Galeria habilitacyjna

Powtórzę to, co już kiedys pisałem. Bardzo się cieszę z wszystkich dyskusji na temat postępowań habilitacyjnych. Nie wiem, na ile nasze dyskusje docierają do autorów konkretnych recenzji, jednak nie wykluczałbym tego zupełnie. Myślę więc, że warto zwracać uwagę szczególnie na przykłady złych praktyk. Za wszystkie przykłady w komentarzach dziękuję – będę je odnotowywał we wpisach z tagiem ‚galeria habilitacyjna’.

 

Stopnie trudności

I znów odniosę się do wpisu na blogu Doktrynalia. Zainteresowało mnie, choć nie zaskoczyło, to, co autor napisał na końcu:

 

Wydaje mi się, że powyższy przypadek więcej mówi o stopniu trudności habilitacji na WPiA UMCS, niż o tym, jakie cechy powinien spełniać cykl publikacji, by być podstawą udanej habilitacji z nauk prawnych.

 

Myślę, że wszyscy ‚wiemy’, że na niektórych wydziałach jest łatwiej, na niektórych jest trudniej. Niektórzy recenzenci maja opinię rotweilerów, inni z kolei, że są łagodni.

 

Oczywiście, w jakimś stopniu takich różnic nie da się uniknąć, jednak powinno się do tego dążyć. Habilitacja, skoro jest stopniem państwowym, powinna być porównywalna, gdziekolwiek się ją uzyska. Kłania się kontrola jakości.

 

Żniwa

Są rzeczy, których nie zrozumiem. Zaglądam bowiem do zakończonego postępowania z kulturoznawstwa, a tam profesor historii zarzuca habilitantowi, że korzysta z najnowszych teorii. W recenzji profesor pisze: 

 

„Historycy z reguły nie korzystają lub tylko sporadycznie z najnowszych teorii i konceptów metodologicznych. Z kolei u Jana Sowy teorie dominują w koncepcie pracy i w narracji naomiast uderza niedostatek wiedzy i umiejętności historycznych….”

 

No straszność nad strasznościami. Habilitant skorzystał z teorii i to na dodatek, teoretyk jeden, z najnowszych. Zamiast siedzieć choć jednym pośladkiem jeszcze w XIX wieku, habilitantowi zachciało się jakiegoś Lacana. Co więcej, pisze chwilę poźniej recenzent, historycy powinni wziąć antyprzykład z habilitanta i zauważyć, że teoria w historii potrzebna nie jest. Trochę tu przesadzam, jednak recenzent przyznaje, że w polskiej historiografii teorii niet. I w ten sposób profesor historii uświadomił światowi niehistoryków, że istnieje nauka ateoretyczna. Historycy po prostu zbierają ziarna prawdy jak kombajn pszenicę. A po co tu teoria, skoro wszystko jak na dłoni widać….?

 

 Przez chwilę się zastanawiałem, co oznacza ‚wiedza i umiejętności historyczne’. Skoro nie teoria, to skonstatowałem, że w wypadku wiedzy idzie o więcej dat (magister zna z półtora tysiaca, doktor dwa tysiące lekko, doktor habilitowany dociąga do 4 tysiecy, a profesor tytularny to siedmioma tysiącami dat sypie jak z rękawa, członek rzeczywisty PAN rzeczywiście zna całe 10 tysięcy dat i to dziennych!). Jeśli idzie o  umiejętności historyczne, to chyba profesor ma na myśli czytanie. Bo co jeszcze potrzeba historykowi bez teorii? Wiem, wiem, jeszcze niestety pisanie!

 

Właściwie to tylko powiem, że odetchnąłem, że nie musiałem się habilitować z historii….

 

Pełna krasa

Zaglądam do kolejnego zakończonego postępowania, otwieram plik z decyzją, okazuje się, że pozytywną, a tu niespodzianka. Decyzja nadania stopnia dr Dudek zawiera uzasadnienie nadania stopnia dr Bińczyk. Urzędnik zastosował strategię kopiuj-wklej, nazwisk nie poprawił, dziekan podpisał, nawet nie przeczytał. Podobnie zresztą jak i urzędnik CK. A ja swoje, ad usrandum, nadanie stopnia doktora habilitowanego to nie jest lista zakupów! To ważny dokument, na który habilitant pracuje przez lata. I ta nonszalancja urzędnicza i dziekańska doprowadza mnie do szewskiej pasji.

