Druga habilitacja

Dostałem maila z propozycją. Napisała do mnie osoba, która właśnie jest w momencie, w którym ja byłem prawie dokładnie 4 lata temu, a zatem jest tuż przed złożeniem wniosku habilitacyjnego. Korespondentka  (język polski nie pozwala mi pisać bezpłciowo, więc wybrałem formę żeńską, która jednak wcale nie oznacza, że napisała do mnie kobieta – może być nawet wprost przeciwnie) proponuje mi bieżące sprawozdania z jej drogi habilitacyjnej. Oczywiście przystałem na tę propozycję.

 

Moja korespondentka jest przedstawicielką tzw. szerokiej humanistyki. Humanistyki jednak na tyle, że pisze się w niej książki. O książce zresztą mi habilitantka (a właściwie jeszcze nie) napisała. Ale o tym napiszę wkrótce.

 

Jak co jakiś czas ponawiam prośbę o maile w sprawach (około-)habilitacyjnych i nie tylko. O wszystkim piszę, choć zazwyczaj (dla ochrony tożsamości korespondentów) po jakimś czasie. Proszę o maile na adres: habilitant2012@gazeta.pl.

Bezkarność

Pod poprzednim wpisem pojawił się link do artykułu na temat ‚poważnych i niepoważnych’ recenzji, choć w tym konkretnym przypadku sensowniej by mówić o recenzjach frywolnych. Autor artykułu rozbiera na czynniki pierwsze rozprawę habilitanta, później omawia recenzje, nie kryjąc swego zniesmaczenia i rozprawą, i recenzjami pozytywnymi. Nie mam zdania wobec argumentacji autora, może poza tym, że nie rozumiem, dlaczego to czytelniczki szczególnie należy chronić przed co smakowitszymi fragmentami filozofii markiza de Sade.

 

Pod koniec swego artykułu prof. Nowaczyk pisze o upublicznianiu recenzji habilitacyjnych jako sposobie na wymuszenie ich rzetelności. Pod koniec artykułu pisze:

 

Nie sądzę, by wiele osób spoza wydziału, gdzie toczy się przewód habilitacyjny, życzenie takie wyraziło; wszak nie oni będą głosować nad nadaniem stopnia. Natomiast sama świadomość, że ktoś taki się znajdzie i może się o naszej recenzji publicznie wypowiedzieć, niekoniecznie z zachwytem, z pewnością skłoni nas — jako recenzentów — do solidności, bezstronności i zachowania powagi.

 

Jakże się mylił Pan Profesor! I to w obu kwestiach. Po pierwsze, mniej ważne, okazuje się, że recenzjami interesuje się znacznie więcej osób niż te, które będą głosować w postępowaniu. Moim zdaniem, dobrze, że się interesuje, dobrze, że są na temat recenzji dyskusje! Po drugie jednak Profesor, tak jak i ja i chyba wielu innych, myślał, że upublicznienie recenzji doprowadzi do solidności, a nawet do zachowania powagi. Niestety, nic takiego się nie stało. Recenzenci nadal wypisują bzdury, zupełnie nie przejmując się odbiorem ‚społecznym’ tychże bzdur. W sprawie zachowania powagi, nie sposób powagi zachować.

 

Wielokrotnie już sugerowałem, dlaczego tak się dzieje. A to recenzenci nie wiedzą, że recenzje są publiczne, a to może mają głębokie przekonanie, że każda bzdura wypowiedziana przez profesora staje się mądrością, a to wreszcie po prostu wstyd umarł. No i to, co najważniejsze, recenzenci są bezkarni. Wolność akademicka, panie…..

(Nie)normalność

Pod poprzednim wpisem trzy.14 zamieścił link do stanowiska sejmowej komisji edukacji w sprawie habilitacji. Czytamy w niej to:

 

W normalnej instytucji naukowej przede wszystkim prowadzi się badania naukowe, które w sposób naturalny przeradzają się w habilitację. Osoba, która uzyskuje stopień doktora habilitowanego nie powinna być zbytnio zaawansowana wiekowo. Przy normalnej procedurze, która aktualnie obowiązuje powinno to oznaczać habilitację w wieku około 40 lat. Są to osoby dojrzałe naukowo i stanowią podstawę i trzon nauki polskiej” – powiedział Sirko.

