Utkniemy?

Niedawno zakończone postępowanie w historii  zawiera ciekawe recenzje (a propos apelu pawcia). Otóż recenzenci wypowiadają się na temat cyklu monotematycznego.Jak na mój gust wypowiadają się dziwnie.

 

W recenzji drugiej autorka pisze, że publikacje przedstawione przez habilitantkę, nie

 

spełniają wymogów ustawy o „jednotematycznym cyklu publikacji”, ponieważ nie dokumentują one kolejnych etapów badań.

 

Postanowiłem sprawdzić, czy ustawa wypowiada się na temat zawartości publikacji w cyklu jednotematycznym. Jak podejrzewałem, nic takiego nie ma miejsca. Rozporządzenia habilitacyjne również nie wypowiadają się na temat ‚dokumentowania kolejnych etapów badań’. Skąd recenzentka wzięła? Podejrzewam, że z przepaści swej fantazji. Zostawiam już to, że tak na chłopski rozum, wiele cyklów jednotematycznych nie powstałoby, gdyby musiały dotyczyć kolejnych etapów badań. 

Autor recenzji trzeciej z kolei podkreśla (i to z naciskiem, który wskazuje chyba na kluczowość argumentacji), że cykl publikacji nie jest jednotematyczny, bo jedna z publikacji ma „szerszy zakres tematyczny”. Pomyślałem sobie: no po prostu skandal! W jednej publikacji autorka pisze nie tylko o X, ale jeszcze o Y i Z. No, to rzeczywiście dyskwalifikuje habilitantkę oraz cykl jednotematyczny.

 

W iluś tam wpisach na tym blogów prześmiewczo rozważałem cykl jednotematyczny. I co? Ano recenzenci habilitacyjni przerośli moje prześmiewki. Oni naprawdę zaczęli rozważać! I czyż nie są to sprawy kluczowe?! Myślę, że czym prędzej CK i inne instytucje powinny się zająć definicją cyklu jednotematycznego. Bez tego nauka polska utknie.

Co robi recenzent?

Krótki wpis, mam nadzieję, że recenzenci habilitacyjni się wypowiedzą. Dostałem maila od czytelnika/czytelniczki tego bloga z linkiem do jednego z postępowań habilitacyjnych. W mailu jest pytanie o, według autora maila, znaczący błąd w autoreferacie z psychologii.

 

Otóż habilitant odwołuje się do klasyfikacji zaburzeń psychicznych publikowanego przez American Psychiatric Association, czyli do Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders, wydanie 4. Twierdzi przy tym, że ostatnia wersja tejże klasyfikacji została opublikowana w 1995 r. Minutę zajęło mi potwierdzenie, że tzw. DSM-IV został wydany w 1994 roku, jednak w 2000 roku został wydany tzw. DSM-IV-TR (text revision), który jest ostatnią i obowiązującą wersją klasyfikacji. Psycholog kliniczny, twierdzi mój korespondent, powinien to wiedzieć, to są podstawowe, choć kluczowe informacje. Banalny błąd z datą zmienia się w znaczący błąd psychologa.

 

I mam pytanie: co robi recenzent? Co robi recenzent z oczywistymi i znaczącymi błędami habilitanta? Błędami podważającymi kompetencje habilitanta?

Frame of mind

W komentarzach/dyskusjach przewija się wątek strategii habilitacyjnej. Habilitację, dyskutujący zdają się sugerować, można sobie ułatwić, robiąc odpowiednie badania. Co to znaczy ‚odpowiednie’? Ano takie, które się spodobają recenzentom, są dobrze osadzone w ‚mainstreamie’ dyscypliny. Przeglądanie postępowań, jak i moje własne skromne doświadczenia wskazują, że przynajmniej na pierwszy rzut oka tak może być. Ja jednak nie o tym.

