziałem podania o pracę w Wielkiej Brytanii, które w ogłoszeniu mówią, że składać podania mogą tylko absolwenci pierwszych 20 uczelni w kraju. I firmy, które to robią, nie strzelają sobie w kolano, pozbawiając się sterty diamentów.  Nie, oni podejmują takie decyzje na podstawie doświadczeń. Oni wiedzą, że wśród tych, których dopuszczają do podania, znajdą kogoś dobrego, a szanse, że wśród tych, których wykluczają, będą te diamenty, jest minimalna.

Czy mi się to wszystko podoba? Średnio. Ważne dla mnie jest to, żeby ludzie mieli równe szanse w życiu. Doceniam również pracę, którą musza wykonać Backwatery tego świata.  Uczyć mądrych studentów to czysta przyjemność. Wyuczyć niedouczonych to orka na ugorze i gratulacje należą się tym, którym się to udaje. Ale rozwiązaniem nie jest to, by zmusić pracodawcę do zatrudnienia Johna z University of Shitcreek, ale żeby ten uniwersytet wypuszczał lepszych absolwentów.

 

 

 

A indeksy rosły, rosły, rosły….

Zwrócono mi uwagę na następujące postępowanie o tytuł profesora, a w szczególności na recenzję nr 5. Przeczytałem i recenzja mnie zaskoczyła. Mam wrażenie, że poziom subiektywizmu recenzenta przekracza granice zielonego pojęcia.

Recenzent zaczyna od tego, że we wcześniejszym postępowaniu, które zresztą zakończyło się niepowodzeniem, napisał negat, ponieważ:

„najważniejsze i najlepiej cytowane artykuły nie wydawały się wskazywać na wiodącą rolę dr hab. NN”

I ja natychmiast zacząłem się zastanawiać, jakie go znaki na niebie i na ziemi wskazywały na taki stan rzeczy. Wkurza mnie też to, że profesoranta potępia się za to, że nie stworzył grupy badawczej tak, jakby to od tegoż profesoranta tylko zależało. Nie znam się, ale może w Zielonej Górze nie chcą grup badawczych i chwała profesorantowi za to, że sobie poradził współpracując z innymi. Może tak być, nie?

W nowym postępowaniu recenzent już jest bardziej zadowolony, bo, okazuje się, że profesorantowi wzrosło. I h my wzrosło, i cytowań mu wzrosło. I wcześniejsze 361 cytowań na profesurę się nie nadawało, a dzisiejsze 583 już się nadają. Muszę powiedzieć, że takie argumenty są tak głupie, że mi się nie chce z nimi nawet polemizować. Nie chciało mi się sprawdzać, ile cytowań ma recenzent, ale mam nadzieję, że ma przynajmniej 300 tysięcy. I niedługo zostanie cesarzem.

A na dodatek mało grantów ma profesorant.

I teraz ja chciałbym coś od siebie. Otóż im więcej czytam takich recenzji, im więcej oglądam argumentów, że 500 to mało, 700 to już super, 1500 to  mistrzostwo świata, a 3000 to cesarstwo kosmiczne, to  ja zastanawiam się, czy profesorant (a może i habilitant)  ma coś ciekawego do powiedzenia. I żeby nie było, ja jestem zwolennikiem oceny dorobku, a nie ponownego recenzowania publikacji profesoranta. Jednak nie dajmy się zwariować.

