Prawidłowy rozwój

Publikowane przez CK recenzje dostarczają coraz ciekawszej lektury. W recenzji oceniającej dorobek habilitanta w naukach medycznych recenzent pisze: 

„Rozwój naukowy dr X (tak, tak, nie ma kropki po ‚dr’) przebiegał w spoób prawidłowy.”

po chwili autor dodaje:

„Nie można mieć również zastrzeżeń do prawidłowości rozwoju naukowego.”

 

Natychmiast zacząłem się zastanawiać, co to znaczy, że rozwój jest prawidłowy. Jakie są kryteria prawidłowości rozwoju, poza widzimisię recenenta i wartości, którym hołduje? Kto miałby ustalać, że rozwój jest ‚prawidłowy’? Co więcej, zadałem sobie pytanie, jakim prawem recenzent chce oceniać, powiedzmy, mnie jako osobę z pewną trajektorią życiową. Bowiem, mówiąc wprost, recenzent uzurpuje sobie prawo do oceny mnie jako osoby, która dokonuje pewnych wyborów życiowych, na dodatek normatywizując je.

 

Napłynęły kolejne pytania. Czy jeśli najpierw byłem kucharzem, księgarzem czy rowerzystą zawodowym mniej zasługuję na habilitację? Czy jeśli po studiach stwierdziłem, że, przepraszając za wyrażenie, pieprzę naukę i założyłem grupę death metalową, to mniej zasługuję na habilitację? Śpieszę dodać, że ustawa nie wyraża się na temat ‚prawidłowości rozwoju’.

 

Oczywiście nie wiem, jak by recenzent napisał rzeczoną recenzję, gdyby nie pochwalał rozwoju naukowego habilitanta, gdyby uznał, że jego rozwój nie był prawidłowy. Nie jest to jednak ważne. Nie mam bowiem wątpliwości, że recenzja habilitacyjna powinna się skupiać na dorobku habilitanta. Jego wybory życiowe (w tym moje własne) w żadnym razie nie powinny być przedmiotem oceny recenzenta. Nie ma czegoś takiego, jak ‚prawdłowy rozwój zawodowy’, nie ma czegoś takiego, jak ‚prawidłowy rozwój naukowy’. Nie ma żadnych normatywnych przepisów wskazujących, jak ludzie mają sie rozwijać, planować swe kariery, czy układać plany naukowe. Recenzentom nic do tego!

 

Niestety, podejrzewam, że nikt nie zwrócił uwagi wynurzenia recenzenta na temat rozwoju habilitanta, a komisja sie zachwyciła jego prawidłowością. Według mnie jednak taka recenzja powinna zostać zdyskwalifikowana.

Dorobek ilościowy

Zastanawiając się nad mym dorobkiem, ulegam czasem pokusie, żeby myśleć o nim w kategoriach ilościowych. Pokusie, żeby się zastanawiać, czy wystarczy tyle tesktów, ile opublikowałem. Nie lubię tego. Bo przecież to nie o ilość idzie, idzie o jakość. Chodzi o to, żeby napisać świetne teksty, superteksty, teksty, które „ruszą z posad bryłę świata”. Jestem przeciwny wszelkim pułapom czy ilościowym kryteriom oceniania dorobku. Ocenom typu: żeby rozpocząć przewód habilitacyjny musisz mieć 100, 200, 300 czy milion punktów ministerialnych. Przecież to nie chodzi o to ile, to chodzi o to, co publikujemy!! I tylko o to chodzi!

 

28 lutego 1953, jak mówi legenda, do pubu pod Orłem w Cambridge wszedł Francis Crick i wypowiedział słynne: We have discovered the secret of life. Dwa miesiące później, wraz z Jamesem Watsonem,  opublikował w Nature tekst ‚Molecular structure of nucleic acids’. Patrzę właśnie na ten tekst. Ba! tekścik. Jest na niecałą stronę. Jest jednak, by tak rzec,  dość ważny. Chciałbym myśleć, że Crick i Watson, obaj za tę jedną publikację, dostaliby w Polsce habilitację! Za ten jeden artykuł. Nie musieliby przedstawiać jednotematycznego cyklu, dorobku. To po prostu byłaby habilitacja. Z drugiej strony, warto przypomnieć, że Watson został adiunktem (Assistant Professor) już po artykule, a Crick doktorat zrobił dopiero rok po publikacji. Gdzie im do habilitacji! Nagrodę Nobla dostali dopiero 9 lat po publikacji. Kudy do habilitacji!!

