Taka miła recenzja

Wielokrotnie pisałem tu o dwóch różnych podejściach do oceny dorobku habilitacyjnego. Z jednej strony o preferowanych przeze mnie recenzjach skupiających się na dorobku, a z drugiej o tych, które skupiają się na ocenie poszczególnych publikacji habilitanta.

 

Pojawiła sie niedawno recenzja, która pokazuje wszystko to, co mi się nie podoba w tym drugim sposobie recenzowania. Oto recenzja, która sie składa z pojedynczych akapitów; jedna publikacja przypada na jeden akapit. Recenzent pisze mini-abstrakty artykułów habilitantki, skupiając się  prawie wyłącznie na temacie publikacji. Nawiasem mówiąc, myślę, że taką recezję ja też mógłbym napisać – choć nie wiem nic o tym, co robi habilitantka.

 

Co z tych akapitów wynika? Według mnie nic. Czy można z nich wywnioskować coś o ‚wkładzie’ habilitantki? Według mnie również nie.

 

Załamałem się

W linkowanym wcześniej sprawozdaniu z posiedzenia KRASP czytamy:

 

Prof. Katarzyna Chałasińska-Macukow nawiązując do wypowiedzi szefa CK stwierdziła: – Recenzje to największy grzech naszego środowiska. Dominuje podejście „humanitarne” przy ocenie dorobku naukowego. Bardzo trudno napisać recenzję negatywną. Ustawą się tej sytuacji nie zmieni – konkludowała honorowa przewodnicząca KRASP – a i trzech górali w CK nie pomoże.

 

Zaskoczyła mnie szczerość tej wypowiedzi. Wskazuje ona bowiem, że problemy, o których tu pisano nie raz,  jest nie tylko znany, ale i omawiany na samej górze polskiej nauki. Co więcej, prof. Chałasińska-Macukow nie była odosobniona w swej diagnozie. Odezwali się też inni:

 

Problem recenzowania podjęli też inni. Mówiono m.in.: trudno znaleźć recenzentów prac interdyscyplinarnych (prof. Jan Szmidt, PW); mamy zbyt dużo wąskich dyscyplin, co utrudnia znalezienie recenzentów, osoby z zewnątrz są oceniane surowo, a swoi – „humanitarnie” (prof. Marcin Pałys, UW); pojawiło się zjawisko nepotyzmu przy wyznaczaniu recenzentów (prof. Ryszard Dębicki, UMCS).


 

Ja z kolei chciałbym zadać proste pytanie: To co państwo z tym wszystkim robicie?! Czy poza przedyskutowaniem i załamywaniem rąk podjęliście jakiekolwiek działania przeciwstawiające się tym zjawiskom? Mam bowiem wrażenie, że te wypowiedzi przypominają wpisy tego bloga i komentarze do nich. Tyle że wypowiadający się członkowie KRASP mają realny wpływ na rzeczywistość polskiej nauki! Jednak wyzierająca z tych wypowiedzi  bezradność wskazywałaby, że albo ci państwo nie rozumieją władzy, którą mają, albo nie za bardzo chcą się zabrać za problem.

 

A oczywiście najlepiej by było, gdyby to zrobił kto inny i to ustawą. Byłoby na kogo psioczyć. To jest załamujące!

 

Amerykańskość

Po raz kolejny zaskoczył mnie swoim wpisem prof. Śliwerski. Tym razem pedagog narzeka, wraz z innymi pedagogami, właściwie na wszystko, co dzieje się w nauce wokół niego. Poniżej tendencyjne sprawozdanie z wpisu Profesora.

 

Naukę polską toczy choroba ‚grantowa, punktowa, ankietowa, rankingowa’. Cytując innych pedagogów, utyskuje Profesor na punkty i ich zbieranie – to przecież wprost wiedzie nas do kombinowania i spółdzielni, a na dodatek na uczelniach obowiązuje zasada ‚Publikuj albo giń.”. Publikować na dodatek mamy w języku angielskim, co niszczy kulturę narodową i polski język. Granty też są złe, bo dostaje je za mało osób. Właściwie to nawet upadła moralność, co też, jak się zdaje, jest winą ministra.

