O naturze rzeczy

Miałem wczoraj chwilę i postanowiłem zaglądnąć do postępowań habilitacyjnych z nauk humanistycznych. Dawno tam nie zaglądałem, więc z pewnymi nadziejami zacząłem przeglądać nowe habilitacje. Niestety, nie zmieniło się wiele. Już prawie 4 lata temu pisałem o powiatowej lokalności polskiej humanistyki, dzisiaj mogę napisać to samo. Habilitant za habilitantem wydaje książkę u siebie na uczelni i publikuje u siebie w czasopiśmie….

 

Uderzyły mnie jednak dwie rzeczy. Po pierwsze, natknąłem się na kilka habilitacji o tytułach, które przyprawiły mnie, laika w specjalnościach habilitantów, o zawrót głowy. Tytuły te wskazywały na to, że habilitant rozwiązał już większość problemów współczesnej humanistyki, a wszystko na 150 stronach wydanych w Łodzi. Były to tytuły typu: „Kultura, tożsamość, świadomość” czy też „Byt, ideologia, naród” (linków nie daję – nie idzie mi tu o wyśmianie habilitantów). Zawierały więc pojęcia, na temat których istnieją całe tradycje badawcze i teoretyczne (pamiętam z filozofii!), habilitant jednak rozprawia się z nimi często w jednym rozdziale.

 

Tak, te tytuły miały zazwyczaj podtytuły typu „szkice polemiczne”, „uwagi”, „rozważania krytyczne”, które niby mają ostudzić nadzieje czytelnika na spotkanie z nowym Heideggerem czy Gellnerem, jednak trudno nie widzieć rozmachu tych habilitacji jako dzieł potencjalnie ze znaczącym wkładem nie tylko w rozwój dyscypliny, ale w rozwój nauki w ogóle, a może i w rozwój homo sapiens.

 

Po drugie, doznałem małego szoku czytając recenzje pewnej habilitacji z historii. Habilitacja padła, bo recenzenci byli zgodni, że habilitant nawet nie poczytał podstawowej literatury na temat, o którym pisał. I nie mówimy tu o historiografii argentyńskiej czy nawet francuskiej, ale tej zza rzeki. No ale może, habilitant uznał, że nie ma co czytać, bo doniosłość jego słów jest taka, że nie można światu kazać czekać chwili dłużej. Recenzenci nie poznali się na nowym Erazmie (ten z Rotterdamu, gdzieś czytałem, był ostatnim człowiekiem, który posiadł całą dostępną wiedzę) z Włocławka, a może i z samego Wrocławia czy Warszawy. Nie docenili i  kazali doczytać. Ot, poprzeczka habilitacji z historii.

Rektorze, nic sie nie stało

Zainteresowało mnie pismo dziekana Wydziału Nauk Pedagogicznych UMK w niekończącej się sadze habilitacyjnej na wydziale. Otóż właściwie na wydziale nic się nie stało…. Dziekan strzela całą baterią armat. Centralna Komisja nie przedstawiła protokołu, nie przedstawiła zaleceń, a i wcale nie chce odbierać habilitacji. Na dodatek, Centralna Komisja nie formułuje żadnych działań dyscyplinarnych (działania się formułuje??), tylko zabrała uprawnienia.

 

Argumentacja  jest co najmniej zaskakująca. Skoro Centralna Komisja ‚tylko’ odebrała uprawnienia, a przy okazji nie odebrała habilitacji, tzn. że wszystko jest OK. I podobnie – skoro CK nie wskazała winowajców, to znaczy, że winowajców nie ma. Czytając wywody Pana Dziekana, trudno się oprzeć wrażeniu, że zaiste pedagogika jest w opałach.

 

A ja was wszystkich….