 

Ale mówiąc poważnie, powtórzę: to nie chodzi o to, ile opublikowałem. Chodzi o to, co opublikowałem. Mam nadzieję, że moi recenzenci również nad tym, co opublikowałem, będą się zastanawiać.

Recenzje

Na stronach CK pojawiły się pierwsze recenzje, na razie w naukach ekonomicznych. Wynik jest niezły: 4 postępowania, 3 porażki. Trudno na razie mówić o praktykach, poza tym, jeśli już, praktyki będą ściśle dyscyplinarne. To pierwsze recenzje, więc nie mogę się powstrzymać od komentarza.

 

Dwie rzeczy wydają się być natychmiast zauważalne. Po pierwsze, recenzenci wyraźnie nie dają się zwieść ilością dorobku. Odrzuceni habilitanci mieli w dorobku kilka, a nawet ponad 20 książek (muszę powiedzieć, że 20+ książek między doktoratem i habilitacją robi na mnie wrażenie, ale głównie w kategoriach dobrego samopoczucia autorki). Po drugie, dorobek kandydatki, której się powiodło, jest dość wyraźnie niemiędzynarodowy. Twierdzenie bowiem, że książka wydana po angielsku w Łodzi ma zasięg międzynarodowy, jest, powiedziałbym, nieporozumieniem. To wszystko recenzentom to jednak nie przeszkadza.

 

To pierwsze wrażenia, ciekawe, co będzie dalej. Swoją drogą ciekawe, jak się mają te recenzje do recenzji sprzed reformy. Tego jednak się nie dowiemy, choć nie wydaje się, żeby recenzenci przejmowali się za bardzo rozporządzeniem MNiSW w sprawie kryteriów oceny dorobku habilitanta.

Interdyscyplinarność

Myśląc coraz intensywniej nad swym dorobkiem, doszedłem do jego interdyscyplinarności. Nie żebym miał wątpliwości wobec dyscypliny, z której chciałbym się habilitować, jednak sprawy oczywiste nie są. Piszę na pograniczu i to, jak napisałem w na początku blogowania, na pograniczu dyscyplin z różnych dziedzin. Niestety, problemów tu jest wiele.

 

Pierwszy problem to oczywiście kolejne rozporządzenie, w którym to minister uznaje za stosowne ustalić, jakie są dyscypliny i dziedziny naukowe. Na stronach CK jest wykaz stary. Warto porównać, choćby dlatego, żeby się zastanowić, czy rzeczywiście coś się na świecie zmieniło przez to, że powołano w Polsce do istnienia dziedzinę nauk społecznych czy o kulturze fizycznej. Zadaję sobie pytanie, kto na świecie się przejął tym rozporządzeniem, poza habiltantami, rzecz jasna (oraz instytucjami mającymi uprawnienia habilitacyjne, do których wczoraj Jan i Ewa się liczyli, a od dzisiaj nie). Czy rzeczywiście zmieniła się natura badań socjologicznych tylo dlatego, że minister Kudrycka przeniosła socjologię z nauk humanistycznych do społecznych.

 

Drugi problem to oczywiście recenzenci. Załóżmy bowiem, że jest trzech recenzentów, którzy robią badania podobne do moich, mają rozeznanie w literaturze, w problemach itd. Są idealni. Ale okazuje się, że mają oni habiltację z tej drugiej dyscypliny….i co? I zawieszamy zdrowy rozsądek: nie powołujemy ich na recenzentów, ale  powołujemy innych. Co prawda, mogą się nie do końca znać, ale najważnijesze jest przyporządkowanie habiltacyjne. Rozporządzenie ustala, do jakiej dziedziny i dyscypliny należą.