 

Zastanawiałem się chwilę nad tym wpisem, bo nie chcę na tym blogu politykować, a i wpis Profesora nie jest zupełnie bez sensu. Zdecydowałem się jednak napisać go, bo nie uważam za coś złego to, że również polska pedagogika powinna być w obiegu międzynarodowym. Wcale też nie zbieram żadnych punktów (ja publikuję), nigdy nie kombinowałem i nie kombinuję, nie jestem w żadnej spółdzielni, a to, czy takie są, nie interesuje mnie za bardzo. Jak nie dostaję grantu, to staram się, by następny wniosek był lepszy, a nie o to, żeby dostać fundusze pomimo tego, że mój wniosek nie wszedł do ścisłej czołówki.

 

Wpis prof. Śliwerskiego jest kolejnym głosem w dyskusji, który sprowadza się do stwierdzenia, że ma być tak, jak było kiedyś. Tak, uważam, że w polskiej nauce dzieje się wiele złego (również przez politykę naukową rządów), jednak uważam również, że utrzymywanie status quo ante jest czymś jeszcze gorszym. Odnoszę też wrażenie, że prof. Śliwerski nigdy nie zagościł na dłużej na przyzwoitym uniwersytecie amerykańskim. Gdyby zagościł wiedziałby, że polskie uczelnie mają bardzo niewiele wspólnego z nauką amerykańską. Uważam też, że zarówno  Profesor, jak i jego profesorscy koledzy  wiele by się nauczyli od swych amerykańskich odpowiedników. Oni na przykład piszą zazwyczaj rzetelne recenzje i to na dodatek przestrzegając wyznaczonych terminów. I ja pod taką amerykańskością polskich uczelni podpisałbym sie od razu i to oboma rękami. Podobnie jak pod tym, by wielu polskich  profesorów przynajmniej próbowało nawiązać kontakt intelektualny z kolegami z uczelni o modelu anglo-amerykańskim. Dobrze by to zrobiło nam to wszystkim.

 

Pomyłka

Niedawno zakończone postępowanie to ciekawy ‚głos’ w dyskusji, na czym opierać ocenę hailitanta: na dokumentacji czy też nie. Otóż jeden z recenzentów uznał, że jedna z publikacji, choć nie została włączona przez habilitanta do osiągnięcia habilitacyjnego, w tymże osiągnięciu znaleźć się powinna. Recenzent uważa, że skoro publikacja jest tematycznie związana z cyklem osiągnięciowym, a na dodatek habilitant wspomina ją w stosownej sekcji, to ta publikacja w osiągnięciu powinna być. No i ocenił ją jako część osiągnięcia. 

 

Uważam decyzję recenzenta za absurdalną. To habilitant i tylko habilitant decyduje, co jest osiągnięciem i recenzentowi nic do tego. Recenzent ma osiągnięcie ocenić, a nie modyfikować. Nawet zakładając, że w cytowanym przypadku recenzent chciał być pomocny, a habilitant się rzeczywiście pomylił, ingerencja w to, co jest osiągnięciem, jest wręcz fundamentalna, a recenzent nie ma do niej prawa.

 

Dzisiaj bowiem recenzent stwierdza, że habilitant źle określił osiągnięcie, za chwilę inny stwierdzi, że habilitant pomylił się  przedstawiając osiągnięcie, które przedstawił. Bo przecież powinna być to ta druga książka, te pięć innych artykułów. I to te artykuły należy ocenić.

 

Oczywiście, habilitant cieszy się z habilitacji, szczególnie, że ten właśnie recenzent uznał, że wkład habilitanta jest w rozwój całej nauki, a nie tylko w skromnej jednej dyscypliny.