Znam profesora, który ma dorobek, co  jakby na mnie spadł, to samo suche by zostało. H jest większe niż bardzo duże, grantów jeszcze więcej i wyobrażam sobie, że autor omawianej recenzji piałby z zachwytów pokazując coraz to większe liczby, dzięki którym rzeczony profesor powinien już dawno zostać królem połowy galaktyki. Jednak tak się składa, że gdy w kuluarach pada nazwisko profesora, to miny są niewczesne i nikt dobrego słowa nie mówi. Profesor i jego zespół do perfekcji opanowali sztukę publikowania  i choć artykuły w większości nie donoszą niczego doniosłego, są publikowane. A to dlatego, bo technicznie są doskonałe (ba, profesor ma gotowca, na którym są oparte, żeby doktorantom się nie popieprzyło, co mają napisać). I potem są cytowane. A profesorowi rośnie i rośnie. I rośnie jeszcze trochę. Ale choć mi urosło znaaaaaaacznie mniej, nigdy bym się z nim zamienił na dorobek profesora, który składa się z wysokocytowalnych i technicznie świetnych błahostek.

Profesor  został profesorem w wieku raczej młodym, bo tak mu urosło, że nikt nie ośmielił się nawet zapytać, czy profesor ma coś ciekawego do powiedzenia. Bo, jak wieść kuluarów niesie, nie ma. Ale technicznie jest bardzo sprawny. I mu rośnie.

 

O strusiach toruńskich

Okazuje się, że cytowany we wcześniejszym wpisie felieton prof. Nalaskowskiego balansuje na granicy, a le granicy nie przekracza.  Tak donosi Gazeta Wyborcza w Toruniu. Dziennikarz pisze:

Słowa toruńskiego profesora nie mieszczą się w standardach żadnej cywilizowanej dyskusji. Nie przystoją człowiekowi, który jest wychowawcą i nauczycielem młodzieży.

I ja się z tym zgadzam. Gdybym był gejem na UMK (a zapewne, o zgrozo, nawet w Toruniu ich nie brak), to był się czuł opluty przez uniwersytet, który przecież powinien mnie bronić. I dać mi możliwość studiowania w środowisku, które nie uznaje mnie „obcą kulturowo i historycznie tęczową zarazą. ”

Czy należy wyciągnąć konsekwencje dyscyplinarne wobec Nalaskowskiego? Nie wiem, nie do mnie należy taka decyzja. Chodzi o to, żeby uniwersytet w krótkich żołnierskich słowach odciął się od tego, co mówi jego przedstawiciel. Autor linkowanego tekstu przypomina, że  również w wypadku antysemickich wypowiedzi jednego z profesorów UMK zastosował strategię strusia. Warto przypomnieć, że UAM zabrał głos po obrzydliwych słowach biskupa związanego z uniwersytetem. Okazuje się, że można.

Problem z tym, że strusie, chowając głowę w piasek, zapominają, że na powierzchni zostaję wypięte dupsko. I UMK właśnie po tym dupsku zasłużenie dostaje. I oby dostał jak najboleśniej.

Zacząłem się zastanawiać też, co, według cytowanego dziekana Petrykowskiego, byłoby przekroczeniem granicy.  Bojówki na kampusie to już byłoby to? Czy uniwersytet powiedziałby, że nie popiera, ale rozumie? Może ci „chronieni przez policję gwałciciele” powinni po prost zrezygnować ze studiów, żeby profesura UMK nie musiała się z nimi w ogóle spotykać?

Skoro, hasło „dosyć negocjacji” jest zbyt subtelne, co jeszcze trzeba powiedzieć, żeby UMK uznało, że jednak tak nie wypada? Jak daleko UMK się nagnie? Czy może jednak uzna za stosowne znaleźć kręgosłup?

 

Dadzą, nie dadzą?

Kolejna medialna odsłona profesury Andrzeja Zybertowicza. Niby nie rozumiem, ale tak naprawdę doskonale rozumiem, dlaczego gazeta.pl o tym pisze. Podobnie jak w wypadku dr. Migalskiego, z postępowania awansowego zrobiono igrzyska. I ‚cała Polska’ może się się emocjonować tym, czy dadzą, nie dadzą, a może jeszcze co innego wymyślą. Ci, co lubią Zybertowicza klną, na czym świat stoi, ci, którzy go nie lubią, zacierają z radością ręce. Patrzę na to i zanoszę modły, gdzie się da, żeby się ten cyrk skończył.

