Hierarchie

Dzisiaj bedzie off-topic. Jestem bowiem na konferencji. Jest około 150 uczestników – z jednej strony można ze wszystkimi pogadac, z druigiej jest niezły wybór, z trzeciej można zniknąć, jeśli się chce. Referat wygłosiłem, reakcja była przyjazna, choć fragmentami krytyczna. Ja dałem odpór, fajnie jest.

 

Mam dwie refleksje. Po pierwsze, konferencja jest w tradycji anglosaskiej, duży luz, zarówno w strojach, jak i relacjach interpersonalnych. Rozmawiają ze mną i doktoranci i profesorowie, bez zadęcia, bez stopni i tytułów, na dodatek nikomu nie przeszkadza, że nie mam habilitacji. Ot, ci, którzy mają na to ochotę, rozmawiają o tym, co ich interesuje. Nie mam poczucia, że jestem w klubie, nie mam poczucia, że jestem poza klubem. Jest jakieś środowisko, które się spotkało. Absurdem byłoby powiedzieć, że nie ma hierarchii – oczywiście, że jest, jednak jest implikowana, a nie wpychana do gardła.

 

Druga to to, że w programie doktorant występuje obok profesora, czasem na dodatek doktorant jest starszy od tego profesora. Doktoranci proszą o komentarze, zazwyczaj je dostają, w tym negatywne, choć prawie zawsze konstruktywne. Profesorowie dostają komentarze czy ich chcą, czy nie. Również od doktorantów, którzy uprzejmie, choć bywa, że ostro, komentują to, co mają profesorowie do powiedzenia. Absurdem byłoby powiedzieć, że nie ma hierarchii – oczywiście, że jest, jednak jest implikowana, a nie wpychana do gardła. 

 

Fajnie być na takiej konferencji.

Autarkia

W sprawie habilitacji zabrała głos Rzeczniczka Praw Obywatelskich. Według Pani Rzecznik procedury habilitacyjne są dyskryminujące, bo wyżej punktowane są publikacje zagraniczne, co dyskryminuje język polski, a to z kolei dyskryminuje językoznawców-polonistów, a także historyków zajmujących się historią Polski. Na forum już pokazano, że Pani Rzeczniczka nie do końca wie, o czym mówi, być może nawet nie przeczytała ustawy o stopniach i rozporządzenia. Żaden z tych dokumentów nie mówi nic o promowaniu publikacji zagranicznych. To, że polski urzędnik nie wie, o czym mówi, nie zaskoczyło mnie.

 

Zaskoczyło mnie jednak co innego. Myślę, że można spokojnie przyjąć, że Pani Rzecznik sama tego nie wymyśliła. Jej komentarze wskazują, że o przepisach habilitacyjnych ma pojęcie mgliste, podejrzewałbym również, że o losie lingwistów-polonistów pojęcie jej jest równie mgliste. Podejrzewam, że tak jak na forum, jak i w komentarzach tutaj, tak i do niej dochodzą tzw. sygnały. No i Pani Rzeczniczka postanowiła zareagować. I ja nie mogę zrozumieć tych sygnałów. Ja nie jestem w stanie zrozumieć, że owi historycy i poloniści wolą szukać protekcji rzecznika praw obywatelskich, zamiast spróbować podnieść dla siebie poprzeczkę. Czy rzeczywiście satus quo (części) polskiej humanistyki jest tak świetny, że nie da się go już ulepszyć? Czy rzeczywiście nie da się napisać o języku polskim po angielsku?

 

Wydaje mi się, że jakaś tam część polskich humanistów dąży do sformułowania swoich własnych zasad nauki, do swoistej naukowej autarkii. Jest wyjątkowo smutne, że znaleźli nowego sojusznika. Wydaje się, że niepoddawanie się rzetelnemu procesowi recenzji, wychodzącemu poza własne środowisko,  staje się w polskiej nauce prawem obywatelskim. Przeraża mnie to.

 

 

Habilitacja i habilitacja

W ostatnich komentarzach znów pojawia się kwestia bibliometrii. Właściwie to zgadzam się z tymi komentarzami. Sprawy są nieoczywiste, na dodatek można pisać ‚pod bibliometrię’ – teksty przeglądowe będą częściej cytowane niż wybitne nawet, ale niszowe badania. Nie da się też porównywać bibliometrycznie dyscyplin. Tyle że nadal nie wyjaśniamy sobie drastycznych różnic między habilitantami w danej dyscyplinie. Stopień doktora habilitowanego obejmuje przekrój dorobków, którego nie da się połączyć jedną kategorią.