 

Nie wiem, czy taki dokument zawiera wadę prawną, która go dyskwalifikuje i mnie to nie interesuje. Interesuje mnie jednak ten kompletny brak szacunku, który dokument ten reprezentuje. I o ile jestem w stanie zrozumieć pracownika administracji, oczekiwałbym tego szacunku od dziekana. Pan dziekan powinien chyba pamiętać swą habilitację, ile nerwów go to kosztowało, ulgę, którą odczuwał, radość, a także poczucie osiągnięcia. I nagle się okazuje, że Pan Dziekan nie jest nawet w stanie zmusić się do przeczytania dokumentu poświadczającego decyzję nadania stopnia. Widać śpieszno mu było. Na pewno do innych arcyważnych obowiązków, podczas których nauka polska nie pokaże sie w całej swej reprezentowanej przez niego krasie.

 

Z kronikarskiego obowiązku donoszę, że wspominany przeze mnie dr Agnieszk został przemianowany na Agnieszkę. Miałem trochę złośliwą nadzieję, że Agnieszk zostanie nawet po zakończeniu postępowania. Nie udało się.

 

 

Która część „po doktoracie” jest niejasna?

Nowy autoreferat z nauk humanistycznych. Po raz kolejny nie rozumiem, dlaczego w osiągnięciu znajduje się książka z doktoratu. Mam wrażenie, po raz kolejny, że habilitant nie zadał sobie trudu przeczytania ustawy, w której dość wyraźnie napisano, że

 

Do postępowania habilitacyjnego może zostać dopuszczona osoba, która posiada
stopień doktora oraz osiągnięcia naukowe lub artystyczne, uzyskane po otrzymaniu stopnia
doktora….

 

Powiem to własnymi słowami: książka doktorska nie może stanowić całości czy części osiągnięcia habilitacyjnego.

 

I trochę ogólniejszy komentarz. Wielokrotnie widziałem autoreferaty habilitantów w naukach społeczno-humanistycznych, którzy najwyraźniej nie rozumieją, czym jest owo tajemnicze ‚osiągnięcie’ z ustawy o stopniach. I tak jak cytowany tu habilitant wkładają do osiągnięcia wszystko, co mają w cv, łącznie z dorobkiem ‚doktorskim’ i artykułami w prasie lokalnej. I choć nie przeszkadza mi atematyczność tych osiągnięć, przeszkadza mi to, że habilitant twierdzi, że wszystko, co napisał, miało znaczny wpływ na rozwój dyscypliny. Przeszkadzają mi też autoreferaty, które wskazują, że habilitanci nie są w stanie się zastosować do nieszczególnie trudnego zapisu ustawy.

 

I na koniec, wydawałoby mi się, że to właśnie habilitanci z humanistyki powinni być w stanie przeczytać ustawę ze zrozumieniem. Ciśnie mi się tu jeszcze parę złośliwości na temat humanistów, ale się powstrzymam.

Wakacje

To będa wakacje bez habilitacji ‚z tyłu głowy’. Będą znacznie spokojniejsze. Nie chcę wracać do wakacji zeszłorocznych.

 

Niedługo wyjeżdżam. Na blogu będę mniej aktywny. Choć będę pisał. Lubię mój blog.

A recenzenci swoje

W niedawnym wpisie autor blogu Doktrynalia komentuje artykuł na temat habilitacji na podstawie jednotematycznego cyklu publikacji w naukach prawnych. Autor wskazuje na niespójności w opisie cyklu i rzeczywiście zamieszczone cytaty wskazują, że autor artykułu ma trudności ze spójnym wyrażeniem swych poglądów. Bloger konkluduje, że „w praktyce recenzenci znacznie surowiej oceniają cykle niż monografie i sam nie zdecydowałbym się teraz na próbę habilitacji na podstawie cyklu publikacji.”

 

Jeśli przyjąć, że autor Doktrynaliów ma rację, to jest to kolejny przykład, gdzie ‚rzeczywistość habilitacyjna’ stoi w sprzeczności z przepisami wyraźnie pozwalającymi na habilitowanie się na podstawie cyklu jednotematycznego. Co więcej, przepisy nie rozróżniają takich habilitacji, nie ma więc żadnych powodów, by stosować inne kryteria wobec takich habilitacji. I wreszcie, prawnicze problemy z tym, co konstytuuje cykl jednotematyczny, wskazują, że to pojęcie można rozumieć na wiele wykluczających się sposobów, lącznie z takim, w którym ocenia się intencję cyklową habilitanta. Życzę powodzenia!

