Recenzenci, recenzenci

Jak zawsze z opóźnieniem odnotowuję nowego recenzenta. Stary się wycofał, uznając, że nie czuje się kompetentny. Akceptuję wybór recenzenta (choć zdziwiłem się nieco), cieszę się, że podjął/ęła decyzję szybko i bez zbędnych opóźnień. Nowy recenzent jest wyborem niezłym, raczej czuję się spokojnie, wiedząc, że to on/a.Niestety z tego wszystkiego przynajmniej dwa miesiące w plecy. Wracam do czekania. Jednak zaczynam powoli wypatrywać pierwszych recenzji. Nie wiem, nawiasem mówiąc, jaka jest procedura – czy zobaczę recenzje, jak przyjdą, czy w ogóle je zobaczę, zanim zostaną opublikowane na stronach CK.

 

 Gdy rozmawiałem o moim opóźnieniu, usłyszałem historię o kandydacie na profesora aktualnie czekającym na recenzecje w postępowaniu o nadanie tytułu naukowego. Jemu również recenzent sie wycofał. Z jakichś powodów poczuł swą niekompetencję  dopiero po pół roku przetrzymywania dokumentacji. Przytaczam tę historię jako wpis do sztambucha tym, którzy zalecają zaufanie recenzentom w zamian za kontrolę ich działań.

Kontrola jakości

Przeglądnąłem dziś zakończone postępowania w naukach medycznych. Zastrzegając się, że możliwe jest, że coś mi umknęło, robiłem to z przerwami, wydaje mi się, że w naukach medycznych nie ma postępowania zakończonego niepowodzeniem. Zaskoczyło mnie to nie tylko dlatego, że we wszystkich chyba przeglądanych przeze mnie naukach (nie zaglądałem nigdy na przykład do weterynarii) znalazłem choć jedno postępowanie zakończone porażką. W medycynie nie. Może to być, rzecz jasna, wynikiem prostego faktu, że habilitacje medyczne są po prostu  bardzo dobre i nie ma się nad czym zastanawiać. I być może tak właśnie jest – może to dobra po prostu wiadomość dla wzystkich tych, którzy się z medycyny habilitują.

 

Mnie jednak trudno trochę uznać, że jest taka dziedzina nauk w polskiej nauce, która w odróżnieniu od innych, nie ma niepowodzeń habilitacyjnych. Już kiedyś chyba komentowałem rozpiętość w dorobkach habilitantów z medycyny. Są habilitanci z sumarycznym IF, który można oddać za pomocą palców jednej ręki, są tacy, w wypadku których braknie kończyn.

 

Ten wpis nie jest jednak i nie ma być oskarżeniem o nieuczciwość. Nie czytałem dokumentacji wszystkich postępowań, a nawet gdybym czytał, to niewiele by z tego wynikło. Mówię jednak, że patrzę na postępowania w dziedzinie i nie mogę się nadziwić, że wszystkie są dobre. Co z tego wynika? No wynika z tego, że warto jednak się zastanowić nad systemem kontroli jakości. Otóż habilitacje (i nie tylko) powinny być nie tylko uczciwe, powinny być również postrzegane jako uczciwe. Istnieje przecież rzeczwista możliwość, że ten niezwykły sukces medycznych habilitacji jest wynikiem rzeczywistej jakości postępowań. Jednak to spójny i przejrzysty system jakości postępowania rozprawi się z wszelkimi potencjalnymi wątpliwościami w tej kwestii.

Światowa opinia i pryszcze

Nie odniosłem się na blogu do niedawno dyskutowanego na forach listu prof. Płaźnika. Nie odniosłem się, bo nie chcę pisać o nauce w ogóle, przynajmniej na razie, a i został list obdyskutowany na forum. Jednak parę dni temu przeczytałem list jeszcze raz i okazało się, że umknął mi w liście profesora passus na temat habilitacji jako reliktu przeszłości, po którym profesor pisze:

 

Utrzymywanie habilitacji jest żenującym przeżytkiem, XIX-wieczny anachronizmem  (podobnie belwederskie profesury). Upierając się przy tym, ośmieszamy się w oczach światowej opinii. Chociaż, ostatnio, wysyp tzw. profesur uczelnianych (np. dr hab. prof. UW) skutecznie dewaluuje tytuł naukowy.

Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75476,13107320,List_otwarty_z_nad_grobu_do_minister_nauki_Barbary.html#ixzz2JMQOupAF

 

Otóż i tu pozwolę sobie nie zgodzić się z prof. Płaźnikiem. I to z dwóch powodów. Po pierwsze nie sądzę, by ‚światowa opinia’ była choćby w najmniejszym stopniu zainteresowana polską habilitacją. Jeśli światowa opinia jest czymkolwiek zainteresowana, to badaniami/publikacjami z Polski pochodzącymi. Lokalne uwarunkowania awansowe interesują ‚światową opinię’ mniej więcej tyle samo, co, by się posłużyć slangiem światowej opinii, szczurza dupa. Podobnie jest z profesurą belwederską, światowa opinia ignoruje ją całkowicie. Co ciekawe, kilkukrotnie tłumaczyłem ideę tytułu naukowego światowej opinii i, przyznam, że światowa opinia wykazywała się pewną zazdrością wobec ceremonii nadania profesury przez prezydenta. Co więcej, brytyjska część światowej opinii wskazywała, że jeszcze do niedawna (opinia nie wiedziała, ale podejrzewała, że jeszcze w latach 50tych) niektórych profesorów z Oxbridge mianował, czysto ceremonialnie, monarcha.

 

Po drugie, z przyczyn bardziej merytorycznych.  Jako habilitant, mam serdecznie dość habilitacji, a szczególnie procedury, konstrukcji przepisów, wysiłku, który w to wszystko włożyłem. Jednak gdy widzę choćby te uwalone habilitacje, które pokazują kompletną nędzę badawczo-intelektualną, badania, które wg recenzentów są fikcyjne, staję się zagorzałym zwolennikiem habilitacji. To właśnie ta kulawa, ślepawa i ogólnie pryszczata procedura broni nas przed tym, by ci uczeni zostali profesorami. I już, nie ma co dalej dyskutować. Zanim prof. Płaźnik nie wprowadzi do nauki polskiej powszechnych i  rzetelnych procedur awansowych, zostaje nam habilitacja.



Jelenie

Od jakiegoś czasu chcę zauważyć na blogu pustkę na stronie CK poświęconej postępowaniom o nadanie tytułu profesora. Oczywiście, rozumiem, dlaczego tak jest – nowa procedura wyraźnie podnosi poprzeczkę. Po co skakć wysoko, skoro można nisko? Jednak i tak warte jest odnotowania, że Państwo Profesorowie pilnie piszą książki, wnioskują o nadania starego stopnia. Ogólnie idą na (pewną) łatwiznę. Nie mam żadnych wątpliwości jednak, że nie zepsuje to kolegom profesorom dobrego samopoczucia i dzielnie będą recenzować, powiedzmy sobie wprost, jeleni, którzy nie zdażyli….

 

O wkładzie właściwym

Ciekawy wątek porusza spryciurka w swoim komentarzu. Do tej pory, gdy mówiłem o kryteriach oceny habilitanta, mówiłem o dorobku jako monolicie. Spryciurka jednak zauważa, że dorobek można nie traktować jako monolit i jedna część dorobku może rekompensować braki w innej. Zacząłem o tym myśleć i zastanawiam się, na czym polegają takie rekompensaty i gdzie jest ich granica. Warto zaznaczyć, że komentarz dotyczy rekompensaty publikacjami (małymi wkładami), które wspierają, wg dzisiejszej terminologii, osiągnięcie.

