Niech się chociaż wstydzą

Jakież to zalety ma stara procedura habilitacyjna? Na pierwszy (może i na drugi też) rzut oka stara procedura różniła się od nowej w czterech aspektach. Po pierwsze, nowa procedura wyraźnie chce umiędzynarodowić dorobek habilitanta (tu te wszystkie JCRy i ERIHy), nie ma kolokwium, nie ma wykładu, a na dodatek wszystko jest jawne. Na czym więc polega problem?

 

Otóż problem polega na tym, że Państwu Profesorom odebrano część władzy. Do tej pory mogli się wymądrzać na kolokwium, przeczołgać habilitanta (nie musieli, ale mogli), mogli się też wymądrzać na temat jego wykładu (wszak każdy profesor ma kompetencje, by oceniać wykład), nawet i po kilku minutach (rekordzista, o którym słyszałem, mówil mniej niż 10 minut, co nie przeszkodziło Radzie głosować nad wykładem). I jeszcze najważniejsze:  recenzenci mogli napisać każdą bzdurę. Teraz, co prawda, też mogą, ale nawet  ja mogę się z tego pośmiać. Niestety tylko za plecami, ale i tak jest fajnie. Nagle Państwo Profesorstwo stało się obiektem krytyki i to na dodatek czasem zjadliwej i dotkliwej. A oni nadal muszą  publicznie wystawiać na ocenę swe kompetencje. No po prostu dopust boży!

 

I już słyszę, że nie każde kolokwium, nie każdy wykład, nie każdy recenzent. Tyle że ja to wiem i nie o to idzie. Idzie o to, że kolokwium może takie być, że wykład można przerwać po kilku minutach, że można napisać każdą bzdurę. A wszystko bezkarnie!!

 

Nowa habilitacja, przy wszystkich swych ułomnościach, odebrała profesorom część władzy. Małą, ale jednak. I choć w nowej procedurze recenzenci są oczywiście nadal praktycznie bezkarni, niech się przynajmniej czasem wstydzą!

 

Fiu fiu fiu!

CK właśnie opublikowała nowy komunikat w sprawie kryteriów oceny habilitantów. Załączniki, które publikuje Komisja, zawierają szczegółową listę kryteriów wyszczególnionych w rozporządzeniu ministra. Habilitant musi owe dokumenty wypełnić, zaznaczając swe osiągnięcia w każdym z punktów. W wypadku, gdy habilitant osiągnięcia nie ma w jakimś z elementów listy, ma wpisać: BRAK. CK wydaje komunikat w celu, rzecz jasna, ‚ujednolicenia przedmiotowych przekazów’ (podobnie jak było w wypadku wzoru autoreferatu, o którym pisałem 11 kwietnia).

 

Odczuwam pewną satysfakcję, czytając ten komunikat; mam ochotę powiedzieć: a nie mówiłem! Bowiem przez moment nie wierzę, że idzie o jakieś ‚ujednolicenie’, dokładnie jak nie chodziło o ‚ujednolicenie autoreferatów’. O co więc idzie? Otóż jestem  przekonany, że idzie o dwie rzeczy.Po pierwsze, sądzę, że idzie o recenzje i o to, co oceniają recenzenci. Mam mało wątpliwości, że receznenci ignorują kryteria oceny dorobku habilitanta (czasami większość, czasami mniejszą część, przy różnicach dyscyplinarnych oraz kuriozum recenzji historyka, którą omawiałem 29 maja). Lista CK przypomina recenzentom, co mają oceniać. Po drugie, idzie o autoreferaty. Habilitanci powszechnie (znów w różnym stopniu, z różnicami dyscyplinarnymi oraz owocami Szczecina) nie odnoszą się do kryteriów, według których mają być oceniani. Jednak, i to jest ważne, to recenzent ma zwracać uwagę na brak informacji i stosownie nań reagować. Dlatego też myślę, że owo ‚ujednolicenie’ jest skierowane głównie do recenzentów.

 

Podejrzewam, że złożone już wnioski nie będą już wycofywane (nie wiem, czy powinny, czy nie). Jestem jednak bardzo ciekawy, jak recenzenci zareagują na podawane im informacje i na ile będą się odnosić do kryteriów oceny eksplicytnie wyłuszczonych w dokumentach.

 

Robi się coraz ciekawiej!

