Trup

Ostatni wpis dr. Kulczyckiego zawiera zapis ciekawej konferencji poświęconej sytuacji nauk społeczno-humanistycznych. Oglądałem video bez większych emocji, aż doszedłem do wypowiedzi prof. Śliwerskiego. Artykuły w czasopismach z listy A, nie mówiąc o książkach, to poziom polskich prac magisterskich (z pedagogiki). Niecytowani polscy profesorowie (pedagogiki) – to manipulacja. Dlaczego CK nie korzysta z zagranicznych recenzentów – nie ma, jak im zapłacić. I może najciekawsze w wypowiedzi profesora-pedagoga było to, że zwraca się do panelu, w którym są dwie kobiety, per ‚panowie’. 

 

Reforma w nauce polskiej? Po moim trupie!

 

PS. Oto sprawozdanie profesora Śliwerskiego.

 

 

Bez litości

Odnotowuję artykuł p. Marka Wrońskiego między innymi dlatego, bo zawiera następujące zdanie:

 

I tak właśnie, „na grzbietach magistrantów”, buduje się habilitacyjny i profesorski dorobek naukowy. 

 

Już na forum napisano o tym, że podbieranie wyników czy publikacji podopiecznym jest szczególnym draństwem. Zgadzam się z tym. Nie powinno być żadnej profesury czy habilitacji opartej na kradzionych wynikach. Jednak szczególnie piętnowane powinny być te oparte na wynikach kradzionych młodszym. A nadane stopnie czy tytuły powinny być odbierane. Bez litości.

 

Usterki w pedagogice

Zwrócono mi uwagę na uchwałę w sprawie nadania stopnia w postępowaniu, o którym już kiedyś pisałem. Jest to dokument zaskakujący pod kilkoma względami.

 

Przede wszystkim jest uchwałą, która nie kończy się uchwałą. Nie wiem, czy to ma jakieś znaczenie prawne, jednak dokument uchwały nie informuje o tym, czy nadano mu stopień, czy nie. Decyzja jest oczywiście implikowana wynikami głosowania, jednak dokument nie wskazuje na to, że rada wydziału podjęła jakąkolwiek decyzję.

 

Co więcej, prawie połowa głosujących wstrzymała się od głosu. 13 osób z 27 nie miało zdania. I chociaż głosujących przeciw było więcej niż głosujących za, jednak to, że aż połowa członków rady nie chce się wypowiedzieć, ukazuje bezsensowność (tego) postępowania. Nawiasem mówiąc, można się zastanawiać, na ile członkowie rady wstrzymywali się ze względu na presję dziekana, by habilitację przepchnąć. Po decyzji komisji oraz dyskusji, którą pokazuje protokół, decyzja dziekana, by postawić wniosek o nadanie stopnia, jest co najmniej zaskakująca.

 

A na koniec jakość dyskusji. Niebywałe jest pytanie jednego z profesorów o motywy habilitanta – zastanawiam się, jakiej odpowiedzi oczekiwał. Że habilitant nie miał szans w psychologii? A do tego pytanie o to, co ma habilitant z sobą zrobić, na które następuje stwierdzenie, że jednak habilitant (jest już dużym chłopcem i) sam podjął decyzję o wskazaniu pedagogiki. I wreszcie pytanie: usterki czy przynależność dyscyplinarna, po którym dziekan stwierdza, że w pedagogice usterki jeszcze nikomu w niczym nie przeszkodziły. I tu parsknąłem ze śmiechu.

 

Oto postępowanie habilitacyjne w pełnej krasie.

Przodownicy

Niedawno zamieszczony autoreferat z pedagogiki to kolejny przykład dominacji książek w polskich naukach społecznych. Oto osiągnięcie, na które składa się cykl 3 książek wydanych w ciągu ledwo ponad roku (dwie są wydane w 2014 r., a jedna w 2015). I nie są to broszurki, ale prawdziwe długometrażowe książki. Przyznam szczerze, że miałbym trudności z samodzielnym wydaniem 3 dobrych artykułów w takim tempie, a tu habilitantka wydaje kilkaset stron książek (musiała napisać ponad  tysiąc stron maszynopisu?). I to niejedyne książki habilitantki.

 

Nie mam pojęcia o tym, czym zajmuje się habilitantka. Jednak nie potrafię sobie wyobrazić wydania dwu dobrych książek naukowych w ciągu roku, dokładając kolejną na początku następnego. I nie rozumiem takiego uprawiania nauki.

Reformuję naukę

Przeczytałem wywiad z prezesem PAN, w którym wypowiada sie między innymi o reformie nauki. Prof. Duszyński informuje, że w reformę zaangażował się osobiście i … zdjął krawat. Tak, tak, trzeci priorytet prezesa w naprawie nauki polskiej to postulat zdjęcia krawata, a może i, prezes grozi, marynarki!

 

Niestety, dreszcze mnie nie przeszły, bo nie noszę krawata. Gdybym jednak wiedział, że to aż tak rewolucyjna działalność, nie nosiłbym go z zaciętością. Bo mój krawat bezmyślnie się kurzy, a tu przecież chodzi o zaangażowanie się w naprawę nauki. Jutro wyciągam krawat i rano go świadomie odrzucę.

 

10000

Z przyjemnością informuję, że liczba komentarzy na blogu przekroczyła 10 tysięcy. To dzięki temu, że ten blog stał się forum dyskusji na temat nauki polskiej, jest on coraz częściej czytany. A odnotowuję wejścia praktycznie z całej Europy, a i spoza.

 

Wszystkim Państwu komentującym i czytającym ten blog serdecznie dziękuję!