 

I tu, chciałoby się po cichu, powiem coś strasznego i straszliwego, wręcz podważającego naukę polską. Otóż zdarzyło mi się recenzować doktorat. Wiem, wiem, mnie się też włos jeży, przecież ja nie jestem samodzielny! Jednak to było za granicą i nikt o tym nie wiedział. I teraz tak: doktorat był w departamecie X (gdzie X jest dyscypliną naukową), ja z kolei siedzę między dyscyplinami Y i Z,  o czym śpiesznie doniosłem, gdzie trzeba. Byłem przekonany, że z pogardą na mnie popatrzą wszyscy. Gdzie tam, ja, jakiś tam Ygrekowiec doktorat Xowca recenzować! Niestety, nie udało się. Straszność dominowała – otóż okazało się, że to ja się najbardziej znam na tym, co zrobił doktorant. I nie było zmiłuj się! Zrecenzowałem, ale od razu mówię, że z dużymi wyrzutami sumienia!

 

Nawiasem mówiąc, zastanawiam się, czy się przyznać do tej abominacji w autoreferacie. I chyba się nie przyznam (choćby dlatego, że tu o tym napisałem).

 

Trzeci problem, to właśnie zdrowy rozsądek. Jakiż to wielki plan galaktyczny by się zawalił, gdyby habilitację recenzowali ludzie, którzy sie na pewno znają na tym, co robię? Ja, co prawda, jestem umiarkowanie optymistyczny co do możliwości znalezienia recenzentów, co się znają, ale pewne to w żaden sposób nie jest. I wkurza mnie to. Na świecie badania interdyscypinarne to norma. Dorobki i prace są recenzowane jakoś – lepiej, czy gorzej, różnie pewnie bywa, ale przynajmniej nie trzeba się martwić o to, do jakiej kto jest dyscypliny przypisany. Bo co za różnica?!

Dorobek

Zastanawiam się nad swym dorobkiem. Wydaje mi się, że to jest niezły dorobek, głównie międzynarodowy. Jak usłyszałem, mam teksty w czasopismach, o których może pomarzyć niejeden profesor tytularny. Pochlebia mi to oczywiście. Z drugiej strony martwi. Martwi mnie, bo boję sie, że się okaże, że ulegam modom, że publikuję dla punktów, że chodzi mi o impakt faktory.  A ja sobie myślę – nawet jeśli, no to co?

 

Na cytowanym przeze mnie często forum pojawił się link to kolejnego  tekstu demaskującego straszność reformy Małpa z brzytwą. W tekście czytam:

Polska jest takim skansenem, gdzie bardziej opłaca się publikowanie przeciętnych prac w dobrych czasopismach (o wysokim IF) niż dobrych w czasopismach o IF niższym.

 

Autor rozwija straszne scenariusze związane z, jak to nazywa, impaktomanią. Ale co ciekawe, nie przychodzi mu do głowy następujący scenariusz: można publikować dobre prace w czasopismach o wysokim IF. Ta radykalna idea nie przychodzi prof. Pilcowi na myśl. W rzeczywistości kreślonej przez prof. Pilca, polski uczony może publikować (bo mu się tak opłaca – oczywiście przez minister Kudrycką, w domyśle małpę z brzytwą?)  słabe prace w czsopiśmie o wysokim  IF. Zastanawiam się natychmiast, co robi polski uczony, gdy już uda się mu napisać dobrą pracę. Wyrzuca? Publikuje po polsku na złość ministerstwu? Nie rozumiem też za bardzo, jak sie tym polskim uczonym udaje publikować te słabe prace w tych dobrych czasopismach, ale może prof. Pilc ma swoje metody i strategie. Co ciekawe również, przeciwny impaktomanii prof. Pilc nie zatrzymuje się nad przyjętym przez siebie założeniem, że pismo o wysokim IF, to dobre pismo, a jest to założenie problematyczne i warte dyskusji (której tu nie podejmę).

 

Otóż ja nie rozumiem, na czym polega problem. Zawsze chciałem publikować w najlepszym możliwym czasopiśmie. Dziś to oznacza pisma o wysokim IF. Przyznam szczerze: mnie to po prostu kręci. Mnie kręci to, że czasem udaje mi się publikować czasopismach, w których publikują ludzie, którzy są w pierwszej lidze światowej mojej dyscypliny. Może oni nawet czytają moje teksty?!  I ja też chcę być w tej pierwszej lidze. I naprawdę nie rozumiem, co w tym złego.

