Przestroga?

Nie chciałem komentować sprawy doktoratu na Wydziale Zarządzania na UW. Za mało habilitacyjny, za bardzo medialno-polityczny, a na dodatek obserwuję spektakl nienadania nadanego doktoratu z dużym niesmakiem. Jednak linka, którą zamieścił trzy.14 pod poprzednim wpisem dopełniła czary goryczy. Oto inżynier elektronik, recenzent feralnej dysertacji, która dość powszechnie uznana jest za niespełniającą kryteriów doktoratowych, wyłuszcza dziennikarce, że nadaje się do recenzowania doktoratu z nauk o zarządzaniu (jak sądzę), bo ma dorobek w naukach społecznych. Logika dziwna, ale to pół biedy.

 

Popatrzyłem na ten dorobek i tu się właśnie ta czara goryczy przelała. Okazuje się, że inżynier elektronik, który zasiadał w niezliczonych gremiach, zespołach i ciałach, postanowił podzielić się (wielokrotnie) doświadczeniami na temat zarządzania uczelnią. Podchodzę do tych  publikacji jako laik, jednak nie potrafię ich potraktować jako dorobek naukowy w żadnej z dziedzin. To być może jest znaczny dorobek z organizacji i zarządzania oświatą wyższą – ale to żadna nauka!

 

I po raz kolejny stoję przed dylematem. Nie wiem bowiem, co bym wybrał. Czy to, że profesor nie wie, że to nie jest dorobek naukowy, czy może to, że ściemnia i jaja sobie robi. Co z tego wynika dla statusu kompetencyjno-nabiałowego recenzji, nie chce mi się już rozważać.

 

Chciałem zakończyć stwierdzeniem, że może cała ta afera będzie przestrogą dla innych recenzentów. Niestety, nie wierzę w to.

Uprasza się o myślenie!

Wielokrotnie mówiliśmy tutaj o zaskakujących kryteriach, taneczno-muzycznych wręcz, w ocenie habilitantów. Zaglądnąłem dziś przez przypadek jednego z zeszłorocznych postępowań i przeczytałem uzasadnienie  decyzji o nadaniu stopnia. Uzasadnienie to zaczyna się następująco:

 

Dr AZ urodziła się w 1977 roku.

 

I zacząłem się zastanawiać….Czy gdyby pani doktor urodziła się 1976 roku, to by stopnia nie dostała? Trudno sobie wręcz wyobrazić, co by się stało, gdyby urodziła się w 1975, nie mówiąc o 1974 roku.

 

Rozprawy

Wracam do tematu kryteriów profesorskich, na temat których zaczęła się kolejna dyskusja. W nowym wpisie profesor pedagogiki pisze, że

 

„Kluczową rolę w uzyskaniu tytułu naukowego odegrała rozprawa profesorska…”

 

Prof. Śliwerski prawdopodobnie pisze właśnie o ‚kryteriach zwyczajowych’, których pisałem niedawno. Profesurę nadaje się za ‚rozprawę profesorską’. Tak jak doktorat za doktorską, a habilitację za habilitacyjną. I żadna ustawa ani rozporządzenie tego nie zmienią.

 

Szkoda, że obrony profesorskiej nie ma. 

 

 

Historia wkładu

Pojawił się właśnie autoreferat w postępowaniu pedagogiki, podobny do innych z jednym jednak  wyjątkiem. Otóż habilitantka jako swoje osiągnięcie wskazała książkę wydaną w 2001 roku. Jeśli zatem habilitantka miała znaczny wkład w rozwój dyscypliny, to miała go 13 lat temu. I tu pojawia się dla mnie problem. Z jednej strony, ustawa nie precyzuje, kiedy miał nastąpić wkład w rozwój dyscypliny (choć w ustawie używa się czasu teraźniejszego – ‚posiada osiągnięcie’). Teoretycznie zatem można by się habilitować na podstawie publikacji sprzed półwiecza. Z drugiej strony, co maja oceniać recenzenci?

 

Czy recenzenci powinni oceniać wkład w dyscyplinę taką, jaka ona była w 2001 roku? Przecież można przyjąć, że książka habilitantki rzeczywiście w momencie wydania była wręcz przełomowa, a to, że się już zdezaktualizowała, jest nieważne. Ale można też uznać, że wkład ma być w dyscyplinę taką, jaka jest ona dzisiaj. I o ile habilitacja należała się w 2001 roku, w 2014 już sie nie należy.

