Ma być dużo!

Oto postępowanie habilitanta, któremu udało się zrobić ważne badania. Ba, badania, których wyniki mogą mieć wpływ na to, jaką opiekę medyczną uzyskają pacjenci na świecie. Recenzenci są zgodni, że badania są unikalne, pionierskie w skali światowej. Jednak jeden z recenzentów (załącznik 5) ma wątpliwości i to poważne. Przede wszystkim holenderscy współautorzy (może nawet nieświadomi polskich wymogów habilitacyjnych) habilitanta przedstawili oświadczenia, które się recenzentowi nie podobają. Na dodatek habilitant nie jeździ na konferencje, a i nie publikuje za dużo. Dla porzadku dodam, że recenzent przyznaje, że nie zna się na tym, co bada habilitant, więc gotów jest podyskutować.

 

Zwracam uwagę na to postępowanie, bo oddaje wielokrotne dyskusje na temat tego, co się stanie z habilitantem, który ma duże osiągnięcie badawcze, ale mały dorobek ilościowy (załóżmy, że recenzent ma rację). Okazuje się, że na polską habilitację może to być za mało. I co z tego, że badania habilitanta mogą (a potwierdzają to recenzenci) wpłynąć na to, jak się zarządza chirurgią na świecie z korzyściami dla pacjenta i pracownika, to jednak polski habilitant ma jeździć na konferencje i publikować dużo. Recenzent negatywny docenia znaczenie badań habilitanta. Zdaje się nie rozumieć jednak, że takich badań nie robi się na co dzień.

 

Czy habilitant powinien był dostać habilitację? Nie wiem. Wiem jednak, że gdy przegląda się postępowania w naukach o zdrowiu, to omawiane postępowanie mocno się wyróżnia. Tyle że wyróżnia się nie ilością opublikowanych prac, ale tym, że donoszą o nowatorskich badaniach, z których na dodatek coś wynika. Powiedziałbym nawet, że to o tym habilitancie można by powiedzieć, że jego prace mają znaczny wkład w rozwój dyscypliny. Według jednego z recenzentów to jednak za mało.

Koshaleen

Trochę wbrew sobie pokazuję świeżo znaleziony autoreferat jako dowód, że zrównanie monografii w języku polskim i angielskim nie jest bez podstaw. Wszak wydanie książki po angielsku w Koszalinie ma niewielki sens. Podobnie zresztą, jak uznanie, że ona jest z gruntu lepsza od wydanej obok książki po polsku, a więc powinna być wyżej punktowana. To również nie ma większego sensu. Pozostaje więc albo ocena przez eksperta, albo sporządzenie listy rankingowej wydawnictw.

 

Habilitantce z Koszalina z kolei odebrałbym jeszcze ze 5 punktów za nonszalanckie tłumaczenie angielskiego tytułu na polski w autoreferacie.

 

 

Mróweczki

Ile recenzji (doktorskich, habilitacyjnych, profesorskich) może napisać profesor? To wręcz centralne pytanie w dyskusjach na temat postępowań habilitacyjnych, a w szczególności jednego postępowania. Czy pisanie wysokich kilkuset recenzji to oznaka pracowitości, a na dodatek zaufania środowiska? Czy na odwrót – może napisanie kilku recenzji to dowód na brak poważania wśród kolegów profesorów?

 

Na pierwsze z pytań oczywiście nie ma nie ma odpowiedzi. Nie da się powiedzieć, że można napisać 10, 20 czy 50 recenzji w ciągu całego życia profesjonalnego. Jestem pewien jednak, że gdzieś taka granica jest, choć na pewno trudno ją jednoznacznie określić. Jest to jednak granica, po przekroczeniu której dyscyplina staje się półprywatnym folwarkiem recenzenta, w którym ludzie badają i piszą to, co temuż recenzentowi (lub ich grupie) się spodoba. To, czy recenzje są rzetelne, jest wtórne, bo nawet jednoosobowej rzetelności może być za dużo. Jakkolwiek cenne by były uwagi w tych recenzjach, są to uwagi tylko jednej osoby, która jakkolwiek genialna by była, nie powinna swojej genialności narzucać innym.

 

Czy więc kilkaset recenzji to pracowitość? Według mnie nie. Moim zdaniem to brak wstrzemięźliwości w chęci wpływu na dyscyplinę. I nie chcę powiedzieć: niepohamowana chęć kontroli….. Wstrzęmięźliwość jest cnotą, cnotą szczególną wydaje się być wstrzemięźliwość recenzyjna.

 

Jest oczwyiście dodatkowy aspekt (wysokiej) wielorecenzyjności. Niby nieważny, ale jednak nie sposób go nie zauważyć. Otóż recenzje są płatne i to nieźle. I choć chcę myśleć, że podejmując się napisania recenzji, recenzent rozważa głównie meritum sprawy, takie myślenie jest chyba jednak naiwne.