Profesorowie Brzeziński i Izdebski napisali artykuł o tym, jak prawidłowo nadać habilitację. Artykuł, jak podejrzewam, rzetelnie opisuje problem. Mnie nasunęły się dwa pytania. Pierwsze i, jak sądzę, ważniejsze, to co w przypadku tych wszystkich habilitacji, które nie zostały nadane zgodnie z wykładnią obu profesorów. Niejednokrotnie na forum i na tym blogu podnoszono kwestię wadliwego nadawania, a szczególnie nienadawania stopnia. imy coś z tym czy jednak te wszystkie stopnie lub ich brak są wystarczająco śmierdzącym jajem, by ich nie tykać?

 

Drugie pytanie dotyczy potrzeby takich artykułów. Czytając, odniosłem wrażenie, że coraz bardziej ‚uprawniczamy’ rzeczywistość, w której pracujemy. Wszak artykuł nie dotyczy tego, jak nadawać habilitację, ale tego, jakie głosowania zarządzać, a przecież to nie to samo. Oczyma duszy widzę już nowe sytuacje, które wymagać będą jeszcze bardziej skomplikowanych konfiguracji głosowań, a przy okazji obecności prawnika, a może i kilku.

 

I na koniec, autorzy artykułu są bardzo optymistyczni myśląc, że rady wydziału będą walczyć na argumenty, aż osiągną wymagana większość. Podejrzewam, że bardziej prawdopodobne jest zmęczenie materiału. Decyzja zatem będzie wynikiem tego, kto szybciej powie: ‚A ja was wszystkich…..”.

 

Marzy mi się artykuł, w którym atuorzy, znani profesorowie, apelują o powrót zdrowego rozsądku do postępowań habilitacyjnych.

 

 

Cysorz to ma klawe życie

Właśnie dostałem maila w sprawie dyscyplinowania procesu recenzji. Autor maila pisze o uczelni, która obniża honorarium sekretarzowi komisji habilitacyjnej w wypadku, gdy postępowanie się przedłuża poza wyznaczone ramy czasowe. Kary finansowe są najprawdopodobniej jedynym sposobem na wymuszanie punktualności postępowań habilitacyjnych. Wolałbym jednak dostawać po kieszeni za coś, co ja sam zawalę.

 

Sekretarzami KH są, przynajmniej gdy rozglnąłem się wokoło, raczej młodsi stażem doktorzy habilitowani, recenzentami bywają często zasłużeni, zasiadający i dostojni profesorowie. Mówiąc wprost, sekretarz komisji może im co najwyżej nagwizdać, a ewentualnie może ich pięknie poprosić. Jako że jednak Państwu Profesorom za opóźnienie nie grozi żadna kara finansowa, ich zainteresowanie terminowością sprowadza się do tego, czy lubią sekretarza komisji czy nie. Jak zwykle wygrywają układy, układziki, znajomości. Sekretarze komisji, których znaczna część nie chce skończyć kariery na habilitacji, będzie arcyostrożna w nagabywaniu profesorów, od których ich kariera już niedługo może zależeć. No i kończy się całe to dyscyplinowanie.

 

Niby nie rozumiem, dlaczego nie można wprowadzić taryfikatora dla recenzentów, który wskazywałby, że opoźnienie o jakiś czas automatycznie skutkuje obcięciem honorarium o ileś tam procent. Jednak tak naprawdę rozumiem doskonale. Przecież nie można niczego kazać księciu, nie można oczekiwać zachowań profesjonalnych osobie, która została namaszczona. To tak jakby oczekiwać od króla, by zachował się jak przystało na profesję królewską. Nonsens! Lepiej więc ukarać młodego, bo młody nie będzie się rzucać.

Habilitacja rules OK!

Wziąłem niedawno udział w dyskusji na temat sukcesów młodszych pracowników naukowych. Pomimo tego, że uczestnicy różnili się w ocenach, wszyscy zgodzili się co do jednego i najważniejszego źródła swych sukcesów naukowych. Początkiem sukcesu młodych badaczy był ich promotor pracy doktorskiej! To promotor wprowadzał ich w życie naukowe, pomagał w pierwszych publikacjach (stawał się rzeczywistym współautorem, a nie dopisywał się), pokazywal im, jak się uprawia naukę. Usłyszałem również o wielu dobrze zapowiadających się doktorantach, którzy trafili do promotorów bez porządnego dorobku badawczo-publikacyjnego. Tacy badacze szybko odstawali od tych z promotorami z dorobkiem.

