Wstyd umarł

Chciałbym się krótko odnieść to protokołu  zamieszczonego przez trzy.14 pod poprzednim wpisem. Uderzyły mnie trzy rzeczy poza tym, że zamieszczenie tego protokołu można by kwalifikować jako sabotaż!

 

Po pierwsze i chyba najważniejsze to, że jedna z pań profesor, na radzie, na której ma głosować nad nadaniem stopnia, uznaje za stosowne zapytać: „Jaki był tytuł rozprawy?”. Pani Profesor za chwilę będzie głosować nad nadaniem stopnia i nie wie o tym postępowaniu nic!! Czy naprawdę jej nie wstyd? Mnie nie przeszkadza to, że Pani Profesor nie pamięta, że nie ma już rozprawy (old habits die hard!), ale oczekiwałbym jednak od niej, żeby się choć pobieżnie zapoznała z dokumentacją. Może głupio, ale zakładam, że była jakaś dokumentacja w sprawie. Co więcej, podejrzewam, że pani profesor nie była jedna.

 

Po drugie, urocza jest dyskusja na temat indeksu Hirscha i na temat tego, żeby o nim nie rozmawiać, bo nie ma go w ustawie. No w ustawie nie ma, ale przecież jest w rozporządzeniu dotyczącym kryteriów oceny habilitanta! Okazuje się, że głosujący członkowie rady wydziału nie znają nawet kryteriów, według których ma habilitant być oceniony. To oni oceniają tylko na nosa?

 

Po trzecie i chyba w tym kontekście najmniej ważne, to dyskusja na temat ‚zobaczenia habilitanta’. Rozumiem dobrze, że są profesorowie, którzy uważają, że źle się stało, że zniesiono kolokwium habilitacyjne. Jednak już je zniesiono! Trzeba z tym żyć! Jasny szlag mnie trafia z powodu tych ‚niepokornych’, którym się nie podobają nowe przepisy, więc wyżywają się na habilitancie. Przypominam: głos wstrzymujący się od głosu jest efektywnie głosem przeciwnym!

 

Już tylko dodatkowym smaczkiem jest to, że to pani profesor, która nie znała ‚tematu rozprawy’ poinformowała, że skoro nie zna kandydata, może się tylko wstrzymać od głosu. Zacytuję klasyka: wstyd umarł.

 

I zadam jeszcze pytanie: czy jest ktokolwiek, kto myśli, że taka rada wydziału to ten jeden szczególny, rzadki jak krzyżówka jednorożca z białym krukiem, wyjątek?

Kwestia szacunku

Obecnych 49, głosów na tak: 52, głosów na nie: 0, wstrzymujących się: 3. I właściwie nic więcej można nie pisać o tym wyniku głosowania w sprawie nienadania stopnia habilitantce w naukach humanistycznych (nawiasem mówiąc to o tym postępowaniu pisałem, wpis z 31 maja, wytykając recenzentom dziwne rozumienie cyklu jednotematycznego). Przytoczony bowiem w komentarzach pod poprzednim wpisem link odebrał mi mowę. Takiej nonszalancji, braku szacunku, takiej otwartej pogardy dla procedury nie spodziewałem się. Nie spodziewałem się na tyle, że nie przyszło mi do głowy sprawdzać, czy protokoły głosowań wskazują na odpowiednią do obecnych liczbę głosów. Jednak Wydział Nauk Historycznych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika przekroczył granice, wydawałoby się, nieprzekraczalne. Im się nie chciało nawet policzyć obecnych na posiedzeniu Rady Wydziału jej członków. 

 

Gdy przechodziłem przez ten nieszczęsny proces, zawsze gdzieś w głowie siedziała myśl, że może się to skończyć źle. I zastanawiałem się, jak to będzie. Miałem jednak nadzieję, że moje niepowodzenie będę mógł podsumować hasłem Gloria victis. Tak, nie powiodło się, ale to nie znaczy przecież, że to przekreśla mnie, mój dorobek. Przecież coś tam osiągnąłem i to coś, jakkolwiek niewielkie, zasługuje na jakiś tam szacunek. Wydawało mi się też, że jeśli tego szacunku nie dostanę od osób wokół mnie, to dostanę go od uczelni. Zostanie mi przekazana informacja, w minorowym nastroju, bez przytyków, bez triumfu. Może nawet zasłużę na uścisk dłoni i praę słów otuchy. Nie przyszło mi do głowy, że ta jakże dla mnie ważna procedura, procedura w dużej mierze decydująca o moim przyszłym życiu naukowym, mogłaby zostać potraktowana z nonszalancją.