Moc habilitanta

Poczytałem to, co napisałem w tym blogu od początku. Coraz bardziej doceniam ten zapis. Pokazuje mi on bowiem trajektorię tego procesu. I ta trajektoria mi się nie podoba. Chcę wrócić do początku. Chcę wrócić do przekonania o swojej mocy. Do przekonania, że autoreferat ma być taki, jak ja chcę. Pokazujący mnie jako badacza, który ma przyzwoity międzynarodowy dorobek, a ten dorobek jako ciekawie wpisujący się w dyscyplinę. Chcę wrócić do przekonania, że nie muszę grać, że nie muszę robić tego, co po angielsku nazywa się second-guessing. Gdy emocje po kłótni na forum opadły, strategia świeczki i ogarka wydaje się coraz mniej atrakcyjna. Ot, kolejny kompromis.

Moja znajoma ymyśliła coś ciekawego, nowatorskiego, bardzo nowatorskiego. Jednak recenzenci uznali, że to, co pisze, jest ciekawe, ale trzeba to wpisać w istniejące schematy. Odmówiła i postanowiła opublikować gdzie indziej, na niższej półce. Myślę, że ma rację, pomimo straty.

 

Strata ‚habilitacyjna’ jest oczywiście nieporównywalnie większa, jednak gdybym nie myśał, że mój dorobek jest bardziej niż wystarczający, nie myślałbym o habilitacji. Nigdy nie myślałem, że mam habilitację w kieszeni (zdecydowanie nie!), jednak bardzo pewnie myślę o dorobku. Przynajmniej o jego jakości (problem oczywiście w jego interdyscyplinarności). No i może rzeczywiście autoreferat nie ma aż takiego znaczenia, jakie mu przypisuję i tym bardziej warto napisać ‚po swojemu’.

 

W przyszłym tygodniu siadam do autoreferatu. I napiszę go tak, jak zawsze chciałem. Mam dość lawirowania, nawet w głowie.

 

Świeczka i ogarek

Balansie bieli, dziękuję za miłe słowa i wsparcie. Dobrze mi to zrobiło;  przeciągnęło na stronę rzeczywistości. Jeszcze raz dziękuję.

 

Zapętliłem się trochę w roztrząsaniu, czy recenzenci robią to, czy tamto. Bez względu na to, czy mam rację, czy nie, nie mam na to żadnego wpływu. Kończę więc moją działalność ‚prawniczą’, a i działalność forumową dowodzącą, że to ja mam jednak rację. To nie ma znaczenia. Czas wrócić do autoreferatu. Mam jeszcze parę rzeczy do zrobienia,  więc w przyszłym tygodniu zacznę szkicować autoreferat. O konkretach nie napiszę, ale napiszę, jak się pisze. Jeszcze nie wiem, jak go napisać, ale chyba spróbuję ze świeczką i ogarkiem.

Schodzenie na ziemię

Zmieniło mi się. Gdy podjąłem decyzję o habilitacji, widziałem wszystko może nie w różowych kolorach, ale raczej dość optymistycznie. Tak, może być ciężko, ale mam przecież naprawdę niezły dorobek międzynarodowy. I sensowni recenzenci docenią go. Mój optymizm szybko się skończył. Nie tylko dlatego, że nikt w pracy się nie zachywca. To jest normalne. Moje schodzenie na ziemię zaczęło się, gdy zacząłem czytać najpierw ustawę, potem rozporządzenie, a potem przyszła prawdziwa katastrofa. Zacząłem czytać autoreferaty i to najgoersze: recenzje.

 

Nagle miałem poczucie, że uderzyłem w ścianę. Okazuje, że te wyszydzane autoreferaty dokładnie odpowiadają na praktyki recenzenckie. Że recenzenci piszą recenzje nie mające wiele związku z tym, czego oczekuje od nich ustawa. Że autoreferat, który wyraźnie pokazuje wkład dorobku habilitantki w dyscyplinę, jest autorstwa osoby, której już dwa razy uwalono habilitację. I szczerze powiedziawszy, ja nie wiem, co się dzieje i co z tym zrobić. Ja mogę polec w uczciwym procesie recenzyjnym, ale nie chcę polec dlatego, że wychodzę na kogoś, kto nie umie napisać autoreferatu. To nie ma sensu. I tak z procesu, w którym mam zostać oceniony jako badacz, naukowiec, zrobił się proces, w którym dopasowuję się do tego, czego oczekują ode mnie recenzenci. A ja usiłuję zgadnąć, jakie będzie ich widzimisię.

