Yes, we can!

Rozgorzała pełna oburzenia dyskusja na temat komunikatu Centralnej Komsji. Komisja informuje:

 

Wobec ograniczonych możliwości technicznych (pojemność serwerów) Prezydium Centralnej Komisji postanowiło przyjąć zasadę, ze omawiane informacje będą dostępne na stronie internetowej CK przez pół roku od dnia zamieszczenia wszystkich informacji w danej sprawie, które przewidziane są przepisami ww. ustawy. 

 

Oto moje trzy grosze. Po pierwsze, ani przez chwilę nie wierzę, że idzie o ‚ograniczone możliwości techniczne’. Po drugie, uważam, że Centralna Komisja zwiera szyki. Przez fora i blogi przelewa się fala krytyki wobec Komisji, a więc zamiast zmienić swe postępowanie, CK ogranicza dostęp do informacji. Teraz będzie mniej do krytykowania. Po trzecie, teraz nie będzie można porównywać postępowań. Pół roku wiszenia to bardzo mało postępowań z dyscypliny, nie mówiąc o poddyscyplinach. Teraz nie będzie można łatwo wytknąć recenzentom, że są niespójni. Moim zdaniem, będzie to szczególnie ważne w postępowaniach profesorskich.

 

I weszcie po czwarte – bo możemy. Bo możecie nam wszyscy naskoczyć, bo jesteśmy bardzo ważnymi profesorami i nie pozwolimy sobie na krytykę przez jakiś forumowych i blogowych maluczkich.

 

Jeśli Centralna Komisja miała jeszcze chociaż resztki autorytetu czy szacunku, straciła je kompletnie.

Primum coś tam….

Prof. Pluskiewicz informuje o końcu sprawy z habilitacją, w sprawie której wypowiadały się osoby postronne. Wszystko skończyło się dobrze – przeważyła ocena merytoryczna. Jednak wpis prof. Pluskiewicza wcale mnie nie ucieszył. Przecież Profesor cieszy się i świętuje to, że przeważyła ocena merytoryczna! Jak można cieszyć się, że przeważyła normalność?!

 

Gdy czytałem pierwszy wpis Profesora na temat tej habilitacji, zakładałem, że pisma osób postronnych były pozytywne. A zatem piszący chcieli przekonać komisję/radę, by nadała stopień protegowanym piszących, pomimo słabego dorobku. Okazało się jednak, że jest odwrotnie. Ktoś się pofatygował napisać pismo sprzeciwiające się nadaniu stopnia!I to mi się w głowie nie chce zmieścić. Tak, rozumiem przepychanie ‚swoich’, ale mnie by się nie chciało pisać po to, żeby komuś podstawić nogę. Kim są ci ludzie? Co to za mentalność?

 

Ciekawy też jestem, jaki wpływ na decyzję rady miał sam wpis Pluskiewicza.

 

Zasługi

Oto epilog do wpisu z 17 stycznia. Pod linkowanym tam wpisem prof. Pluskiewicza pojawił się następujący komentarz:

 

Piszę raz jeszcze: jaki dziekan, taki Wydział. Niestety, część habilitacji, to żenada. Jeden z ostatnich przewodów „zabiegowych” dr K spoza uczelni, którego promował i o którego zabiegał wszystkimi możliwymi sposobami prof. S, to kpina z nauki, dydaktyki i przyzwoitości. Również Komisja prowadzona przez panią B. w protokole zamieściła opinie innych osób, spoza członków komisji, wydziału i recenzentów. A główne zasługi habilitanta, to medale: zasłużony dla straży pożarnej i policji. Wstyd! A może trzeba pogratulować?

 

Pozostawiam bez komentarza.

Co jeszcze?

