Habilitacja to problem

Ostatni wpis w tym roku. To był ważny rok, następny zresztą zapowiada się równie ważny. Dwie kluczowe rzeczy zdarzyły się w moim życiu naukowym. Po pierwsze, ‚robię habilitację’. Zdecydowałem się, przygotowałem autoreferat i wszystko inne i czekam na recenzje.

 

Po drugie i chyba ważniejsze, to był ostatni rok, w którym byłem zwolennikiem habilitacji. Przystępowałem do procesu z jednoznacznym wsparciem dla habilitacji. Zarówno sam przewód jak i refleksja nad przepisami, spowodowały, że widzę habilitację głównie jako problem, jako proces, który nie służy temu, czemu ma służyć. Nie jest to proces rzetelnej oceny ‚wkładu w dyscyplinę’. Kryteria są rozmydlone i niespójne, recenzenci niespójni i często niekompetentni, ustawa nierealistyczna i również niespójna, a na dodatek sam proces wymaga przygotowania dokumentów, które są niepotrzebne i nie służą wymaganej przepisami ocenie. Habilitacja to dzisiaj dla mnie głównie rytuał przejścia, w którym trzeba zatańczyć, jak każą, dla którego niestety nie ma alternatywy. Kończę rok z nadzieją, że w przyszłym roku będę miał to za sobą.

 

Do siego roku!

Wkład? Jaki wkład?!

Rozmowy z moimi znajomymi od pewnego czasu nieuchronnie schodzą na habilitację. Moją i nie tylko. Spotkalem się wczoraj z profesorem (z dyscyplin książkowych, że tak powiem), który opowiadał mi o recenzji habilitacyjnej, którą napisał jakiś czas temu. Otóż, opowiadał kolega, miał dylemat. Rozprawa habilitacyjna (postępowanie w starej procedurze) była słaba (a może i bardzo słaba), jednak dorobek, szczególnie na tle innych habilitacji w dyscyplinie, dobry, a może i bardzo dobry. I jak recenzować, pytał profesor? Uznał po namyśle, że porównanie z innymi habilitacjami przeważa – recenzja uwypuklała to, co dobre, gładko surfowała, przeskakując czasami nad tym, co nie aż tak dobre i habilitant wyhabilitował się.

 

Rozmawialiśmy chwilę o konieczności widzenia habilitacji w kontekście, szczególnie innych habilitacji. Czy rzeczywiście miałoby sens uwalenie habilitanta z dorobkiem międzynarodowym dlatego, bo chciał się już wyhabilitować i napisał książkę szybko i byle jak (bo książka musi być). Po chwili przyznałem, że uwalenie takiego habilitanta nie miałoby większego sensu.

 

Jednak to ma konsekwencje, jak dla mnie dwie. Po pierwsze, jakiekolwiek ustawowe decydowanie o jakimś wkładzie w naukę nie ma większego sensu. Profesor-recenzent w ogóle się nad tym nie zastanawiał – po prostu stwierdził, że habilitant ma lepszy dorobek niż inni. Po drugie, nie ma żadnej habilitacji’ – są habilitacje w poszczególnych dyscyplinach, które żądzą się własnymi prawami i nie ma sensu tym bardziej mówić o jakimś jednolitym stopniu naukowym.

 

Może zatem warto by na poważnie pomyśleć o zniesieniu habilitacji, a przynajmniej skończeniu ze ściemą znacznego wkładu w rozwój dyscypliny.

Życie prywatne habilitantów

W moim życiu prywatnym zachodzą zmiany i tak mnie naszło, że często myślę o habilitacjach, które komentuję, czy które znam, w oderwaniu od reszty życia habilitantów. A przecież habilitacja, choć ma wpływ na to, kim jesteśmy, zdecydowanie nie wyczerpuje naszych tożsamości, nie wypelnia naszego życia. Habilitanci, kochają (się), nienawidzą, żenią się, rozwodzą, chorują, opiekują sie innymi chorymi, mają dzieci…listę można by ciągnąć wręcz w nieskończoność. 

