Habilitacja-kooptacja

Habilitacja jako kooptacja jest do pewnego stopnia oczywista – to przepustka, jak już kiedyś pisałem. Wejście do klubu ‚samodzielnych’. Akceptuję też to, co mówi pfg, gdy wskazuje, że to profesury są kluczowe z punktu członków CK.

 

Nadal utrzymuję jednak, że to działalność habilitacyjna (warto też zwrócić uwagę, że na stronach CK pojawiają się też recenzje doktroatów), z punktu widzenia systemu nauki w Polsce, jest kluczowa. Tak, tytuł naukowy jest najwyższym zaszczytem, jednak to habilitacja daję kluczowy status w nauce polskiej: status ‚samodzielności’. To habilitacja daje przecież możliwość promowania doktoratów, daje również uczelniom kluczowe uprawnienia do prowadzenia studiów magisterskich, doktoranckich czy też uprawnienia habilitacyjne. Profesura, można by powiedzieć, jest dodatkową wisienka, jednak to habilitacja jest stopniem-kluczem.

 

Dlatego właśnie, moim zdaniem, wybory do CK powinny wyjść poza klub profesorski. Można oczywiście się zastanawiać, czy głosy profesorskie powinny być inaczej ważone niż głosy osób z innymi stopniami, jednak nie mam wątpliwości, że członkowie CK mają za duży wpływ na życie nieprofesorów, by nie poddać się ich ocenie. Nie mam oczywiście złudzeń, że ‚coś by się zmieniło’. Mnie raczej chodzi o symboliczny gest poddania się profesury ocenie ich młodszych (w sensie: junior) kolegów.

 

Jak powiedziałem jednak, prędzej piekło zamarznie….

 

Uwalanie habilitanta

Znów komentarz o tym, że mnie ktoś uwali za to, co piszę. Właściwie powiedziałem na ten temat wszystko, co było do powiedzenia. I właściwie zostaje mi tylko to potwierdzić – moje poglądy nie mają nic wspólnego z moim dorobkiem i nie powinienem być za nie oceniany. Jednak właśnie dlatego, że mogę być dość odosobniony w tej kwestii, piszę ten blog anonimowo. Moja wiara w system jest bardzo ograniczona. A to wszystko pomimo tego, że nie sądzę, by moje poglądy były strasznie radykalne. 

 

Nawiasem mówiąc, właśnie dlatego też nie napisałem jeszcze o moich recenzentach. Nie wiem, jak napisać o nich tak, by napisać ‚coś’, ale nie dać wskazówek co do mojej tożsamości. Mam nadzieję, że coś wymyślę, bo korci mnie bardzo!

 

 

Ster i żeglarz

Mały off-topic. Na forum pojawił się wątek o wyborach do CK. Jak rozumiem, wybory te odbywają się jedynie w gronie osób z tytułem profesora. I muszę przyznać, że mnie to nieco irytuje, by nie powiedzieć brzydko.

 

Rozumiem, dlaczego bierne prawo wyborcze mają jedynie osoby z tytułem profesora. Nie do końca się z tym zgadzam, jednak rozumiem to. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego czynne prawo wyborcze mają jedynie osoby z tytułem profesora. Z jakichże to powodów, ludzie, których najbardziej dotyczy działalność Centralnej Komisji (a zatem doktorzy i doktorzy habilitowani) nie mają prawa się wypowiadać, kto w tejże komisji zasiada?

 

Widzę oczywiście argument, że wybory odbywają się jedynie wśród ludzi, którzy niczego już nie chcą od CK i właśnie o to idzie. Zakłada on jednak, że profesorowie tytularni nie są w stanie być bezstronni i rzetelni w swych ocenach, jeśli zostaną wybrani przez szersze środowisko. Chcę myśleć, że profesor, nawet wybrany głosami adiunktów, będzie nadal się zachowywał uczciwie. Bardzo też wątpię, że ten, który będzie nierzetelny jakoś stanie się bardziej rzetelny tylko dlatego, że wybiorą go tylko inni profesorowie.

 

Z kolei zalety rozszerzenia czynnego prawa wyborczego, na przykład na grupy zainteresowane pracą CK, miałoby wiele zalet. Pomijam już ideę ‚mandatu demokratycznego’. Ale to, co kluczowe dla mnie, to to, że mogliby być wybrani ci, którzy postrzegani są przez młodszych kolegów jako autorytety. Takie tam głupoty oczywiste jak większa spójność środowiskowa, jak podjęcie odpowiedzialności przez wszystkich zainteresowanych są mało przecież ważne i nie interesują z gruntu państwa profesorów.

 

Profesor to ważna funkcja, bardzo ważna. Ale to nie znaczy, że profesor powinien o wszystkim sam decydować i już wszystko wie. Profesorowi dobrze zrobiłaby wiedza, co myślą (również o nim samym) jego młodsi koledzy. Profesura nie powinna być korporacją, zamkniętą grupą, która sama sobie sterem, żeglarzem…..

