Renoma, renoma

Co się dzieje, gdy recenzent ma gorszy/słabszy dorobek niż habilitant? Pytanie, które padło jakiś czas temu w dyskusjach. Przede wszystkim, tak, widziałem postępowania, w których recenzent czy recenzenci mieli dorobek słabszy niż habilitant. A zatem habilitant miał znaczniejszy profil międzynarodowy, więcej publikacji w dobrych międzynarodowych czasopismach. Recenzent zazwyczaj znacznie przewyższa habilitanta ilością publikacji, jednak zdarza się, że habilitant przewyższa  recenzenta ich jakością.

 

Polski system awansowy polega na tym, że osoba z wyższym stopniem ocenia osobę z niższym stopniem. Ten system zakłada, że oceniający ma odpowiednio większy i jakościowo lepszy dorobek niż osoba oceniana. Dzięki temu, system zakłada, że oceniają lepsi. W postępowaniach, o których mówię, zasada lepszości oceniającego jest zaburzona.

 

I co wtedy? Wydaje mi się, że problemów jest kilka. Po pierwsze, taka zwykła zazdrość. Na ile recenzent z uboższym dorobkiem może być obiektywny? Po drugie, na ile osoba, która publikuje jedynie lokalnie, rozumie i docenia publikowanie ‚na świecie’. Po trzecie, na ile to, powiedzmy, etyczne, by habilitanta oceniał recenzent o osiagnięciach mniej znacznych niż sam habilitant.

 

Nie mam odpowiedzi na takie pytania. Jednak wiem, że ustawa oczekuje, by recenzenci charakteryzowali się renomą międzynardową. Tak niestety nie jest.

 

Piżama

Your complimentary period has ended. Thank you for using Pdf Complete.

 

Taką adnotację ma dokument z jedną z decyzji o nadaniu stopnia. Razi mnie to. Przecież to oficjalny dokument, na którym widnieje informacja, że program, z którego skorzystano, nie powinien zostać wykorzystywany. Nie, nie chcę się wymądrzać na temat tego, czy powinno się korzystać z takich programów czy nie, to dla mnie kwestia wizerunku. A właściwie kompletnego braku refleksji nad tym, jak dziekan prezentuje i reprezentuje swą uczelnię. Równie dobrze przecież dziekan ów mógłby napisać decyzję na odwrocie zapisanej kartki papieru. Też by zaoszczędził. 

 

Może i znów się czepiam, jednak dla mnie to jak przyjście na inaugurację roku akademickiego w piżamie. I myśl o Państwu Profesorach w piżamkach i koszulach nocnych przeraziła mnie na tyle, że czym prędzej kończę ten wpis.

Żartownisie

W niedawnej dyskusji tu podniesiono problem recenzji ‚kurtuazyjnych’, czy tez może recenzji, które są pozytywne wbrew tekstowi recenzji. Dyskutanci opisali je jako jeden najpoważniejszy problem polskiej habilitacji. Rzeczywiście czytałem wiele recenzji, które rozbierały dorobek habilitanta na czynniki pierwsze, jednak kończyły się konkluzją pozytywną. Rzeczywiście, tak jakby, jak napisał pfg, negatywna konkluzja była jakimś strasznym faux pas, puszczeniem bąka w towarzystwie. Ten typ recenzji wydaje się rzeczywiście najczęściej występującym typem recenzji nierzetelnej.

 

Skąd się one biorą? Dlaczego recenzenci mają opory, by napisać ‚nie’. Powodów jest najprawdopodobniej wiele. Ilość czasu włożona w habilitację, ‚układy’ (przyjacielskie, koleżeńskie, zależności), robienie na złość ‚systemowi’, a może  oczekiwanie, że publiczne zawstydzanie habilitanta wystarczy. Czy wreszcie to, że habilitant wyrwie okropnemu państwu, pracodawcy czy komuś więcej forsy, która mu się należy jak psu buda.

 

Co z tego wynika? No wynika to, o czym mówiłem wielokrotnie. Gdy czytam te recenzje, za każdym razem moje zaufanie do systemu oceny habilitanta sięga zera. Za każdym razem, gdy czytam taką recenzję, myślę, że recenzent robi sobie z habilitanta, ze mnie, z nauki żarty.

 

 

 

Herezje!

Na forum dyskusja na temat systemu wspomagania wyboru recenzentów. Dyskusja krótka, system skrytykowali wszyscy, ja mam podobne doświadczenia jak inni, nie dołożę więc kolejnych słów krytyki na temat szalonych wręcz wyborów recenzenckich proponowanych przez system. Dodam jednak kilka słów na temat rankingu recenzentów.