 

Zastanawiam się więc nad resztą kontekstów, w jakich robimy habilitację. Piszę to  bez ładu i składu, bez konkretnych celów społeczno-politycznych, ot, tak dostrzegając życie habilitantów. Życie, w którym właśnie nie jesteśmy habilitantami. Nie jest moim celem wywoływanie sympatii, współczucia, czy nawet zwracanie uwagi na to, że często habilitant ma pod górkę, bo….(niech sobie każdy wpisze, co mu w duzy zagra). Po prostu się zadumałem nad soba, Iksem, który chce spędzić życie z Ygreczką. 

 

Fala

Jakiś czas temu pisałem o należytej staranności. W tym właśnie kontekście przypomniała mi się następująca historia. Otóż parę tygodni temu rozmawiałem z kolega, który idzie starym trybem habilitacyjnym. Czeka właśnie na  oficjalną informację w sprawie recenzentów. Z przecieków wiadomo, że recenzentów wyznaczono, jednak formalnego pisma nie ma. Kolega zadzwonił do CK. Po dłuższych próbach dodzwonił się i usłyszał, że stara ustawa nie narzuca terminów, więc nikomu się nie śpieszy!!! Opadła mi szczęka.

 

Mam dwa komentarze. Po pierwsze, CK pokazuje  tzw. pawdziwą twarz. Postawa urzędnika, który nie przekazuje informacji szybko i sprawnie (bo niby nie musi)  jest oburzająca, szczególnie że mówimy o bardzo ważnym elemencie życia akademickiego. Najwyraźniej urzędnicy Centralnej Komisji nieszczególnie się tym przejmują. To jest oburzające, bo ja myślę, że urzędnik musi, zawsze, działać w najlepszym interesie tych, którym służy. Brytyjczycy nazywają swych urzędników ‚civil servants’ – oni właśnie służą tym, którymi się zajmują!

 

Po drugie, Centralna Komisja jest gate-keeperem. Przede wszystkim jest gate-keeperem akademickim, korporacja profesorów wybiera swą reprezentację, która rządzi polskimi awansami i nie tylko.To, co niezwykłe, to to, że ów gate-keeping idzie w dół – przechodzi na urzędników, którzy zarządzają informacją tak, jak im się podoba bez przymusu owej należytej staranności. 

 

Przy wszystkich problemach niereprezentacyjności, Centralna Komisja jest ciałem społecznym, wyłonionym przez środowisko, a przynajmniej jego część. Wydawałoby mi się, że członkom CK powinno zależeć na tym, by swym młodszym kolegom np. przekazywać informacje jak najsprawniej. Urzędnik mówiący, że on nie musi, pokazuje obraz dokładnie odwrotny. I chciałbym zapytać dotychczasowego przewodniczącego CK, profesora Kaczorka: Co Pan na to, Panie Profesorze? Chciałbym myśleć, że pamięta Pan, jak Pan czekał na informację, na stopień.

 

Teraz my musimy poczekać? Fala, Panie Profesorze, co? Fala!

 

 

Habilitant ludzkim głosem

Koniec grudnia to czas podsumowań. 2012 to był niezły rok. Był to rok bardzo pracowity, ale przede wszystkim to rok, w którym rozpocząłęm postępowanie habilitacyjne. Zbierałem się do niego jakiś czas i wreszcie zdecydowałem. Dzięki przygotowaniu do habilitacji, na wszystko było trochę mniej czasu, a i nerwów było więcej. Mam nadzieję, że warto było, a i że na zdrowie mi to wyjdzie. Jest to też rok, w którym bardzo dużo napisałem – niestety nie wszystko zakończyłem, ale mam nadzieję, że zakończę zaraz na początku nowego roku. Niestety, do końca roku spędzę jeszcze niejedną godzinę przed ekranem komputera, od czego miłym przerywnikiem będzie blogowanie.