 

Czekałem na nową procedurę habilitacyjną. Wydawała mi się znacznie sensowniejsza. Ot, proces oceniania dorobku. Okazuje się, że tak nie jest. Jest procedura, w której recenzenci niespecjalnie oceniają dorobek, woląc zagłebiać się w zakamarki procedur badawczych, odpowiadając na pytania, czy im się te procedury na pewno podobają, przy okazji wnioskując o dopuszczenie do dalszych etapów….

 

Czy podchodzę do tego za poważnie? Myślę, że nie. To są ważne sprawy. Nie wierzę w habilitanta, który nie inwestuje w proces wiele wysiłku, energii, emocji. Ja po prostu chciałbym wiedzieć, czego się ode mnie oczekuje. Chciałbym spójności przekazu. Na razie bowiem jest głównie frustracja i niepewność. i to nie jest niepewność wobec oceny. To jest niepewność co do całego procesu. Najśmieszniejsze jest to, że ja nadal jestem dość pewny swego dorobku, ta pewność znika jednak, gdy zaczynam myśleć o habilitacji.

 

Oj zszedłem na ziemię. A jeszcze nie zacząłęm pisać autoreferatu…..

 

Histeria

Dawno nie słyszałem, że histeryzuję. Podejrzewam, że ostatni raz słyszałem od mamy jako, powiedzmy, dziesięciolatek. Może chodziło o fryzurę, a może o pozwolenie pójścia na randkę. Nie pamiętam.

 

Jeśli jednak histeryzuję, to w ważnej sprawie. Bo to o całą karierę chodzi. Histeryzuję, bo nie przekonują mnie argumenty, że skoro recenzenci coś robią, to znaczy, że jest dobrze. Nie przekonują mnie odwołania do ważniejszych recenzentów, którzy sprawadzają tychże recenzentów. Nie przekonuje mnie formułka na końcu recenzji – wszak musiałbym na poważnie wziać formułkę o dopuszczeniu do dalszych etapów postępowania, którą zamieścił pewien receznent. Czyżby procedury mu się pokręciły? No i kluczowe: nie wierzę, że można oceniać wkład w dyscyplinę, nie używając nawet słowa ‚wkład’!

 

Jest takie powiedzenie o tym, gdy ktoś ma zawsze racje. Nawet jak nie ma, to ma. I dawno nie pasowało mi to powiedzenie do sytuacji, w której jestem. Otóż a) recenzent ma zawsze rację; b) nawet gdy nie ma racji: patrz a). I już, i tyle. I rozmowa skończona. To ja nie mam racji. Ja będę miał rację, gdy już się wyhabilituję. Może powiem: jeśli się wyhabilituję.

 

W dyskusji, po chwili, uświadomiłem sobie, że ta dyskusja nie ma najmniejszego znaczenia. I nie dlatego, że jest na forum, ale dlatego, że dzieci i habilitanci nie mają głosu. Ja po prostu nie mam racji, nawet gdybym ją miał.

 

Coraz mroczniej się robi.

Co oceniać – raz jeszcze

Z dyskusji na temat recenzentów NCN, na DNU rodzi się dyskusja na temat recenzentów habilitacyjnych. O ile pamiętam, to głównie charioteer na DNU wspominała, iż recenzenci habilitacyjni nie są specjalistami w podsubdyscyplinie, w której osadzony jest habilitant. Potwierdza to whiteskies, który pisze o tym, że zdarza mu się recenzować na granicach swych kompetencji.

 

Moje trzy gorsze są takie: te problemy są pozorne. W rzeczywistości, gdyby recenzenci oceniali to, co powinni oceniać, a zatem wkład, problem by może nie tyle nie istniał, co zostałby znacznie zredukowany. Otóż idzie o to, że recenzent, według mnie, nie musi się znać na wszystkich niuansach badań habilitanta, czy znać całej literatury, którą posługuje się habilitant. Powtórzę, to wszystko przeszło już przez ocenę w recenzjach wydawnicznych publikacji, które ma habilitant. Recenzent ma ocenić całość! Ma się zatem orientować w standardach, praktykach i ocenach dyscypliny, no, subdyscypliny, w której siedzi habilitant. Do tego nie jest mu potrzebna specjalistyczna wiedza, którą ma habilitant. Przecież on nie ma tejże wiedzy habilitanta oceniać. Habilitacja nie jest i nie ma być drugim doktoratem. To recenzent doktoratu powinien się znać na tym, o czym pisze doktorant, recenzent habilitacyjny, wedle mnie, ma się orientować w (sub)dyscyplinie. Ma przecież ocenić ‚wkład’.