Ale tak jak historia Migalskiego, tak historia Zybertowicza, to historia, która ma swój morał. A morał jest następujący. Trzymajcie się z dala od polityki. Łączenie nauki i polityki, szczególnie w szerokiej humanistyce, niczym dobrym się nie kończy, a przykładem jest właśnie omawiana profesura. I właśnie dlatego zanim zacznę wylewać łzy krokodyle z żalu na Zybertowiczem, dodam, że uważam, że profesura na urzędzie jest nie na miejscu. Zastanawiam się zresztą, czy z można wrócić z polityki do nauki – jestem sceptyczny.

Warto też poczytać komentarze pod linkowanym wcześniej artykułem. Chyba żaden z komentujących nie ma złudzeń co do uczciwości procesu, co do rzetelności ocen. Nikt nie wierzy w to, że dorobek Zybertowicza zostanie oceniony bezstronnie. Nie – znajdą wreszcie takich recenzentów, żeby przepchnęli. A jak nie przepchną, to przecież to też będzie polityczne. I czy kogoś jeszcze dziwi, że tzw. społeczeństwo nie traktuje nas poważnie? No ale sami sobie to zgotowaliśmy ten los.

I tylko coraz bardziej wstyd jest.

Rada Męskości Doskonałej

Pojawiła się strona nowej CK czy Rady Doskonałości Naukowej. Oto strona zespołu nauk humanistycznych. To, co mnie uderzyło, to to, że nauki humanistyczne są podobno sfeminizowane, a jednak na 21 członków kobiet jest 6. To mniej niż 1/3. W naukach społecznych na 33 osoby, kobiet jest 7, to nieco więcej niż 1/5.

Ciekawe, jak to wyjaśnić.  Może kandydatek było niewiele i nie było z kogo wybierać. Może kobietom po prostu się nie chciało i stwierdziły, że pieprzą doskonałość naukową i nie będą startować. Powstaje pytanie, dlaczego tak jest, ale to już trochę inne pytanie. Może kandydatki były słabe i wybrano tych lepszych, którzy, tak się akurat złożyło, są mężczyznami. Może tzw. środowisko uznaje ‚tradycyjny model zarządzania’ i uznaje, że to mężczyzna jest lepszy w zarządzaniu, a kobiety, co najwyżej, herbatkę mogą panom zrobić. Z cytrynką, rzecz jasna.

I gdy to piszę, przypomina mi się tweet znanej profesorki medycyny, która została zaproszona na wykład, ale przed wykładem została poproszona o przygotowanie lunchu. Proszący o to profesor najwyraźniej stwierdził, że ona na pewno z obsługi. Przypomina mi się też wpis prof. Galasińskiego, który zapytał socjologów bajdurzących o przyszłości socjologii, dlaczego wśród tych proroków nie ma kobiety. Galasiński napisał:

So why did I challenge the panel? Because I challenge the idea that it is only men who create disciplines, results, ideas that are worth listening to. And the panel was about the discipline and it was constructed by men for men to speak for the discipline….

Profesor pisze również o tym, że część uczestników konferencji, w tym kobiety, nie zauważyły tego, że tylko mężczyźni byli w panelu. Tak dalece jest oczywiste to, że to mężczyźni mówią za nas wszystkich. Okazuje się, że tak samo będzie z Radą Doskonałych.

Czy ma to znaczenie? Nie sądzę, by miało to decydujące znaczenie praktyczne, choć nie piszę tego z wielką pewnością. Jednak myślę, że ma to znaczenie wizerunkowe. Myślę, że lepiej by było, gdyby środowisko zastanawiało się nad takimi sprawami.

Coś czuję, że ten wpis będzie kontrowersyjny. Trudno.

