Uzupełnienie poprzedniego wpisu

Porozumiałem się z moim korespondentem. Po pierwsze, sprostowanie: mail pisany był jeszcze przed posiedzeniem rady wydziału. Po drugie, postępowanie nie jest jeszcze upublicznione, więc mój korespodent na razie nie podał szczegółów. Oczywiście, poprosiłem o przekazanie informacji o postępowaniu, gdy będzie to możliwe. To sprawy ‚formalne’.

 

Teraz dwa smaczki. KH omawiała plagiat habilitantki, jednak uznała, że nie jest władna tym się zajmować. Podjęto też kwestię samodzielności po habilitacji. Stwierdzono, że habilitantka rozumie, że nie powinna kierować innymi ludźmi. W tym momencie miałem życzenie: Czy mógłby ktoś do mnie napisać fajnego, pozytywnego maila o świetnym habilitancie z superdorobkiem? 

 

Ponownie dziękuję moim korespondentom, nadal proszę i apeluję o dalsze maile!

Nowy zawód

I jeszcze na szybko. W najnowszym wpisie prof. Śliwerski na poważnie relacjonuje propozycje powstania (powołania?) nowego zawodu: recenzenta publikacji naukowych! Niestety, nie jestem w stanie na poważnie tego skomentować. A komentarzy niepoważnych boję się zamieścić.

 

O reszcie wynurzeń cytowanego prelegenta pisać nie mam siły i chyba ochoty. Wolę zostać w wesołkowatym nastroju myśląc o nowym zawodzie recenzenta publikacji naukowych!

 

I po raz kolejny parsknąłem śmiechem….

 

 

Ręce opadają

Ostatnio dostałem dwa maile na temat habilitacji. Dzisiaj przekazuję treść pierwszego z nich,  o habilitacji nadanej. Dwie negatywne recenzje zawierały poważne zarzuty o plagiat. Habilitacja jednak przeszła (reszta komisji habilitacjyjnej, jak i rada wydziału, głosowała za nadaniem stopnia). Najciekawsze jednak były argumenty za nadaniem stopnia.

 

Nadajemy stopień, bo jesteśmy humanitarni, wszak nienadanie stopnia może spowodować utratę pracy. Nie można też podcinać skrzydeł! Habilitantka, która pracuje sama, nigdy nie miała okazji dowiedzieć się, jak się uprawia naukę. Jak pisać publikacje, jak unikać podejrzeń o plagiat – nie poznała odpowiedzi na te trudne pytania. Czy powinniśmy ją za to karać, skoro dzięki tym negatywnym recenzjom mogła się wiele nauczyć?

 

I tak to przeszła habilitacja z plagiatem, co do którego nikt najwyraźniej nie miał wątpliwości. Komisja i rada nie zadała sobie pytania, jak ta habilitantka  ma uczyć uprawiania nauki swoich podopiecznych. Na czym będzie polegać ‚samodzielność’ naukowa świeżo upieczonej pani profesor?

Ulga

Nie zagłosowałem w wyborach do mojego Komitetu Naukowego PAN. Przede wszystkim dlatego, że nie miałem zdania.

 

Otóż w komitecie zasiada kilku znamienitych profesorów z racji swojej znamienitości i tego, że ‚się na nich głosuje’. I właśnie dlatego nie zagłosowałem na nich. A jako że, poza plotkami, nie mam ani informacji na temat tego, co ci państwo porabiają w tymże komitecie, ani opnii na ten temat, uznałem niezagłosowanie za całkiem racjonalne.

 

Jeśli więc nie na nich, to na kogo? Miałem długą listę osób, z których część znam osobiście, część ze słyszenia, a o części nawet nie słyszałem. Na kogo więc by tu głosować? Na znajomych? No przecież ja nie mam pojęcia, jak będą działać, dyskutować, głosować w komitecie. Nie zagłosowałem. Tym bardziej więc nie głosowałem na tych, których nie znam wcale. Rozważałem z kolei możliwość głosowania na wybitnych uczonych. Jako że jednak wielokrotnie słyszałem, jak wybitni uczeni gadali kompletne bzdury, stwierdzilem, że na żadnego z nich też nie zagłosuję.

 

W tenże sposób zostało mi zagłosowanie jedynie na siebie samego, ale ja do komitetu się wcale nie palę, to postanowiłem wstrzymać się od głosu. Miałem jednak odrobinę wyrzutów sumienia. Gdy tak myślałem, okazało się, że nie pamiętam ostatniego razu, gdy mój komitet pojawił się w moim życiu (nawet w jakiejś przypadkowej rozmowie). Wyrzuty skończyły się jednak na dobre, gdy przeczytałem w świeżym wpisie profesora-pedagoga, że:

 

Komitety naukowe Polskiej Akademii Nauk są samorządną, współpracującą z wydziałami ogólnokrajową reprezentacją poszczególnych dyscyplin naukowych lub ich grup oraz międzydyscyplinowych problemów naukowych, służącą integrowaniu uczonych całego kraju.