 

Nawiasem mówiąc, rzuciłem się zobaczyć, co pisze prof. Pilc. Nie znalazłem jego strony. Znalazłem jednak  tekst o….Najczęściej cytowanych polskich publikacjach  w biologii i medycynie. Hmmmm, pomyślałem, punkt widzenia jednak  zależy od punktu siedzenia.

 

Boję się takich tekstów jak ten prof. Pilca. Boję się, bo ja nie chcę udowadniać niczego przed recenzentem myślącym, jak (obecnie) prof. Pilc. Ja nie chcę udowadniać, że można spróbować publikować dobre rzeczy w dobrych czasopismach (a te z wysokim IF zazwyczaj są przy okazji całkiem niezłe). Nie zawsze się to udaje, co więcej, nie zawsze tekst opublikowany w gorszym czasopiśmie jest słaby. Jednak, wydaje mi się, że ambicja publikowania u najlepszych jest ambicją pożądaną. I warto o tym scenariuszu pamiętać.

Autorytety naukowe

Po raz kolejny znalazłem się na stronach CK i po raz kolejny znalazłem coś, co mnie zainteresowało. Z dużą radością skonstatowałem, że, jak mi się wydaje, CK wcześniej ode mnie zauważyła problem i dokonuje egzegezy przepisu o aktywności naukowej. Co ciekawe, owa egzegeza implicytnie daje kontrę rozporządzeniu.

 

Okazuje się bowiem, że aktywność naukową należy rozumieć po prostu przez….dorobek. CK pisze:

Należy przez to rozumieć, że są to prace oryginalne, odpowiadające kierunkowi zainteresowań naukowych lub artystycznych kandydata. Nie określa się wymaganej liczby prac, aczkolwiek rozmiary dorobku, obok jego poziomu merytorycznego, powinny wskazywać, iż niezależnie od rozprawy habilitacyjnej jest to „znaczny dorobek” świadczący, że kandydat uzyskał już w swym środowisku autorytet specjalisty w zakresie reprezentowanej dyscypliny naukowej lub artystycznej.

 

i już?? a gdzie kierowanie projektami? Gdzie konferencje? CK wydaje się je całkowicie ignorować. Praktyki recenzenckie, jakże prorocze okazują się te słowa, będą absolutnym kluczem, pod warunkiem, oczywiście, że recenzent zaglądnie do rozporządzenia, chyba że zaglądnie na strony CK. Dokumenty te bowiem inaczej interpretują, czym jest aktywność naukowa.

 

Ale CK wprowadza nową kategorię, mieszając w sprawach jeszcze bardziej. Otóż wg CK habilitant powinien był zdobyć autorytet specjalisty. I tu, przyznam szczerze, mam problem. Ja nie mam pojęcia, czy ja już mam ów autorytet specjalisty. Jak to mierzyć, jak to badać? Co więcej, wydawałoby mi się, ze już po doktoracie człowiek jest specjalistą. Wszak musi zdawać egzaminy, napisać pracę, zrobić badania, doktor już dość dużo wie. Ale rozumiem, że doktor habilitowany ma być bardziej specjalistą? To wynika pewnie z takiego przekonania, że stopnie, a potem tytuł, kumulują się i profesor zywczajny to dopiero jest ultrasuperhiperspecjalista. Specjalistyczność bije od niego na mile pod wiatr! Nawiasem mówiąc, to z tego przekonania zresztą w Polsce powstały przychodnie lekarskie profesorów i docentów. Bo przecież profesor medycyny, ten to dopiero jest specjalista. To, że on pisze prace z historii medycyny, nie ma przecież znaczenia……Profesor to profesor.

 

Mówiąc wprost, nie mam pojęcia, czy jestem autorytetem, na dodatek, szczerze powiedziawszy, nie interesuje mnie to. Nie wiem też, kto miałby to oceniać. Ale zawsze można by wprowadzić oddział specjalny w CK, zajmujący sie właśnie ustalaniem autorytatywności habilitantów, a może nie tylko! Proponowałbym też stworzenie odznaki autorytetu. Dla doktorów  – autorytet specjalnościowy; dla habilitiowanych: autorytet dyscyplinarny; a dla profesorów zwyczajnych odznaka autorytetu nauki.