O poj.bach

Kilkukrotnie już piętnowałem wypowiedzi kolegów i koleżanek z tzw. środowiska. Dziś na Twitterze znalazłem poniższy tekst. Cytuję go z kronikarskiego obowiązku. Nie komentuję, bo nie potrafię tego skomentować na (w miarę uprzejmym) blogu akademickim. 

Image

Nawiasem mówiąc, pomyślałem, że do tej pory piętnuję państwa z jednej strony spektrum politycznego. Dla równowagi przytoczę niedawny tweet z drugiej strony:

Image

Moim zdaniem jest również żałosny, a tłumaczenia o tym, że to był tweet zwracający uwagę na język drugiej strony politycznej, są jeszcze żałośniejsze.

Obu Panom Profesorom życzę udanych zakupu młotków, którymi powinni się porządnie pierd.lnąć w głowę.

Gra o listę

Odpoczywam od wszystkiego, w tym od blogowania, Jednak liczba komentarzy pod poprzednim wpisem pogania mnie do napisania paru nowych słów. Chcę się odnieść do 2 komentarzy nt listy czasopism.

Pierwszy to komentarz prof. Letki.  Chcę się skupić na ostatnim akapicie. Letki pisze to:

Podsumowując, wykaz nie jest – i chyba nie było oczekiwań, że będzie – doskonały. Mimo pewnych istotnych niedociągnięć zdecydowanie docenia znaczące publikacje międzynarodowe w stosunku do publikacji lokalnych, i taki też był zamysł. Ma on pozwolić odróżnić jednostki, w których publikuje się średnio na poziomie 140-200 pkt. od tych za 100-140, 70-100 i mniej. Czy Teksty Drugie czy Journal of Parapsychology temu przeszkodzą? Moim zdaniem nie.

O ile rozumiem argument, jest on następujący. Nieważne, że lista jest niedoskonała, przecież doskonała i tak nie może być. Ogólnie zrobi to, co ma zrobić. I ogólnie to ja się z tym argumentem zgadzam, tylko że mnie on wkurza. Bo  jest on taki. Co prawda można by jeździć mercedesem, ale przecież nikt tego  nie oczekuje, więc jedziemy trabantem, który przecież, tak ogólnie,  dowiezie nas do celu. O co więc chodzi?

Irytuje mnie ten argument z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, bo po raz kolejny częstuje się nas byle czym, a my (w sensie tzw. środowisko) ma udawać, że wszystko jest w porządku, bo tak ogólnie jest. Po drugie, chciałbym wreszcie, żeby ktoś sie zastanowił, co ta lista będzie oznaczać dla tysięcy poszczególnych osób. Innymi słowy, ilu osobom właśnie powiedziano, że to, gdzie publikują, jest do kitu, ba, ich dorobek jest do kitu, bo jest nowa lista. I jeśli chcą mieć dobry dorobek, muszą zacząć publikować gdzie indziej.

Nie wiem, rzecz jasna, ile takich jest. 10? 100? 10.000? Zadałbym inne pytanie. Ile musi być takich osób, byśmy musieli uznać, że lista jest do kitu. I irytuje mnie założenie, prof. Letki wydaje się to robić, że może w kilku szczegółach są jakieś problemy, ale tak ogólnie, to jest git. I teraz to już będziemy znać prawdziwą wartość publikacji. A to jest bzdura na kółkach.

Drugi komentarz, na który chcę zwrócić uwagę, to blog prof. Jaskułowskiego, który bezlitośnie punktuje myślenie dyscyplinami. Cóż, do cholery z socjologią ma wspólnego agronomia czy nauczanie języka angielskiego jako języka obcego? Wpis Jaskułowskiego po raz kolejny pokazuje, to, na co zwracano uwagę wielokrotnie. Przypisywanie czasopism do dyscyplin jest głupie i nie może zadziałać. I nie działa.