Znalazłem właśnie postępowanie, które dobrze ilustruje problemy, o których pisałem wczoraj. Moją uwagę zwróciła w szczególności recenzja w załączniku 4. Jej autor, po stwierdzeniu, że osiągnięcie habilitantki do niczego się nie nadaje, pisze (cytuję, zachowując zaskakującą wręcz ubogość interpunkcyjną):

 

Habilitacja jest punktem przełomowym w karierze każdego pracownika nauki i stanowi nie tylko podsumowanie jego dotychczasowej działalności ale decyduje o jego przyszłej biografii. Toteż niezależnie od sformułowanych wyżej  krytycznych uwag dotyczących zarówno osiągnięcia wskazanego przez habilitantkę jako podstawowe jak też innych składników jej dorobku naukowego wydaję w tym przewodzie opinię pozytywną….

 

Warto podkreślić – kilka zdań wcześniej autor recenzji pisał, że przedstawiona monografia nie daje nadziei, że przedstawiona w niej technika zostanie nawet wypróbowana! I ja mam pytanie do prof. Łaszczyka –  co jeszcze habilitant/ka ma zrobić, żeby Pan napisał recenzję negatywną? Zastanawiam się, bo skoro to, co napisała habilitantka nie nadaje się do niczego, a Pan nadal konkluduje pozytywnie, to co jeszcze trzeba zrobić, żeby dostać negat? Dwie pozostałe recenzje można zesztą uznać za miażdżące.

 

Dla pełności obrazu dodam, że habilitantka wykorzystuje pozytywność ww. konkluzji w bardzo ciekawym odwołaniu.

 

Nie

W nowym wpisie dr Kulczycki stawia ciekawe pytanie:

 

czy nasz system awansów naukowych, szczególnie habilitacji, służy rozwojowi nauki? Wśród młodych ludzi powszechne jest zwątpienie, czy stanowi ona skuteczny miernik jakości, pozwalający najlepszym sterować i funkcjonować w nauce. Jeśli moi rówieśnicy się mylą, zostawmy habilitację. Jeśli mogą mieć rację, czas głośno wskazać, co z tym fantem trzeba zrobić.

 

Postanowiłem odpowiedzieć na to pytanie, a moja odpowiedź jest negatywna. A zatem nie, habilitacja nie służy rozwojowi nauki i to z dwóch powodów.

 

Pierwszym powodem są absurdalne kryteria. Wielokrotnie pisałem już o tym, że kryterium znacznego wkładu w rozwój dyscypliny jest niemożliwe do spełnienia przez przytłaczającą większość nie tylko habiltantów, ale również profesorów, nie tylko zresztą polskich. Znaczny wpływ na rzowój dyscypliny mają osoby bardzo wybitne, których jest mało, a może i baaaaardzo mało. Zaporowe kryterium oznacza, że, chcąc, nie chcąc, recenzenci muszą je obchodzić. Bo jeśli rzeczywiście produkujemy w większości makulaturę (zob. dyskusję na DNU), no to jak może ta makulatura mieć znaczący wpływ itd.. Trzeba zatem udawać, że ma, bo habilitację nadawać trzeba. I skoro (praktycznie) nikt nie spełnia kryterium znacznego wkładu, no to właściwie wszystko wolno.

 

Drugim, być może ważniejszym, powodem są praktyki recenzenckie, o których również pisałem wielokrotnie. Rządowe kryterie oceny habilitanta są nagminnie ignorowane, recenzenci nagminnie piszą recenzje kurtuazyjno-towarzyskie, czy wreszcie niekompetentne lub podlane sosem wyobrażeń wielkościowych. Nawet zakładając więc, że usunięte zostanie kryterium znacznego wpływu, nie zmieni się wiele, bo recenzenci będą nadal robić, co im się żywnie podoba, a habilitacja nadal będzie (w znacznie za dużej ilości przypadków) czysto uznaniowa.

 

Powstaje pytanie, co robić. Wielokrotnie pisałem o systemie kontroli. Dzisiaj nie jestem pewien, czy on ma szanse. Musiałby on się opierać na ludziach spoza układów towarzyskich, a takich jak na lekarstwo. Obecna CK jest instytucją nie tylko bez pazura, ale, jak się wydaje, nawet bez uzębienia. Pozostaje więc chyba usiąść i zapłakać, licząc na to, że zmieni się samo.

 

Gdzie, do cholery, są granice?