 

Oba scenariusze mają swoje wady i zalety. Poza szczególnymi osiągnięciami nie potrafiłbym osadzić osiągnięcia habilitacyjnego z perspektywy nauki sprzed, powiedzmy, 15 lat. Zwyczajnie nie pamiętam, o czym się pisało 15 lat temu, nie mówiąc o tym, co się pisało jeszcze dawniej. Tak, korzystam z piętnastoletniej (a i starszej) literatury, ale to są kamienie milowe, a większości osiągnięć habilitacyjnych nie da się traktować w tych kategoriach. No, ale można argumentować, że wkład to wkład i należy go oceniać jako taki – przyczynił się do rozwoju dyscypliny.

 

Nie potrafię rozwiązać problemu. 

 

PS. Jeszcze  mały komentarz na temat tytułu osiągnięcia – zazdroszczę habilitantce pewności siebie. Nie napisałbym nigdy o ‚Pożądanym modelu kształcenia pielęgniarek…’. Ale może jestem zbyt skromny.

 

 

 

Licencja

Oto fragment recenzji cytowanej na forum:

 

Na wstępie pragnę stwierdzić, że recenzowanie dorobku habilitacyjnego Osoby, która jest profesorem tytularnym jest cokolwiek krępujące, zarówno dla Recenzowanego, jak i recenzenta. Tym bardziej chylę czoła przed przymiotami serca i umysłu prof. Sułkowskiego, że zdecydował się usankcjonować droge naukową, którą od jakiegoś czasu podąża. (…) Muszę też dodać, że wiedza i erudycja prof. Sułkowskiego, mająca odzwierciedlenie w jego dorobku naukowym (…) sprawiały że czytając Jego monografię i artykuły czułem się czasami jak ów Molierowski pan Jourdin, który nie wiedział, że mówi prozą. [błędy w oryginale]

 

Nie potrafię tego skomentować tego hołdu.

 

Jednak cytuję ten fragment, by zwrócić uwagę na fragment o ‚usankcjonowaniu drogi naukowej’. Profesor to tzw. samodzielny pracownik naukowy, jednak według recenzenta nawet profesor musi ‚sankcjonować’ swoje wybory badawcze. Habilitacja to licencja, którą trzeba uzyskać w przypadku, gdyby przyszło nam do głowy zmienić zainteresowania.

 

Yeahhh!

Niedawno przez tydzień niedostępne były strony Centralnej Komisji. Po cichu miałem nadzieję, że chociaż habilitanta Zakończone Postępowanie usuną, nie mówiąc o powtórzonym Francuzie czy może o Sławomirze, który jest Sławomirą. Nie śmiałem marzyć, że spełnią się zapowiedzi przekazane na forum przez p. Marka Wrońskiego, że zobaczymy coś nowego, znacznie lepszego. No i słusznie….Nawet oczekiwania w skali minimum nie ziściły się. Dr hab. Zakończone Postępowanie nadal dumnie figuruje w naukach humanistycznych.

 

Jednak strony habilitacyjne CK zmieniły się! Obecnie zakończone postępowania prezentowane są mniejszą czcionką z mniejszą interlinią! Oh yeahh!

 

Zwyczaje

W jednej z zamieszczonych recenzji w postępowaniu o nadanie tytułu naukowego recenzent pisze:

 

Uważam, że spełnione są warunki ustawowe i zwyczajowe dla nadania….

 

Uderzyły mnie te ‚warunki zwyczajowe’. Rozumiem, rzecz jasna, do czego odnosi się recenzent. Widział niejednego świeżo mianowanego profesora i podkreśla, że profesorant pasuje mu do roli. Nie będzie się negatywnie wyróżniał w gronie profesorskim.

 

Zastanawiam się jednak, co by było, gdyby warunki zwyczajowe nie zostały spełnione? Czy można by napisać recenzję w taki sposób:

 

Uważam, że chociaż spełnione są warunki ustawowe, nie zostały spełnione warunki zwyczajowe, a zatem wnioskuję o nienadanie tytułu?