 

Wielokrotnie pisałem tu o kontroli jakości, pisałem też kilkukrotnie o należytej staranności w postępowaniu. Ale to wszystko nie ma znaczenia. Ja powinienem zacząć pisać o okazaniu habilitantowi podstawowego szacunku.

Wieczny temat

Tak sobie myślę… Piszę bloga o habilitacji od ponad roku. Pod przedostatnim wpisem widnieje w tym momencie 36 komentarzy. Myślę, że można spokojnie powiedzeć, że habilitacja to temat gorący. Dyskutujemy na temat habilitacji od lat. Nic z tego nie wychodzi, ale dyskutujemy.  Mam wrażenie, że habilitacja skupia na sobie masę goryczy, niecheci czy wręcz nienawiści w polskiej nauce.

 

Być może to i nawet zrozumiałe, jednak tak nie musi być. Habilitacja mogłaby być przecież reprezentacją rzeczywistych osiągnięć polskiego badacza. Szkoda że tak nie jest. Może i to order, ale moglibyśmy go nosić z dumą. A przecież to nie idzie o habilitację. Idzie o naszą zdolność do napisania rztelnej recenzji, opartej o rzetelną ocenę, opartą o porządne standardy naukowe. To się wydaje takie proste!

 

Priorytety

Nie liczyłem i opieram się jedynie na wrażeniach, jednak wydaje mi się, że od jakiegoś czasu nie pojawiają się nowe postępowania na stronach CK, przynajmniej w dziedzinach, do których zaglądam. Nie wiem, oczywiście, czy biznez habilitacyjny utknął, mniej postępowań się wszczyna, czy może urzędnicy z CK zrobili sobie przerwę. Do tej drugiej interpretacji skłania mnie jednak to, że wiem o postępowaniach zakończonych już jakiś czas temu, które jednak nie zostały jeszcze  zakończone na stronach CK. Być może jednak wina leży po stronie uczelni, które nie przesyłają dokumentów, nie chce mi się jednak wierzyć, że uczelnie hurtowo zawalają, a CK jedynie czeka bezzwłocznie zawieszając na swych stronach.

 

Już parę razy pisałem o stronach habilitacyjnych CK, pisałem negatywnie. Błędy na stronach nadal wiszą, włącznie z nieszczęsnym Agnieszkiem, którego postępowanie wszczęte zostało ponad pół roku temu. Urzędnicza obsługa habilitacji nie należy chyba do urzędniczych priorytetów.

Po co habilitacja?

Na blogu dr. Kulczyckiego wpis z ciekawym pytaniem: ‚Do czego potrzebna jest habilitacja?’. Postanowiłem odpowiedzieć na to pytanie tutaj, a odpowiedzi są dwie. Pierwsza to odpowiedź, którą dałbym na początku procesu, a przede wszystkim zanim przeczytałem tę ponad setke autoreferatów i jeszcze więcej recenzji. Druga to ta, którą dałbym dzisiaj,

Gdy zaczynałem proces, chciałem wejść do tego bardziej elitarnego klubu, ‚szlachty’ akademickiej. Pisałem tu o ocenach przez autorytety, o rzetelności, o nauce międzynarodowej i nie wiem, czym jeszcze. Okazało się, że to raczej mrzonki, a habilitacja żyje własnym życiem. Lektura autoreferatów i recenzji szybko pokazała, iż członkowie tego klubu są znacznie bardziej, powiedzmy, zróżnicowani, niż by się chciało, a krtyeria członkowskie stosowane z dużą ‚elastycznością’. Moje złudzenia na temat elitarności habilitacji pierzchły szybko, a jedna z moich recenzji była ostatnim gwoździem do trumny, w której je pochowałem.

 

Bez wątpienia są wybitni doktorzy habilitowani, jednak klub, do którego wszedłem wcale nie wyznacza mojej elitarności (jeśli takową w ogóle osiągnąłem). Habilitacja jest obok elitarności, niestety, nie określa jej i nie wyznacza. I w ten sposób dochodzimy do mojej dzisiejszej odpowiedzi. Podobna jest do kilku udzielonych pod wpisem p. Kulczyckiego. Habilitacja jest potrzebna do tego, żeby można było dalej pracować naukowo, żeby z pracy nie wyrzucili. To postępowanie awansowe, nic więcej. A co na jego końcu stopień? Nie wiem.