 

Może ja wcale nie należę do tych reprezentowanych i to dlatego nikt nie zatroszczył się o mój głos? I mi ulżyło. Niech się integrują beze mnie.

Symbioza

Po raz kolejny pojawia się w dyskusjach rola habilitacji i przywilejów z niej płynących. Niedawno pisałem o tym, że habilitacja dała mi konkretne korzyści: większą pewność zarudnienia, dostęp do informacji czy do gremieum, gdzie podejmuje się przynajmiej część ważnych decyzji. Jednak mówienie, że habilitacja to jedynie nadawanie przywilejów i korzyści habilitantom wydaje mi się nieporozumieniem. Doskonale to widać na przykładzie omawianych habilitacji z zagranicy. Jakie korzyści z habilitacji mają psychologowie z USA czy z Wielkiej Brytanii? Nie potrafię ich wskazać. Z ich habilitacji korzystają jedynie uczelnie, na których ich postępowanie było przeprowadzone, a oni uczą czy będa uczyć.

 

Gdy mówimy o przywilejach habilitacyjnych, waro wspomnieć, że nie są one przywilejami jedynie indywidualnymi. Korzystają z nich jednostki, w których pracują habilitanci, a które uzyskują kolejnych samodzielnych. Mówienie jedynie, mówiąc wprost, o dopuszczaniu do żłoba jest uproszczeniem. Rada wydziału decyduje równiez np. o minimum kadrowym. I trudno sobie wyobrazić, że rada będzie miała wiele wątpliwości, gdy stawką jest np. utracenie prawa do prowadzenia studiów doktoranckich.

 

Postępowania habilitacyjne to relacja symbiotyczna pomiędzy osobami a wydziałem/instytutem, który potrzebuje nowych doktorów habilitowanych. Habilitacja jest równie potrzebna habiitantom jak i ich macierzystym jednostkom.

Habilitacja ponad wszystko!

Na stronach Centralnej Komisji pojawiło się kolejne postępowanie ‚zagranicznego’ psychologa. Oto mamy badacza, którego dorobek bije na łeb, na szyję dorobek niejednego polskiego profesora psychologii, jednak oczekujemy, że tenże psycholog ‚zrobi’ polską habilitację. To jednak polska habilitacja czyni z badacza człowieka i bez tejże habilitacji ani rusz. Podobnie było zresztą w przypadku omawianej niedawno habilitacji prof. Nezleka. Światowy, nieświatowy, habilitacja musi być.

 

Refleksja, jaka mnie naszła, dotyczy umiędzynarodowienia nauki polskiej. Wszystkim tym, którzy chcieliby otworzyc polską naukę dla ‚zachodnich’ badaczy (profesorów i nie tylko) wskazuję te postępowania jako zimny prysznic studzący ich zapędy. To habilitacja wyznacza wartość badacza, a nie żaden dorobek. I o ile obaj psychologowie mają korzenie polskie i da się im wytłumaczyć, po co ta habilitacja, wątpię, by tak łatwo poszło z profesorem Johnem czy Mary. Nawet amerykański profesor swój honor ma! I choć habilitacja nie jest wcale  koniecznością w tych sytuacjach, to jednak obaj badacze wybrali tę właśnie drogę. Bo przecież to habilitacja…

 

Warto, co prawda, zwrócić uwagę, jakiś już czas temu na forum pokazało się postępowanie profesorskie amerykańskiego profesora fizyki (też pochodzenia polskiego). No, ale fizycy jakoś sobie lepiej w tym wszystkim radzą.  Pomimo tegoż postępowania, to przewody habilitacyjne z psychologii pokazują, jak trudno jest i, jak podejrzewam, będzie umiędzynarodowiać polską naukę.

 

Ale może to taki promyk nadziei. Może właśnie to badacze pochodzenia polskiego (czy po prostu Polacy pracujący za granicą) są forpocztą otwarcia nauki polskiej i wskazania, że otwarcie to jest ruchem we właściwym kierunku. I może jednak warto przejść przez te ileś habilitacji, by nawet ci, którzy zarządzają nauką dostrzegli to. Jednak ten promyk ledwo co się pojawił, a już może zostać zgaszony cieniem nowego kolokwium habilitacyjnego.

 

Ornitologia

Oto moje trzy grosze w dyskusji na temat (sub)dyscyplin różniących się poprzeczkami i standardami oceny. Rozumiejąc stanowiska ‚jastrzębi’ (zaorać) i gołębi (‚zrozumieć i wesprzeć’) chciałbym zwrócić uwagę na etyczny wymiar tych dyskusji.

