Korzyści

Parę słów na temat korzyści płynących z habilitacji, na temat których dyskutowano przy okazji poprzedniego wpisu. A zatem czy skorzystałem z habilitacji? Nie dość, że czerpię z habilitacji korzyści, to na dodatek nie znam nikogo, kto myśli inaczej.

 

Habilitacja przestała dawać gwarancję zatrudnienia, tak, ale też odsuwa gwarancję zwolnienia. To bardzo wymierna korzyść. Co więcej, jako pracownik samodzielny jestem członkiem rady naukowej. A zatem systematycznie mam dostęp do klubu profesorskiego, w którym jest pełno relacji, przyjaźni, niechęci, sympatii. Jestem teraz małą częścią tej sieci. Co jeszcze? A choćby to, że ja obecnie znacznie więcej wiem.

 

Nie jestem udzielnym księciem, nie mam sfery wpływów, nawet na balkonie. Jednak nie jestem już adiunktem! A to oznacza, że nie musze już robić habilitacji. I to jest ta najważniejsza korzyść z habilitacji!

Jakość wniosku

Parę dni temu trzy.14 podał link do tego wniosku o wszczęcie postępowania habilitacyjnego. Uderza w nim to, że opis osiągnięcia naukowego wyłączony jest z autoreferatu, a przez to nie został upubliczniony, jako że publikuje się tylko autoreferaty. To kolejny przykład sytuacji, gdzie habilitanci kreatywnie podchodzą do przepisów regulujących habilitacje. 

 

Problem, na który warto zwrócić po raz kolejny, to wstępna ocena formalno-merytoryczna wniosków. Uważam bowiem, że powyższa dokumentacja powinna była być zwrócona habilitantowi do poprawy. Podobnie zresztą powinno było być w wypadku słynnej habilitacji z pedagogiki, gdzie większość (o ile nie wszystkie) zgłoszonych przez habilitanta publikacji była fikcją. Powinno to było zostać wychwycone przez urzędnika.

 

Wielokrotnie wskazywano tu i na forum habilitacje, w których dokumentacja zawierała przeróżne defekty. Od zwykłych kłamstw, przez niepodawanie informacji, do, jak w przykładzie z początku wpisu, wyłączanie informacji z publicznej części wniosku. Uważam, że dokumentacje habilitacyjne powinny być monitorowane, by te, które wysyłane są do recenezentów, były jak najwyższej jakości.

 

Nagwizdanie dyscyplinarne

W dyskusjach nad słowackimi habilitacjami pojawiła się sprawa dyscyplin, w których uzyskiwane są stopnie za południową granicą. Część stopni ze Słowacji uzyskiwanych jest w dyscyplinach, które nie są uznawane za dyscypliny w Polsce. A ja zwracam na to uwagę, bo po raz kolejny ujawnia się absurdalność ministerialnego spisu dyscyplin, który powstaje na podstawie decyzji ministra.

 

Sporządzanie listy dyscyplin naukowych, które są uznawane w nauce krajowej, jest nonsensem. Dyscyplina naukowa nie powstaje po ‚fiat’ ministra, ani nikogo innego. Podobnie zresztą, to, że pedagodzy uznają, że logopedia nie jest dyscypliną naukową, nie ma żadnego wpływu na status logopedii. I wreszcie, czy naprawdę zarządzający nauką polską nie widzą absurdalności sytuacji, w której dyscyplina ‚znika’ w Polsce?

 

Przez wiele wpisów na tym blogu przewija się motyw kontroli nauki i naukowców. Ustalanie, w jakich dyscyplinach wolno w Polsce prowadzić badania czy zdobywać stopnie naukowe, jest jednym z przejawów takiej kontroli. Choć absurdalna, chęć kontroli przez ministerstwo jest zrozumiała. Lista dyscyplin ma bezpośredni związek z ustalaniem minimów kadrowych czy praw do nadawania stopni.  Jednak nie rozumiałem i nie rozumiem nadal tego, że przedstawiciele jednej dyscypliny nie chcą dopuścić do utworzenia innej (pisałem 14 marca). Czy naprawdę powiedzenie grupie ludzi, że mogą sobie nagwizdać, daje aż taką satysfakcję?

 

Na drodze do ‚tworzenia opinii’?

Z pewnym zaskoczeniem, ale i z radością donoszę, że link do niniejszego blogu znalazł się na pierwszej stronie gazeta.pl. Link bierze czytelnika do postu o kolokwium habilitacyjnym na polonistyce UAM z 4 sierpnia.

A liczba ich 195

A jednak przeszacowałem. Prof. Śliwerski podaje, że słowackich habilitacji jest niecałe 200. I to ten ułamek procenta samodzielnych pracowników naukowych niszczy naukę polską. Nie złapałem sie za głowę, nie zobaczyłem przechodzącego ludzkiego pojęcia w dowolnym kolorze. Pomyślałem: że też się chce komuś o to drzeć koty!

