20000 i 2

Ja również się zastanawiam, czy ktoś, kto nie jest w stanie napisać autoreferatu, powinien dostać habilitację. Odpowiedź, z jednej storny, brzmi pewnie: tak. Ustawodawca i minister nie mówią nic o jakości autoreferatu. Może nikt nie przewidywał, muszę to powiedzieć: idiotyzmów, które będą zawierać autoreferaty. Z drugiej strony, mam duży problem z tym wszystkim. I to nawet nie z tym, że kandydat na profesora nie potrafi stosować podstawowych zasad interpunkcji, że sadzi błędy stylistyczne czy gramatyczne i nie wie, że po ‚dr’ można postawić kropkę. Ja mam problem z połaciami bezmyślności. Bo ja nie wierzę, że przeciętny habilitant nie potrafi napisać kilku stron o swych badaniach. Wierzę natomiast, że z jakichś powodów postanowił się nie zastanowić nad tym, co napisać, wolał iść po linii najmniejszego oporu (a nie: najmniejszej linii oporu) i po prostu napisać streszczenie każdej publikacji, zaczynając np. od motta życiowego. 

 

Dlaczego tak się dzieje? Czy moi koledzy i koleżanki w habilitacji po prostu myślą, że to nie ma znaczenia? Że sprawa jest przesądzona? Wszak żadna z przeczytanych przeze mnie recenzji nie zawiera krytyki autoreferatu.  Może więc to po prostu nie ma znaczenia i trzeba wkleić abstrakty swych artykułów…..A może są po prostu bezmyślni. I jeśli tak jest, jeśli niektórzy z autorów naprawdę myślą, że to, co napisali, ma sens i pokazuje ich w dobrym świetle, to biada nam. Biada!!

 

Martwi mnie jednak co innego. Martwi mnie obraz habilitacji, który się wyłania. Nasi studenci, magistranci, za chwilę doktoranci będą mogli sobie przeczytać nasze autoreferaty. Obawiam się, wielu z nas straci resztki szacunku, który jeszcze czasami mamy wśród naszych studentów. I to jest wg mnie bardzo smutne. To negatywna spirala nakręcająca fatalny obraz nauki polskiej. Nasze autoreferaty pokazują, w jak fatalnym stanie jesteśmy.

 

Chciałbym być tak optymistyczny jak balans_bieli i myśleć, że 2 miesiące to za mało na napisanie byle jakiej habiltacji, która zostanie opublikowana byle gdzie….Niestety, nie jestem taki optymistyczny. Znam książki naukowe wydawane w Polsce, które osiągają poziom niedostępny słowom na kulturalnym blogu. Część z nich to zapewne książki habilitacyjne, na podstawie których autorzy uzyskali stopień. Myślę, że w ich wypadku z 2 miesięcy po napisaniu tekstu zostałby jeszcze czas na długie wakacje.