 

Właściwie nie mam komentarza, poza tym, że komplikujemy życie sobie i habilitantom. Nie wiem, po co. Nie mam wielu wątpliwości, że nauka polska od tego lepsza nie będzie. A to, że robią to sami prawnicy, dodaje sprawie przeróżnych smaków i smaczków.

Z obrazkami

Pojawił sie  autoreferat ilustrowany. Interesujący, a chyba nawet zaskakujący. Mam wrażenie, że habilitantka wzięła gatunek autoreferatu do jego granic, a może i nawet przekroczyła je. Jestem bardzo ciekawy, czy tę formę skomentują recenzenci.

 

Zauważyłem ten autoreferat parę dni temu i nadal nie mam do końca wyrobionego zdania na jego temat. Z jednej strony, uatrakcyjnienie autoreferatu to coś pożądanego, z drugiej strony, takie właśnie uatrakcyjnienie nie przekonuje mnie. Ono nic nie dodaje, ilustracje nic więcej nie mówią o badaniach, o habilitantce. To trochę tak, jakby dołączyć to autoreferatu ze dwa kwiatki. Gdybym musiał się opowiedzieć, powiedziałbym chyba, że mi się bardziej nie podoba niż podoba. Forma odrobinę chyba przerasta treść. A może jednak nie.

Łaskawe ministerstwo

Krótki komentarz na temat komunikatu MNiSW na temat kosztów postępowań habilitacyjnych. Komunikat mówi, że nie przewiduje się „możliwości obciążania osób ubiegających się o uzyskanie stopni lub tytułu kosztami faktycznie poniesionymi przez jednostkę organizacyjną.” Po chwili jednak czytamy: 

 

Od 1 października 2011 r. obowiązek wypłaty wynagrodzeń może przejąć nie tylko pracodawca osoby ubiegającej się o uzyskanie stopnia doktora lub doktora habilitowanego albo tytułu, ale może to uczynić również osoba będąca podmiotem danego postępowania. 

 

Może ‚przejąć’ znaczy, że przyjdzie habilitant do dziekana i powie: ‚Ja chciałbym przejąć. Pozwólcie mi, bardzo ładnie proszę.’? No przecież to nonsens. Nikt nie chce ‚przejąć’ płatności 20 tysięcy złotych, jeśli nie zostanie do tego zmuszony. Nie jestem prawnikiem, jednak wydaje mi się, że jedną ręką wygrażając, ministerstwo broni habilitantów, drugą jednak otwiera okienko w kasie i w swej łaskawości pozwala im ponieść koszty.To oznacza, że habilitanci będą płacić, jeśli nie zapłaci za nich pracodawca. I nie rozumiem, co dokładnie wyjaśniło nam ministerstwo.

 

 

Nowe moce

Jakiś czas temu komentowałem postępowanie habiiitacyjne profesora zwyczajnego. Postępowanie  to zakończyło się z powodzeniem, recenzje dorobku habiitanta są bardzo pozytywne.

 

I właściwie nie ma czego komentować, poza jednym fundamentalnym pytaniem: po jaką cholerę on musiał to robić? Cóż za piramidalna strata czasu dla habilitanta, dla recenzentów (oni przynajmniej zarobili), dla członków komisji. A przy okazji utopione kolejne 20 tysięcy. I po co? No najprawdopodobniej po to, żeby Pan Profesor mógł mieć stopień z nauk społecznych. Ta habilitacja to kompletny absurd, kompletna bzdura. Stopień naukowy robiony nawet nie dla stopnia, ale po to, żeby się w papierach zgadzało. Habilitacja robiona, bo ‚system’ wymaga nie dorobku, nie publikacji, ale konkretnego kwitu, bez którego przecież Profesor nie dałby rady….

 

Moc magiczna pieczątki zaiste jest potężna. To ona przecież stworzyła całkowicie nowego uczonego. Przypięto Panu Profesorowi odznakę, dzięki której wyposażylismy go w nowe moce. Co prawda, jeszcze nie lata i nie ma laserowego wzroku, ale ma coś prawie równie fajnego: ma stosowną przynależność dziedzinową. Grunt to priorytety naukowe.