 

Otóż podobnie jak inni zawuażyłem, że recenzenci nie są ustawiani w rankingu wg swych kompetencji, ale wg posiadanych stopni naukowych. Przyznam, że opadła mi szczęka, gdy widziałem doktorów z oczywistymi komptenecjami recenzenckimi, którzy ustawiani są w rankingu poniżej osób mniej kompetentnych, ale z habilitacją, a ci poniżej osób z tytułem naukowym.

 

Te rankingi pokazują jednak jakże prawdziwy obraz nauki polskiej. Nauki, w której nie chodzi przecież o kompetencje, ale o porządek dziobania. Profesor zwyczajny musi być lepszy od podwórkowego, podwórkowy od adiunkta, a adiunkt od magistra….Właściwie to magister się i tak nie liczy, może co najwyżej po piwo skoczyć. A ja jakoś nie zauważyłem, by moje kompetencje recenzenckie wzrosły wraz z uzyskaniem stopnia doktora habilitowanego. One wynikają z badań, które prowadziłem i prowadzę. To doktorant, który, no, powiedzmy kończy pisać doktorat na temat X jest bardziej kompetentny, by napisać recenzję artykułu na ten temat niż profesor, jego promotor.

 

Wiem, wiem, spalić mnie na stosie za te herezje.

 

Minimum ponad wszystko!

Parę dodatkowych słów na temat proponowanych zmian w ustawie o stopniach. Słów, które są kolejną powtórką tego, co napisałem już na tym blogu kilkukrotnie. Otóż dr Kulczycki, w linkowanym parę dni temu przeze mnie poście, wspomina, że w przeciwieństwie do doktoratów, nadal nie przewiduje się interdyscyplinarnych habilitacji. Jest to dla mnie niezrozumiałe – no przecież nie ma sensu myśleć, że interdyscyplinarni doktorzy będą gremialnie nudzić się swą interdyscyplianrnością. Brak konsekwencji ustawodawcy jest uderzający.

 

Jednak można argumentować, że skoro w wypadku habilitacji nie ma wymogu, by recenzenci mieli konkretną przynależność dyscyplinarną, nie ma przeszkód, by były habilitacje interdyscyplinarne. Problemy jednak są dwa. Po pierwsze, habilitant musi określić nie tylko dziedzinę, ale również dyscyplinę, w której zamierza się habilitować. Po drugie, praktyka recenzencka wskazuje, że przynależność dyscyplinarna jest dla recenzentów ważna i przypominam sobie habilitacje, które padły ze względu na to, że recenzenci uznali, że to nie ta dyscyplina.

 

Powstaje więc pytanie. Czy wymóg dyscyplinarności habilitacji przynosi jakiekolwiek korzyści? Myślę o tym i myślę i nie znajduję żadnych. Potrafię wymyślić wady szufladek dyscyplinarnych – choćby ograniczenia tematów badawczych, ograniczenia w rozwoju naukowym, czy w zainteresowaniach badawczych (potencjalnych) habilitantów. Zalet nadal nie widzę. To skąd, ziewam, ten nacisk na przynależność dyscyplinarną? Ano, oczywiście, interdyscyplinarna habilitacja nie pozwoliłaby na proste i jasne zakwalifikowanie doktora habilitowanego do konkretnego minimum kadrowego. A to przecież jest największy priorytet nauki polskiej.

Profesorskie mimozy

Znajduję kolejne postępowania z wykluczającymi się recenzjami. Ostatnio, postępowanie w naukach humanistycznych, zakończone niepowodzeniem, dwie recenzje pozytywne, jedna negatywna. O niespójnych recenzjach już nie raz pisałem, interesuje mnie jednak również coś innego. Zastanawiam się nad dyskusjami w komisji habilitacyjnej, które pozwalają na to, że przeważa ta jedna negatywna  recenzja.

 

Bardzo chciałbym zobaczyć zapis takiej rozmowy. Jakiś czas temu pisałem o postępowaniu, w którym znany polski socjolog systematycznie i dokumentnie zmiażdżył dorobek habilitanta. A to przy jednej recenzji wręcz entuzjastycznej. Zastanawiam się, jak to wygląda na spotkaniu. Co mówią ci pozytywni recenzenci? Wycofują się? Tłumaczą, że im się wydawało, że skupili się na czym innym? A może przyjęli rolę adwokata diabła?

 

Profesorskie ego to kwiat delikatny, kwiat, przy którym mimoza wymięka w przedbiegach. Nie można przecież tak przywalić profesorowi wprost. Nikt nie powie recenzentowi habilitacyjnemu: aleś Pan bzdury napisał! Pani nie wie, co pisze. A zatem co? „Doskonale rozumiem stanowisko Pani Profesor, jednak wydaje mi sie, że zbyt duży nacisk położyła Pani na omawiany aspekt dorobku habilitanta”. „Wydaje mi się, że Pan profesor okazał życzliwość, która znana jest w kraju i daleko poza jego granicami, tym razem Pańskie gołębie serce….”