Pod górkę

Prof. Śliwerski cytuje list młodego i rozgoryczonego naukowca, który żali mu się, że nie dostał grantu. Recenzenci wytknęli mu brak doświadczenia międzynarodowego, a przecież miał rekomendację profesora ze Szwecji.

 

Czytałem ten list (pomijam wcześniejsze komentarze profesora-pedagoga – nie mam siły komentować socjalistyczno-spiskowych wynurzeń Profesora) z pewnym niedowierzaniem. Młoda i rozgoryczona uczona wylewa żale, w przelocie wspominając jednak, że już dwa granty dostała. W tym grant na wydanie doktoratu – to by przecież było dopiero, gdyby podatnik nie zapłacił za wydanie rozprawy. Mam, co prawda, pewne wątpliwości co do zasięgu czytelniczego tej książki, ale punkty się liczą, a i cv jakoś goło wygląda bez wydawnictwa zwartego.

 

Chyba po raz pierwszy piszę tu o finansowaniu projektów badawczych. Drażnią mnie żale ‚rozgoryczonej’, która nie dostała trzeciego grantu, a przecież ma tę rekomendację z Lund! A wszystko to oznacza, że biednej humanistce wiatr wieje w oczy, gdy ona przedziera się przez życie naukowe natrafiając na mur, a nie otwarte wrota trzeciego finansowania.

 

Niestety, takie nasze życie profesjonalne, że raz dostajemy granty, a raz nie. A tych razów na nie jest więcej niż na tak. A jak się nie dostaje, zamiast pisać listy do prof. Śliwerskiego (tutaj mógł być komentarz cyniczny), może się lepiej zastanowić, czy konkurencja czasem nie była lepsza.

 

Recenzja i jej konsekwencje

Parę miesięcy temu prosiłem o kontakt recenzentów habilitacyjnych, na których wywierano presję, by recenzja była ‚odpowiednia’. Parę dni temu dostałem maila w tej sprawie. Wbrew pozostałym trzem recenzentom, autor/ka listu napisał/a recenzję negatywną. Coś trzeba było z nią zrobić, więc komisja habilitacyjna ją omówiła. Dyskusja polegała jednak na podważaniu osoby, która recenzję napisała.

 

Autor/ka listu pisze jednak nie tyle o presji, co o ‚karze’ za napisanie negatywnej recenzji. Habilitacja miała przejść, więc przeszła, jednak negatywna recenzja odbiła się echem, a jej autor/ka nadal ponosi konsekwencje (o których nie napiszę, by zachować pełną anonimowość osoby, która do mnie napisała).

 

Osoba, która napisała do mnie, napisała otwartym tekstem, ujawniając swą tożsamość. Dziękuję za to. Ja z kolei ponawiam apel. Proszę o nadsyłanie ‚historii habilitacyjnych’, z obu stron postępowania.

Pokora

W niedawnym wpisie Profesor-pedagog znów zaskakuje. Otóż z tego, że żaden pedagog nie uzyskał tzw. Diamentowego grantu czy nie został wybrany do Rady Młodych Naukowców, wnioskuje, że pedagodzy nie zainteresowali się konkursem czy wyborami. Profesor Śliwerski często wytyka innym braki w logicznym rozumowaniu, a tu taki kwiatek. Panie Profesorze, otóż wielu pedagogów mogło się interesować i zgłosić (może Pan ma jakieś dane?!), tylko poziom ich dokonań był niezadawalający. Warto się przeglądnąć czasem w zewnętrznym zwierciadle. A potem przyjąć z pokorą wyniki. Czego Panu Profesorowi serdecznie życzę.

Zabawy w chowanego

Ostatni raz na kanwie omówionej superrecenzji, chcę zwrócić uwagę na jeszcze jeden problem. W dokumencie czytamy:

 

To czego natomiast w tym protokole nie ma, to śladu po jakiejkolwiek dyskusji komisji. Dyskusji takiej można o czekiwa zwłaszcza w tak kontrowersyjnej sytuacji. Protokół poza opisem postępowania prowadzącego do powołania komisji, spisem dokumentacji i obszernymi wyjątkami z 3ch recenzji zawiera jedynie wynik głosowania jawnego: 0 za nadaniem, 6 przeciw nadaniu i 1 głos wstrzymujący.



Jakiś czas temu pisałem o publikacji zapisu stenograficznego dyskusji komisji habilitacyjnych. Spotkało się to raczej z negatywnym odzewem, bo przecież dobrze sporządzony protokół…. A jednak protokoły, do których odnosi się prof. Idziak, nie są zapisem dyskusji na posiedzeniu komisji. Okazuje się, że one obraz tych dyskusji wręcz zaciemniają. Można się oczywiście zastanawiać, na ile to wynik niekompetencji protokolanta, a na ile wynik celowego działania, jednak w wypadku celowego uwalenia habilitanta, takie dywagacje mają chyba ograniczony sens. Jestem dość pewny, że w tym wypadku nie idzie tu o zwykłą niekompetencję.