 

Debaty

I jeszcze jedna refleksja na temat dyskusji. Otóż jednym z aksjomatów publikowania jest według mnie  to, że nie ma i nie może być artykułu (czy też książki) idealnego. Nie może choćby dlatego, że nie ma też badań idealnych – każde badanie obarczone jest ograniczeniami. Każdy artykuł można ulepszyć. Robiąc badania i pisząc artykuł na ich temat rozpoczynam proces dążenia do tego, by opublikować najlepszy możliwy artykuł biorąc pod uwagę ograniczenia badań, ograniczenia mojej wiedzy, wyobraźni, kreatywności, a wreszcie zainteresowania redaktora, czytelników, kończąc na banalnym fakcie, że artykuł siłą rzeczy musi zawrzeć się w jakiejś tam objętości. 

 

Proces recenzyjny, w przeciwieństwie do procesu recenzyjnego w habilitacji, ma pomóc mi na drodze do uzyskania optymalnego artykułu. Dlatego właśnie tak kluczowe są rzetelne recenzje. Za każdym razem, gdy dostaję recenzje, dostaję wskazówki, co zrobić, by napisać lepszy artykuł. Czasem te wskazówki polegają na tym, by go nie pisać. Gdy więc uwzględniam recenzje artykułu powstaje lepszy artykuł. On oczywiście mógłby być jeszcze lepszy, gdyby nad nim jeszcze popracować, ale umawiamy się, że jeden, czasem dwa etapy recenzyjne wystarczą – więcej byłoby niepraktyczne.

 

I teraz to, co najważniejsze. Refleksja nad recenzjami oraz wpisywanie ich do artykułu to zaangażowanie się w debatę naukową, zapośredniczoną przez czasopismo, ale jednak debatę. Debata z kolei jest, jak mi się zdaje, kamieniem węgielnym nauki. Wydaje mi sie, że debata z recenzentami jest w samym centrum debat naukowych.

 

Rzetelne recenzowanie tekstu złożonego do druku jest więc nie tylko konieczną częścią publikowania, ale, szerzej, uprawiania nauki. Wydaje mi się, że z tego wynika, że niezaangażowanie się w ten proces, niezaangażowanie się w debatę naukową podważa podstawy nauki. Z tego też względu odmawiam uznawania nie zrecenzowanych rzetelenie artykułów jako dorobku naukowego, który podlega ocenie w postępowaniu habilitacyjnym.

 

Bez przymiotników

Krótka refleksja na temat dyskusji prowadzonych tutaj. Niejednokrotnie dyskutujący korzystają z argumentu o ‚warunkach’ polskich. Polska nauka jawi się jako szczególna, stosują się wobec niej szczególne zasady, nie można przykładać wobec niej miary, którą stosowalibyśmy ‚w nauce’, takiej nieprzymiotnikowej. Wersją tego argumentu jest argument o dziwnych polskich profesorach, którzy odstają (zazwyczaj negatywnie) od swych zachodnich kolegów.

 

Zawsze mnie martwią takie argumenty.  Z dwóch powodów, po pierwsze, wydaje mi się, że uprawiam naukę, a nie naukę polską. Wyniki moich badań są publikowane ‚na świecie’, nie chcę i nie oczekują szczególnej dyspensy za polskie nazwisko. Po drugie, wydaje mi się, że powinniśmy dążyć do tego, żeby w Polsce uprawiało się naukę, a nie nakę polską, a profesorowie żeby byli podobni do tych z reszty świata. Argumentem raczej powinno być to, że w Polsce jest jakoś, więc tym bardziej powinniśmy dostosować się do tego jak działa nauka na świecie.

Vanitas?

Trwa kolejna dyskusja na temat tego, co ma oceniać recenzent habilitacyjny. I po raz kolejny wyłania się znacząca niespójność w ocenach dorobku habilitacyjnego. I tak, habilitant publikujący lokalnie, gdy trafi do recenzenta z jednej strony sporu, może z powodzeniem uzyskać ocenę (bardzo) pozytywną, jeśli jednak trafi do recenzenta z drugiej strony może równie łatwo uzyskać ocenę negatywną. Sądząc po recenzjach, ten pierwszy scenariusz jest bardziej prawdopodobny, jednak jest niejedno postępowanie, w którym ten drugi scenariusz stał się faktem (i to na dodatek w tej samej dyscyplinie, co ten pierwszy!).

