Ivanhoe?

W linkowanej w komentarzach do poprzedniego wpisu recenzji jej autor pisze:

 

Ponadto, co ma począć autorka, która przez lata uczestniczyła w przemyślanych inicjatywach badawczych, których efektem były tematyczne opracowania, nie wiedząc, że od roku 2011 taki sposób postępowania będzie uważany za nieracjonalny z punktu widzenia buchalterii akademickiej. 

 

Złośliwie zapytałbym, co ma począć autorka, która przez lata uczestniczyła w badaniach, nie wiedząc, że czasy się zmienią i będą od niej wymagać publikacji? Też dostanie habilitację?

 

Recenzent stawia sprawę na głowie i usiłuje sprzedać nam wizję w nauki, w której dopiero od 2011 r. świat zaczął doceniać publikacje w rygorystycznie recenzowanych czasopismach naukowych. Otóż, Panie Profesorze, w czasopismach publikujemy od wielu lat i od wielu lat to czasopisma są tą docenianą formą komunikacji naukowej. Oczywiście, w naukach społ-hum i okolicach, pisze sie również książki, jednak tu z kolei docenia sie wydawnictwa. I wydawanie dzieła w oficynie ‚Szwagier i ja’ nie niesie ze sobą zachwytów recenzentów.

 

Drażnią mnie takie recenzje. I to nie dlatego, że recenzent nie może sobie powiedzieć, ja się nie zgadzam z rozporządzeniem. Ale właśnie dlatego, że recenzent rysuje rzeczywistość, której nie było, przynajmniej za dzialalności zawodowej habilitantki. Co więcej, recenzent robi z habilitantki, jak to mawia mój ojciec, małą kisięmisię, która, jak dziecko we mgle, nie zdawała sobie sprawy, nie wiedziała i nagle, wręcz znienacka, zła ministra jej dołożyła. Na szczęście jednak dzielny recenzent habilitacyjny, niczym rycerz z bajki, stanął w jej obronie.

 

A jaka jest polska socjologia, każdy widzi.

Rekordowa ściema?

Trzy.14 zamieszcza linkę do artykułu, w którym opisywany jest rekordowy rok Centralnej Komisji. Postępowań  habilitacyjnych przybyło, postępowań profesorskich ubyło, ale i tak tylko 10 osób chciało się ‚profesorzyć’ w nowej procedurze. Centralna Komisja, głównie za sprawą humanistów, napracowała się. Gdy czytałem ten artykul, przyszły mi do głowy dwa wyjaśnienia, jedno wręcz szalone.

 

Zacznę od szaleństwa. Okazuje się (przynajmniej na pozór), że wszystkie deklaracje, analizy i komentarze wskazujące na to, że szczególnie nowa procedura profesorska znacznie podnosi poprzeczkę, zostały potraktowane przez profesorantów poważnie. Tak samo z postępowaniami habilitacyjnymi. Rzut na taśmę hablitantów w starej procedurze również wskazuje, że owi habilitanci na poważnie potraktowali nowe kryteria oceny w postępowaniach habilitacyjnych. Zastanawia mnie to, bo wielokrotnie tu pisałem, również niedawno, o braku wiary w procesy awansowe w Polsce. Habilitanci boją się widzimisię recenzentów, komisji, rad wydziału. A tu nagle się okazało, że ludzie uwierzyli, że nowe przepisy zostaną potraktowane poważnie?

 

Jest jednak wyjaśnienie alternatywne. Habilitanci i profesoranci nie chcieli się pokazywać na stronach Centralnej Komisji. To, co zawsze działo się za zamkniętymi drzwiami rady wydziału, nagle zostało wystawione na ogląd publiczny. A często, powiedzmy sobie szczerze, na publiczną krytykę, ironię, a nawet wyśmianie.

 

Sądząc po praktykach awansowych, to to drugie wyjaśnienie lepiej opisuje rzeczywistość. Z jednej strony, nie ma za wielu dowodów na to, że nowe procedury podniosły poprzeczkę. Ustawa i rozporządzenie traktowane są oszczędnie, by nie powiedzieć, że znaczna część recenzentów je ignoruje.  Z drugiej strony, co rusz jakieś postępowanie narażone jest na drwiny.

Strachy

Kilkoro moich znajomych albo sie przygotowuje, albo właśnie złożyło wnioski habilitacyjne. Za każdym razem uderza mnie powtórka z moich własnych doświadczeń. Zaczyna się od tego, że wszyscy usiłują stwierdzić, czy ich osiągnięcie i dorobek wystarczają, by się habilitować (pytano mnie o to już kilka razy). Co ciekawe, nawet ci, którzy mają doroek lepszy niz najlepsi na stronach CK, nie przestają się obawiać. A to dlatego, że wszyscy boją się samego procesu (o opóźnieniach prawie się nie myśli), a przede wszystkim wyboru kompetentnych recenzentów. Potem zaczyna się strach przed recenzentami. Nie przed oceną, ale przed recenzentami i ich widzimisię. Habilitanci dobrze zdają sobie sprawę z tego, że recenzenci mogą napisać, co im tylko się podoba, bez najmniejszych przeszkód czy obaw o konsekwencje.

 

Postępowanie habilitacyjne postrzegane jest jako sąd kapturowy, w którym sędziowie mogą właściwie wszystko, a habilitant musi wszystko przyjmować z pokorą, uśmiechem i pieśnią na ustach. Paradoksalnie, zostało to spowodowane jawnością autoreferatów i recenzji. To one uświadamiają, jak bardzo recenzencka łaska na pstrym koniu jeżdzi.