Piotr Stec na swoim blogu wskazuje po raz kolejny to, co pokazują inni. Lista zniechęca do umiędzynarodowiania. Pisze:

Niemal nieopłacalne będzie publikowanie za granicą, bo większość czasopism, których tematyka związana jest z prawem naszej części świata (Europy ogólnie mówiąc) jest nisko punktowana. Czyli dostaniemy skutek odwrotny do zamierzonego.

Na dodatek tego wszystkiego, grupa ekspertów z socjologii oświadczyła, że ich propozycje punktowania różnią się tak znacząco od tego, co opublikowano, że umywają ręce (nie potrafię znaleźć linka). Na Twitterze przedstawiciel MNiSW powiedział, że skoro wiedzieli, że tak może być, to o co im chodzi. I ja się z nim zgadzam. Nie trzeba było pchać do ministerstwa i przykładać do tego masakry ręki. Po tym, co się stało z listą wydawnictw i 80-punktowym Białym Krukiem, czy naprawdę ktoś miał złudzenia, że listę ułożą eksperci?

Niestety, to my (środowisko) będziemy musieli tę żabę zeżreć i jeszcze powiedzieć, że nam smakowało. Wszak, jak twierdzi minister, nigdy nie było tak szeroko zakrojonych konsultacji ze „środowiskiem”. I, jak sądzę, znów ma rację. Szkoda tylko że nie dodaje, jaki był poziom ignorowania tychże konsultacji.

Nie wyszło jak zwykle. Wyszło jeszcze gorzej

Lista, jaka jest, każdy widzi.  Zarówno tu, jak i na Twitterze, a i jeszcze gdzie indziej, mamy dyskusje na temat nowego produktu MNiSW. Produktu, który został obwieszczony w ministerialnym okólniku jako „Koniec punktozy”. Zastanawiam się, czy autor tegoż tytułu jest sabotażystą w ministerstwie, czy może kimś, w którego głowie myśl gości z rzadka i dotyczy nie znacznie ważniejszych tematów jak lista zakupów. Trzeba bowiem wyjątkowej inwencji, by uznać, że nowa lista przyznająca punkty czasopismom, kończy jakąkolwiek punktozę. W rzeczywistości punktozę umacnia i betonuje.

O punktach jednak powiedziano już wiele, ja swoje trzy grosze chcę powiedzieć o czym  innym. Otóż dość powszechnie zapowiadano, że przypisywanie czasopism do dyscyplin będzie działaniem karkołomnym i potencjalnie masakrycznym. I rzeczywiście, jak to powiedziano na Twitterze, nowa lista czasopism pieczętuje koniec interdyscyplinarności w nauce polskiej. W kilku już twitterowych dyskusjach zgłaszano już arbitralność decyzji o przynależności dyscyplinarnej czasopism. W dyskusji mówiono o psychologii, medioznawstwie, politologii, lingwistyce. Ja również widzę czasem absurdalne decyzji dyscyplinarne.

Bardzo mi się podobał przykład Journal of Ethnic and Migration Studies, który zakwalifikowano do prawa kanonicznego, a nie do nauki o polityce. Przecież to tak głupie, że trudno skomentować.

Nawiasem mówiąc, jeden z lingwistów zastanawiał się, czy decyzje takie nie są wynikiem przeniesienia debaty na temat tego, czym jest lingwistyka w Polsce, a czym na świecie, na listę czasopism. A zatem to, szerszy świecie zakres lingwistyki, w nauce polskiej celowo ograniczono. Dlaczego? A bo sobie paru polskich profesorów tak zdecydowało.

Poproszony o komentarz prof. Kulczycki na temat decyzji dyscyplinarnych, milczał.

Nowa lista to nie tylko absurdalne decyzje punktowe – o 100 pkt. dla Tekstów Drugich już napisano wiele. Żenujące jest to, że redaktor naczelny sam w tymże czasopiśmie pisze i to niemało!. Moim zdaniem jednak, to nie poszczególne punkty są kluczowym problemem listy. Kluczowym problemem są właście decyzji o przynależności dyscyplinarnej czasopisma. Decyzje często po prostu głupie i wywracające działalność badawczą całych grup ludzi.