 

Bardzo przepraszam, że to powiem, nie chcę się wymądrzać, ale powiem. Panie i Panowie Profesorowie, Szanowni Recenzenci! Zechciejcie zapoznać się z dokumentami, które określają, co macie robić. A potem się zastosujcie do litery i ducha ustawy i rozporządzenia. Znaczna część waszych problmów zniknie. Najprawdopodobniej pojawią się inne, głównie dla habilitantów, ale to akurat, czasem, może i lepiej….

Kopanie się z koniem

Czy konia polskiej habilitacji da się ujeździć? Otóż wątpię. Coraz bardziej bowiem widzę tabun koni (i nie, nie są to piękne rumaki) pędzących w moim kierunku. I za chwilę mnie stratują swoimi autoreferatami i recenzjami. I nie będzie miał znaczenia żaden wkład w dyscyplinę, znaczący czy nie, żaden indeks h. Ważna będzie czystość dyscyplinarna i recenzja ‚osiągnięcia’. Jest przecież czymś niezwykle znamiennym to, że do tej pory znalazłem jeden autoreferat, który traktuje poważnie ustawę i rozporządzenie. I jest to autoreferat osoby, którą już raz poległa.

 

Może jednak warto się dostosować i nie wychylać. Nie wypisywać autoreferatu, który będzie dziwny, zauważalny. Moja bojowość sprzed 2 miesięcy szybko znika. Czy warto się kopać z koniem?

 

Coraz bardziej rozumiem, dlaczego habilitacja wygląda, jak wygląda.

Wolność

Do tej pory w mej karierze (zastanawiam się zawsze, dlaczego polska ‚kariera’ nie brzmi za dobrze) miałem szczęście. W przeciwieństwie do wielu moich kolegów i koleżanek nikt nie narzucał mi tego, czym się zajmowałem w  badaniach. Miałem szczęście, bo udawało mi się robić to, co mnie interesuje. Nigdy nie podejmowałem tematu, bo był strategicznie dobry, bo recenzentowi się spodoba, bo jest chodliwy. Miałem szczęście, bo od samego początku mej kariery byłem wolny w wyborze. Zawsze to ceniłem w mej drodze naukowej.

 

Ostatnio zastanawiam się, czy habilitacja mi tego nie zabierze. Im dłużej myślę o procesie, tym mniej w niego wierzę. Coraz bardziej widzę recenzentów, którzy ignorują proces zarysowany w rozporządzeniu i ustawie.

 

Może ja też powinienem zignorować wszystko i napisać autoreferat o tym, co napisałem. Może ci wszyscy, których tu krytykowalem, mieli po prostu rację.

 

PS. Ten post powinien mieć tytuł: „Czy warto się kopać z koniem?”

Bibliometryczne widzimisię

Moje pytanie o średnią wartość h w dyscyplinie dostało odpór w postaci linii kwantylowych. Chciałem po ludzku, dostałem po głowie statystyką. Pfg ma najprawdopodobniej rację, jednak nie zmienia to faktu, że pytanie o to, jak oceniać dorobek, pozostaje.

 

Otóż chciałbym, żeby subiektywny recenzent oceniał mnie racjonalnie. A zatem musi mieć recenzent, po pierwsze, wiedzę na temat tego, co się dzieje w dyscyplinie, na temat jej standardów. Po drugie ocena musi być wykonalna. I tu kłania się bibliometria. Choć mam jakieś wyobrażenie, nie wiem, jak w dyscyplinie wyglądają progi, o których mówi pfg. Co więcej, rozrzut w wartościach h, który pokazuje kramka, wskazuje, że sprawy mogą być bardziej skomplikowane niż osiągnięcie progu. Wreszcie, recenzenci nie mają danych na temat tego, jak się rozkładają wartości h. Na jakiej podstawie mają zatem mnie oceniać? Co zatem zrobiłbym jako recenzent? Unikałbym wypowiadania się na temat. Dokładnie tak, jak zrobili to chyba wszyscy recenzenci, których recenzje przeczytałem. Pocieszające to jest o tyle, że może po prostu nie chcą stosować recenzenckiego widzimisię tam, gdzie go stosować nie wypada.

 

Pozostaje jeszcze oczywiście kwestia mojego h. Wydaje mi się, że jest niezłe. Będę trzymał kciuki, żeby tak je również zmierzył mój recenzent.