 

Pisze to tak sobie…. Prędzej piekło zamarznie…..

Sfera publiczna

Przeczytałem właśnie opinię o zakończonym postępowaniu habilitacyjnym w naukach matematycznych (na stronach CK postępowanie zakończone jeszcze nie jest). Autor dokumentu krytycznie wypowiada się na temat tego, jak oceniono habilitanta, wskazuję na błędy rzeczowe w recenzjach (zaskakująca jest niedbałość recenzentów) oraz ich niewyłapanie przez komisję i radę. 

 

Nie ma według mnie znaczenia, czy autor owej opinii ma rację czy nie, czy mają ją recenzenci, komisja czy rada. Ważne jest to, że habilitacje weszły do sfery publicznej i kto chce, może się na ich temat wypowiadać. Dokładnie tak, jak ja robię to na tym blogu (oto moje ‚bałwochwalstwo’), czy robi się to na przykład na forum DNU. Nie wiem, czy dobrze, że została napisana i udostępniona cytowana opinia, cieszę się jednak, że dzięki jawności procesu, możemy na temat przewodów habilitacyjnych podyskutować. Możemy się spierać, ale również możemy nadzorować recenzentów, możemy wytykać im niedbalstwo czy nierzetelność.

 

Jawność procesu jest chyba najważniejszą zaletą nowej procedury habilitacyjnej. Mam nadal  nadzieję, że publiczne dyskusje na temat postępowań będą wymuszać wyższą, a może i wysoką jakość postępowań. A przynajmniej będą wymuszać refleksję recenzenta nad tym, co robi.

 

Z jakiegoś powodu linkowanie dokumentu nie powiodło mi się. Opinię można znaleźć tu:

http://home.agh.edu.pl/~skupien/opinia_hab.pdf

 

 

 

Reptilianie

Chciałem zostawić bez reakcji jeden z ostatnich komentarzy, ale jednak nie wytrzymałem. Otóż tego, o czym pisze marekleszcz1, boję się najbardziej. Nie, rzecz jasna, komentarzy na temat mojego ‚bałwochwalstwa’ (naprawdę nie wiem, na czym to polega, ale niech sobie marekleszcz1 myśli, co mu się podoba). Najbardziej boję się nauki opartej na tym, że można się ‚prosić o uwalenie’. I to na dodatek blogiem. To jest jeden z możliwych wszechświatów, z którym nie chcę mieć nic wspólnego. 

 

Nie rozumiem, jak to się niby ‚proszę o uwalenie’. Bo mam zdanie na temat dziedzin i dyscyplin? Bo mam zdanie na temat procedury, CK, bo mam zdanie na temat bibliometrii? I to znaczy, że mój dorobek nie liczy się już? Otóż chciałbym dodać, że mam również zdanie na temat premiera, PO, PiS, prezydenta, PSL i p. Pawlaka, pp. Palikota i Sobeckiej. A również na temat lądowania Amerykanów na księżycu, zamachu na Kennedy’ego, bazy Roswell oraz tego, że brytyjska rodzina królewska to obcy-reptilianie. I chciałbym przy tym zauważyć, że te poglądy to moja sprawa, nawet jeśli wypowiadane publicznie (choć o reptilianach to się trochę boję mówić – maja długie macki!).

 

Chciałbym również powiedzieć, że recenzentom, komisji oraz radzie wydziału nic do moich poglądów, maja oceniać mój ‚znaczny wkład w rozwój dyscypliny’. I dobrze o tym pamiętać, że to tylko tyle (choć też: aż tyle). 

 

Profesorska habilitacja

Na stronach CK pojawił się wniosek habilitacyjny złożony przez profesora tytularnego. Krótkie przyjrzenie się dorobkowi i miejscu pracy profesora nasuwa podejrzenia, że to nie z nudów czy dla podreperowania ego profesor ów decyduje się na drugą procedurę habilitacyjną. Podejrzewam, że humanistyczna habilitacja profesora przestała się liczyć na wydziale, który stał się wydziałem nauk społecznych.

 

Pisałem już parę razy o idiotyzmie przyporządkowywania dorobku konkretnej dyscyplinie i dziedzinie naukowej. Okazuje się, o czym nie pomyślałem wcześniej, problem staje się dużo poważniejszy, gdy za pomocą rozporządzenia, minister (być może zresztą z poduszczenia części humanistów, którym humanistyczność uwierała strasznie) uznaje za stosowne przekwalifikować dyscypliny i nagle dyscyplina humanistyczna staje się dyscypliną społeczną. Również z dnia na dzień profesorska habilitacja staje się niepotrzebna. A profesor ma problem. A wszystko dlatego, że ktoś gdzieś stwierdził, że to, czego nauka polska potrzebuje najbardziej, to nowy podział dziedzin i dyscyplin. Wyobrażam sobie te dyskusje humanistyczno-ministerialne: uderzmy w naukę światową mocno, wyprzedźmy ją, zaskoczmy naszą przenikliwościa, konkurencyjnością. Świat bez wątpienia oniemiał, wpadł w popłoch: Polacy zmienili klasyfikację dziedzin i dyscyplin! Jak ich teraz dogonić??