 

Jednak problem rekompensat jest nieco szerszy. Weźmy sobie omawianą niedawno habilitację z socjologii, gdzie recenzent wyraźnie docenia działalność popularyzatorską i dydaktyczną habilitanta, jednak nadal pisze bez zawahań bardzo negatywną recenzję. Zostawiająć konkretny przypadek, powstaje pytanie: czy wydanie przez habilitanta nawet i świetnych podręczników rekompensuje brak publikacji badawczych? Otóż wg mnie nie. Nie jestem bowiem pewien, czy wkład w rozwój dyscypliny, to również wkład w jej popularyzację. Gdzie jest granica takich rekompensat? Czy świetne wykłady z dyscypliny kwalifikują się jako rekompensata? Wszak jeśli podręczniki tak, to wykłady nie? Warto jednak pamiętać, że ustawa wspomina inne typy dorobku, które należy uwzględniać przy ocenie habilitanta. Co więcej, nie wartościuje ich!

 

Ale autorka omawianego komentarza stawia problem węższy – co w wypadku habiitanta, który osiągnięcie ma słabawe, ale w reszcie dorobku znajdują się rzeczy wartościowe. To, co mówi spryciurka, ma sens i nie chcę z tym polemizować. Jednak pokazuje ten komentarz bezsens ustawy, która kładzie nacisk na ‚osiągnięcie’, priorytetyzując je ponad resztę dorobku (a zatem ‚osiągnięcie’ nad ‚osiągnięcia’), choć, jak wspomniałem, resztę dorobku wskazuje jako ważną. Czy bowiem rzeczywiście tak kluczowe jest, że (wedle mnie fikcyjny, jak nie raz pisałem) wkład w rozwój dyscypliny dokonuje się w wybranych 5 artykułach, a nie w 9 nie związanych tematycznie?

 

Czy rzeczywiście wkład w rozwój dyscypliny musi nastąpić w ramach osiągnięcia habilitacyjnego? Zaczynamy przecież czynić rozróżnienia między wkładem właściwym i zwykłym wkładem? Czy w ogóle interesuje nas wkład ‚nieosiągnięciowy’? No, odpowiedź na takie pytania musi być jedna: przecież to nie ma cienia sensu! Wkład to wkład, po jaką cholerę go rozdzielać na wkład monotematyczny i inny? No właśnie, po jaką cholerę??

Czarna lista?

Nieoceniony dr Kulczycki zwraca uwagę na komentarz szefa NCN w sprawie ankiety na temat pracy NCN. Prof. Jajszczyk informuje, że NCN systematycznie wychwytuje ekspertów nieuczciwych czy niekompetentnych. Według mnie, to bardzo dobra wiadomość. 

 

Chciałbym jednak zasugerować podobną ocenę procesów habilitacyjnych, szczególnie recenzentów. Bez wątpienia taka ‚czarna lista’ recenzentów habilitacyjnych byłaby znacznie trudniejsza do utworzenia, podejrzewam też, że musiałaby dotyczyć przede wszystkim recenzentów wyznaczanych przez CK. Jednak nie mam żadnych wątpliwości, że im szybciej wprowadzone zostaną procedury kontroli jakości postępowań habilitacyjnych, tym lepiej. Nie ograniczałbym się zresztą jedynie do oceny recenzentów. Myślę, że należy również oceniać jakość reszty postępowania, choćby jego terminowości (nie płacić za recenzje znacznie opóźnione bez ważnych okoliczności), ale również jakości dyskusji (wiem, to niezwykle nieostre pojęcie i trzeba by postępować z dużą ostrożnością) i innych kwestii formalnych. A zatem proponowałbym formalne nagrywanie spotkań komisji (praktyka znana w anglosaskich obronach prac doktorskich), rutynowe odnotowywanie terminowości recenzji oraz innych spraw formalnych. 