 

Mam jednak pewną refleksję. Otóż mijający rok to również rok, w którym dostałem wzmocnienie mojego naukowego ego od nauki międzynarodowej (o którym tu nie napiszę ze względu na priorytet zachowania anonimowości). I stalo się coś ciekawego, bo w pewnym momencie habilitacja zeszła na drugi plan. Dużo ważniejsza była nauka międzynarodowa, takie niewymierne niby nic, a jednak znacznie ważniejsze. Habilitacja w tym kontekście stała się jedynie biurokratyczną procedurą, która ma oczywiście ogromne znaczenie, jednak to znaczenie, wydaje się, jedynie administracyjne. Zostanę przeszeregowany, dostanę nowy kontrakt….Naukowo nic sie nie zmieni. No niestety.

 

Badacze do kryteriów!

I jeszcze PS. do ostatniego wpisu. To, co zainteresowałoby mnie najbardziej, to obraz kryteriów habilitacyjnych. Nie mam żadnych wątpliwości, że kryteria publikacyjne psychologa i historyka (by wziać wymienione wcześniej dyscypliny) są diametralnie różne  (nie mówiąc już o fizykach). Chciałbym zobaczyć, do jakiego stopnia i w jaki sposób różnią się habilitacje i kryteria wynikające z recenzji w dyscyplinach, dziedzinach, między dyscyplinami i dziedzinami.

 

Stawiam na to, że różnice, które zobaczylibyśmy spowodowałyby opad szczęki połączony z osłupieniem. Okazałoby się, że praktyka habilitacyjna nie ma nic wspólnego ani z ustawą, ani z wytycznymi CK, ani z niczym innym. Zobaczylibyśmy praktyki niespójności zarówno na wszelkich poziomach, dyscyplinarnychm, interdyscyplinarnym i międzydziedzinowym!

 

A może lepiej tego nie widzieć….?

Badacze do CK

Na marginesie dyskusji i wpisów na temat reprezentacji CK, przyszło mi do głowy że CK stanowi ciekawe repozytorium do badania obrazu nauki polskiej. Bardzo chętnie bym przeczytał raporty/prace z badań na temat tego, jak wygląda nauka polska wyłaniająca sie z habilitacji. Analizy tematyczne, bibliometryczne, analizy publikacji, recenzji i recenzentów to mógłby być naprawdę ciekawy matriał do badań naukoznawczych, ale również badań dyscyplinarnych. Co więcej, możliwości do porównań wewnatrzdziedzinowych (na przykład, szczegółowe analizy habilitacji z nauk medycznych, ale również społecznych czy humanistycznych byłyby niezwykle ciekawe). Pomimo oczywistych ograniczeń, również szereg porównań miedzydziedzinowych byłby bardzo ciekawy.

 

W moich wcześniejszych ‚analizach’ wskazywałem na to, że fizycy publikują na świecie, psychologowie w Polsce (ale po angielsku), a historycy w powiecie. Takie analizy można by zrobić  porządnie i pokazać obraz nauki polskiej, który byłby, jak sądzę, bardzo użyteczny. Podejrzewam, że może w tym być nawet doktorat, a z całą pewnością kilka prac magisterskich.

 

Mam nadzieję, że ktoś takie badania przeprowadzi. Nie tylko dlatego, żeby się dowiedzieć, ale również pokazać habilitację – ten kluczowy moment w karierze polskiego uczonego. Również obraz habilitanta jest obrazem centralnym w nauce polskiej. To obraz ludzi, którzy mają za chwilę zostać profesorami, samodzielnymi pracownikami nauki, promotorami doktoratów. To od nich w dużej mierze zależy, jak będzie wyglądać nauka polska w ciagu najbliższych lat.

Członkowie uchyleni

Po moim wpisie sprzed chwili postanowiłem napisać jeszcze raz i zaprzeczyć sobie.