 

Gdzie kończy się ego, a zaczyna nauka?

 

Transformers?

Profesor pedagog kontynuuje swą krucjatę przeciwko pedagogice jako nauce społecznej. Pisałem już tu o tym, że tezy prof. Śliwerskiego na temat prawdziwej natury pedagogiki są absurdalne. Uderza mnie jednak ewolucja poglądów Pana Profesora na temat tego, jak ‚jest naprawdę’. Otóż w marcu czytamy, że

 

Pedagodzy jednak byli tu w większości solidarni i spójni w swoim stanowisku, że PEDAGOGIKA JEST przede wszystkim NAUKĄ HUMANISTYCZNĄ, a nie – jak postanowiła o tym ministra – nauką społeczną. Pedagogika jest też nauką społeczną, ale nie w głównej mierze.

 

Czytam to i czytam i nie rozumiem, o co idzie. No skoro jest też nauką społeczna, to po co kruszyć kopie? Może ‚ministra’ postanowiła to zauważyć? No przecież prof. Śliwerski przyznaje, że pedagogika jest nauką społeczną! Cóż oznacza, ze pedagogika jest nauką społeczną nie w główwnej mierze, pozostanie tajemnicą Profesora.  W kwietniu, luminarz-pedagog pisze, zaostrzając zdanie:

 

PEDAGOGIKA zawsze była nauką humanistyczną. 

 

choć trzeba powiedzieć, że na początku cytowanego wpisu autor wskazuje, że jest również trochę społeczną. Trochę się tu zastanawiam, co oznacza owo ‚zawsze’, wyraźnie wzmacniające tezę, we wpisie pedagoga, ale nie chcę się czepiać. Jednak przychodzi najnowszy wpis, gdzie Profesor pisze coś jeszcze innego. Z dużym zaskoczeniem czytam  

 

pedagogika w standardach kształcenia jest kierunkiem międzyobszarowym i międzydziedzinowym nauk humanistycznych i społecznych.

 

Profesor już tylko proponuje, zeby pedagogika została również wpisana do nauk humanistycznych i była obecna w dwu dziedzinach. Coś mi się wydaje, że albo Profesor spuścił z tonu, albo umknęła mi jakaś ważna zmiana w świecie.

 

Pozstaję więc z pytaniami. Czy dokonała się jakaś dramatyczna zmiana w statusie pedagogiki, że można ją zostawić w naukach społecznych? Czy rzeczywistość dyscyplinarna wielkiej przemiany doznała i pedagogika nagla przeistoczyła się w naukę społeczną? Nie chce mi sie wierzyć, że profesor-pedagog, członek CK, mówiący z pewnością najpewniejszych, mógłby się pomylić, nie mówiąc już o tym, że sprzedał swe ideały…. Powiem szczerze: zatroskałem się.

 

Na koniec powtórzę to, co mówiłem kilkukrotnie. Wynurzenia profesora na temat prawdziwej natury pedagogiki nie mają sensu. Pedagogika nie jest z natury taka czy inna, zresztą profesor Śliwerski nie proponuje żadnego argumentu w sprawie. Po prostu głosi. Pedagogikę można zakwalifikować do humanistyki czy nauk społecznych. I w cywilizowanym świecie nie ma to większego znaczenia. Niestety, w polskiej nauce taka kwalifikacja ma poważne konsekwencje.

 

PS. Właśnie przeczytałem w polskiej Wikipedii, że pedagogika jest matką wszystkich nauk. Apeluję do prof. Śliwerskiego, by lobbował za ustanowieniem nowej dziedziny nauk, dziedziny nauk pedagogicznych. Tylko w ten sposób można zacząć docieniać wagę pedagogiki w nauce, społeczeństwie i życiu osobistym.

 

Przeczołgać koty

Dr Kulczycki omawia proponowane zmiany w ustawach naukowych. Niestety, dokumentów konsultacyjnych nie można już zobaczyć (a przynajmniej mi się nie udało), zostaje mi więc cytat zamieszczony przez autora Warsztatu badacza:

 

Politechnika Krakowska, Komitet Nauk o Kulturze PAN przedstawiły uwagi dotyczące zbyt krótkiego czasu trwania poszczególnych elementów procedury habilitacyjnej, zwłaszcza w obszarze nauk humanistycznych i społecznych oraz braku możliwości zaprezentowania swojej sylwetki naukowej oraz twórczej (poza autoreferatem) bezpośrednio komisji habilitacyjnej. Według Politechniki Krakowskiej kandydat pozbawiony został także możliwości polemiki naukowej. Taka możliwość powinna być dopuszczona – na wniosek komisji lub habilitanta. W obecnej procedurze nie ma możliwości sprawdzenia czy kandydat posiada wystarczające umiejętności do prowadzenia wykładów. Uwagi nie zostały uwzględnione. Jednym z priorytetów reformy szkolnictwa wyższego w 2011 r. było skrócenie procedury habilitacyjnej. Istnieje możliwość zorganizowania rozmowy z kandydatem, a w przypadku woli zatrudnienia habilitanta w drodze konkursu – weryfikacji umiejętności prowadzenia wykładu.

