Autostrady

Jest lepiej, trochę się zdystansowałem. Jeszcze kilka dni pozwolę sie odleżeć autoreferatowi. Mam nadzieję, że nie będzie już dużo bawienia się z tym.

 

W formularzu brakuje mi jeszcze sformułowania określającego mój wkład. Chcę wymyślić formułkę, która pozwoli mi skorzystać z procedury ctrl-C – ctrl-V. Zdecydowanie mi się nie chce wymyślać innego sformułowania na każdy tekst współautorski. Muszę też pozbierać oświadczenia od współautorów. Myślę, że nie będzie z tym problemów, jednak mam trzy teksty, gdzie współautorem jest młodsza koleżanka – chcę, żeby mogła wykorzystać te publikacje w swojej habilitacji z pożytkiem dla siebie. Dlatego chcę z nia wspólnie ustalić, co piszemy. Bez presji i tak uczciwie, jak to się tylko da. Bardzo nie chcę się przejechać na czyichś plecach, a w szczególności młodszej ode mnie koleżanki, z drugiej strony, choć wszelkie wątpliwości chętnie rozstrzygnę na jej korzyść, to nie chcę również ze swoich pleców robić autostrady.

 

I jeszcze jedno. Pani z admnistracji, która zajmuje się doktoratami i habilitacjami obiecała pomoc. Bez łaski, bez proszenia, po prostu proaktywnie wykonuje swoje obowiązki. Nie muszę dodawać, że to ulga i nawet jeśli się tego spodziewałem (to niezwykle profesjonalna osoba), to i tak jest  to miła deklaracja. Jest ona też gwarancją, że wszystko zostanie dopięte na ostatni guzik.

 

Mam poczucie, że sprawy dziarsko posuwają się do przodu. Wyboista na początku droga staje się coraz bardziej autostradą, po której mknę ku celowi rozpoczęcia postępowania.

Nie pamiętam i nie chcę pamiętać

Skończyłem autoreferat, no, właściwie pierwszą jego wersję. Przygotowywałem się na pisanie o różnych cudach, jednak formularz autoreferatowy wymaga od mnie tylko opisania osiągnięć naukowo-badawczych. Mam nadzieję, że recenzenci będą wiedzieć, że niczego innego nie oczekuje się w autoreferacie. Z kolei w formularzu dorobkowym, autor oczekuje, że będę pamiętał, kiedy pisałem recenzje. Choć nie jest to jasne, bo formularz oczekuje podania przeze mnie ‚okresu’ recenzowania. I dalibóg nie wiem, o co chodzi.

 

Otóż dla Państwa w CK wyjaśniam, że wygląda to w sposób następujący. Redaktor naczelny lub jego przedstawiciel przysyła emaila z pytaniem, czy zrecenzuję tekst. Ja zgadzam się lub nie. Jak się zgadzam, to w zależności od tego, jak u mnie z czaem, albo piszę od razu albo nie. Jak napiszę, wysyłam albo upload’uję recenzję na serwer. Jaki zatem okres miałbym podać? Pisania recenzji? Leżakowania manuskryptu na twardym dysku? Może powtórzę: myślenie nie boli.

 

Informuję też, że nie pamiętam, kiedy pisałem recenzje, nie pamętam, ile napisałem recenzji, co więcej, nie chcę tego pamiętać, na dodatek nie uważam, by to było ważne.

 

To moja ostatnia interwencja blogowa na dzisiaj. Idziemy, moja luba i ja, na piwo, potem jakiś dobry obiad i dużo dobrego wina. Chcę na chwilę zapomnieć również o habilitacji.

Małpa w cyrku

Właśnie zaczęły się schody i się tak zagotowałem, że ppostanowiłem się uspokoić pisząc to. Otóż nie potrafię nie powiedzieć, że formularz wymyślił jakiś….. (nie będę używał słów brzydkich na blogu). I chciałbym, żeby mi ten XYZ wyjaśnił, jaka jest różnica między ‚wygloszeniem referatu’ a ‚udziałem w konferencji’, gdzie należy podać tytuł referatu. Jaka jest róznica między grantem eutropejskim a programem europejskim, a na dodatek siecią badawczą, również europejską?Jaka jest różnica między kierowaniem projektami, a kierowaniem projektami we współpracy – te drugie wpisywać do tych pierwszych, czy nie?