 

Te dyskusje pokazują jednak wyjątkowo nieinteresującą wizję nauki. To nauka bezpieczna. Habilitanci to ludzie, którzy powinni sie nie wychylać, potulnie robić badania, które znajdą uznanie pana profesora czy pani profesor. Zero ryzyka! Z kolei profesorowie to banda hamulcowych, którzy nie są w stanie zobaczyć świata spoza swej miopii. A przecież jeśliby brać poważnie zapis o znaczącym wkładzie, to habilitant powinien dyscyplinę wyginać, naginać, rozszerzać….To przecież właśnie w tym momencie kariery, badacz osiąga z jednej strony pewną dojrzałość, a z drugiej jeszcze mu się powinno chcieć! Habilitacja to jest właśnie ten idealny moment na, powiedzmy, ‚rozumną rewolucję!’.

 

Nie wiem, jak jest. Podejrzewam, że jest różnie, zależnie od dyscypliny, a może i nawet są różnice wewnątrz dyscyplin. Jednak wydaje mi się, że jeśli habilitacja ma mieć jakikolwiek sens, powinna żądać od habilitantów, by należeli do awangardy. By ich badania były ‚cutting edge’. Badania, nie badania w dyscyplinie, po prostu badania! Problem jednak w tym, że by się tak stało, nie wystarczy zapis w ustawie. Nie można zadekretować rewolucyjności. Tu trzeba zmienić wizję nauki, trzeba zmienić, jak mówią Brytyjczycy, ‚frame of mind’. 

Czy to jest radość, czy tylko….

Zadano mi pytanie, jak się czuję jako doktor habilitowany. I, niestety chyba, czuję się zadzwiająco tak samo jak przed uzyskaniem stopnia. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że habilitacja, tak jak i doktorat to proces, który wieńczony jest uzyskaniem stopnia, jednak spodziewałem się chyba czegoś więcej.

 

Po doktoracie byłem strasznie dumny z siebie. Trochę sobie myślałem, że moją doktorskość widać na odelgłość, a może i w tramwaju ludzie to widzą (trochę). Chyba się spodziewałem czegoś podobnego w wypadku habilitacji. Niestety, nic takiego się nie dzieje. Dlaczego? Nie wiem, może dlatego, że te ostatnie tygodnie przed uzyskaniem stopnia nie były najciekawsze. Może dlatego, że mam świadomość ‚polityki habilitacyjnej’, która się wokół mnie toczyła. Nie, nie mam niedosytu, w jakiś sposób ‚kolokwium’ sprawiło, że mam poczucie wygranej, osiągnięcia stopnia w boju, na przekór trudnościom. Ale jakoś brakuje tego doktorskiego uniesienia. Ot, zawiadomili, ja przyjąłem do wiadomości, kilka osób mi pogratulowało i tyle. 

 

No więc jak się czuję jako nowowyhabilitowany samodzielny pracownik naukowy? No, czuję się tak samo jak dotąd. W moim życiu nic się nie zmieniło, a przez te wszystkie przepychanki chyba odebrano przynajmniej część radości z tego, mam nadzieję, że jednak osiągnięcia.

Bizantyjska bezsilność

Chciałbym zacząć od wpisu najogólniejszego. A zatem wrażenia z przewodu habilitacyjnego. Od decyzji, przygotowania dokumentacji, złożenia itd, wszystko trwało nieco ponad rok. Po części na pewno to była moja początkowa opieszałość, po części recenzent, który odstąpił od recenzji, po części pozostali – chyba tylko jeden recenzent napisał recenzje w przewidzianym czasie. I co? Nic.

 

Moje pierwsze wrażenie to to, o czym pisałem wielokrotnie. Bizantyjska procedura, nakładająca na mnie mnóstwo obowiązków, które nikomu do niczego nie są potrzebne. Nadal nie wiem, po jaką cholerę przygotowywałem dokumentację po angielsku. Odpowiedź ‚na wszelki wypadek’ jest niesatysfakcjonująca.

 

Po drugie, zupełnie nie doceniałem aktywności pozakulisowej. Do dzisiaj nie wiem i nie będę wiedział, jak daleko ona szła, jak intensywna była. Kto do kogo zadzwonił, kto z kim rozmawiał  itd. Ja wiem, że takie działania były, bo dochodziły do mnie. Nadal twierdzę, że to nie plecy, jednak bez wątpienia były działania wspierające mnie, tak jak i przeciwne.