 

Według Profesora, nie dominuje wcale pedagogika. Bo pedagogów było 62, a to znaczy, że mniej niż całej reszty. Przyznaję szczerze, że parsknąłem śmiechem widząc tę karkołomną logikę, ale może inni czytelnicy bloga Profesora przyjmą jego słowa za dobrą monetę.

 

Uderzyło mnie jednak co innego. Otóż na tych 195 habiitacji, aż 103 dotyczyło pedagogów i teologów. A to  w tych dyscyplinach, jak na moje laickie oko, habilitacje są najsłabsze. W teologii, jak mi się wydaje (powtarzam: laikowi) przechodzi wszystko, co się rusza, a w pedagogice wszystko, co się kwalifikuje jako pedagogika. Przed jakimż to sitem uciekają ci habilitanci na Słowację? Co im groziło w dyscyplinach, w których starczy wydać książkę po koleżeńsku w wydawnictwie uczelnianym, a i u szwagra też by przeszło?!

 

Oczywiście, prof. Śliwerski wraca do oszustów. Szkoda, że nie tępi z równą zawziętością nierzetelności w polskich postępowaniach habilitacyjnych.

11. plaga (polska)

Dalszy ciąg wpisów o 11. pladze egipskiej – słowackich habilitacjach. Prof. Śliwerski podaje ‚twarde dane’. Otóż na Słowacji wyhabilitowało się 103 pracowników polskich uczelni publicznych. Profesor podaje również, że w trzech głównych słowackich centrach habilitacyjnych wyhabilitowało się 161 osób z Polski. Siłą rzeczy, są to dane niedoszacowane – Profesor mówi o dodatkowych habilitacjach w szkołach prywatnych z jednej strony, a i habilitacjach w pomniejszych szkołach słowackich z drugiej.

 

Niestety, Profesor nie podaje najważniejszego kontekstu tych danych, a wiec za jaki są okres. Przyjmuję więc, są to dane że za około 5 lat, bowiem pięć lat temu pojawił się pierwszy wpis profesora na ten temat. Przy tym założeniu na Słowacji habilituje się nieco ponad 30 osób rocznie, a przyjmując, że liczby są niedoszacowane, przyjmijmy, że tych habilitacji jest około 50.

 

Czy jest to dużo? Z punktu widzenia nauki w Polsce nie jest to oczywiście żaden problem. O ile pamiętam, nie chce mi się sprawdzać, w Polsce habilituje sie rocznie około 1000 osób. Niestety, profesor nie podaje również rozkładu dyscyplinarnego. I chociaż z dyskusji wiemy, że ‚słowaccy’ doktorzy habilitowani funkcjonuja w wielu dyscyplinach, zdaje się, że szczególnie pedagogika jest tu narażona. I jeśli, powiedzmy, połowa osób habilitujących się na Słowacji to pedagodzy, to rozumiem, dlaczego prof. Śliwerski protestuje.

 

Jednak zadaję sobie pytanie, przeciwko czemu tak protestuje. Wielokrotnie widziałem postępowania z pedagogiki i jak na moje niepedagogiczne oko, habilitacje z pedagogiki wyróżniają się na niekorzyść w naukach społecznych. Habilitującego się pedagoga znanego na świecie trzeba ze świecą szukać, z kolei pedagogów z dorobkiem niewyłącznie lokalnym jest jak na lekarstwo. Czy zatem różnią się oni znacznie od pedagogów habilitujących się na Słowacji? Śmiem wątpić. Czyżby zatem szło o utraconą kontrolę?

 

Czym innym są oczywiście habilitacje nieuczciwe i tak jak każdą nieuczciwość, tak i dęte słowackie  habilitacje należy piętnować. I choć sam prof. Śliwerski, jak pisał jakiś czas temu prof. Wroński, wykazał się wzorową postawą w tym postępowaniu, Centralna Komisja, której jest członkiem, ma wiele do zrobienia w walce z nierzetelnością w polskich habilitacjach.

 

Pomimo wpisów pedagoga, nadal uważam, że habilitacje na Słowacji to temat poboczny nawet w pedagogice. Jeśli już warto się nad nimi zastanawiać, to w kategoriach swobodnego zatrudniania ‚Słowaków’ na polskich uczelniach i ich funkcjonowania w polskim środowisku akademickim. Dopóki warunkiem zatrudnienia będzie byle jaka habilitacja byle skąd, turystyka habilitacyjna na Słowację czy gdzie indziej będzie kwitła. A szczególnie, gdy polskie postępowania awansowe będą postrzegane jako nierzetelne. Nadal więc uważam, że członek Prezydium CK dużo więcej osiągnąłby poświecając swą ‚słowacką’ energię na naprawę habilitacji polskiej.

