Minął rok

Gdy zaczynał się rok 2013, miałem nadzieję, że będzie się kończył właśnie tak: będę miał habilitację. Udało się. Piszę to jednak głównie z ulgą, a nie z radością. A to dlatego, że im dłużej przyglądam się postepowaniom habilitacyjnym, tym bardziej odczuwam tylko ulgę, że mi się udało, że ‚zrobiłem habilitację’. Z perspektywy pół roku z hakiem, zadaję sobie też pytanie, co się zmieniło. I odpowiedź jest bardzo prosta: niewiele. Poza tym, że nie muszę już ‚zrobić habilitacji’, nie widzę jakichś większych zmian w moim życiu zawodowym. No, ale dzisiaj w nocy wypiję toast za to ‚hab.’. I to chyba całe podsumowanie, na które mnie teraz stać.

 

Kończę też rok z blogiem, który ma 412 wpisów i 3605 komentarzy. Co tydzień odnotowuję około  2000 wejść na blog i około 7000 odsłon. Wszystkim Państwu, którzy poświęcaja czas temu, co tu piszę, dziękuję!

 

I tak to minął rok. Wszystkim Państwu dyskutującym i zaglądającym tutaj życzę sukcesów w nowym roku, a zaglądającym tu habilitantom, w szczególności, żeby im się również udało.

Zasada życzliwości

Recenzenci po raz kolejny piszą recenzje, z których się wycofują. I tak w uzasadnieniu odmowy nadania stopnia czytamy o recenzencie, który postanowił zmienić zdanie. A wszystko dlatego, że pisząc recenzję, recenzent:

 

„kierował się zasadą życzliwości – widział wiele wad, ale próbował też dostrzec zalety i dlatego konkluzja recenzji jest pozytywna, ale po wysłuchaniu opinii pozostałych członków Komisji, zmienił zdanie. „

 

Życzliwość tegoż recenzenta musi być przeogromna, jako że inny recenzent stwierdził, że ‚w warstwie filozoficznej’ książka jest na poziomie liceum. A habilitacja z filozofii….

 

Po raz pierwszy chyba czytamy o recenzencie, który przyznaje wprost, że w recenzji nie kierował się jakością dorobku czy też publikacji, ale chciał być miły. Na dodatek uważa, że nie idzie o jakieś jego widzimisię, ale o zasadę. Zasadę, którą, jak można podejrzewać, kieruje się nie tylko on, ale również inni recenzenci.

 

Okazuje się, że recenzent może tak po prostu przyznać, że był nierzetelny, protokolant to zaprotokołował, a dziekan uznał, że warto poinformować o tym świat. I to chyba jest dla mnie to najbardziej zaskakujące. Nikt się chyba nie przejął tym, że do wiadomości publicznej podano informację, że recenzent nie kieruję się ‚zasadą merytoryczności’, ale ‚zasadą  życzliwości’. I nikomu nie jest wstyd.

 

Z kronikarskiego obowiązku donoszę, że jeden z profesorów uznał, że dyskusja na temat nadania stopnia jest odpowiednim miejscem, by oświadczyć, że ‚obecna polityka ministerialna zmierza świadomie do obniżenia poziomu habilitacji’. Przyznam, że od filozofa oczekiwałbym wypowiedzi, nawet tych nie na miejscu, który byłyby chociaż logiczne.

 

Bylejakość

Chciałbym jeszcze pociągnąć temat rozpoczęty komentarzem na temat niechlujnego autoreferatu. Otóż niechlujność autoreferatów jest czymś, powiedziałbym, częstym. W większośći autoreferatów, które przeczytałem, można znaleźć drobne usterki. Są to w szczególności błędy interpunkcyjne, niespójne formatowanie czy usterki stylistyczne. Wszystkie te rzeczy nie wpływają jednak chyba na jakość wniosku. Podejrzewam nawet, że wielu z tych usterek recenzenci nie zauważają.

 

Jednak w wielu jednak autoreferatach można znaleźć błędy ortograficzne i gramatyczne. Zdarzają się też błędy rzeczowe. Mówiąc ogólniej, gdy zaczynałem czytać autoreferaty, często zaskakiwała mnie ich niechlujność czy niestaranność. Za każdym razem zastanawiałem się, co myślą sobie o nas nasi studenci, a wiem, że zdarza się im czytać dokumenty habilitacyjne.