 

Parę dni temu rozmawiałem z kolegą, który jest profesorem tytuarnym. Rozmawialiśmy właśnie o wyborach do CK, których wyniki zostały właśnie upublicznione. Kolega potwierdził moje przekonanie, że wyniki nie są złe, że w naszej dyscypliny dostali się ludzie z najwyższej półki krajowej (co nie znaczy zawsze, ze międzynarodowej), co gwarantuje jakość postępowań. I właściwie można właściwie by zakończyć ten wpis, gdyby nie dwie rzeczy.

 

Po pierwsze, jest problem w poprzednim wpisie. Do CK dostali sie ludzie z dobrym dorobkiem, jednak o dość wąskiej perspektywie na dyscyplinę. Czy oni poprą te nowinki ze świata? Tak, ale pod warunkiem, że one będą pasować do tej wizji. To ludzie, powiedzmy, uchyleni, a nie otwarci. Czy to problem? Tak, to jest problem. Po drugie, kolega opowiedział mi o próbie wprowadzenia do CK badacza, powiedzmy, z ligi okręgowej, reprezentującego i wspierającego badaczy tego  poziomu. Badaczy, którzy do tej pory są dosć skutecznie blokowani w próbach uzyskiwania habilitacji. Zabieg się nie udał, jednak realne zagrożenie istniało.

 

I teraz mamy problem kilku perspektyw, z których możemy oglądać członków CK. Po pierwsze mamy uczonych reprezentujących swe specjalności (a i ośrodki), mamy też uczonych otwartych, uchylonych, zamkniętych – z pewną wizją swej dyscypliny, po trzecie wreszcie mamy uczonych o pewnym statusie naukowym, grających w pierwszej, drugiej, czy lidze okręgowej.

 

Ideałem oczywiście byłaby Centralna Komisja, która składa się z uczonych z najwyższej ligi dyscyplinarnej, z wizją nauki otwartej, a przy okazji stanowiących pełną reprezentację dyscyplinarną. To oczywiście niemożliwe. Co zatem ma być priorytetem? I to jest bardzo trudne pytanie, na które nie mam odpowiedzi i wyrobionego zdania. Jednak myślę, że kluczowy zawsze jest status naukowy. Zrozumienie, na czym polega nauka. Bez tego, wydaje mi się, otwartość czy reprezentacja nie ma znaczenia. I dobrze by było, gdyby wyborcy członków CK o tym pamiętali.

 

Kończąc, przynajmniej na razie, ten wątek, mam coraz mniej wątpliwości, że warto by sie zastanowić, czym ma byc Centralna Komisja. Kto powinien w niej zasiadać, kto powinien miec prawo głosu.

Centralna reprezentacja

Autor Doktrynalii odnosi się do tego, co napisałem o prawach wyborczych do CK. Nie pomyślałem o tym, jednak argument, że obecne prawo bierne powoduje, iż obraz CK to obraz nauki sprzed kilkudziesięciu lat, jest bardzo trafny. Oprócz reprezentacji badań (specjalności), według mnie CK ma problem dodatkowy. Mówiąc najogólniej, nauka przyśpieszyła i przyśpiesza, co rusz słychać o nowych specjalnościach, o zaskakujących odkryciach. Zdolność CK do tego, by nadążać za światową nauką, jest bardzo ważna. Szczególnie, że habilitacje robią ludzie spoza środowiska.

 

Przeglądając autoreferaty w pewnej dziedzinie, potwierdziłem to, co widziałem od jakiegoś czasu: w Polsce nieobecna jest jedna z specjalności. Nie ma nikogo, kto prowadziłby badania w takim kierunku, pomimo tego, że, szczególnie w tradycji anglosaskiej, specjalność z pewnością nie jest dominująca, jednak ma wyraźne miejsce na mapie dyscyplinarnej. To, że jest to ciekawe samo w sobie i pokazuje ciekawy obraz polskiej nauki, jest dość oczywiste. Jednk dla mnie, na tym blogu, kluczowe jest, co będzie, gdy nagle znajdzie się taki habilitant. A jest przynajmniej kilku Polaków mieszakjących za granicą, którzy się usytuowali w tej specjalności – na razie nie mają żadnej obecności w polskiej nauce, ale przecież może im fantazja zagrać.