 

 

Interpretacje

Na blogu pedagogicznym, w komentarzach, głos, który dobrze się wpisuje w wymianę na temat kryteriów nadawania tytułu naukowego pod poprzednim wpisem. Otóż ustawodawca, jak już wskazano, zapisał następujące kryterium wobec osób ubiegających sie o tytuł naukowy:

 

1) posiada osiągnięcia naukowe znacznie przekraczające wymagania stawiane w postępowaniu habilitacyjnym

 

Autorka komentarza zwraca uwagę na trudności interpretacyjne. A zatem czy mówimy o tym, że konkretny profesorant znacznie zwiększył swój dorobek od czasu habilitacji, czy o tym, że profesorant zwiększył swój dorobek wg kryteriów stawianych profesorantom. Jeśli bowiem osiągnięciem habilitacyjnym profesoranta było, powiedzmy, odkrycie lekarstwa na raka (od trzustki do prostaty) to kandydat nigdy nie zostanie profesorem. Jego szanse na to, by przeskoczyć to, co już zrobił, są tak małe, że można profesurę uznać za niemożliwą. Z kolei profesorant z miernym dorobkiem, spokojnie może profesorem zostać, bo nie jest trudno zwiększyć dorobek mierny. Sam autor bloga pedagogicznego pisze niejasno, jednak można by wnioskować, że bliska mu jest właśnie taka interpretacja. Konkretny Kowalski albo zwiększył, albo nie zwiększył dorobku, a Kowalskiemu-onkologowi profesura sie nie należy. 

 

Wydaje mi się, że to, co powiedziano tutaj w komentarzach, sprawę wyjaśnia – idzie o ogólny a nie jednostkowy poziom habilitacji i profesury.  Ciekawy jestem jednak, czy te wątpliwości interpretacyjne są częste i czy dotyczą jedynie nauk społecznych i humanistycznych.

 

 

Lukier

Zaglądnąłem dzisiaj do habilitacji w naukach teologicznych. Po przeczytaniu kilku recenzji szybko stamtąd uciekłem. Przeraziło mnie pomieszanie porządków religijnych i naukowych.

 

Przeczytałem na przykład pozytywną recenzję, która chwali dzialalność naukową habilitanta, bo rozbudza umiłowanie Pisma Świętego. Dla jednych to dobrze, dla innych obojetnie, ale żeby od razu za to habilitację? I jak przeczytałem jeszcze ze dwie recenzje i nieco mnie zemdliło od słodyczy z nich płynącej, stwierdziłem, że nie ma szans na to, żeby znaleźć uwaloną habilitację.

 

Przez dłuższy czas nie będę tam zaglądał. No, może do postępowania jedynej habilitantki w dziedzinie.

Mniemanologia

Profesor Śliwerski donosi o swej nieustającej walce (nadal nieudanej zresztą) o uznanie humanistyczności pedagogiki i wpisanie jej do stosownej dziedziny nauk. Jednak przy okazji Profesor cytuje z listu ministra:

 

Niezależnie od powyższego, uprzejmie informuję, iż do Ministerstwa napływają ze strony środowiska akademickiego liczne postulaty dotyczące dokonania zmian w wykazie obszarów wiedzy, dziedzin nauki i sztuki oraz dyscyplin naukowych i artystycznych – (Dz.U. Nr 179, poz. 1065). Postulowane zmiany mają charakter kompleksowy, tj. dotyczą zarówno utworzenia nowych dyscyplin naukowych, przeniesienia poszczególnych dyscyplin naukowych do innych dziedzin nauki, jak również umieszczenia poszczególnych dyscyplin naukowych w więcej niż jednej dziedzinie nauki.

 

Mówiąc szczerze, miałem nadzieję, że następnym ruchem będzie zniesienie preskryptywnej listy dziedzin i dyscyplin. Płonne były nadzieje. Ministerstwo ponownie  ustali (oczywiście w odpowiedzi na zapotrzebowanie społeczne), do jakiej dziedziny i dyscypliny należą badania, ba, w jakich dyscyplinach i dziedzinach można w ogóle badania robić. I jeszcze wydziały i instytuty będą się głowić, jak znaleźć kasę na nowych pracowników, nie zwalniając tych, którzy im już pensum nie robią.

 

Najbardziej mnie jednak martwi to, że trzbea będzie dokonać zmian na stronach Centralnej Komisji. Jak oni sobie z tym poradzą?!