 

Ta niespójność, według mnie, wykracza znacznie poza profesjonalny osąd recenzenta, o który go prosimy. Mamy tu do czynienia z różnicami w całej wizji habilitacji i jakości dorobku, różnice, które czynią habilitację procedurą właśnie niespójną i uzależnioną nie od oceny samego dorobku, ale zasad jego oceniania. A przecież zasady powinny być przecież podobne we wszystkich przewodach. Co więcej, w obu scenariuszach możemy mieć do czynienia z rzetelnymi recenzentami – oni po prostu grają według innych reguł.

 

Oczywiście trudno oczekiwać, że wszscy recenzenci zgodzą się z opinią wszystkich recenzentów. To niemożliwe, dlatego jest tychże recenzetów trzech, a na dodatek jest komisja habilitacyjna. Jednak habilitanci powinni być oceniani według tych samych reguł. A zatem czy, powiedzmy,  historyk piszący w powiecie ma taki sam dorobek, co historyk piszący w czasopismach ogólnopolskich, nie mówiąc o historyku wyściubiającym nosa poza granice i poddającym się ocenie międzynarodowej (wiszą tacy na stronach CK!!)? Czy ów historyk wydający książkę własnym sumptem napisał książkę, którą można zestawić z taką wydaną w zacnym wydawnictwie. Nie chcę odpowiadać na takie pytania, jednak recenzenci muszą. I odpowiadają różnie, a dla mnie to problem.

 

Na zakończenie dodam, że na świecie jest wiele wydawnictw, które wydają książki autorów chętnych za to zapłacić. Nazywają się vanity presses.

 

3 miesiące

Na forum dyskutowany był niedawno kolejny apel o odwołanie minister Kudryckiej. Nie będę go tu omawiał w całości, jednak chciałbym zwrócić uwagę na jeden z passusów. Otóż autorzy listu piszą:

 

a. Przeprowadzenie przewodu habilitacyjnego w ciągu pięciu miesięcy jest niewykonalne o ile recenzenci mają w sposób rzetelny zapoznać się z przedstawioną pracą habilitacyjną i z dorobkiem habilitanta. W przypadku nauk humanistycznych może wiązać się to z koniecznością przeczytania wielu set stron, przyjmując optymistycznie, że recenzent zna część dorobku habilitanta. W przypadku pracy doktorskiej trzy miesiące przewidziane na wykonanie recenzji jest możliwe, choć trudne do wykonania, w przypadku zaś pracy habilitacyjnej absolutnie niemożliwe. Dotyczy to wszystkich kierunków nauk, a szczególnie jaskrawo widać to w zakresie nauk humanistycznych.

 

Krytyka ta mnie zaskoczyła. Idzie mi przede wszystkim o krytykowane ramy czasowe wyznaczane dla recenzentów. 3 miesiące na recenzję doktoratu to ledwo co możliwe, a 3 miesiące na recenzję habilitacyjną to niemożliwość nad niemożliwościami.

 

Najpierw kilka słów na temat recenzji doktorskiej – dla porządku. Jak już jakiś czas temu wspominałem, mam za sobą doświadczenie pisania recenzji doktorskiej i zajęło mi to około tygodnia, być może odrobinę więcej. Nie powiedziałbym również, że to był tydzień, w którym się jakoś szczególnie przepracowałem. Przeczytanie doktoratu zajęło mi kilka dłuższych wieczorów, napisanie recenzji, a zrobiłem to porządnie, dwa, może trzy dni, oczywiście nie siedziałem nad tym od rana do wieczora. Gdzie tu 3 miesiące? Nie mam pojęcia.

 

Teraz kwestia recenzji habilitacyjnej. Do pewnego stopnia nie rozumiem, dlaczego humanistyka znów jest jakoś wyjątkowo szczególna. Tak, artykuły w naukach ścisłych są krótsze – zaglądnąłem do biologów, na podstawie kilku postępowań, można by powiedzieć, że recenzenci czytają około 50 stron tekstu, jednak wydaje mi się, że tekstu znacznie ‚gęstszego’ niż przeciętna rozprawa habilitacyjna z historii czy z literaturoznawstwa (nie ma w tym, co mówię, żadnej oceny). Co więcej, myślę, że można by spokojnie powiedzieć, że ilość tekstu, przez który musi się przebić recenzent habilitacyjny nie różni się dramatycznie od ilośći tekstu przy doktoracie. Tak, być może jest go trochę więcej przy habilitacji, ale mówimy o, powiedzmy, 30-50 procentach (i to chyba znacznie bardziej wzrasta w naukach ścisłych)? Maksymalnie?