Czytałem ten wpis na blogu profesora medycyny, a szczęka mi opadała coraz niżej. Aż doszedłem do tego fragmentu:

 

Dziś zostaliśmy jeszcze bardziej zaskoczeni przy okazji kolejnej habilitacji, toczącej się w tzw. nowym trybie. Z relacji członków komisji habilitacyjnej dowiedzieliśmy się, że do komisji wpłynęły pisma od osób trzecich i były brane pod uwagę obok ustawowo obowiązujących dokumentów dotyczących dorobku kandydata. Jak wyraźnie powiedziano, decyzja komisji została podjęta przy uwzględnieniu nieuprawnionych, pozamerytorycznych opinii. 

 

i zobaczyłem jak koło mnie przechodzi ludzkie pojęcie, a jak mnie zobaczyło, zatrzymało się i mi sie roześmiało w twarz.

 

Od czasu, gdy piszę ten blog, przeczytałem  i usłyszałem wiele rzeczy, w które trudno mi było i jest uwierzyć. Jednak postępowań, na których brane są pod uwagę pisma osób trzecich, do tej pory nie potrafiłem sobie wyobrazić.

 

Jednak to, co wywołuje we mnie osłupienie, to to, że te postronne osoby wysyłają do komisji habilitacyjnej jakieś listy wsparcia, podejrzewam, że podpisane imieniem i nawiskiem i nie obawiają się żadnych konsekwencji, choćby środowiskowych. Na dodatek komisja habilitacyjna otwartym tekstem przyznaje się do uwzględniania takich pism w procesie decyzyjnym i nie widzi w tym nic niestosownego. 

 

To już nie jest dno, dno zostało wysoko nad nami.

 

Współpraca

Już w kilku rozmowach z prawie-habilitantami usłyszałem o strategiach habilitacyjnych na długo przed postępowaniem. Otóż niejednokrotnie już usłyszałem o tym, jak prawie-habilitanci umawiają sie ze swymi współautorami zarówno co do kolejności współautorstwa na publikacji, a także co do deklarowanego wkładu. Co ciekawe, proponują to również profesorowie, którzy chcą wspomóc współpracowników, zaniżając swój deklarowany udział w publikacji.

 

Mój komentarz jest zawsze bardzo prosty: i bardzo dobrze! Jeśli oczekuje się od habilitanta informacji, która albo jest pusta informacyjnie (wielokrotnie podkreśla się, ze 10 procent wkładu może być nieważnie, a i może doprowadzić do tego, że artykuł nadaje się do publikacji), albo niemożliwa do ustalenia, to należy podawać informację taką, która najbardziej służy im w uzyskaniu stopnia. A co prawdą – zapytała mnie jedna prawie-habilitantka? Nic – tego typu informacje (prawie) zawsze rzeczywistośc zaciemniają.

 

Już ponad rok minął od mojej habilitacji. Wracam do niej, myśląc o tym, że habilitację trzeba zrobić. Niestety, wcale nie musi ona odzwierciedlać ‚poziomu naukowego’ habilitanta. I jeśli, na przykład, profesor, kolega, wspołpracownik mówi: „ja napiszę sobie mniej niż mógłbym, ty mi się kiedyś odwdzięczysz”, to trzeba to brać i sie cieszyć, że ma się takiego profesora czy kolegę.

 

Brudny dywan

Autor Doktrynalii podejmuje problem nieterminowości, a może i ‚obstrukcji obowiązujących przepisów’ przez instytucje powołane do publikowania dokumentacji postępowań habilitacyjnych. Tym razem idzie o zestawienie, jak pisze bloger, zjadliwej recenzji rozprawy habilitacyjnej w czasopiśmie z recenzjami w pomyślnie zakończonym  postępowaniu. 

 

Choć problem jest ważny, autor Doktrynalii myli się – omawiane przez niego postępowanie przeprowadzone zostało według starej procedury (na stronach Wydziału Prawa UMK mona znaleźć informację o dacie kolokwium habilitacyjnego). Nigdy więc nie poznamy recenzji tej habilitacji, wszystko odbyło się za zamkniętymi drzwiami.