Ustawa na zakałę

W sprawie zwiększenia minimów kadrowych koniecznych do prowadzenia postępowań habilitacyjnych wypowiedział się prawnik. W niedawnym wpisie prof. Pior Stec porównuje polskie habilitacje i z niemieckimi i wskazuje, że niemieckie uczelnie mogą przeprowadzać postępowania habilitacyjne bez dodatkowych warunków. Aż się nie chce wierzyć! Chciałoby się wręcz powiedzieć, że w Niemczech habilitacje może nadawać byle kto.

 

Prof. Stec dodaje, że to nie w liczbie profesorów leży problem. Poziom habilitacji można podnieść wracając do rzetelnych reguł gry. Oczywiście zgadzam się z p. Stecem. Moim zdaniem propozycje prof. prof. Brzezińskiego i Izdebskiego to sposób na ignorowanie podstawowego problemu w postępowań habilitacyjnych: nierzetelności oceny. Nawet wszak uznając, że sytuacje opisane w poprzednim wpisie są rzadkie, to przecież żadna to pociecha dla uwalonego habilitanta. I warto podkreślić, że nie ma i nie może być ustawy, która uchroniłaby tę ‚zakałę’ przed poczynaniami profesorów, którzy zamiast nazwisk mają już tylko literki.

 

Wstydu nigdy nie było!

Ze trzy lata temu przeczytałbym linkowany w komentarzach pod poprzednim wpisem artykuł z niedowierzaniem. Dzisiaj już nie mam trudności z uwierzeniem w to, co tam napisano. Jednak wizja kulis habilitacyjnych jest przerażająca.

 

Przeraża mnie możliwość systematycznego niszczenia człowieka, który podpadł swojemu szefowi. I tak to doktor staje się zakałą polskiej nauki, osobnikiem, który się nie prześliźnie przez nieporozumienie. No, ale najgorze przecież, że on gej (choć podejrzewam, że panowie profesorowie o ‚gejach’ nie rozmawiali). Wstyd umarł? Nie – wstyd się chyba nigdy nie narodził! Niszczycielska moc tych oskarżeń, powtarzanych przez kolegów, z zasięgiem na środowisko, widoczna jest jakże dobrze w omawianym tu niedawno postępowaniu habilitacyjnym.

 

A to wszystko robione w poczuciu kompletnej bezkarności. Maile na temat zakały są najwyraźniej pisane otwartym tekstem, a odbiorcy spokojnie je przechowują. Przecież im nic nie grozi. Ja z kolei z niecierpliwością  czekam na krakowski, warszawski i inne wątki tej sprawy.

 

I na koniec: plotki, że prof. Ryszard T. zrezygnował z członkowstwa Centralnej Komisji potwierdziły się. Strony Centralnej Komisji nie odzwierciedlaja tego wydarzenia.

Różnice

Po kolejnych komentarzach na temat polskich habilitacji na Słowacji postanowiłem dodać swe trzy grosze. Przede wszystkim rozumiem i w dużej mierze zgadzam się z walką prof. Śliwerskiego z tymi habilitacjami. Cytat przytoczony przez trzy.14 wystarcza, by się ich przestraszyć. Praca magisterska zamieniona w habilitację nie mieści się w głowie.

 

Przyznam jednak, że nie potrafię potępić tych, którzy poszukują sukcesu habilitacyjnego na Słowacji. Rozumiem dobrze tych, którzy chcą uciec przed układami, podlizywaniem się czy wydziałową kolejką. Poza tym nie widzę za bardzo różnicy między polskimi habilitacjami z pedagogiki, którę biją po oczach lokalnością i dorobku, i osiągnięcia habilitacyjnego. Co za więc różnica czy słaba habilitacja przejdzie tu czy na Słowacji?

 

Jakiś czas temu pisałem o zachwycie profesora-pedagoga nad habilitacją ‚w światowym stylu’. Tyle że dorobek habilitantki nie miał nic wspólnego ze światowością, ani nawet z miernym poziomem międzynarodowym. Zamiast piętnować słowackie habilitacje, wolałbym, by Pan Profesor zaczął walczyć o poziom i standardy habilitacji w Polsce.

 

Pół metra na habilitację

Pisałem już o niedawnym niepowodzeniu habilitacji dra Migalskiego. Zwrócono mi uwagę na szerszy opis tego, co się stało. Przyznam, że czytałem ten artykuł i ograniało mnie coraz większe zniesmaczenie wobec wszystkich stron konfliktu. Chociażby to, że habilitant krytykuje obecność osoby, którą oskarżył o agenturę (i zasłonił się immunitetem), jednak sam wskazuje radę, w której osoba ta zasiada.

 

Jednak najbardziej przykuły moją uwagę cytowane przez gazetę, habilitanta  i – wedle jego relacji – recenzenta kryteria oceny dorobku kandydata. Gazeta oburza się pytająć, jak to możliwe, żeby autor aż 17 książek nie dostał habilitacji! Recenzent miał napisać, że habilitant wydawał tylko jedną książkę rocznie, a można kilka. Sam habilitant żali się, że przecież był na urlopie.

 

Czytam to i zastanawiam się, czy gazecie, recenzentowi czy habilitantowi przyszło do głowy zastanowić się nad jakością tych książek. Nawet w politologii nie chodzi chyba  tylko o to, ile książek się wydaje, ale również o to, co to za książki! Jeśli jednak nie, to ja mam sugestię. Skoro ważna jest tylko inwentaryzacja, to może można by te książki jeszcze zważyć, albo zmierzyć, grubość sumaryczną podawać w metrach.