 

CÓŻ ZA KOMPLETNY IDIOTYZM!!! MAM KOMPLETNIE DOŚĆ TEGO KOSZMARU WYPEŁNIANIA KRETYŃSKIEGO FORMULARZA, KTÓRY NA DODATEK JEST NIEJASNY, NIESPÓJNY, Z POWTARZAJĄCYMI SIĘ AMBIWALENTNYMI KATEGORIAMI, OD KTÓREGO JEDNAK ZALEŻY TO, JAK ZOSTANĘ OCENIONY, A PRZEZ TO, POTENCJALNIE MOJA KARIERA. MAM DOŚĆ IDIOTYCZNEJ PROCEDURY, W KTÓREJ DAJE MI SIĘ DO PRZESKOCZENIA IDIOTYCZNE PRZESZKODY, JAKBYM BYŁ BEZREFLEKSYJNĄ MAŁPĄ W CYRKU.

 

Nie oczekuję wiele. Oczekuję, że autor formularza po prostu pomyśli. I spróbuje wziąć swoje cv i wypełnić FORMULARZ. Podejrzewam jednak, że nikt tego nie spróbował zrobić. A ja muszę się zastanawiać, czy wygłoszone referaty są tym samym co udział w konferencjach. Chciałbym też podpowiedzieć coś komisji centralnej. Otóż myślenie nie boli. Nawet przy tworzeniu formularzy.

 

Uffff

I jeszcze jedna ‚drobnostka’. Dowiedziałem się wczoraj, że moja uczelnia sfinansuje postępowanie. Pewnie to zawsze zakładałem, jednak dobrze się o tym dowiedzieć. Moja habilitacja jest ‚zabudżetowana’. 

 

Powiedziałem sobie, a i zrobiłem drogą dźwięku nieartykułowanego: ufff. 

Nadludzkim wysiłkiem…

punkt po punkcie wypełnialiśmy wczoraj formularz, a ja pisałem kolejne akapity autoreferatu. W formularzu zrobione już są publikacje (uzbierało się, co mnie bardzo cieszy), wyliczona jest bibliometria. Nie pamiętam, co tam jeszcze zostało, jestem jednak pewien, że dzisiaj to skończymy. Mam też nadzieję, że dzisiaj skończę pisać autoreferat, przynajmniej jego część badawczą. Wczoraj skończyłem pisać część ‚osiągnięciową’. Na dzisiaj została część poświęcona reszcie dorobku publikacyjnego, no i reszta. 

 

Cały czas nie wiem, co zrobić z problemem impact factors dla publikacji sprzed 2007 roku. Będę musiał coś postanowić. Niestety formularzy dorobkowych nie ma na stronach CK, więc nie mogę zobaczyć, co robią inni. Przecież to nie może być tylko mój problem. Potrzebuję rady!

 

Przyznaję, że trudno się pisze autoreferat. Głównie dlatego, że chcę pisać krótko i zwięźle. Chcę pisać to, co jest absolutnie konieczne, bez lania wody. Miałem ambicje, by mój autoreferat był najkrótszy na stronach CK i choć, niestety, już wiem, że nie będzie, to i tak chciałbym, żeby było krótko. Co ciekawe, pisząc to, rozumiem lepiej niektóre autoreferaty, które czytałem do tej pory – trudno się pisze tylko o wkładzie, nie pisząc o tym, co się ustaliło. Mam nadzieję, że jakoś udało mi się to zbilansować. 

Wkład znaczny, ale…

Oto wyimek z recenzji w naukach technicznych:

 

Jednocześnie muszę podkreślić, że wkład dra XY w rozwój dyscypliny naukowej Informatyka w Polsce jest znaczny — głównie dzięki autorstwu dziewięciu znanych i bardzo cenionych w środowisku programistów książek.

 

To jednak zupełnie nie przeszkadza recenzentowi uznać dorobek za słaby i napisać recenzję negatywną. Drugi recenzent uważa, że habilitant wkładu nie ma. Trzeci z kolei recenzent uważa, że dorobek spełnia, a sylwetka habilitanta może być oceniona wysoko (może brzuszka nie ma?) …..Z kolei recenzent ten nie jest pewien, czy habilitant pokieruje kiedyś zespołem.