 

Po trzecie, poczucie kompletnej bezsilności. Habilitacja to procedura oparta na zaufaniu wobec recenzentów i innych oceniających. To zaufanie, że oni się zachowają profesjonalnie, rzetelnie, uczciwie. Gdy ktoś tak sie nie zachowa? Masz pecha. I tyle.

 

Zaczynałem jako zwolennik habilitacji, a kończę jako…. cholera wie. To, czego doświadczyłem, przekonuje mnie o procedurze pełnej probemów i sprzeczności (czytanie postępowań wskazuje, że ja miałem łatwo i przyjemnie). Czy to znaczy, że należy znieść habilitację? Nie wiem, raczej nie, tyle że ja nie jestem już pewien, czy habilitacja jest rzeczywiście zaporą przed miernotą.To po co nam ona? Nie wiem.

Podziały

Zanim zacznę podsumowania, chcę odpowiedzieć na pytanie spryciurki, która zapytała mnie, czy coś bym zmienił w ujęciu tematu. Rozumiem to jako pytanie o to, czy nie lepiej byłoby zrobić coś, co nie napotka problemów. Zanim odpowiem, zastrzegam się, że odpowiadam z punktu widzenia kogoś, komu się udało. Jak bym odpowiedział, gdybym poległ, nie wiem.

 

Odpowiedź, jak się można pewnie spodziewać, jest negatywna. Czy zmieniłbym? Nie, nie zmieniłbym!  Nadal uważam, że napisałem rzeczy ciekawe, z ciekawym ujęciem tematów. Nie, nie zmieniłbym tego. Mówiąc pryncypialnie: uważam, że ja mam prawo robić naukę, jak mi się podoba. I jeśli ona jest akceptowana przez ‚srodowisko międzynardowe’, a zatem przez recenzentów, to kwestionowanie tego w czasie postępowania habilitacyjnego, nie ma najmniejszego sensu.

 

Według mnie to kwestia absolutnie podstawowa. Recenzenci nie są od tego, żeby wyznaczać granice dyscyplin. Warto sobie to powtórzyć – podział na dziedziny i dyscypliny (jak to już chyba napisał dala.tata) jest opisem tego, co robią uczeni. Z dyskrypcji my w Polsce zrobiliśmy preskrypcję, a to jest kompletne pomieszanie z poplątaniem. Nie ja się mam wpasowywać w ministerialny podział. Powinno być dokładnie odwrotnie – jeśli podział nie obejmuje moich badań, to znaczy, że trzeba zmienić podział! Wydawałoby mi się, że profesorowie powinni takie rzeczy wiedzieć.

 

Podziękowania

To koniec ważnej drogi dla mnie. Choć anonimowo, chciałbym napisać maila dziękującego.

 

Przede wszystkim dziękuję mojej partnerce. Stała przy mnie, gdy wątpiłem, gdy miałem dość. Gdy nie radziłem sobie, siadała i mi pomagała. Dni, godziny, chwile przed ‚rozmową’ wspierała i trzymała za rękę, również literalnie. Bardzo Ci jestem wdzięczny, ukochana.

 

Było koło mnie kilka osób, które bezinteresownie wspierały mnie. Nie dlatego, że jestem ‚od nich’, ale dlatego, że doceniały mój dorobek i szanowały mnie. To było niezwykle ważne. Parę razy dowiedziałem się o działaniach na moją korzyść, od osób trzecich. Okazywało się, że po prostu pomagali. Jestem im za to bardzo wdzięczny. Czy to znaczy, że miałem ‚plecy’? Myślę, że nie. Myślę, wolę myśleć, że chodziło właśnie o szacunek. Nie mam długu wdzięczności, nie mam niczego do spłacenia. Po prostu szanujemy się.