 

To kolejny cytat, w którym ‚stare wojsko’ walczy o powrót kolokwium i wykładu habilitacyjnego.

 

Mam dwie uwagi. Po pierwsze, słyszałem wiele opowieści o kolokwiach habilitacyjnych, nie słyszałem żadnej o tym, że kolokwium służyło do polemiki naukowej. Do obrony – tak, ale do polemiki? Koledzy z PK mają, jak mi się wydaje, dość lukrowany obraz polskiej nauki i kolokwium. Polemika naukowa w czasie procedury awansowej jest, powiedzmy, trudna. Doktorant i habilitant raczej  nie polemizują, a próby polemiki, co wiem z własnego doświadczenia, kończą się raczej skwaszeniem profesora, który jest obiektem polemiki. Być może kolokwium to coś sensownego, jednak wątpię, że dlatego, bo daje przestrzeń polemiczną.

 

Jeszcze bardziej jednak irytuję mnie słowa o weryfikacji umiejętności prowadzenia wykładu. Irytują mnie z kilku powodów. Po pierwsze, znaczna część habilitantów od dawna prowadzi wykłady i jakoś nikt nie chce weryfikować ich umiejętności wykładowych. Po drugie, nie spotkałem się z jakąkolwiek systemową oceną umiejętności dydaktycznych – proszę więc nie ściemniać, że to w wypadku habilitanta zaczynamy się pochylać nad problemem tego, jak uczymy. Po trzecie wreszcie, nie słyszałem nigdy o tym, by wykład habilitacyjny trwał tyle, co ‚prawdziwy’ wykład. Pwstaje więc pytanie: co weryfikuje się na kolokwium? Umiejętność prowadzenia wykładu, którego już nigdy później nie przeprowadzi?

 

Stare wojsko ma to do siebie, że chce przeczołgać koty. Cieszę się, że ministerstwo nie zgodziło się na to.

 

Pochwała zera i jedynki

W dyskusjach pojawiła się kwestia recenzji bez konkluzji z zarysowanymi przeciwnymi stanowiskami. Z jednej strony, recenzja powinna mieć konkluzję, z drugiej strony, recenzent ma prawo nie wiedzieć i napisać o tym.

 

Jak dla mnie to sprawa jest bardziej skomplikowana. Z jednej strony rozumiem stanowisko, że recenzent ma prawo nie wiedzieć. Często nie mam zdania na różnie tematy naukowe, widzę zalety, widzę wady, a recenzja oczekuje zerojedynkowego stwierdzenia: tak lub nie. Czasem to bardzo trudne. Jednak funkcjonujemy w konkretnym systemie nauki. Jest to system, w którym niekompetentne, niemerytoryczne, nierzetelne recenzje zdarzają się nierzadko. Dodawanie do tego jeszcze recenzji bez konkluzji jeszcze bardziej podważyłoby zaufanie do systemu.

 

Pomyślałem sobie o takiej hipotetycznej recenzji w moim postępowaniu. I powiem szczerze: wkurzyłbym się. Pomyślałbym dwie rzeczy. Po pierwsze, że recenzent idzie na łatwiznę, że mu się nie chciało, po drugie i znacznie ważniejsze, że chodzi o coś więcej. O politykę, o strategię, o jakieś zakulisowe przepychanki. Nie przyszłoby mi do głowy, że to uczciwy brak zdania, że recenzent zajmuje intelektualnie uzasadnioną pozycję ‚nie wiem’. Bez wątpienia źle, że tak myślę. Ale myślę i tyle. I jestem przekonany, że nie tylko ja tak myśle. I dlatego recenzenci nie powinni pisać ‚nie wiem’. Pozwolimy im na to, jak na tym blogu nie będzie już sensu pisać o recenzjach.

 

 

Księgowość kreatywna

Oto postępowanie dość znacznie wyróżniające się na tle większości pozostałych przewodów humanistycznych. W przeciweństwie do habilitantów w dziedzinie, ta habilitantka przedstawia długą serię pubikacji międzynarodowych. Jednak ja nie o tym tutaj. Otóż przy jednej z publikacji we współautorstwie z dwoma autorami, habilitantka podaje, że jej wkład wynosi 33 procent, dodając, że polegał na

 

koncepcji badań, szczegółowym projekcie eksperymentu, częśćiowej realizacji badań, analizie akustycznej i statystycznej i pisaniu rozdziału 4. 

 

Myślę o tym i myślę i nie chce mi wyjść te 33 procent….Umiem jednak policzyć autorów.