 

Dziennik telewizyjny

Prof. Śliwerski nie odpuszcza i przypomina swoje wpisy na temat oszustw habilitacyjnych na Słowacji. Zadaje trudne pytania ministerstwu i PAK. A na koniec, tu fortepian z muzyką Chopina, wskazuje, że to Centralna Komisja:

 

od co najmniej czterech lat kieruje wnioski w sprawie nadużyć, jakie mają miejsce na Słowacji.

 

A ja z uporem maniaka wracam do tego, że wolałbym, by CK zajęła się sprawami, którymi ma obowiązek się zajmować. Mogłaby zacząć od rzeczy prostych i nieskomplikowanych: od uporządkowania swoich stron internetowych. A potem mogłaby na przykład zająć się terminowością postępowań habilitacyjnych. A na koniec, jak już to wszystko zrobi, mogłaby się zająć jakością samych postępowań.

 

Mówiąc szczerze, szlag mnie jasny trafia, gdy członek prezydium zajmuje się problemem habilitacji w sąsiednim kraju. Wolałbym, żeby się zajął habilitacjami w Polsce.

 

Wstrzymuję oddech

Ciąg dalszy chaosu na stronach CK. Kilka dni temu dostałem maila, którego autor donosi o nowych osiągnięciach informatyków Komisji. Otóż, powiedzmy, Jan Kowalski zrobił habilitację z nauk technicznych. Niestety, informatycy nie rozróżniają autoreferatów z nauk technicznych i społecznych, więc Janowi Kowalskiemu z nauk technicznych przypisali wniosek Jana Kowalskiego z nauk społecznych. W naukach społecznych z kolei Jan Kowalski nie figuruje. Kto wie, może dlatego, że wylądował gdzieś w medycynie?

 

Postępowanie technicznego Jana Kowalskiego się zakończyło. Trudno powiedzieć, gdzie je umieszczą dzielni informatycy. Warto jednak chyba wstrzymać oddech.

Niuanse

Trwa dyskusja na temat konfliktu interesów. Na szybko chciałbym dodać swoje trzy gorsze. Oczywiście można stopniować szkodliwość konfliktu interesów i zastanawiać się nad gradacją relacji promotor-eksdoktorant, kierownik-pracownik, a może i współautor-współautor.

 

Według mnie dyskusje takie są jałowe, ponieważ w każdej z nich można powiedzieć: To zależy. Trudno o bardziej toksyczną relację jak ta między Adamem J. i Radosławem R., a  konflikt interesów z niej wynikający był tylko początkiem problemu. Ryszard T., kolega Adama J., był przecież w znacznie mniej widocznym, a jakże szkodliwym konflikcie interesów w postępowaniu habilitacyjnym dra R. 

 

Wydaje mi się, że można bezpiecznie powiedzieć, że nauka polska nie radzi sobie z konfliktem interesów, a w dużej mierze w ogóle nie zauważa go nawet. Poza tym blogiem czy forum DNU nie miałem okazji słyszeć dyskusji na temat jakiegokolwiek konfliktu interesów, ani innych rozważań na temat etycznych aspektów postępowań awansowych i nie tylko. Brak dyskusji nie oznacza, rzecz jasna, że tych konfliktów nie było.

 

Dlaczego tak jest? Myślę, że zaufanie do ‚systemu’ jest tak niewielkie, że dyskutowanie etycznych niuansów postępowań habilitacyjnych wydaje się po prostu nonsensem. Kto ma dostać habilitację i tak ją dostanie, z konfliktem interesów czy bez niego.

Inna lista

W sprawie listy wstydu zabrał głos prof. Śliwerski. Oburzony grzmi, że ministerstwo nic nie robi w sprawie pewnej doktor habilitowanej (dodając przy okazji, że to wszystko przez PO i PSL). Nie odnosi się jednak, jak zwykle, do tego, że piętnowane osoby spokojnie i często od lat funkcjonują w polskim środowisku naukowym. Chciałbym więc zapytać Pana Profesora, co, poza skarżeniem do ministra, zrobił w tej sprawie. Ilu osobom odmówił podając słowackie powody, z ilu osobami nie zasiadł? 

 

Łatwo jest piętnować na blogu ludzi, z którymi nie ma się na co dzień do czynienia. Trudniej oburzać się na znajomych z UMK i habilitacje, które tam przepuszczano. Chciałbym się doczekać wpisu profesora-pedagoga na temat innej listy wstydu. Listy dętych habilitacji z pedagogiki z Torunia i, jak podejrzewam, nie tylko.