Jakiś czas temu min. Gowin chwalił się, że układanie listy czasopism jest największym przedsięwzięciem tego typu w nauce. Mieliśmy się zawczasu zachwycić listą czasopism. Miało być bardzo pięknie. Niestety, wyszło jak zwykle. Ba, wyszło jeszcze gorzej niż zwykle. Pozostaje mieć nadzieję, że wszyscy ci, którzy swymi nazwiskami firmują tę listę, spalą się ze wstydu.

 

Tańczący z systemem

Od jakiegoś czasu obserwuję, że coraz więcej młodych, średnich a i starszych pracowników nauki publikuje na świecie i to w dobrych i bardzo dobrych czasopismach. Oczywiście w niektórych dyscyplinach tak było „zawsze”, ale w niektórych to coś nowego, wręcz diametralna różnica wobec niedawnej jeszcze przeszłości.

I tu naszła mnie refleksja.  Trudno zakładać, że ćwierć, a może i pół dyscypliny nagle zmądrzało i dojrzało do tego, by zacząć w tymże świecie publikować. Dokonało się olśnienie masowe. Raczej należy przyjąć, że zmieniły się priorytety i praktyki publikacyjne. Ktoś stwierdził, że dobrze jest publikować międzynarodowo, no to ludzie zaczęli międzynarodowo publikować. Części się to nie udało, oczywiście, ale okazuje się, że znacznej części tak.

Jeśli mam rację, to z tego wynika kilka rzeczy. Po pierwsze, należy się zastanowić nad tym, dlaczego ci, który nadal publikują w województwie rzeczywiście nie potrafią inaczej czy może nadal nikt od nich niczego innego nie oczekuje. Po drugie, należy inaczej popatrzeć na naukę polską. A zatem wcale nie jako zaścianek zaścianka, ale jako system, który stwarza pewne oczekiwania, a ludzie w tym systemie je spełniają. Po trzecie, wszelkie gadanie o leśnych dziadkach ma dość ograniczony sens. Również dzisiejsi starsi profesorowie są częścią systemu, który od nich wymaga pewnych działań. Ba, niejednokrotnie słyszałem od humanistów, że publikowanie nie po polsku było niemile widziane w czasach słusznie minionych.

Jest w tym miodzie jednak szczypta dziegciu. Szkoda bowiem, że ci wszyscy podążający za systemem nie wykazali się odrobiną inicjatywy i nie stwierdzili, że jednak chcieli być częścią obiegu naukowego. Z pewnością było to nieporównywalnie trudniejsze niż obecnie, ale przecież nie niemożliwe. Trudno też zakładać, że na tych wszystkich publikujących poza wydawnictwem lokalnej uczelni spadały kary dyscyplinarne za to, że ośmielili się po hamerykańsku coś skrobnąć.

I taka to refleksja i jej cztery  podrefleksje mnie naszły. Sumując – wcale nie jest tak tragicznie, jak czasem mówimy, ale znów tak pięknie jak inni mówią, też nie jest. I po stwierdzeniu tej oczywistej oczywistości,  wracam nad jezioro. Z laptopem.

Johns, do cholery, Johns

Na Twitterze znalazłem jeszcze jedną propozycję punktacji wydawnictw. Nie do końca wiem, po co autor z zespołem się namęczył; szansa na to, że MNiSW zmieni teraz swą listę, jest zerowa. No ale skoro się namęczył, to ja rzuciłem okiem. Przyznam szczerze, że jezioro za oknem spowodowało, że nie wczytałem się w 13 stron z uwagą, na którą dokument ten z pewnością zasługuje. Toże jezioro spowodowało również, że nie czytałem dyskusji pod poprzednim wpisem, więc nie wiem, czy już o tym nie pisano.

Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego nie wczytywałem się. Otóż autor, który nie wie, że słynny uniwersytet z Baltimore nazywa się Johns Hopkins University, a nie „John’s Hopkins”, jest dla mnie dość niewiarygodny i szkoda na niego czasu. Zastanawiałem się nawet przez chwilę nad tożsamością Johna, który posiada owego Hopkinsa, ale się poddałem.

Więc jeszcze raz: Mr Hopkins z niewyjaśnionych bliżej powodów miał na imię Johns. Tak, z „s”. I uniwersytet jego imienia również nazywa się Johns Hopkins University. I tak przy okazji – JHUP wcale nie jest najstarszym wydawnictwem uniwersyteckim w USA. Jest najstarszym wydawnictwem uniwersyteckim, które działa bez przerwy („continuously running”) . To jednak dość zasadnicza różnica, a autorom raportu zalecam czytanie ze zrozumieniem.

Zajmijmy się jednak meritum. Szlag mnie jasny trafia, gdy autor podtrzymuje idiotyczny podział na wydawnictwa komercyjne i akademickie. Otóż te drugie są równie komercyjne. Nikt nie wydaje książek, które się nie sprzedadzą, bo wydawnictwo szybko straciłoby prawo bytu. OUP czy CUP nie są subsydiowane przez uniwersytety, których nazwy noszą w swych nazwach po to, by wydawać książki przynoszące straty.

Drugi szlag mnie trafia, gdy autor usiłuje sprzedać ideę obiektywności swoich list. Listy autora są tak samo arbitralne jak lista MNiSW i co najwyżej można sobie pogadać o tym, czy lepiej, że minister dopisuje, czy że autor dokumentu uważa, że wydawnictwo musi wydać 500 książek naukowych i 50 czasopism. Skoro jednak autor tak bardzo lubi cyfrę 5, to proponowałbym 555 książek i 55 czasopism. Będzie jeszcze piękniej.

Nie chce mi się pisać o innych kryteriach, bo są one równie bez sensu. Dlaczego 100 książek? Jakie rankingi akademickie? Dlaczego dziesięciolecia istnienia? To wszystko wynika jedynie z chciejstwa autora i nie ma żadnego powodu, by uznać, że te kryteria są choć z niewielkim stopniu lepsze od przyjętych przez MNiSW. Z całą pewnością też dziesięciolecia istnienia nie gwarantują jakości wydawanych książek.

Postanowiłem jeszcze przyjrzeć się choć jednemu czasopismu za 200 gowinków, która u autora spada na łeb szyję. Padło na Bloomsbury, którego punktacja wywołała na początku roku pewne zaskoczenie (podobnie jak brak 200 pkt. dla Palgrave).

No więc argumenty, że Bloomsbury wydaje Harrego Pottera wskazują po raz kolejny na to, że tego, co pisze autor, nie należy traktować poważnie. Oczywiście Bloomsbury Academic nie wydaje HP.  Nie wiem też, czy wydawnictwo to wydało jakąś dyskutowaną książkę w ciągu ostatnich 5 lat, jestem jednak pewien, że autor też tego nie wie. Zupełnie nie wierzę, że autor (a nawet autor z zespołem) jest w stanie wyrobić sobie zdanie na ten temat.

Szkoda, że autor nie wypowiada się nt Palgrave, uznając, że Elsevierowi czołówka się należy. Jakby nie słyszał, że Elsevier miał (i chyba nadal ma) duże kłopoty wizerunkowe w międzynarodowym środowisku naukowym. Bardzo więc wątpię, by w „rankingach akademickich” zajmował aż tak wysokie miejsce.

I na koniec. Chętnie bym poznał nazwiska członków zespołu prof. dr. hab. Kazimierza Słomczyńskiego. Podpisywanie się „w imieniu zespołu” jest równie żenujące, co pisanie „John’s Hopkins”.