 

Komentujący historyk z kolei zwraca uwagę na regionalność historii, wszak badacz Śląska będzie publikował na Śląsku….W ten sposób jednak nigdy nie powinniśmy byli czytać Le Goffa, Duby’ego, Guriewicza, czy Huizingi, by wymienić parę oczywistych nazwisk historyków, którzy, pomimo tego, że nie pisali o Polsce, są w Polsce znani i czytani. Inny oczywisty przykład to  antropologia, nie przymierzając, Bronisław Malinowski, który niby pisał o strasznie odległych Triobriandach, tyle że pisał tak, iż okazało się, że jest to ważne uniwersalnie.  Nie wierzę, że o Śląsku  tak się zupełnie nie da. Rozumiem jednak, że nie każdy może być Le Goffem, rozumiem też, że większość historii pisana jest w języku narodowym. Może jednak nie warto nieustannie szermować tym argumentem – są tacy, którym udaje się wyjść poza województwo. 

 

To, co jednak mnie najbardziej ciekawi, to kwestia kryteriów oceny habilitanta. Fizyk piszący w powiecie najprawdopodobniej wywoła salwę śmiechu, psycholog piszący na świecie wywoła pewnie zachwyt recenzentów, ale zastanawiam się, co będzie z historykiem. Czy przeskok z powiatu do międzynarodowości nie wywoła również salwy śmiechu.I zaczynamy dochodzić do tego, że nie tylko nie da się porównać dyscyplin w sensie praktyk badawczych, bibliometrii, profilu publikacyjnego (jak napisał komentujący, historycy wolą pisać książki). Mówimy tu również o zupełnie innych kryteriach oceny habilitanta. O zupełnie innych poprzeczkach stwianych habilitantom. Czy zatem mówimy o  innych stopniach? Mam wrażenie,  że i tu dochodzimy do tego, że tych różnic nie da się podciągnąć pod jedną kategorię.

 

I być może można to podsumować, jak pfg parę dni temu na forum: jaki poziom dyscypliny, taki ‚znaczący wkład’. Tyle że nie wiem, co zrobić z tymi, którzy chcą inaczej.

Harrods a habilitacja

Postanowiłem w ten sposób odpowiedzieć na komentarz pod przedostatnim postem. Nie chcę udzielać rad, chcę się zastanowić przez moment, czy trudno jest zrobić habilitację.

 

Oczywiście mógłbym powiedzieć, że nie wiem – wszak jeszcze jej nie zrobiłem. I cały ten proces może się jeszcze skończyć wielką katastrofą, wcale nie jest to takie niewykluczone. A im dłużej przyglądam się temu procesowi, tym więcej widzę jego wad i problemów i gdyby nie to, że ‚trzeba zrobić habilitację’, to bym to w diabły rzucił. Moja naiwność badawcza skończyła się w momencie tej decyzji. Teraz to jest już robienie habiiltacji i nic więcej. 

 

Jednak zakładam, że to nie o to chodzi. Czy trudno zatem jest dojść do momentu, w którym zaczyna się pisać autoreferat? I tak i nie. Nie mam poczucia, że było strasznie trudno, z tysiącem wyrzeczeń. Przecież wiedziałem, w co się pcham. Wiedziałem, że nie będę zarabiać kroci, wiedziałem, jak jest na uczelni. Czasem było lepiej, czasem gorzej. Ale naprawdę trudno było z jednym. Trudno było z frustracją odwalanych tesktów w dobrych czasopismach. Szczególnie na początku drogi, gdy tych odrzuceń było więcej i choć była wymówka niedoświadczenia, wieku itd., za każdym razem bolało. A gdy się patrzy wokół siebie, na ludzi, którzy idą po linii (naj)mniejszego oporu, ta frustracja jest jeszcze większa, potęgowana spojrzeniami ze skrywanym politowaniem.

 

Ale, i warto o tym pamiętać, satysfakcja, która w pewnym momencie przychodzi, jest tym większa. I dzisiaj wiem, że było warto, co więcej wiem, że inni tak myślą. I to jest pycha. Czy było trudno? No było, ale się opłaciło.

 

Życzę ci, marno84, żebyś znalazła w sobie tyle siły, by wyjść z powiatu, może najpierw do województwa, a jak już zasmakujesz tam tego centrum handlowego (pardon: galerii), to będziesz chciała zrobić zakupy u Harrodsa. Powodzenia!