 

A recenzji na stronach CK jak nie ma, tak nie ma.

Praktyki recenzentów

Postanowiłem odpowiedzieć na komentarz balansowi bieli wpisem. To, co napisał w komentarzu, jest ważne i chciałbym się odnieść w pełni. Ale przede wszystkim dziękuję za komentarz, czas poświęcony mojej osobie i dobrą radę. Mówię to szczerze, jest mi miło, a rada jest dobra. I pewnie nie ma od niej ucieczki. Ale…..

 

Problem  polega na tym, jak dla mnie, że recenzenci mają ze złych, a przynajmniej problematycznych, kryteriów napisać sensowną recenzję. A ja nie jestem pewien, czy to się sensownie da. Ja chciałbym móc sięgnąć do rozporządzenia i zobaczyć kryteria, które mają sens, kryteria, które wspierają recenzenta w ocenie. A te, które w nocy komentowałem w rzeczywistości tego nie robią. I ja nie mam zielonego pojęcia teraz, jak zostaną odebrane konferencje, na które pojechałem, a pojechałem na te, bo nie miałem forsy pojechać na inne. Jak zostanie odebrany mój indeks h, który wg WoS wynosi h=x,  a wg PoP mój indeks h = x+10 (autentyczny przypadek). Różnica wynika z tego, że PoP liczy cytowania książek. Najogólniej mówiąc, mój problem polega na tym, że ja będę czekał na to, żeby praktyka recenzencka okazała się iść w dużym stopniu wbrew kryteriom w rozporządzeniu. A to przecież nie ma sensu.

 

Tak jak powiedziałem wcześniej, choć w innym kontekście, rozporządzenie jest znakiem tego, że minister nie ufa recenzentom. I mówi za nich, co powinno być dla nich ważne. Rozumiem, dlaczego tak jest. Jeśli widzimy w przewodzie habilitacyjnym dwie sprzeczne z sobą recenzje (jako to było w niedawnej aferze bodajże we Wrocławiu), to naprawdę trudno mieć zaufanie do recenzentów. Jestem daleki od tego, by tweirdzić, że wszyscy recenzenci są tacy, wręcz przeciwnie, raczej mam dużą dozę zaufania do recenzentów w mojej dziedzinie, jednak odrzucam to, że ów wrocławski przypadek był wyjątkowym wyjątkiem. Co więcej, rozległe połacie nauki polskiej są jedynie polskie, a międzynarodowości tam nie słyszano. I minister postanowił się zabezpieczyć, chce pokazać recenzentom priorytety, umiędzynarodowić ocenę habilitanta. I super. Tyle, że chcieli dobrze, wyszło, jak zwykle.

 

I na koniec, balansie bieli, praktyki recenzenckie będzie można oceniać pod warunkiem, że recenzje będą publikowane. Na razie pomimo tego, że na stronach CK wisi dobrze ponad setka autoreferatów, a wisi od wielu miesięcy, nie pojawiła się tam ani jedna recenzja.

 

Jeszcze raz dziękuję za komentarz, będę wdzięczny za następne.

Kryteria oceny habilitanta

Zacząłem sie zastanawiać, według jakich kryteriów będę oceniany. Ustala to rozporządzenie MNiSW w tejże  sprawie. Kryteria są następujące.

 

1. Jeśli idzie o publikacje, bardzo wyraźny nacisk rozporządzenie kładzie na artykuły w międzynarodowych czasopismach naukowych, notowanych na przeróżnych listach – od JCR po ERIH. Do tego do ‚dorobku’ liczyć się będą książki i inne publikacje.

 

Do tego oceniać będzie się:

2. sumaryczny impact factor publikacji;

3. indeks Hirscha (wg WoS)

4. kierowanie projektami (krajowymi lub międzynarodowymi) lub udział w nich.

5. referaty na konferencjach.