 

Oczywiście nie proponuję superrecenzji, nie proponuję też potężnego zwiększenia ilości pracy dla CK i oceniania wszystkich postępowań. To, rzecz jasna, niepraktyczne. Jednak bez większych problemów można by chyba oceniać losowo, powiedzmy, 5-10 procent postępowań. Myślę po prostu, że uczestnicy postępowań powinni wiedzieć, że są i moga być ocenieni. Powstaje pytanie: kto ma oceniać? No mogliby na przykład członkowie CK. Tyle, że dobrze nie być sędzią we własnej sprawie. Proponowałbym, żeby postępowania oceniał na przykład właśnie NCN lub wyznaczeni przez niego ludzie. Konsekwencją powinno być wykluczenie z tego typu działalności (zarówno dla osób jak i instytucji), no, w wypadkach drastycznych, powtórzenie postępowania. 

 

I na koniec znacznie większe monitorowanie postępowań to nie tylko zwiększanie ich jakości czy działania ku zwiększeniu zaufania do procesu.  To również ulepszenie jakości procesu odwoławczego. Odwołujący się habilitant nie będzie musiał opierać się na słowie, będzie mógł również odwołać się to faktów. To samo dotyczy, nawiasem mówiąc, uczestników postępowań. 

 

Niestety, sądzę, że Państwo Profesorowie z CK nawet palcem nie kiwną…. Jest jak jest, a oni już profesorami są. 

Plotkarze

Jakiś czas temu, przezornie odczekałem z wpisem na blogu, dostałem tzw. przeciek. Otóż jeden profesor rozmawiał z drugim profesorem i zapytał o moją habilitację. Nic o tym bym nie wiedział, gdyby nie to, że powiedział o tym innemu profesorowi, który z kolei powiedział mnie.

 

Rozmowa tych pierwszych profesorów nie byłaby zapewne aż tak godna uwagi (choć wiem, że wszystko, co mówi profesor, jest siłą rzeczy godne uwagi), gdyby nie to, że zapytany profesor jest jednym z moich recenzentów, na dodatek tym, którego najbardziej się boję. Jest to też recenzent, który w dyscyplinie i instytucjach ma znaczny szacunek i jego zdanie będzie miało stosowny ciężar gatunkowy. Rozmowa na mój temat była oczywiście krótka (wszak o czym tu gadać), najważniejsze jednak jest to, że recenzent miał się przychylnie wypowiedzieć o mojej habilitacji i zaimplikować recenzję pozytywną. Gdy usłyszałem wiadomości, dziękowałem za nie bardzo, trochę mi ulżyło, choć, również przezornie, staram się o tym nie myśleć. Przyznam jednak, że nie potrafię zupełnie odrzucić tej, było nie było, dobrej wiadomości.

 

Mam jeszcze komentarz: wesoło mi, gdy myśę o zasłużonych dla nauki, narodu i ludzkości i profesorach, z siwym wąsem i skroniami, którzy tak zwyczajnie plotkują. Jest w tym coś uroczego, pod warunkiem, że plotkowanie ma cele miłe i przyjemne.

Cuda na kiju

I jeszcze dodam coś, o czym niedawno ktoś pisał na forum, a ja się z tym zgadzam całkowicie. Otóż, tak, istnieje możliwość, że w słabych lokalnych pismach naukowych ludzie publikują ważnie badania, kluczowe doniesienia i inne cuda na kiju nauki. Jeśli jednak tak jest, to jedynie oznacza, że autor nie rozumie, na czym polega uprawianie nauki, nie rozumie też tego, jak ważną rzecz odkrył. Najwyraźniej odkrywca nasz nie ma ograniczone pojęcie o tym, co się dzieje w jego dyscyplinie.

 

Jest jeszcze jeden powód, dla którego warto oceniać, gdzie opublikowano artykuły. Otóż profesorem, mentorem, powinien zostać ktoś, kto będzie pchał swych uczniów w górę, który pokaże im naukę ambitną, naukę, która nie zamyka się w lokalnym grajdołku z brylantami, o których wie jedynie rodzina autora oraz jego koledzy z korytarza. Jeśli mamy traktować poważnie rolę promotorską, to ja chcę, żeby mój promotor wprowadził mnie do nauki światowej, a nie do nauki w powiecie.