 

Za każdym razem, gdy rozmawiam z jakimś nowym habilitantem (jestem przecież już proszony o porady), uświadamiam sobie, jak wiele zmieniło się w moim życiu. Bo pozornie nie zmieniło się nic, jednak JA JUŻ NIE MUSZĘ SIĘ HABILITOWAĆ!

 

 

Suwerenne widzimisię

Ostatnia kwestia, która przyszła mi do głowy w związku z habilitacją z matematyki, to klarowność kryteriów oceny habilitanta. Otóż pomimo tego, że wielu habilitantów z pewnością ma bardzo nierealistyczny obraz swojego dorobku (kończy się to zazwyczaj niepowodzeniem), to jednak dwie pozytywne recenzje wskazują, że habilitant z matematyki całkiem nieźle ocenił swoje szanse. Podobnie jest w wypadku niedawno omawianej habilitacji z psychologii, która co prawda zakończona została pomyślnie, mogła się jednak tak nie zakończyć. Z jednej strony mieliśmy niezwykle  pozytywną recenzję, z drugiej recenzję negatywną, a wszystko przy dorobku (bibliometrycznie przynajmniej) chyba większym niż dorobek całej trójki recenzentów.

 

Oba te przypadki wskazują moim zdaniem, jak rozmyte i nieklarowne są kryteria oceny habilitanta. Oczywiście rozumiem, że ostateczna decyzja oceny dorobku musi należec do recenzenta, jednak habilitant powinien móc ‚wiedzieć, gdzie jest’, innymi słowy, realistycznie ocenić swoje szanse na awans. Choćby po to, żeby stwierdzić, że to jeszcze nie ten czas. Te dwie wspomniane habilitacje (potrafię wymienić inne) wskazują, że jest to dzisiaj przynajmniej bardzo trudne.

 

Niejednokrotnie pisałem o znacznym rozrzucie jakościowym między postępowaniami czy o widzimisię recenzentów. Sprowadza się to, jak mi się wydaje, do tego, że kryterium ‚znacznego wkładu w rozwój dycypliny’ jest albo niedostępne dla przytłaczającej większości habilitantów, albo czysto uznaniowe. Pratyka habilitacyjna wskazuje, że idzie o to drugie. Powstaje więc pytanie – co z tym zrobić? Biorąc pod uwagę, że jest rozporządzenie, które wyłuszcza kryteria oeny w postępowaniach habilitacyjnych i które jest powszechnie ignorowane, niestety, nie da się zrobić wiele. Szczególnie, że w ocenie recenztów dominują głosy takie, jak w niedanym wpisie profesora pedagogiki, który znów broni prawa recenzentów do pisania bzdur. Znaczy się, do suwerenności opinii recenzenta, rzecz jasna.

 

Seta i autoreferat

Nowy autoreferat naukach humanistycznych rzuca zaskakujące światło na cykl jednotematyczny. Habilitant wymienia… 96 publikacji wchodzących w cykl! Zastanawiam się tylko, jak habilitant argumentowałby, że zaplanował wszystkie niemalże sto publikacji jako jeden spójny cykl jednotematyczny. Choć nie wiem, jak z kulturoznawstwa, ale z logistyki to habilitacja należałaby się mu bez recenzji.

 

Odważniki

Drugi aspekt sprawy matematyka to pojawiająca się kwestia wagi badań. Tylko habilitant, który prowadził ‚ważne’ badania, uzyskuje ważne wyniki, powinien uzyskać stopień. I znów intuicja podpowiada, że to sensowne stwierdzenie. Jednak w dyskusji padł następujący głos:

 

Pierwsze zastosowanie krzywych stożkowych (Kepler) pojawiło się dobre 1000 lat po tym jak Grecy się zastanawiali (czysto abstrakcyjnie, chcieli po prostu wiedzieć) jak mogą wyglądać przekroje stożka płaszczyzną. Ponad 2000 lat badano liczby pierwsze zanim znaleziono całkiem praktyczne zastosowanie tych odkryć (RSA).

 

Gdy to przeczytałem, zacząłem się zastanawiać, jak to jest z tą ważnością i jakie przyjąć kryteria ważności. Przecież to, że dzisiaj oceniamy, że wynik nie jest ważny, nie znaczy, że nie okaże się on ważny za 10 lat, a może i za 1000. Ocena wagi badań czy wyniku to w rzeczywistości próba zaglądnięcia w przyszłość. Konia z rzędem komuś, kto to umie zrobić. Co więcej, nie ma oczywistego kryterium ważności. Czy ważniejsze jest odkrycie kości naszej ‚pramatki’ Lucy, czy może jednak badania nad, nie mówiąc o odkryciu, leka na raka. Oceniamy takie badania wedle radykalnie innych kryteriów.

 

To jakie badania są zatem ważne? Nie wiem. Wiem jednak,  że są badania, które przetrwały próbę czasu, są też badania, które tej próby nie przetrwały. Czy te drugie są mniej ważne? A jeśli zainspirowały inne, ‚ważniejsze’?  Znam też badania, które odkryto po jakimś czasie, ktoś wraca do starych badań i dziwi się, że uznano je za nieważne, bo przecież…

 

Byłem niedawno na konferencji, na której usłyszałem wiele słabych referatów. Żadnego z nich nie oceniałbym jednak w kategoriach ważności. One były słabe, bo badania miały błedy metodologiczne, bo wyważały otwarte drzwi, bo wywód był niespójny czy nielogiczny. Wszystkie te, które tych wad nie miały jednak również nie określiłbym jako ważne czy nie. Powiedziałbym, że część mnie zaciekawiła, innych jednak ciekawiły inne referaty i badania.

 

I w ten sposób dochodzę do tego, że wolałbym, by nie oceniano wagi moich badań czy wyników. Myślę bowiem coraz bardziej, że to jednak taki wytrych, z którym można zrobić bardzo wiele.