 

Rozumiem argumenty, dlaczego publikowanie stenogramu dyskusji może ograniczać szczerą wymianę zdań. Jednak protokoły, które ukrywają dyskusje, to znacznie poważniejszy problem.

Pamiętajmy o recenzentach

Wracam znów superrecenzji prof. Idziaka. Nie tylko dwaj główni bohaterowie sprawy przekroczyli granice wstydu w sposób, który trudno było sobie jeszcze niedawno wyobrazić. To również recenzenci. Prof. idziak pisze:

 

Uważna lektura tych recenzji wskazuje na tak dużą ich zbieżność (w stawianych zarzutach), że nie sposób się oprzeć wrażeniu, iż nie powstawały one w sposób niezależny.

 

O ile dwaj członkowie PAN (warto przypominać, jak wysokie pozycje w nauce polskiej zajmowali dwaj panowie od zakały) działali zakulisowo, działania recenzentów można by określić wręcz jako bezczelne. PANowscy luminarze mogli liczyć na to, że ich umowy i układy pozostaną w ukryciu, recenzenci jednak wiedzieli, że ich recenzje będą czytane i to nie tylko przez członków komisji i rady wydziału. I najwyraźniej im to nie przeszkadzało.

 

Bezczelność koordynacji ocen recenzenckich nie mieści mi się w głowie. Ci recenzenci podważyli fundamenty postępowania awansowego.

 

Dorobek osiowy

Dyskusja na temat kryteriów oceny w humanistyce zainspirowała mnie do zwrócenia uwagi na niedawno odkryte przez mnie postępowanie, w którym recenzenci zdają się odzwierciedlać  argumentację pana.toranagi. 

 

W trzeciej recenzji recenzentka zwraca uwagę, że całość dorobku habilitantki składa sie z opublikowanych referatów konferencyjnych i nie ma w nim artykułów w czasopismach ogólnopolskich, wysoko punktowanych. Artykul w jednym z tych wysoko punktowanych czasopism przyniesie autorowi aż 5 punktów! Reszta to już godne uwagi 10. Co ciekawe, drugi recenzent negatywny również zwraca uwage brak publikacji w czasopismach „wysoko punktowanych” (umówili się?), dodaje jednak, że publikowanie w Bydgoszczy czy Gorzowie to trochę za mało. To, co jednak przesądza o negatywnej recenzji to chyba niejednotematyczność cyklu. I może warto by było w jakimś renomowanym uniwersytecie.

 

I właściwie można by skończyć na poprzednim nieco ironicznym akapicie, gdyby nie to, że jedna z recenzji była pozytywna. Dorobek z osi bydgosko-gorzowsko-kieleckiej nie przeszkadza recenzentowi i uznaje, że habilitantka ma ‚istotny wkład’. I ta recenzja wskazuje, że pan.toranaga sprowadza nas na ziemię. Dyskutujemy o liście A, a mamy tu habilitantkę, której nie udało się jeszcze opublikować na liście B, nie mówiąc o liście C.

 

To inny świat.

Sprawiedliwi z CK

Dyskusja na temat superrecenzji prof. Idziaka skupiła się na działaniach dwóch profesorów. Ja chciałbym zwrócić uwagę na rolę Centralnej Komisji w tej sprawie. Prof. Idziak pisze:

 

Rada Naukowa IBS PAN jest formalnie uprawniona do przeprowadzenia postępowania habilitacyjnego, w szczególności w zakresie tematyki badań naukowych habilitanta. Niestety jej wybór przez CK nie był najbardziej fortunny m.in. z uwagi na możliwy konikt interesów: członkiem Rady jest bowiem prof. Adam Janiak, będący w bardzo ostrym (a wręcz agresywnym) konflikcie ze swym byłym doktorantem…

 

Centralna Komisja stworzyła doskonałą scenę do rozegrania konfliktu między habilitantem i jego byłym promotorem. Trudno przecież zakładać, że nikt z członków sekcji nie wiedział o konflikcie między oboma panami. Czy znalazł się więc choć jeden profesor, który miał odwagę sprzeciwić się wyborowi jednostki przeprowadzającej postępowanie? Czy może lepiej było nie wiedzieć, nie widzieć i pozwolić uwalić habilitanta? CK jak zwykle spisała się na medal.

 

Żeby ironii stało się zadość, Centralna Komisja głosowała w tej sprawie. W swojej sprawie! Odwołanie habilitanta to przecież również odwołanie w sprawie bagna, które stworzyli sami członkowie Centralnej Komisji.