 

Po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że jawność dokumentacji jest istotną i ważną cechą nowej procedury. Niestety, wygląda na to, że służy ona przede internetowym komentatorom do poutyskiwania na to, że to nie podłoga pod dywanem, a sam dywan jest brudny.

 

PS. Zajrzałem też na strony CK. Pojawiła się dzisiaj dobrze ponad setka nowych postępowań w dziedzinach, do których zerknąłem. Oczywiście część z nich niekompletna, część z nieaktywnymi linkami. Zarządzanie stronami Centralnej Komisji nadal jest skandaliczne, a z kolei szefostwo Komisji nadal nic sobie z tego nie robi.

 

Prawie-habilitant

Poznałem niedawno habilitanta. Właściwie prawie-habilitanta, bo wniosek chce dopiero złozyć. Co prawda, wszystko już gotowe od jakiegoś czasu, ale habilitant co jakiś czas upewnia się jeszcze, czy na pewno, bo sie naczytał złośliwości w recenzjach, nasłuchał się o komisjach i stwierdził, że najważniejsze to nie dać na siebie haka w postaci niewydrukowanego artykułu, złego opisu bibliograficznego czy innej poważnej podstawy do odmówienia nadania stopnia. Próbowałem mu wyjaśnić, że panikuje, ale zadał mi pytanie, czy ja panikowałem i po odpowiedzi twierdzącej, poprosił o nieudzielanie dobrych rad.

 

Skoro nie mogłem radzić, zapytałem nowego kolegi, czy zdecydował się habilitować z ksiązki czy może z cyklu. Habilitant popatrzył na mnie z dużym zdziwieniem i wyrzutem i poinformował, że oczywiście, iż wydał książkę. Choć wie, że czytelników może nie być za wielu, a i jego międzynarodowa kariera uległa spowolnieniu, jednak po zasięgnięciu języka uznał bez wahania, że to właśnie książkka zbliża go do upragnionego stopnia, a nie żaden tam cykl. Cykl może przecież nie być wystarczająco cykliczny, a na dodatek po co się męczyć i pisać tyle artykułów, czekać na ich recenzje, poprawki, przyjęcie i druk (czas przecież leci), skoro można szybciutko książkę napisać. A to przecież książkę docenią recenzenci, którzy sami pisali wydawnictwa zwarte i dobrze wiedzą, że to książka czyni naukowca, a nie żadne artykuły. A że książki nikt nie przeczyta – tym gorzej dla ignorantów!

 

Nie mogłem się nie zgodzić z rozumowaniem habilitanta, choć przyznam, że pomyślałem, że mi go żal. Mógłby przecież naukę uprawiać, a on habilitację robi.

 

Powołanie

Po raz kolejny zaskakuje mnie swoim wpisem prof. Śliwerski. Wspominając zmarłego profesora socjologii, pedagog pisze o współredagowanym tomie:

 

zamieściłem wraz z E. Wnuk-Lipińskim opracowanie założeń teoretyczno-metodologicznych i zakresu instytucjonalizacji w świecie – powołanej do życia rozporządzeniem minister B. Kudryckiej (lipiec 2011) nowej dyscypliny naukowej – NAUKI O RODZINIE. Popierał powołanie jej do życia wskazując na potrzebę uczynienia jej nauką interdyscyplinarną.

 

Zaskakuje mnie wiara Profesora w moc sprawczą ministra i jego rozporządzenia. Pomimo starań nie potrafię sobie wyobrazić, w jaki sposób minister może powołać dyscyplinę naukową. Na dodatek, wydaje mi się, że autor wpisu implikuje, iż minister Kudrycka powołała nową dyscyplinę na skalę światową. Ze sceptycyzmem podchodzę też do globalnego zasięgu tomu wydanego po polsku przez Uniwersytet JPII.

 

(Tu miał być akapit z kilkoma złośliwymi komentarzami o tym, jak naukowcy, fundacje, uniwersytety  na całym świecie z zapartym tchem śledzą rozporządzenia polskiego ministra i polskie opracowania, żeby się dowiedzieć, czy i w jaki sposób moga uprawiać dyscyplinę.)