 

Zanim skomentuję, warto zaznaczyć, że ‚aktywność naukowa’, choć niewyróżniona, wydaje się być zawarta w tych kryteriach. To, że nie jest wyóżniona, wydajemi się błędem. Ale to, być może, na inny wpis.

 

Na początku powiedziałbym, że trudno nie zgodzić się z kierunkiem, jakie objęło ministerstwo. Umiędzynarodowienie nauki, jak juz pisałem wcześniej, jest czymś pozytywnym. Wydaje mi się jednak, że kryteria te wylewają dziecko razem z kąpielą.

 

O ile nacisk na artykuły w czasopismach międzynarodowych jest czymś pozytywnym, trudno nie zauważyć, że są to kryteria wyraźnie skrzywione w kierunku niektórych dziedzin i specjalności. Dla przykładu, filozofowie na całym świecie publikują i będą publikować książki i ‚degradowanie’ tych książek do publikacji drugiej kategorii jest nieporozumieniem. Dużo lepiej byłoby zauważyć, że wydawnictwo wydawnictwu nierówne, podobnie jak książka książce. Dokładnie jak w wypadku artykułów.

 

Podobnie jest z scjentometrią. Choć działa ona nieźle w części dyscyplin, nie działa w innych. Nawet wybór bazy danych jest problemem. Nie ma powodu bowiem, by decyzje w sprawie polskich stopni naukowych oparte były o decyzje prywatnej firmy z USA. Chciałbym być dobrze zrozumiany: nie jestem przeciwny firmie Thomson-Reuters, ich ustalenia są przydatne i trudno je odrzucać. Jednak trudno też je przyjąć za wyrocznię. Choćby dlatego, że redaktorzy są w stanie i manipulują IF swoich czasopism. Indeks Hirscha z kolei, jeśli oparty o WoS, nie bierze pod uwagę książek, co w sposób oczywisty dyskryminuje tych, którzy je piszą.

 

Ale to nie tylko o filozofów chodzi – chodzi również o badania niszowe, o badania, które zostaną zacytowane za 5 lat. Bo przyjdzie moda, Chodzi też o to, że przeglądy literatury i metaanalizy są cytowane częściej, a przecież chodzi chyba o publkowanie badań! Już mi się nie chce pisać o tym, że nie ma sensu sumować IF czasopism, w których się publikuje. IF jest wartością mierzącą cytowalność czasopisma i tylko czasopisma! Warto też zwrócić uwagę, że w czasopiśmie owysokim IF zdarzają się teksty, które nie są cytowane! i na odwrót! Warto o tym poczytać choćby na Wikipedii.

 

O projektach i konferencjach pisałem w postach o aktywności naukowej.

 

I teraz tak: można powiedzieć, że te wszystkie uwagi nie mają większego znaczenia, bo od tego są recenzenci, żeby nawigowali między moją listą publikacji i rozporządzeniem. Problem jednak polega na tym, że ja nie chcę liczyć na to, że recenzent wynawiguje sensownie. Po co wprowadzać kryteria, które działają tylko w części przypadków?! Potencjalnie dajemy recenzentom bat na habilitanta, którego mogą używać wedle swego uznania.To nigdy nie jest dobre rozwiązanie.

 

Muszę przyznać, że jeszcze się wszystko dobrze nie zaczęło, a ja jestem głównie sfrustrowany. Podejrzewam jednak, że moja frustracja będzie rosła.

Aktywność habilitanta – errata

Pisząc o aktywności naukowej, nie zauważyłem,że w posługiwałem się wzorem dokumentacji w procesie o nadanie tytułu naukowego. Mogę tylko zakładać, ze aktywność habilitanta będzie oceniana podobnie. Rozporządzenie dotyczące kryteriów habilitacji nie wyjaśnia, co jest aktywnością habilitanta.

 

Coraz mniej rozumiem z tego wszystkiego.

Aktywność habilitanta – cd

Nie wiedząc, co dokładnie ma na myśli ustawodawca, udałem się do drugiego źródła wiedzy – rozporządzenia. Rozporządzenie MNiSW w sprawie…..(habilitacji) precyzuje, o co idzie w sprawie aktywności naukowej. Otóż aktywność naukowa, która się liczy, to:

a. udział w konferencjach (krajowych i międzynarodowych);

b. członkowstwo w komitetach i radach czasopism;

c. zrealizowane projekty naukowe – od krajowych do globalnych;

d. kierowanie zespołami badawczymi.