Zasięg międzynarodowy

I jeszcze drobna uwaga. Odkryłem zjawisko lingwisytczne i pragnę je tu odnotować, żeby mieć dodatkowe osiągnięcie. Otóż gdy myślałem o wyrażeniu ‚zasięg międzynarodowy’, zawsze myślałem o czasopismach międzynarodowych. Wyrażenie to jednak zmieniło znaczenie. Coraz częściej używa się go w znaczeniu: czasopismo polskie po angielsku. Zasięgu co prawda  nie ma, ale jest jego potencja. A to już jak zasięg….

Świat i powiat

Strasznie zajęty tydzeń, nie miałem czasu na nic, a szczególnie nie na skupienie się na parę godzin nad autoreferatem. W kilku wolnych chwilach jednak zaglądałem do autoreferatów, a ostatnio czytałem fizykę i psychologię. I mam dwie refleksje.

 

Pierwsza to strategiczność autoreferatu. Jest kilku fizyków z dorobkiem bibliometrycznym, który po prostu robi wrażenie. Przy indeksie h w granicach 20, czy sumarycznym IF około 200 (tak, wiem, ta wartość nie ma większego sensu, jednak jest podawana) habiitant jest po prostu ‚cool’ i pokazuje to. Ubiera się, zależnie od preferencji, w kostium bikini lub obcisłego T-shirta prężąc muskuły. W takich autoreferatach widać bibliometrię zanim się jeszcze otworzy plik, uderza ona bibliometrycznym sierpowym i właściwie chce się kończyć czytać. Mamy do czynienia z poważnym uczonym. Tam, gdzie tego nie ma, podkoszulek jest o 3 numery za duży, skrywa prawie wszystko i to wcale nie po to, żeby było tajemniczo. Bibliometria zakopana jest gdzieś w środku autoreferatu, podana, bo trzeba. To wszystko jest oczywiste, rzecz jasna, autoreferat jest tekstem strategicznym, jednak moją uwagę zwróciła habilitantka z psychologii, która, publikując po angielsku w polskich czasoopismach napisała tak:

 

„wymienione pozycje …. zostały opublikowane w czasopismach indeksowanych w międzynarodowych biograficznych (sic!) bazach danych”

 

po czym wymienia parę ‚fajnych’ baz danych. I pomyślałem sobie: niezła ściema. Habilitantka nie chce pokazać indeksu h (wg PoP ma h=2, co nie jest osiągnięciem wybitnym), więc chce recenzenta oczarować bazami danych. Jestem bardzo ciekaw, co na ten temat recenzenci, czy dadzą się nabrać.

 

Druga refleksja to dwie przepaści. Pierwsza to przepaść między habilitantami w ramach dyscypliny. Zarówno między fizykami, jak i między psychologami. Są habilitanci, których dzielą lata świetlne. I niby to oczywiste, że habilitacja habilitacji nierówna, jednak rozmiary przepaści (mówię tylko o wskaźnikach bibliometrycznych) mnie zaskoczyły. Nie chcę powiedzieć, że jedni zasługują na stopień, a inni nie, po prostu mnie zaskakuje różnica. Druga przepaść to przepaść między dyscyplinami. I tu nie chodzi mi o wskaźniki bibliometryczne, bo nie ma sensu porównywać fizyków z psychologami itd. Jednak niesamowita jest przepaść w międzynarodowości dorobku. Fizycy publikują na świecie, psychologowie w Polsce (ale za to po angielsku), a historycy w powiecie. Oczywiście nie wszyscy, nie zawsze, to wszystko uproszczenie, ale całkiem nieźle działa. Z tego wynikają inne kryteria habilitacji dla fizyka, psychologa czy historyka….ale to temat na inny wpis.

Kryteria po staremu

Zaglądnąłem wczoraj  do zakładki ‚Komentarze’ na stronach CK, nigdy tam nie byłem. Przeczytałem o kryteriach oceny kadry naukowej. Kryteria, o dziwo, są fragmentami zadziwiająco bliskie temu, co myślę. Komentarz niestety nie ma daty (dziwny zwyczaj CK), najprawdopodobniej jednak dotyczy starej procedury – mówi nadal o rozprawie habilitacyjnej.

 

Otóż CK zaczyna od stwierdzenia, że w przewodach habilitacyjnych recenzenci mają oceniać poziom osiągnięć, a zatem to, co dzisiaj znamy pod hasłem ‚znacznego wkładu’. I wskazuje, że w ocenie powinni recenzenci kierować się takimi faktami, jak: 

publikowanie prac kandydata przez znane wydawnictwa i czasopisma o zasięgu międzynarodowym, krajowe i zagraniczne, oraz inne obiektywne dane świadczące o jego pozycji naukowej lub artystycznej w kraju i zagranicą [sic!] (nagrody i wyróżnienia naukowe lub artystyczne, udział w międzynarodowych stowarzyszeniach, komisjach itd.)