 

Gdy przysłuchiwałem się dyskusji, myślałem o osobach uprawnionych do promowania doktoratów. Habilitacja jest mało użytecznym kryterium oceny promotora. To raczej akademicka urawniłowka pozwalająca na to, by doktoraty promowali również wszyscy ci, których potencjał badawczy jest mizerny. Oczywiście, tak jak zapis o recenzentach habilitacyjnych  o międzynarodowej renomie jest marwty, niemożliwe do wprowadzenia są dorobkowe wymogi dla promotorów doktoratów. Habilitacja rules OK!

Recenzowanie recenzowanego

Druga superrecenzja zamieszczona na stronie www.habilitacja.eu podnosi wielokrotnie tu omawiany problem odpowiednich recenzentów. Kto zatem jest odpowiednim czy kompetentnym recenzentem?

 

Z jednej strony kompetentny recenzent to ktoś, kto rozumie przeprowadzone badania i potrafi określić, czy są przeprowadzone dobrze, czy zastosowane metody są odpowiednie, czy zebrane dane są odpowiednio analizowane. Do tego potrzebny jest recenzent, który działa w dyscyplinie habilitanta, a nawet, potencjalnie, obok niej. Jednak jest jeszcze drugi poziom kompetencji. Na tym poziomie kompetentny recenzent to ktoś, kto działa w (sub-)subdyscyplinie habilitanta, a zatem potrafi odnieść to, co habilitant napisał, do tego, co pisze się w działce habilitanta. Będzie potrafił określić, czy publikacje są nowatorskie, oryginalne itd. itd.

 

Powstaje natychmiast pytanie, czy recenzentem habilitacyjnym powinien być tylko ten drugi recenzent czy też można dopuścić również tego pierwszego. Moim zdaniem oba scenariusze są dopuszczalne. Recenzent na tym pierwszym poziomie kompetencji jest w pełni dopuszczalny. Zastanowiłbym się co prawda nad trzema takimi recenzentami, jednak w szczególnych przypadkach, nie oburzałbym się na to.

 

Moim zdaniem bowiem, problem leży gdzie indziej. Problem polega na tym, by recenzent nie wychodził poza swe kompetencje. Recenzent ma obowiązek nie tylko uświadomić sobie to, na czym się zna, ale na dodatek napisać recenzję w ramach wyznaczonych swoimi kompetencjami. Niestety, niejednokrotnie widziałem recenzje, w których recenzent granice swych kompetencji przekraczał, wielokrotnie też zwracano uwagę na takie recenzje w dyskusjach. Ważne jest to szczególnie w modelu ‚publikacyjnym’ recenzji, a zatem wtedy, gdy recenzent ponownie recenzuje już zrecenzowane publikacje habilitanta. Co ciekawe, robili recenzenci z obu poziomów kompetencji!

 

Dopóki jednak recenzent będzie mógł bezkarnie napisać dowolną bzdurę, będziemy mogli sobie o tym co najwyżej porozmawiać.

Krok w bok

Oto artykuł, którego autor proponuje postawienie ‚małego kroku ku normalności’. Autor wychodzi od przesłanki, że nie sposób precyzyjnie określić udziału procentowego poszczególnych autorów i wskazuje, że liczby podawane w dokumentacji habilitacyjnej często brane są z sufitu. Proponuje więc, by procentowy udział autorów artykułu zawsze określać tak samo. A zatem, by wklad w napisanie publikacji był zawsze wynikiem dzielenia 100 proc. przez liczbę autorów. Udział W napisanie publikacji autora, który ma dwóch wspólautorów zawsze będzie określany jako 1/3. W ten sposób, mówi autor, pójdziemy ku normalnosci, szczególnie jeśli zrozumieją to fizycy.