 

Od kiedy jednak nabrałem ‚potencjału recenzyjnego’, zastanawiam się też, co zrobić z takim wnioskiem. Czy nieprofesjonalnie przygotowany wniosek, powinien być przedmiotem postępowania? Czy można go zwrócić czy jedynie złośliwie wskazać, że habilitant jeszcze nie opanował wszystkich opcji edytora tekstów? Co ciekawe, recenzenci bardzo rzadko komentują tego typu rzeczy. Może się juz przyzwyczaili do bylejakości?

Z obowiązku

Pojawił się kolejny autoreferat, w którym habilitant wymienia rozprawę doktorską jako część osiągnięcia habilitacyjnego. Habilitant robi to otwarcie, doktorat jest pierwszym elementem osiągnięcia. Tym razem jednak, co najciekawsze, doktorat nie został opublikowany. Innymi słowy, habilitant po prostu podaje swą nieopublikowaną rozprawę doktorską jako część, po staremu, rozprawy habilitacyjnej.

 

Nie rozumiem, jak rozprawa doktorska może być częścią rozprawy habilitacyjnej. Habilitant ją przecież napisał po to, by dostać doktorat i doktorat ten dostał (30 lat temu)! Dziwi mnie to również dlatego, ponieważ habilitant skończył administrację, wydaje się więc, że powinien być w stanie przeczytać i zrozumieć ustawę i rozporządzenie. Czyżby zmiana nazewnictwa z ‚rozprawa’ na ‚osiągnięcie’ wprawiła go w osłupienie? Czyżby formularze CK, na których podaje się teraz cały dorobek publikacyjny (bez zerowania po każdym postępowaniu awansowym) były tak skomplikowane, że politologowi wyszło, że doktorat jest częścią habilitacji?

 

Na dodatek habilitant nie podaje tytułu osiągnięcia, publikacje, które wymienia, oscylują między zjawiskami patologii, przez zabezpieczenie starości  rolników, aż do bezrobocia i rynku pracy. Nawet przy niezwykle liberalnym podejściu, jednotematyczność tych publikacji wydaje się wątpliwa. I wreszcie, formularz ‚dorobkowy’ ze stron CK stał się częścią autoreferatu, dzięki czemu ‚standardowego’ autoreferatu nie ma.

 

Podsumowując, mam wrażenie, że to najgorzej przygotowany wniosek habilitacyjny, jaki do tej pory widziałem. Przywołuję go po trosze z obowiązku i ku przestrodze, po trosze dlatego, bo zastanawiam się, co bym zrobił, gdybym zobaczył taki wniosek. Mówiąc inaczej, czy taki wniosek można potraktować poważnie?

 

 

Not likes me self this

Ten autoreferat zaciekawił mnie, gdy zobaczyłem zadziwiająco prominentne miejsce przypisane certyfikatom uczestnictwa w konferencjach. Doktorat i certyfikat uczestnictwa w konferencji w jednej kategorii to dla mnie przesada, jednak dość szybko okazało się, że to nie udział w konferencjach jest najciekawszym elemenetem tego dokumentu.

 

Habilitantka pisze:

 

Main analytic context in cancer with a genetic predisposition is the family history of cancer.

 

Ze zdania wynika, ze ów rak ma bliżej nieokreślone predyspozycje genetyczne, a na dodatek historię rodzinną, a na dodatek siedzi w nim jakiś kontekst analityczny.

 

I właściwie to jest śmiesznie, tyle że mnie jednak nie do śmiechu. Poziom angielszczyzny w tym autoreferacie jest straszny. Fragmenty autoreferatu napisane są w języku, który trudno uznać za angielski. Habilitantka używa angielskich słów, czasem chyba dobranych losowo, korzystając z polskich zasad budowy zdań.

 

Powstaje w związku z tym pytanie: na ile język angielski w omawianym autorefereacie jest typowy dla autoreferatów w wersji angielskiej? Pomimo że CK nie zamieszcza wersji angielskich, stawiałbym jednak na to, że ten autoreferat jest typowy. Jestem dość pewny, że podobnie jak ja, znaczna część habilitantów uważa koniecznosć pisania autoreferatu za niepotrzebne utrudnienie życia, w zwiazku z tym traktuje zadanie po macoszemu. Wiedza, że wersja angielska nie będzie upubliczniona, jest dodatkową motywacją, by sie za bardzo nie starać. No i przy średniej czy słabej znajomości języka wychodzi właśnie tak, jak w zdaniu cytowanym wyżej. Tym bardziej zresztą dziwi, że habilitantka uznała za stosowne dać wszystkim do przeczytania to, co pisze po angielsku.