 

 

Bo tak

Pod poprzednim wpisem wywiązała się ciekawa, choć krótka dyskusja na temat jednej z recenzji habilitacyjnych. Chciałbym dodać swoje trzy grosze. Zgadzam się z negatywnymi ocenami tej recenzji. Uważam, że recenzja w postępowaniu awansowym nie powinna zawierać opinii ‚bo tak’ czy ‚bo ja tak myślę’. Jak słusznie zauważyl cowell, taka recenzja mogłaby się składać z jednego zdania: ‚Uważam, że dr X zasługuje na habilitację.’ Recenzja według mnie powinna być opartą na faktach racjonalną oceną, której dokonuje kompetentny recenzent.

 

Nie zmieniłem zdania i nadal uważam, że recenzja powinna być oceną dorobku, a nie powtórną oceną publikacji, jednak również w tym drugim przypadku ocena nie powinna przedstawiać tylko subiektywnego zdania recenzenta. Powiedziałbym nawet, że subiektywne zdanie recenzenta nie ma żadnego znaczenia.

 

Esencja habilitacji

Zaciekawiła mnie treść niedawnego uzasadnienia nadania stopnia z historii. W dokumencie podano  samą esencję recenzji habilitacyjnych, która, jak sądzę, ma wskazywac, co przekonało rade wydziału, by nadać stopień. Czytamy więc, że pierwszy recenzent, obok niejasnej oryginalności, podkreślał ‚źródłowość i poprawność merytoryczną’. Drugi recenzent wskazywał ilość prac naukowych, niejasną ‚wartość’ oraz ‚różnorodną bazę źródłową’. Trzeci recenzent wreszcie podkreślał ‚rozległość kwerendy archiwalnej i bibliotecznej’, a do tego bliżej nieokreśloną ‚wartość merytoryczną’.

 

Mówiąc ludzku, uzasadnienie jest następujące. Świeżo upieczony doktor habilitowany nie pisze bajek, ale opiera się źródłach/danych (być może bardziej niż inni), zrobił niezły przegląd literatury, a na dodatek nie popełnił żadnych błędów merytorycznych. i można pogratulować, gdyby nie to, że ja tego oczekuję od magistrantów!

 

Ale rzeczywiście nie oczekuję, że będą pisać dużo. I może to jest ta habilitacja. Dużo!

 

Marzenia

Centralna Komisja wydała kolejny komunikat. Jest to jednak bardziej przypomnienie o tym, co mają dostarczyć Komisji habilitanci. Komisja przypomina i upomina w pełnym sztafażu ustawowo-rozporządzeniowym.

 

Po trzech latach obowiązywania nowej procedury habilitacyjnej Centralna Komisja zdecydowała się  zareagować na to, że dokumentacja, jaką dostarczają habilitanci, nie spełnia komisyjnych oczekiwań. No i tak to Komisja habilitantom przypomniała, dyscyplinując tych, którzy jednoznacznie nie wyróżniają opisu dorobku i osiągnięć (w liczbie mnogiej) w autoreferacie. Przecież Komisja ważna jest i nie będzie tolerować niesforności dokumentacyjnej.

 

A mnie się marzy, żeby Centralna Komisja zakomunikowała, że nie będzie tolerować opoźnień w postępowaniach, nierzetelnych recenzji, nie mówiąc o bzdurach w recenzjach pisanych. Ale niedoczekanie moje!

 

Trans

Zastanowił mnie jeden z nowszych autoreferatów humanistycznych. Tytuł osiągnięcia brzmi:

 

Opis i charakterystyka kluczowych pojęć Karola Wojtyły…..

 

Laikowi trudno krytykować, jednak habilitacja za opis zaskoczyła mnie. Zapewne się czepiam niepotrzebnie, ale opis wydaje mi się strategią badawczą doskonaloną już w szkole średniej, może jeszcze na pierwszym roku studiów. Później staramy się już zrobić więcej niż opisać, co widać. W autoreferacie nie ma żadnych wskazówek do tego, by habilitantka zrobiła coś więcej.

 

Przyznam jednak, że recenzje, z odnośnikami do transdyscyplinarności (to musi być coś znacząco lepszego o zwykłej interdyscyplinarności) i do ponad 1300 przypisów, muszą wskazywać, że habilitantka nie tylko opisała.