 

Co wtedy? Oczywiście, mozna powiedzieć, że recenzenci będą z zagranicy itd. Sądzę jednak, że zanim zacznie się sprawa recenzentów, najpierw trzeba o nich wiedzieć. A mi się wydaje, że nie ma obecnie członka CK, który miałby zdanie. Wiem, wiem, przecież można konsultować… Jednak CK przecież zdanie powinna mieć. Wydaje mi się, że Centralna Komisja nie uświadamia sobie tych problemów. A ja myślę, że powinna. I oczywiście, nie da się wprowadzić członka CK ze specjalności, która w Polsce nie występuje, jednak wydaje się, że dążenie zapewnienia szerokiej reprezentacji dyscyplinarnej powinno być ważną strategią dla CK.

 

Prywata

Nie raz słyszałem o tym, że szczególnie przewody doktorskie wykorzystywane były/są do załatwiania przeróżnych spraw między recenzentami i  promotorem. Kliniczny przypadek sprzed  lat to przypadek recenzenta, który zasłabł po tym, gdy doktorant jego wroga jednak uzyskał stopień. Przyznam, że dawno o takich rzeczach nie słyszałem, aż do dzisiaj. Na blogu Doktrynalia bowiem ciekawy wpis o tym, jak to doktor dostaje po głowie za błędy profesora. Doktor, co prawda, habilitacje dostała, jednak trudno się oprzeć wrażeniu, że jeden z recenzentów wykorzystuje swą recenzję, by przywalić pewnej pani profesor. W skrócie: recenzent napomina habilitantkę za to, że nie wychwyciła nieuczciwości naukowej pani profesor, która napisała rozdział do książki redagowanej przez habilitantkę.

 

Muszę powiedzieć, że nie podoba mi się to. Przy najlepszej woli redaktor może, i ma do tego pełne prawo, nie znać całej literatury wykorzystywanej w książce. Co więcej, od tego redaktor i wydawnictwo mają recenzentów, by pomogli im w wyłapaniu tego rodzaju kwiatków, nie zawsze może się to udać, rzecz jasna. Na dodatek, na co zwraca uwagę autor bloga, redaktorka była doktorem, autorka rozdziału profesorem – relacja bardzo ukośna, a szanse na to, że redaktorka zwróci uwagę profesorowi, są zerowe.

 

Czy jest sens o tym pisać w recenzji habilitacyjnej? Według mnie nie ma. Na chłopski rozum, habilitantka nie odpowiada za to, co napisała jedna kontrybutorek. Nawet jeśli odpowiada za całość książki, redaktor nie odpowiada za to, co piszą poszczególni autorzy (ciekaw jednak jestem wykładni prawnej). Nie wierzę oczywiście, że recenzent nie zdaje sobie z tego wszystkiego sprawy. A zatem recenzent pisze po to, by zawstydzić pania profesor, by sie odegrać na niej, pokazać, innymi słowy: przywalić.

 

Otóż mam problem z tym wszystkim. Postępowanie habilitacyjne nie jest od tego, by załatwiać ‚swoje’ sprawy. Nie jest od tego, by zawstydzać, przywalać. Recenzent ma ocenić wkład habilitanta w rozwój dyscypliny. i tyle. Nie mam wątpliwości, że recenzent powinien pisać o wypadkach nieuczciwości naukowej, ale nieuczciwości habilitanta (wszak plagiat wyklucza wkład w dyscyplinę), natomiast mam spore wątpliwości, czy ‚jakość redakcji naukowej’ (czymkolwiek ona jest) podpada pod taką ocenę.

 

Najważniejsze jednak jest to, że dobrze by było, gdyby recenzenci wbili  sobie do głów, że swoje porachunki załatwiali na własny rachunek.