 

Artykuł to ciekawy przykład rozumowania, które oparte jest na prawdziwej przesłance, jednak dochodzi do fałszywych wniosków. Nie jestem pewien też, dokąd idzie autor, mi z nim nie po drodze, bo pomysł z normalnością nie ma nic wspólnego. Tak, rzeczywiście, określanie procentowego udziału w napisanie artykułu to fikcja. Niektórzy moi współautorzy wspomagali mnie podając jak najniższy udział procentowy w napisane wspólnie artykuły, robiłem to również ja wobec habilitujących się współautorów. Kompletna fikcja. Jednak autor artykułu w Pauzie proponuje zastąpienie tej fikcji inną fikcją.

 

Równanie udziału procentowego wszystkich współautorów jest równie nonsensowne, jak określanie jego zróżnicowania. Nie wiem, jak autor, jednak mam publikacje, których motorem i wykonawcą byłem przede wszystkim ja, a współautorzy byli czasem mniej, czasem bardziej ważnym ale tylko dodatkiem.  Propozycja zrównania wysiłku, który jest większy niż wysiłek wszystkich innych współautorów razem wziętych, jest nonsensem, a na dodatek niesprawiedliwością. To już wolę sufitologię habilitacyjną, bo przynajmniej pozwala na oddanie tego, że ja się napracowałem najbardziej.

 

Jedynym krokiem ku normalności byłoby oczywiście zniesienie tych idiotycznych udziałów procentowych! Skoro już muszą być oświadczenia o wkładzie, to powinny być opisowe – zrobiłem to, to, to i to, podobnie jak w wielu międzynarodowych czasopismach. Skoro już muszą być oświadczenia wszystkich współautorów (to jest dopiero głupota!), to starczyłoby, gdbyby współautorzy akceptowali opis mojego udziału. To naprawdę jest bardzo proste i wydawałoby się, że inżynier budownictwa wodnego móglby to zrozumieć.

 

Polowanie

Moje zainteresowanie habilitacją z logopedii/pedagogiki nie ustaje. Oto kolejny artykuł w tej sprawie. Tekst nie wnosi wiele poza banalnymi zapewnieniami (odgrażaniem się?) Dziekana Nauk Pedagogicznych UMK. Jednak uderzyło mnie w nim to:

 

Władze WNP zabiegają też o odtajnienie nazwiska osoby, której skarga sprowadziła na wydział kontrolę CK. Wiadomo, że pochodziła… od pracownika Wydziału Nauk Pedagogicznych UMK.

 

Przeczytałem i pomyślałem sobie: naprawdę to jest ta kluczowa sprawa? No po prostu masakra – pracownik wydziału postanowił zareagować nanieprawidłowości! Kawał chama i zdrajcy! Zamiast uporządkować Wydział, lepiej znaleźć zdrajcę! Może jeszcze zrobić pokazówkę dyscyplinarną (formalną czy nie), zdrajcę napiętnować, żeby nikomu już nie przyszło do głowy? Najlepiej jeszcze doktorantów zdrajcy uwalić, żeby wszyscy dobrze zapamiętali, co?

 

Czy ‚władze wydziału’ nie mogłyby się puknąć zbiorowo w głowę, zanim będą takie rzeczy mówić publicznie? Zastanawiałem się przez chwilę, czy istnieje szansa, żeby dziekan Petrykowski zrozumiał, że ten ‚zdrajca’ w rzeczywistości zrobił Wydziałowi przysługę. Nie istnieje, prawda? Na zdrajców się poluje.

 

Nie chciałbym mieć takiego dziekana, nie chciałbym pracować na takim wydziale. Wstyd by mi było.

 

PMS?