 

Podkreślam: znane wydawnictwa, czasopisma o zasięgu międzynarodowym! Co mnie zaciekawiło najbardziej, to to, że zacytowany komentarz dość wyraźnie odnosi się do tego wszystkiego, co dzisiejsza procedura wykłada explicite.  Czytając ten komentarz, pomyślałem sobie: no chyba w snach! Pozostanie tajemnicą polskiej nauki jak, przy takich kryteriach, uzyskały stopień doktora habilitowanego zastępy całe polskich uczonych bez śladu dorobku międzynarodowego!

 

Czy dzisiejsza habilitacja podnosi poprzeczkę? Oczywiście nie! Potencjalnie (podkreślam: potencjalnie!) jedynie usprawnia proces. Czy dzisiejsi habilitanci będą się znacznie różnić od tych starych? Bardzo wątpię. Nadal pamiętam owego recenzenta-historyka, który zachwycił się habilitantem publikującym nawet w czasopismach krajowych. Że pojedynczy przypadek? Na tyle niepojedynczy, że habilitant już nie jest habilitantem, ale doktorem habilitowanym. Najwyraźniej recenzja nie wzbudziła zdziwienia, oburzenia czy oporu. Możliwe jednak, że recenzent ów uznał, że jego właśnie dotyczy zastrzeżenie, że kryterium owo ma być brane pod uwagę w ‚możliwe szerokim zakresie’. Najwyraźniej zakres nie dociera do historii.

 

I jeszcze drobna uwaga. Zastanawiam się, kiedy CK usunie przestarzały podział na dziedziny i dyscypliny. Jak w swej niezgłębionej przenikliwości postanowi ustanowić następny? Świat nauki międzynarodowej przecież nie może stać w miejscu. CK musi mu czasami powiedzieć, dokąd iść….

Don’t tell them….

Zacząłem pisać autoreferat!! Niestety, nie mogę pisać o szczegółach, czerwone światełko z napisem: ‚anonimowość’ zaczyna bowiem mrugać wściekle. Niestety – bo bardzo chętnie pisałbym o tym procesie tworzenia autoreferatu.

 

Ale mogę napisać dwie inne rzeczy. Po pierwsze, nie wiem, czy idzie szybko, czy wolno, na razie po prostu idzie. Zawsze miałem pewna łatwość pisania, jednak w tym wypadku piszę z dużym namysłem. Bez wątpienia zresztą nie będzie jeszcze wiele wersji tego dokumentu. Tak czy owak, zacząłemi i dobrze mi z tym.

 

Ale, po drugie, natrafiłem na problem (spodziewałem się go zresztą). Otóż gdy CK ‚w celu ujednolicenia’ uznała za stosowne, w swej mądrości, wprowadzić schemat autoreferatu, ograniczyła możliwość konstrukcji tekstu. Zawsze chciałem mieć wstęp do autoreferatu. Teraz nie ma na niego miejsca. Szablon bowiem wyglada tak:

 

1. Imię i nazwisko

2. Stopnie

3. Zatrudnienie

4. Osiągnięcie i jego opis.

 

Rozumiem, że CK w swej przenikliwości uznała, że taki szablon nie pozwoli habilitantowi pisać o sobie w życiu przedpłodowym, jednak szablon nie pozwala na ogólny wstęp. Anglosasi bowiem mówią, że dobry tekst wygląda w sposób następujący: Tell them what you’re going to tell them; tell them; tell them what you told them. I ja właśnie chciałem coś podobnego napisać, chciałem napisać o tym, co zrobiłem – ogólnie. Niestety schemat narzucony przez CK wyklucza taki tekst. I, mówiąc szczerze, nie rozumiem tego. Wydawałoby mi się, że habilitant jest w stanie sam  napisać autoreferat. A jeśli nie jest, to może gotowy jeszcze nie jest….

 

Nie wiem, co zrobię, na razie piszę o osiągnięciu….