 

Szczerze mi żal mi profesora. Na ‚dojrzałe’ lata habilitację mu przyszło robić. Mam też nadzieję, że obecny podział na obszary, dziedziny i dyscypliny jest tak dobry, że przynajmniej do mej emerytury nie trzeba będzie go zmieniać.

 

Habilitacja w 6 miesięcy

Nie wytrzymałem i zaglądnąłem do linku podanego w Doktrynaliach. Habilitant przedstawia cykl jednotematyczny złożony z 6 artykułów. Wszystkie, jak wspomniano, opublikowane są w jednym czasopiśmie, co więcej, wszystkie opublikowane są na przestrzeni 6 miesięcy! Narażam się pewnie teraz kolegom prawnikom, jednak nie potrafię podejść poważnie do cyklu monotematycznego opublikowanego w 6 miesięcy, miesiąc w miesiąc nowy artykuł. Skończę może ten wpis, bo się zaraz zrobi niekulturalnie….

Cykl jednoczasopismowy

Na blogu Doktrynalia kolejny wpis o odrzuconym przez prawników wniosku habilitacyjnym opartym na monotemtatycznym cyklu publikacji. Autor zauważa, iż nie ma wątpliwości, że to cykl publikacji, bo zostały one opublikowane w jednym czasopiśmie. I właściwie to mi żal, że autor się nie skomentował tego. Nie znam bowiem żadnego godnego uwagi pisma, które w jednym roku opublikowałoby jednemu autorowi ‚monotematyczny cykl publikacji’. W moim świecie byłoby to tak grubymi nićmi szyte, że nie wyobrażam sobie nikogo, kto taki cykl przedstawiłby do oceny, nie narażąjac się przy tym na śmieszność.

Due process

Ostatnie dyskusje na temat ‚problematycznych’ habilitacji zaburzyły mój spokój. Czekałem sobie spokojnie, a tu nagle obraz mi się zaburzył w stopniu, który nie pozwala na spokój. Wyłoniła się bowiem procedura, która nie ma wiele wspólnego z rzetelnością, obiektywizmem (cokolwiek miałoby to znaczyć), z uczciwością akademicką. I nie ma żadnego znaczenia, że omawiane decyzje mogły być słuszne. Słuszność  bowiem powinna być również proceduralna. Słuszność powinna wynikać z procesu, a nie zdarzać się; słuszność nie powinna być wbrew procesowi. Dla Brytyjczyków ‚due process’ wydaje się być ważniejszy niż jego wynik. Coraz bardziej doceniam to podejście do sprawiedliwości, czy, w tym wypadku, słuszności

 

Gdy przystępowałem do robienia habilitacji, oczekiwałem rzetelnych recenzji oceniających mój dorobek według pewnych kryteriów. Niestety, coraz bardziej zaczynam czekać na łut szczęścia. Trafi mi się, uda. Przestaję liczyć na ów ‚due process’.

 

Czekanie przestaje być spokojne.

Żona Lota

Informacje na temat doszczętnie już przedyskutowanej habilitacji na Wydziale Prawa UW są coraz bardziej przerażające. Jawi się rada wydziału jako zbiorowisko ludzi zupełnie zainteresowanych nie tyle dorobkiem habilitanta, co raczej dowaleniem recenzetom oraz habilitantowi. Nie wiem, czy te doniesienia są prawdziwe czy nie. Wiem natomiast, że nie tyle jestem już oniemiały, co osłupiały. Żona Lota ze mnie się robi….

 

Oczywiście, nie jestem na tyle naiwny, by sądzić, że w nauce i awansach nie liczą sie personalia, sympatie, antypatie. Ale, do cholery, nie do tego stopni, nie na czołowym polskim uniwersytecie, i nie na prawie!!! Jeśli tak mają wyglądać habilitacje, to ja się wypisuję. Bo ja już nie wiem, na jakiej podstawie zostanę oceniony, nie wiem, na jakiej podstawie zostaną podjęte decyzje. I że niewielu się przejmie tym, jeśli podstawą oceny będzie to, jakim samochodem jeżdżę i czy na pewno jest gorszy od pojazdu dziekana.

 

Ale warto sobie powiedzieć:  nowa procedura zadziałała. Pokazała nam oblicze habilitacji, którego publicznie nie znaliśmy. I chyba dobrze, żeśmy poznali, nawet jeśli, zaiste, przerażający to obraz. Osłupiający.