 

Otóż każdy, kto publikował w czołowych czasopismach dyscypliny, doskonale zna nie tylko poziom jakości wymagany w nich, ale również wysiłek wymagany, by ten poziom osiągnąć. To nie tylko umiejętność prowadzenia badań na najwyższym poziomie, ale również umiejętność wpisania się w to, czym żyje świat w danej dyscyplinie. Co więcej, każdy, kto osiągnął ten poziom, jest w stanie publikować w pismach na nizinach dyscyplinarnych bez najmniejszego wysiłku. Zestawianie więc habilitacji, nazwijmy je, ‚międzynarodwych’ i ‚lokalnych’ i twierdzenie, że to ten sam stopień naukowy, jest więc z gruntu nieetyczne. Co więcej, diametralnie różne oczekiwania wobec habilitantów w różnych dyscyplinach, a nawet specjalnościach, są niesprawiedliwe, podobnie jak niesprawiedliwe jest wymaganie od części habilitantów wysiłku, który innym habilitantom jest po prostu nieznany.

 

Nie proponuję przy tym zaorania dyscyplin, ani rewolucji. Zwracam jedynie uwagę, że w dyskusji na temat standardów habilitacyjnych zapomina się o etycznym wymiarze różnic w kryteriach oceny habilitanta.

TKM, rada wydziału

Autor blogu Doktrynalia pisze o kolejnej habilitacji nadanej wbrew recenzentom i komisji habilitacyjnej. Piszę o tej habilitacji pomimo tego, że pojawiła się już w komentarzach pod poprzednim wpisem. Sprawa jest jednak ważna. A to dlatego, że przypatrując się postępowaniu, trudno oprzeć się wrażeniu, że rada wydziału oczekiwała od komisji konkretnej decyzji. Gdy jednak komisja podjęła decyzję nie taką, jakiej oczekiwano, została zignorowana.

 

Rodzi się przy tym pytanie: skoro rada wydziału może po prostu zignorować i recenzentów, i całą komisję habilitacyjną, to po jaką cholerę są oni wyznaczani? Przykład białostocki ukazuje jak w soczewce jeden z najważniejszych problemów postępowań habilitacyjnych, problem, o którym tu zresztą pisałem nie raz. A mianowicie widzimisię. Grupa ludzi, którzy, znając rzeczywistość, nie zapoznali się nawet z dokumetacją wniosku, zagłosowali, bo tak im pasowało. I kto im co zrobi?

 

I mam kolejne pytanie: co na to Centralna Komisja?

Habilitację czas zacząć

Mój znajomy jest na tyle blisko złożenia wniosku, że czas rozpocząć dyskusje na temat recenzentów. Rozmawialiśmy już kilkukrotnie o tym, kto powinien być recenzentem i co szepnąć do ucha jednemu czy drugiemu profesorowi na temat opcji, które są do zaakceptowania.

 

Po raz kolejny jestem więc świadkiem zakulisowych negocjacji w sprawie recenzentów. I oczywiście nie chodzi tu o ich specjalizację czy kompetencje. Negocjacje dotyczą jedynie, powiedzmy, ‚profesjonalizmu’ recenzentów, ich otwartości czy sympatii. Niestety, ani znajomy, ani pomocni profesorowie nie wierzą w proces na tyle, by pozostawić sprawę swemu biegowi i na przykład zaufać radzie wydziału i jej wyborom. Grunt pod habilitację trzeba przygotować, niektórych profesorów do recenzji nie dopuścić, innych zasugerować.

 

Niestety, nie widzę w tym wszystkim nic złego. Uważam, że znajomy ma dorobek, który bez trudności powinien się zakończyć habilitacją. Uważam również, że recenzencka ocena dorobku nie musi się wcale przełozyć na sukces postępowania. No i trzeba przygotować grunt. Będę się przygotowywał temu postępowaniu z uwagą

Słabeusz?

Postępowanie profesora psychologii z USA zakończyło się sukcesem. Ufff. Habilitant z rzeczywistym wpływem na ‚rozwój dyscypliny’ zasłużył na polską habilitację. I rzeczywiście recenzje dorobku prof. Nezleka były jednogłośnie pozytywne.

 

Jednak zwrócił moją uwagę powtarzający się element w recenzjach. Okazuje się bowiem, że napisanie po prostu pozytywnej recenzji nie wchodzi w rachubę i recenzenci poszukują sposobów na to, by napisać jednak coś negatywnego. I tak to jeden z recenzentów zarzuca habilitantowi, że pomimo tego, że stworzył ogólne podejście teoretyczne i metodologiczne, to jednak nie stworzył własnego modelu teoretycznego.

 

No i zacząłem się zastanawiać, o ilu habilitantach z nauk społecznych można by było to napisać. Szybko przestałem.