 

Mam parę uwag. Po pierwsze, warto pamiętać, że konferencje muszą na siebie zarobić. Innymi słowy, jeśli dobrych referatów jest za mało, żeby forsa z wpisowego pokryła koszty konferencji, przyjmiemy referaty ‚mniej doskonałe’, a jeśli i tych nie starczy, to przyjmiemy te ‚zupełnie niedoskonałe’. Co więcej, na konferencje jeździ się wtedy, gdy ktoś za to zapłaci. Nie zapłaci, nie jadę. Dlaczego zatem oceniać mnie pod względem dostępnych mi budżetów konferencyjnych? Nie toczy mnie stado wątpliwości, że nie warto oceniać habilitantów pod względem uczestnictwa w konferencjach.

 

Po drugie, bez wątpienia członkowstwo w komitetach itd. jest czymś dobrym i warto być w takim komitecie. Jednak warto pamiętać, że uczestnictwo w takich komitetach jest często wyznacznikiem tego, kogo się zna, a nie tego, jak wielkim jest się uczonym. Czy jeśli mnie nie zaproszono do rady czasopisma, to jestem do kitu naukowcem? Może to oznaczać, że nie dbam o ‚networking’, a przy okazji, że moje badanie są niszowe. Czy na pewno warto oceniać habilitanta pod względem działalności ‚czasopismowej’? Z pewnościa można, ale czy ona wiele o habilitancie mówi? Wątpię.

 

Po trzecie, bez wątpienia granty (szczególnie te międzynarodowe) są czymś ultapozytywnym. Jednak warto również pamiętać, że pisania grantów trzeba się nauczyć. A gdzie prowincjonalny habilitant miałby się tego nauczyć? Zapytałbym inaczej: ile polskich uczelni ma sensownie zorganizowane i, co kluczowe, kompetentne biuro wspierające pisanie grantów europejskich? Ile polskich uczelni, śladem uczelni europejskich, ma swoich przedstawicieli w Komisji Europejskiej, ‚mierzących puls’ w Directorate-General for Research?

 

I wreszcie, po czwarte, jakie są szanse, że mały żuczek-adiunkt zostanie kierownikiem zespołu badawczego z pominięciem lokalnego profesora? Z całym szacunkiem, Pani Minister, ale proszę choć spróbować nawiązać kontakt z rzeczywistością. Przecież z definicji adiunkt jest niesamodzielnym pracownikiem naukowym, no to jakim cudem ma samodzielnie kierować zespołem badawczym?!?!

 

I teraz tak: nie chciałbym, żeby moje komentarze odebrane zostały jako chęć obniżenia poziomu habilitacji. Jestem za umiędzynarodwoieniem polskiej nauki, za wymaganiami nawiązującymi do kryteriów obowiązujaych na świecie (z rozsądkiem). Ale chcę być oceniany sensownie. Nie chcę być oceniany za to, że mnie kierownik nie lubi i nie płaci za konferencje. Nie chcę być penalizowany za niszowość moich badań i za to, że mój profesor ma rozbudowane ego i nigdy nie pozwoli mi na kierowanie projektem międzynarodowym.

 

i na koniec. Rozporządzenie MNiSW wskazuje, co należy brać po uwagę rozważając aktywność naukową. Ale co z istotną aktywnością naukową? Czy uczestnictwo w każdej konferencji jest istotne? Lokalna konferencja może być całkiem istotna dla moich badań! Skąd recenzent ma wiedzieć, czy uczestnictwo w konferencji było istotne? Przecież ja mogę celowo i strategicznie wybierać konferencję, zeby wypróbować idee kontrowersyjne. Skąd recenzent będzie to wiedział??

 

Myślę, że jasne jest to, że nie podoba mi się kryterium istotnej aktywności naukowej. Nie podoba mi się, bo jest kompletnie ambiwalentne. I ambiwalencji tej recenzenci nie są w stanie rozwiązać, według mnie. Źle się sprawy mają.