 

Myślę, że można spokojnie założyć, że tak jak w wypadku doktoratu trzy miesiące z luzem i tańcami wystarczają na to, by się zapoznać z osiągnięciem. To gdzie te wiele setek stron? Podejrzewam, że w dorobku. Gdyby rzeczywiście recenzent chciał się zapoznać z całością dorobku habilitanta, ilość tekstu do przeczytania wzrasta dramatycznie, szczególnie, rzeczywiście, w humanistyce (i pewnie nie jest offsetowana gęstością tekstu ścisłego). Problem jednak w tym, że recenzje habilitacyjne wskazują, że recenzenci raczej nie czytają całego dorobku (no bo i po co mieli to robić?). Komentarze na temat  dorobku poza osiągnięciem są zazwyczaj powierzchowne, a recenzje skupiają się właśnie na osiągnięciu. Autorzy apelu protestują przeciwko czemuś, co tak zwyczajnie nie ma miejsca.

 

Gdzie zatem owe niemożliwe do zrealizowania 3 miesiące? Nie mam pojęcia. Ale wiem, skąd jest protest. Otóż protest jest stąd, że Państwo profesorowie coś muszą, im się każe zrobić coś szybko, sprawnie, oni mają się wziąć do pracy nie wtedy, gdy w duszy im zagra, ale wtedy, gdy oczekuje od tego ustawa czy zleceniodawca recenzji. Ale warto tu być może przypomnieć autorom listu, że piszący recenzje dostają za to wynagrodzenie i to wynagrodzenie niebagatelne. Oni przecież nie robią łaski.

 

I jeszcze drobna uwaga. Autorzy apelu piszą:

 

W przypadku nauk humanistycznych może wiązać się to z koniecznością przeczytania wielu set stron, przyjmując optymistycznie, że recenzent zna część dorobku habilitanta.

 

Trudno mi określić, ile to jest ‚wiele set’, ale pomyślałbym, że to musi być, lekko licząc, przynajmniej półtora tysiąca. A zatem przynajmniej półtora tysiąca stron musi przeczytać recenzent, który już zna część dorobku habilitanta. To ile stron musi przeczytać osoba, która nie zna w ogółe dorobku habilitanta i co taka osoba robi jako recenzent? Na pierwsze pytanie odpowiedziałbym, że może i nawet 3000, na drugie odpowiedzi nie znam. Zacząłem się jednak zastanawiać, czy dorobku humanistów przy takich wyliczeniach nie warto by mierzyć kilogramami, a nie ilością stron. Może o to też warto by zaapelować.

Łaska?

Zaglądnąłem do ustawy. Otóż ustawa nakłada na Centralną Komisję (art. 9)  obowiązek oceny

 

spełniania warunków do nadawania stopni doktora i doktora habilitowanego, wykonywania uprawnień przez jednostkę organizacyjną uprawnioną do nadawania stopni, a także zasadności uchwał, o których mowa w art. 14 ust. 2 pkt 5 i art. 18a ust. 11, w sprawie nadawania tych stopni.

 

Taki system oceny jest do pewnego stopnia systemem, o którym mówię. Jest jednak kilka problemów. Po pierwsze, nie znalazłem żadnych wytycznych, w jaki sposób oceny są dokonywane. Wiszący na ich stronach raport z działalności Centralnej Komisji w roku 2012 nie zawiera wzmianki o takich ocenach, choć przecież wydaje się, że musiały one się odbywać. Mówiąc wprost: Centralna Komisja nie robi łaski.  Po drugie, ocena wydaje sie dotyczyć jedynie wyników postępowania, a nie procesu. Po trzecie, dotyczy jedynie ‚instytucji’, a nie poszczególnych recenzentów.

 

Warto tu ustawodawcy zwrócić uwagę, że procedura to nie tylko jej wynik. Na stronach CK nadal wiszą postępowania wszczęte ponad rok temu. Po drugie, nie ma sensu oceniać zasadności uchwały, jeśli nie ocenia się informacji, na podstawie której uchwała została podjęta. Uchwała podjęta na podstawie ‚głupich’ recenzji może być w pełni zasadna, choć w rzeczywistości nie jest. Nie ma zatem sensu nieocenianie również recenzji.

 

I na koniec tego tematu chyba: proponowany przeze mnie system kontroli jakości nie jest czymś strasznym i niezwykłym. Jest tranparentnym procesem wzmacniania procesu nadawania stopnia doktora habilitowanego. Wydaje się, że wszystkim zainteresowanym powinno na tym zależeć.