 

To, że się recenzenci nie zgadzają, nie przeszkadza mi. Dopóty nie są to różnice diametralne, różnice w ocenie są naturalne (nawiasem mówiąc, receznenci negatywni się zgadzają co do oceny dorobku). To, co mi przeszkadza, to to, że recenzent może ze spokojem napisać, że uważa, że habilitant wkład ma duży (a zatem spełnia warunki ustawowe) i napisać, że i tak recenzja jest negatywna. Albo recenzent nie rozumie, o co idzie w ustawie, albo to ignoruje. No ale przecież jemu wolno, a ja przecież ‚wiem dobrze, o co mu chodzi’. 

 

Z kolei, nie mam żadnch problemów z oceną dorobku organizacyjnego. Mam problem jednak z tym, że ta ocena zawiera się w tym zdaniu:

 

Negatywnym oceniam działalność organizacyjną Habilitanta. Jest to dodatkowy element który może mieć negatywny wpływ w przyszłości na kierowanie przez niego zespołem naukowym.

 

Wolałbym też, żeby zdania, które pisze recenzent, miały sens, szczególnie, gdy recezent chce podzielić się z nami swym wglądem w przyszłość.

 

Formularz czas zacząć….

Od dziś rana biorę się do prac na dwa fronty. Po pierwsze, piszę autoreferat, po drugie bierzemy się (tak, celowo użyłem liczby mnogiej) do tego okropnego formularza dorobkowego. Biorę się do tej pracy, choć mój brak entuzjazmu wobec procedury pogłębia się. Mam znów poczucie bezsensu. Wiem, że muszę, wiem, że nie da się bez tego, jednocześnie mam coraz wyraźniejsze poczucie miałkości sprawy, idiotyzmu procedury, a to wszystko w poczuciu kompletnej bezsilności.

 

Bardzo dobrze napisano na forum, że komisji uchodzi na sucho zmiana zasady oceny w postępowaniu (z dorobku na człowieka), na dodatek można tego bronić, bo przecież ‚wiadomo, o co chodzi’. Wiécie, rozumiécie, zaraz wam wytłumaczymy, co poeta, pardon, recenzent czy inna komisja, naprawdę miała na myśli. Słowa przestają znaczyć to, co normalnie znaczą, zaczyna się  habilitacyjna nowomowa….

 

Rozmawiałem też z kolegą wybitnym a życzliwym. Udzielił wsparcia, nawet zadzwonił z dodatkowymi przemyśleniami, obiecał przeczytać autoreferat. Życie jest takie piękne, gdy kolega wybitny po plecach poklepie.

Kurara

Dalej mi sie nic nie chce. Zupełnie. Pewnie po części to lato. Ale po części to rozglądanie się wokół. Zastanawiam się, czy mnie też trafi po habilitacji.

 

Parę dni temu kolega z uczelni, który niedawno się habilitował, pokazał mi świeżutko wydaną książkę. Książka jak książka, nie moja dziedzina, nie znam się, można by powiedzieć, wydana w jakimś świeżo założonym wydawnictwie i składa się….z wcześniej opublikowanych tekstów kolegi. I mi opadła szczęka. Kolega nie jest bowiem nowym Levi-Straussem, Chomskym, Malinowskim czy Wittgensteinem. Ot, jest baaaardzo zwykłym polskim doktorem habilitowanym. Jego teksty są powszechnie dostępne, kto chce, przeczyta, jednak on zbiera je w nowej formie i wydaje jako książkę. Dla jasności: autor podaje źródła – nie ma mowy o żadnej nieuczciowści). 

 

I zadaję sobie pytanie: po co? Czy rzeczywiście po habilitacji zmienia się perspektywa tak bardzo, że zaczyna się uznawać swe teksty napisane przez siebie po doktoracie za warte drugiego wydania? Czy rzeczywiście postępowanie habilitacyjne ma taki wpływ na obraz świata habilitanta? Po habilitacji otwiera się ten Nowy wspaniały świat, w którym odkrywamy, że do tej pory pisaliśmy niedocenione przez czytelników perły. I trzeba je ustawić na wystawie wydanej przez kolegę książki…..

 

Daję przylad kolegi, bo jest klinicznym przykładem tego, co obserwuję od jakiegoś czasu. Młody, prężny nagle po habilitacji zaczyna obcinać kupony. Już nic nie musi. Zaczyna przypominać światu o dziełach, które opublikował. Smutno mi i mam wielką nadzieję, że mnie ta habilitacyjna kurara nie trafi.