Sukcesy for ever, czyli pokora habilitanta

W ciągu ostatnich tygodni przyjęto mi do druku (kolejne) dwa teksty do druku w czasopismach z JCR. Cieszę się. Jedno z tych czasopism nie jest z pierwszej światowej półki, ale to przyzwoite czasopismo międzynarodowe, drugie to najwyższa półka (ale nie taka pod dachem, gdzie trzeba drabiny). Nawiasem mówiąc, w tym ‚gorszym’ właśnie czasopiśmie niezwykle szybko poszło ze szczotkami. Od przyjęcia do druku do otrzymania szczotek minęło znacznie mniej czasu niż oczekiwałbym. Widzę trzy opcje: pismo pada i nie ma tekstów, po prostu ma okres bez  tekstów,  albo tekst jest na tyle dobry (z pomysłu jestem bardzo dumny – udało się pięknie), że redaktor zdecydował się opublikować go bez kolejki. Oczywiście wybieram tę trzecią opcję. W drugich recenzjach mam jeszcze jeden tekst, czekam na decyzję, która powinna przyjść lada chwila. Mam nadzieję, że będzie pozytywna. Pierwszy zestaw recenzji był dość pozytywny, artykuł z porządnymi poprawkami poszedł do redakcji już ze 2-3 miesiące temu. Już mocno wyglądam decyzji redaktora.

 

Swoją drogą czasem zastanawiam się, czy mi przejdą te radości. Na razie za każdym razem się cholernie cieszę. Za każdym razem to sukces, którego nigdy nie odczuwałem, gdy piszę po polsku. No, może poza tym pierwszym czy drugim tekstem. Moment zobaczenia swego nazwiska w druku jest czymś niesamowitym (przynajmniej dla mnie). Jednak moment zobaczenia swojego nazwiska w druku w czasopiśmie o zasięgu międzynarodowym jest zupełnie czym innym. Mnie odebrało dech. Bardzo bym nie chciał stracić tych radości. I gdy  zastanawiam się nad tym, zawsze mi wychodzi, że trudno by ją stracić. Nadal często liżę rany po negatywnych recenzjach, nadal nigdy nie jestem pewien. Jakoś nie sądzę, by się to miało zmienić. Oby! Nie ma jak lekcja pokory od czasu do czasu.

 

i tak, każdy mail zaczynajacy sie od: 

 

Dear Habilitant2012, thank you for submitting your work to the Journal. The opportunity to review your manuscript has been greatly appreciated. I am pleased to accept your work for publication….

 

to jest radość. I może nie są wielkie sukcesy, ale jednak to są sukcesy. Nie chciałbym nigdy stracić tej zdolności do sukcesu. A przy okazji zdolności do pokory. Nawet po habilitacji.

 

Kindersztuba recenzenta

Gdzie  są granice recenzji? Czy wrogość, o której mowa w komentarzach do poprzedniego wpisu, dyskwalifikuje recenzje? Czy agresja dyskwalifikuje recenzje? Nie znam odpowiedzi na te pytania. Mogę tylko powiedzieć, jakie recenzje ja chciałbym dostać. Otóż dla mnie najważniejsza jest kompetencja recenzenta. Nie raz pisałem, że chciałbym recenzentów z pierwszej półki naukowej. Po drugie, chciałbym recenzji rzetelnej i uczciwej. A zatem chciałbym, żeby recenzent podszedł do tego, co robi, poważnie, żeby się nad recenzją napracował. Chciałbym też móc zrozumieć argumentację recenzenta. Chciałbym ją zaakceptować, ale to pewnie wyższa poprzeczka. Zrozumienie wywodu recententa mi wystarczy. Powiem inaczej, gdybym miał wybrać między lukrowaną recenzją kogoś, kogo nie szanuję (jasne, habilitacja to automatyczny szacunek….), a agresywną recenzją kogoś, kto jest dla mnie autorytetem, to wybieram tę drugą.

 

Oczywiście, nie chcę recenzji, która mnie wyzywa się od idiotów czy durniów. To oczywiste. Jednak przede wszystkim chcę recenzji kompetentnych, rzetelnych i uczciwych. Być może tak mówię, bo zakładam, że nie dostanę recenzji obraźliwych, czy bardzo ostrych, nie wiem. Jednak proszę mnie nie chronić przed ostrą krytyką – proszę mi zapewnić krytykę uczciwą. I tak, uczciwa krytyka może odnosić się do tego, co napiszę w autoreferacie, uczciwa krytyka może odnosić się do mnie jako naukowca (ale tylko jako naukowca). Jeśli takie stwierdzenia będą uzasadnione, trudno. Przeżyję.

 

Czy zatem martwię się kindersztubą recenzenta? Nie. Martwię się tym, czy będzie miał zdanie na temat tego, co robię.