 

I z tychże powodów właśnie, owe samorodki naukowe jaśniejące na powiatowym firmamencie nie powinny mieć większego znaczenia w przewodach awansowych. Pokazują bowiem uczonego, który ani nie rozumie swoich własnych badań, ani nie rozumie tego, co się dzieje w jego dyscyplinie, ani, na koniec, nie będzie w stanie wychować uczniów. I na pytanie, czy chcemy mieć takich profesorów, dużo łatwiej już odpowiedzieć.

Reputacje

W swym komentarzu  pisiarz interpretuje habilitację za punkty jako chęć obrony reputacji uczelni. Jest to, wydaje się, sensowna interpretacja. Oczywiście pomyślałem o niej, jednak zdecydowałem się jej nie wspomnieć. A to z jednego podstawowego powodu. Otóż nie wierzę, że uczelnie dbają o swoje reputacje. Poziom habilitacji (a i doktoratów) jest czasem żałosny – gdziekolwiek by spojrzeć. Czy słabych habilitacji jest więcej w Olsztynie niż w Warszawie? Szczerze powiedziawszy, nie wiem i nie interesuje mnie to. Dopóki takie będą na dobrych uczelniach, co za różnica, ile ich jest?

 

Skąd więc te habilitacje za punkty. Dlaczego mielibyśmy się bronić przed bzdurnymi recenzjami i strasznymi habilitacjami? Nie wiem. Może chodzi o to, żeby nie pęknąć ze śmiechu, a może o to, żeby kompletnie nie zdemoralizować innych. A może trzech profesorów w radzie stwierdziło, że nie mają dośc i się uparli, żeby to przeprowadzć. A może coś jeszcze innego. Niestety, nie wierzę w instytucjonalną reputację polskich uczelni. Możliwe, że się mylę, bardzo chciałbym się mylić. Niestety, myślę, że na dbanie o reputację uczelni przyjdzie nam poczekać.

 

 

 

Publiczne dyskusje

Ostatni wpis dzisiaj. Rozpisałem sie. Uderzyło mnie na forum pytanie o to, czy powinniśmy na tymże forum dyskutować poszczególne wypadki. Pytanie zadane w wątku-konkursie na najgorszą habilitację. Oto co myślę.

 

1. Tak, myślę, że publiczna debata, z zachowaniem merytoryczności, jest czymś nie tylko dopuszczalnym, ale również pożądanym, również taka anonimowa. Główną zaletą obecnej procedury jest jej jawność. Nie wiem, czy taka debata wywoła jakieś zmiany, jednak myślę, że warto ją prowadzić. Jedynym warunkiem takiej debaty jest, moim zdaniem, właśnie merytoryczność.

 

2. Czy powinniśmy oceniać, a może bardziej wprost: czy pisałbym o konkursie na najgorszą habilitację? Pewnie nie. Jednak ja mam swoje typy!  Hipokryzja? Chyba trochę tak. Co więcej, jeśli czytam recenzję w naukach społecznych, gdzie recenzentka pisze, iż badania habilitanta są fikcyjne, bo habiltant bada zmianę nie ustalając poziomu wyjściowego, to, niestety, wydaje mi się to warte wskazania. Co z delikwentem? Nie wiem, przykro mi, jako XYowi, jako habilitantowi już nie – takie habilitacje są skandalem. Oceniłem? No, oceniłem. Trudno.

 

3. Żal mi jednak, że na forum lądują głównie habilitacje złe, takie, z których można się pośmiać – są oczywiście atrakcyjniejsze. Jednak debata powinna chyba dotyczyć również tych dobrych habilitacji. Powinniśmy również na nie zwracać uwagę. Powinniśmy, by tak rzec nagradzać tych, których warto zauważyć! Myślę, że to również powinno dotyczyć godnych uwagi recenzji.