Samodzielność ponad wszystko

Skomentowano to już na forum, jednak nie mogę się powstrzymać, by nie powiedzieć paru słów o negatywnej decyzji w tym Postępowaniu . Decyzja jest kuriozalna. Przed komentarzem warto przypomnieć, że ustawa mówi o tym, że stopień doktora habilitowanego nadaje się na podstawie znacznego wkłądu w naukę. A co w uzasadnieniu pisze przewodniczący rady? Otóż przewodniczący rady pisze o nieposiadaniu kwalifikacji niezbędnych samodzielnemu pracownikowi naukowemu.

 

Zostawię na boku implikacje, że owe rażące niedostatki warsztatowe są całkiem nieproblemowe na poziomie doktoratu. Okazuje się, że taki zwykły doktor może nie umieć problematyzować syntetyzować ‚materii badawczej’, potrzebne jest to doktorowi habilitowanemu. A mnie się wydawało mi się, że to juz przydatne w pracy magisterskiej. Co kluczowe bowiem tutaj: ani habilitanta, ani jego dorobku nie ocenia się w kategoriach kompetencji samodzielnego pracownika naukowego! Recenzenci mają ocenić wkład w dyscyplinę! I ważne jest nie tylko dlatego, że tak mówią przepisy, ale również dlatego, że nigdzie nie są określone cechy samodzielnego pracownika. Zresztą zawsze mnie drażniła i drażni ta idiotyczna etykieta.

 

Zastanawiam się bowiem, czy jak piszę teksty pod swoim nazwiskiem, to nie jestem samodzielny? Sam piszę, sam wybieram temat, sam stukam w klawiaturę, sam wysyłam do redakcji. No wydawałoby mi się, że jestem w tym samodzielny. A czy jak recenzuję teksty, to nie jestem samodzielny? Sam czytam artykuł, sam piszę recenzję po samodzielnym wyrobieniu sobie zdania. A może nie byłem samodzielny recenzując doktorat (ale o tym sza, przecież wiadomo, że mi nie wolno – nie napiszę o tym w autoreferacie)? A jak robię badania, na które ktoś łoży forsę, to też nie jestem samodzielny? Sam wymyślam, sam składam podanie…..Tak, jasne, czasem te wszystkie rzeczy robię z innymi ludźmi (poza pisaniem recenzji), ale robię je też sam. Tak na chłopski rozum – jestem dość samodzielny. Nawet samodzielnie na konferencje potrafię pojechać.Ba! Nawet sam bilety potrafię kupić!

 

To może by mi się jednak ta habilitacja należała za zasługi samodzielności? Ładnie proszę, bardzo ładnie….

 

Kafka a sprawa habilitacyjna

Nic mi się nie chce. Nie chce mi się pisać, choć gonią terminy. Nie chce mi się zajmować habilitacją, choć dobrze by to już pchnąć. To był dość ciężki rok i najchętniej bym sobie poodpoczywał, zrobił długie wakacje. Niestety, szansa  na nie jest minimalna. Może za jakiś czas się uda. Nie cierpię urlopować, gdy wiszą nade mną pilne rzeczy do zrobienia. Szczególnie takie jak ten cholerny autoreferat i formularz dorobkowy.

 

Nawiasem mówiąc, coraz bardziej dochodzę do wniosku, że tak ogólnie to nie ma większego znaczenia, co napiszę. Zakładając nawet, że recenzenci przeczytają to, co napiszę, to, podejrzewam, będzie to miało minimalny wpływ na to, co myślą. Gdy czytam recenzje,  ostatnio również w wznowionym wątku recenzyjnym, to częściej zgrzytam zębami niż myślę, że chciałbym takiego recenzenta.   Nadal jest niewiele recenzji, które poważnie traktują rozporządzenie. Oczywiście, można się kłocić, czy takie czy inne sfromułowanie jest czy nie jest analizą wkładu, ja jednak wolałbym, żeby recenzent pisał wprost. Z kolei autoreferaty nadal częściej się odnoszą do zainteresowań w życiu płodowym niż do krótkiego omówienia, co znaczy dorobek. 

 

Chętnie trzasnąłbym tym wszystkim w cholerę. Mam poczucie, że wszedłem do rzeczywistości, którą wymyślił jakiś podrzędny Kafka…..