 

Niestety, to kolejne postepowanie habilitacyjne, które daje świadectwo… Mnie nie podoba się to świadectwo.

 

Malwina?

Gdy pisałem niedawno o komunikacie Centralnej Komisji, zwróciło moją uwagę to, że komunikaty CK są niepodpisane. Można je znaleźć w katalogu zatytułowanym ‚Komunikaty CK’, jednak zastanawiam się, kto komunikuje. Ktoś przecież zgłasza ‚potrzebę komunikatu’, ktoś decyduje, że rzeczywiście należy wydać komunikat, ktoś go pisze i ktoś zatwierdza. Jednak po tym procesie komunikowania nikt nie ponosi za komunikat odpowiedzialności. Według mnie ‚komunikat CK’ oznacza, że jest on niczyj.

 

Tematyka komunikatów jest na tyle różna, że można by na dodatek założyć, że mają one różne pochodzenie. Komunikat o dowodzie osobistym (2/2013) pochodzi raczej od urzędnika, który ma trudności z określeniem tożsamości, a komunikat skierowany do kierowników jednostek (6/2012) już od tego  urzędnika chyba nie pochodzi. Kto zatem podpisuje się pod komunikatami Centralnej Komisji? Przewodniczący?  A może Prezydium? A może asystentka przewodniczącego?

 

Być może jestem w tym odosobniony, jednak ja chciałbym wiedzieć, kto jest odpowiedzialny za to, co mówi Centralna Komisja.

 

Bezczelność Saturnina

Centralna Komisja zamieściła komunikat. Można by dodać, że komunikat arcyważny. Otóż, kandydaci w przewodach profesorskich powinni przesyłać do CK kserokopię dowodu osobistego. A wszystko dlatego, że czasami w dokumentach kandydaci występują z dwoma imionami, czasem dwoma nazwiskami, a czasem nie. I Komisja chce ustalić, jak zakładam, jak się taki ktoś nazywa naprawdę.

 

I tak się zastanawiam, po co to Komisji. Rozumiem oczywiście, że Anna Kowalska mogła zacząć publikować pod takim właśnie nazwiskiem, potem, po ślubie, publikować jako Anna Kowalska-Nowak, aby poźniej, po rozwodzie, znów publikować jako Anna Kowalska. Bez wątpienia to bezczelność ze strony hipotetycznej Anny Kowalskiej, która swą nonszalancją nazwiskową spędza sen z oczu urzędników Centralnej Komsji. Niestety, dowód osobisty chyba nie pomoże w ustaleniu tożsamości publikacji. Podobnie, taki bezczelny Jan Maria Kowalski, który uznał, że nie ma ochoty na podkreślanie maryjności swego imienia, mógł nagle zacząć publikować jako Jan Kowalski. Dowód znów nic tu nie da. A więc może chodzi o tak podstawową sprawę, jak napisać na dyplomie profesorskim: ‚Jan Maria Kowalski’, czy może jedynie ‚Jan Kowalski’?

 

I tak sobie dumam i dumam nad tymi niezwykle ważnymi sprawami i odnotowuję, że nadal nie zamieszczono żadnego postępowania profesorskiego na stronach CK, nadal w naukach humanistycznych wisi Francuz i jego dopełniaczowy sobowtór, nadal jest pełno błędów i opóźnień. I tak naprawdę szlag mnie trafia. Bo zamiast żądać kolejnych kwitów, może Centralna Komisja najpierw zaczęłaby od siebie.

 

PS. Przyszła mi jeszcze do głowy jedna możliwość. W przewodach profesorskich (habilitacyjne zaraz dołączą) do dorobku będą się liczyć tylko te publikacje, na których brzmienie imienia i nazwiska zgodne jest co do joty z nazwiskiem w dowodzie. I w ten sposób Jan Saturnin Kowalski, który całe życie ukrywał to, że jego rodzice w pijanym widzie uznali za dobry żart nazwać go Saturninem, może zostać bez żadnej publikacji….