Oto „superrecenzja” w sprawie dyskutowanej już habilitacji z pedagogiki/logopedii. Nie potrafię się wypowiedzieć na tematy merytoryczne – nie mam zdania. Być może recenzent ma rację, być może nie ma. Jednak szlag mnie trafia, gdy tego typu opinia zawiera fragmenty, które moim zdaniem, są obraźliwe i mogą być uznane za zastraszanie. 

 

Wstyd mi, gdy czytam zarzuty o języku pseudoformalnym czy pseudologicznym. Chciałbym przeczytać jakieś przykłady tego pseudologicznego języka, niestety, autor superrecenzji nie dzieli się nimi z czytelnikiem. Które z zarzutów habilitantki są ‚kompletnie nieuzasadnione’? Trudno moim zdaniem nie oczekiwać od recenzenta uzasadnienia tak poważnych zarzutów.

 

Jednak jasny szlag mnie trafił, gdy przeczytałem o tupecie habilitantki! Co to w ogóle za argument, do ciężkiej cholery?! Zabrakło argumentów recenzetnowi? Czy może chce przedstawić habilitantkę jako tupeciarę, histeryczkę? Aż trudno nie widzieć tego, że recenzję napisał mężczyzna, a pisze o kobiecie. Aż czekałem na ‚argument’, że habilitantka pisała odwołanie w ‚trudnym czasie miesiąca’.

 

I wreszcie dochodzimy do tego, co ja widzę jako straszenie. Moim zdaniem do recenzenta nie należy stwierdzanie, że słowa habilitantki

 

„naruszają dobro publiczne (powaga unwersytetu) oraz dobro indywidualne recenzentów i innych członków Komisji habilitacyjnej”

 

W jakim celu pisze to recenzent? Jeśli rzeczywiście tak uważa, to niech się kontaktuje z prokuraturą czy z prawnikiem, a nie grozi palcem. Trudno też pominąć implicytny donos na habilitantkę do jej pracodawcy, którego dobro miało zostać naruszone. Habilitantka powinna się teraz przestraszyć i szybciutko odwołać to, co napisała i przeprosić państwa profesorów?

 

Jestem zażenowany tą recenzją. To już drugi profesor tupie nogą, grozi palcem i krzyczy na habilitantkę. Ten jeszcze naskarżył do pracodawcy. Wstyd umarł.

Aspiracje naukowe

Każdy plagiat jest kompromitacją, jednak gdy plagiat dotyczy pracy osoby młodszej wiekiem i stażem kompromitacja jest, mam wrażenie, pełniejsza. Dostałem list w sprawie takiego właśnie plagiatu, którego ślady można znaleźć na tej stronie.

 

Sprawa niby już załatwiona, jednak pewien niesmak zostaje. Autor listu pisze, że redaktor pisma ociągał się z usunięciem artykułu ze strony (wszak pierwszy raz mu się to zdarzyło i nie wiedział, co, biedny, robić!). I przez półtora miesiąca od powiadomienia redakcji artykuł można było jeszcze ze stron czasopisma ściągać. Co ciekawe, w repozytorium Uniwersytetu w Białymstoku artykul nadal widnieje, a linki pod nim nie działają. Najwyraźniej UoB za bardzo nie ma ochoty dzielić się przeprosinami i retrakcją. Na ślady postepowania dyscyplinarnego wobec autora nie natrafiłem.

 

Oto komentarze. Przepisany artykuł ukazał się w 2013 roku, plagiator musiał się za niego zabrać niedługo po publikacji. I mi się to w głowie nie mieści. Czy pedagodzy nie czytają nawet siebie nawzajem? No przecież plagiat świeżynki nie ma żadnego sensu! Gdybym chciał ukraść artykuł, to wziąłbym coś napisane po niemiecku w Namibii i to parę lat temu! Na proces recenzyjny w czasopiśmie „Pogranicze” spuśćmy zasłonę milczenia – zaiste ekspercka to ocena! I wreszcie, moim zdaniem to bardzo ironiczne, że autor nieuczciwego artykułu naukowo zajmuje się m.in. aspiracjami młodzieży. Oby ta młodzież miała inne aspiracje.