 

Dziękuję zadającym mi pytania. Okazali się prawdziwymi profesjonalistami. Trochę mi głupio, że im nie zaufałem.

 

Last, but not least….dziękuję wszystkim tym, którzy zatrzymywali się i okazywali życzliwość (na korytarzu, na blogu, na forum). I wszystkim tym, trzymali za mnie kciuki, szczególnie tym, o których nie wiem. Trzymali bezinteresownie. Bardzo mi z tego powodu miło.

Blog

Od jakiegoś czasu myślę o tym blogu. Chciałbym go utrzymać. To już ponad 300 wpisów i dobrze ponad 1000 komentarzy/reakcji (część, rzecz jasna, jest moja). Mam wrażenie, że zaczynałem go pisać bardzo dawno temu, wręcz w innym życiu (nie, nie, nie idzie mi o życie niehabilitowanego). Ten blog stał się ważnym elementem mojego ‚robienia habilitacji’. Co więcej, z dużą radością i dumą obserowałem rosnącą ilość komentarzy pod moimi wpisami, czasem żyjącymi swym własnym życiem.

 

Chciałbym to wszystko utrzymać. Nie wiem jak, choć mam nadzieję, że się uda. Chciałbym utrzymać temat tego bloga – chciałbym nadal pisać o habilitacji. Niedługo jednak pojawią się przewody profesorskie – będą bardzo kusiły. A zatem choć nie będzie to blog o mojej drodze do profesury (w ogóle o tym nie myślę), chciałbym, żeby ten blog nadal skupiał się na postępowaniach awansowych, może z wycieczką od czasu do czasu w inne sfery nauki polskiej. Zanim to wszystko nastąpi, najpierw czekają mnie podsumowania. Mam nadzieję, że Państwo czytający moje wpisy uznają je za warte dalszego zainteresowania.

 

Pozostaje jeszcze rozprawić się z moją tożsamością. Również o tym myślę o tym od dłuższego czasu. Z jednej strony, chciałbym pokazać, że to, co pisałem o sobie nie było bezpodstawne. Z drugiej strony martwi mnie ujawnienie chociażby nazwisk moich recenzentów, których recenzje komentowałem. Przynajmniej na razie pozostanę anonimowy.

 

Zostawiam nazwę bloga. Niech mi przypomina, że jeszcze nie tak dawno ‚robiłem habilitację’. Tak na wypadek, gdyby mi habilitacyjna sodowa zaczęła uderzać do głowy.

Rozmowa

Jak było na ‚kolokwium’? Chyba przede wszystkim powiedziałbym, że zaskakująco. Wbrew temu, czego się spodziewałem, było całkowicie profesjonalnie. Moje obawy, które to w dużych szczegółach opisywałem, szybko zostały rozwiane. Oczywiście nie było miło i przyjemnie (ale też to nie jest okazja miła i przyjemna). Była rzeczowa rozmowa na temat tego, co robię, z niewielkimi wycieczkami poza. Wyszedłem zmęczony, ale z poczuciem, że wszyscy wypełniliśmy swój obowiązek. Chyba dość szybko miałem poczucie, że nie polegnę na tej rozmowie. Okazało się, że miałem rację – zaakceptowano moje odpowiedzi.

 

Więcej jednak nie napiszę. Jednak mogę szczerze powiedzieć, że to ja się myliłem co do obaw wobec ‚rozmowy’ i wszystkim życzę takich rozmów. Co więcej, cieszę się, że się myliłem.

 

To oczywiście nie zmienia mojego stosunku do całej idei ‚kolokwium’. Nie mam pojęcia, co dało pytającym przepytanie mnie.

Zostałem doktorem habilitowanym

Ponad rok czekałem na ten wpis. I wreszcie nadszedł. Rada mojego wydziału nadała mi stopień doktora habilitowanego. 

 

Czuję głównie ulgę. Wszystkim Państwu, którzy mi kibicowali tutaj, serdecznie dziękuję.Państwa wsparcie było dla mnie ważne i cenne. Za jakąś chwilę napiszę więcej.