Miara profesora

Profesor Śliwerski znów zaskakuje.W ostatnim wpisie profesor pisze w odpowiedzi na komentarz:

 

Żądne (sic!) z wskazanych w rozporządzeniu kryteriów nie ma charakteru fakultatywnego. Wszystkie muszą być prane pod uwagę, adekwatnie do reprezentowanej dyscypliny naukowej. Trudno np. by adiunkci pedagogiki byli opiekunami studentów na praktykach w szpitalach. Recenzenci rozstrzygają o mocy spełnienia tych wymagań w danym postępowaniu.

 

Po przeczytaniu tego wpisu zastanawiam się, czy profesor Śliwerski na pewno rozumie znaczenie słowa ‚fakultatywne’. Wydaje mi sie bowiem, że swoim komentarzem wykazał nic innego a właśnie fakultatywność kryteriów.

 

Przymiotnik ‚fakultatywny’ definiowany jest jako:

 

pozostawiony do wyboru, do czyjejś decyzji; opcjonalny, nieobowiązkowy, dowolny, możliwy.

 

Adekwatność do dyscypliny, o której mówi profesor (i którą sobie wymyślił – rozporządzenie nic o niej nie stanowi), to przecież właśnie ta fakultatywność. Recenzenci decydują, które z kryteriów stosować w ocenie habilitanta. Prof. Śliwerski pisze tak, bo utknął w tezie, że trzeba spełnić wszystkie kryteria. Zarówno na forum, jak i tutaj, a i na jego blogu, prawnicy i nie tylko wykazywali, że taka interpretacja rozporządzenia jest błędna.

 

Błądzić jest rzeczą ludzką, upierać się w błędzie… nieprofesorską.

 

Wygląd dorobku

Po raz kolejny trwa dyskusja na temat indywidualnego dorobku. Jeden z komentarzy, powtarzający zresztą to, co napisał jeden z recenzentów w dyskutowanym przewodzie profesorskim, dotyczył tego, jak ‚wygląda’ dorobek. I zadaję sobie pytanie: czy  dorobek niezróżnicowany, publikowany w jednym czasopiśmie, jest rzeczywiście gorszy od dorobku z szerszym rozmachem? Albo szerzej: czy dorobek ma wyglądać? Na szczęście nikt mnie pyta o takie rady, moja odpowiedź na powyższe pytanie jest więc powiedziana blogowi a muzom.

 

A więc tak, ja również myślę, że dorobek ma wyglądać. Wybory miejsca publikacji są znaczące. Mówiąc inaczej, powiedziałbym, że jeśli uznajemy, że lepiej jest publikować w dobrych czasopiśmach (każda dyscyplina takie ma), bo to coś nam mówi o tej publikacji, to w konsekwencji uznajemy chyba też, że ważne jest ‚zarządzanie dorobkiem’. Że różnorodność zasięgu, odbiorcy, środowiska, jest czymś, co czyni dorobek lepszym, a badacza pokazuje jako bardziej elastycznego, odważniejszego, przechodzącego przez więcej barier. I po prostu systematycznie robiącego dobre badania, które przechodza przez różne sita.

 

Na forum jakiś czas temu przecztałem, ze publikować może każdy, publikować w dobrym czasopiśmie każdy nie może. Dodałbym, że publikować w wielu dobrych czasopismach może jeszcze mniej. I dlatego warto, by dorobek wyglądał na to, że jego autor należy do trzeciej grupy.

Śmiałek

Krótko o postępowaniach profesorskich. Nadal ich nie ma i właściwie można by nad tym przejść do porządku dziennego. Nowa procedura, przynajmniej na papierze, wydaje się znacznie trudniejsza, prościej zatem iść drogą łatwiejszą, dobrze już wydeptaną. Zastanawia mnie jednak to, czy nie ma w polskiej nauce żadnego doktora habilitowanego, który tak po prostu ma wystarczający dorobek? Kogoś, kto może pokazać ten dorobek i w miarę pewnie czekać na decyzję?

 

To, że będzie niedługo wielu (większość?) profesorów, którzy nie przeszliby nowej procedury, jest oczywiste. To, że ich prawo do recenzowania będzie wątpliwe, jest również oczywiste. Oczywiste jednak jest dla mnie również to, że te fakty nie zmienią profesorskiego dobrego samopoczucia i zdolności wymądrzania się w recenzjach. Pokory wymagać u profesora nie przystoi po prostu.

 

Ja jednak czekam na tego pierwszego śmiałka, który pojawi się na stronach CK. Mam nadzieję, że jego dorobek będzie oczywisty. I będziemy wszyscy piać z zachwytu.