 

W kontekście nauki polskiej, jak już wielokrotnie pisałem, jestem zwolennikiem habilitacji. Jednak protestuję przeciwko ‚normalizacji’ stopnia. Otóż nie, w normalnych instytucjach nie prowadzi się badań, które przeradzają się w habilitację. W normalnych instytucjach bowiem wcale nie ma habilitacji!

 

Habilitacja jest potrzebna (chyba) w polskiej nauce. Przeniesienie całej odpowiedzialności za awans podoktorski na uczelnie zakończyłby się według mnie katastrofą. To jednak nie oznacza, że habilitacja jest normalnością. Wręcz przeciwnie. Habilitacja i jej potrzeba w Polsce jest znakiem nienormalności! I warto o tym pamiętać!

Recenzenckie popieprzanie

Oto linka do uzasadnienia odmowy nadania habilitacji. W dokumencie czytamy:

 

…członkowie Komisji…po zapoznaniu się z osiągnięciami Habilitantki….uznali, że bardzo poważnym zarzutem natury etycznej, było wykorzystanie w monografii habilitacyjnej pracy, których Habilitantka jest współautorem, a które nie zostały wykazane ani w bibliografii, ani w przypisach i odbyło się to bez zgody współautorów. Komisja uznała, że monografia ta z powodu rażących uchybień natury teoretycznej, metodologicznej i warsztatowej nie możestać się podstawą do nadania stopnia doktora habilitowanego. (interpunkcja moja)

 

No to jakim cudem, do ciężkiej cholery, Panie Profesor Pilecka i Bidzan napisały pozytywne recenzje? Czy recenzentki, za przeproszeniem, zamroczyło i dopiero na posiedzeniu komisji habilitacyjnej doznały olśnienia na temat tego wszystkiego rażącego u habilitantki? I postanowiły zagłosować za odmową nadania stopnia? Obie Panie Profesor głosując w ten sposób postanowiły uznać, że ich recencje są świstkami papieru. Ot, takie sobie popieprzanie.

 

Uderzyło mnie jednak jeszcze coś innego. Skąd komisja wiedziała, że współautorzy habilitantki nie wyrazili zgody na to, by ich teksty zostały przez habilitantkę wykorzystane w jej monografii? Zapytali kogoś? Mają oświadczenia współautorów na temat pracy habilitantki? I wreszcie, a jakby współautorzy habilitantki zgodzili się na to, co ona zrobiła, to już by było spoko? Nawiasem mówiąc komisja wyraża swą dezaprobatę wobec praktyk powielania dorobku. No to po jaką cholerę pisać o zgodzie współautorów? Czyżby więc chodziło tylko o to, żeby dowalić bardziej? Takie retoryczne rozpędzenie się Państwa Profesorów, bo mogą. Nikt się przecież nie przeciwstawił, rada wydziału klepnęła.

 

Podejrzewam, że odmowa miała sens. Tylko niesmak pozostał.

 

 

Czystość ponad wszystko

Jakiś czas temu brałem udział w dyskusji na temat pewnej habilitacji. Postępowanie, zakończone  pozytywnie, choć nie bez trudności, wyraźnie osadzone było na granicy dwu dyscyplin. I na ten temat była dyskusja. Warto dodać, że wskaźniki bibliometryczne dorobku habilitacyjnego były wręcz świetne. 

 

Przedstawicieie obu dyscyplin krytykowali omawianą habilitację z punktu widzenia swej dyscypliny. I dla jednych i dla drugich zatem habilitacja była za mało „własno-dyscyplinarna’, nie mówiąc już o tym, że wszyscy potrafili znaleźć jakieś nieścisłościl, wykazując jak bardzo habilitant/ka po prostu nie zna się.  I tak to dyskutanci prześcigali się w wykazywaniu słabości w w dorobku czy „dostosowaniu dyscyplinarnym”.

 

Niestety, dyskusja mnie nie zaskoczyła. Odzwierciedliła przynajmniej dwie cechy debat naukowych, z którymi się spotykam. Po pierwsze, czystość dyscyplinarna to nie tylko ambicja leciwych profesorów, którzy bronią swych sfer wpływu. To pojęcie nadal żywe, gotowe do użytku w krytyce wszystkiego, co interdyscyplinarne. Po drugie, ta dyskusja po raz kolejny ta sama rada: niech ręka boska broni habilitantów przed pracami interdyscyplinarnymi. Recenzenci nie zastanawiają się bowiem nad tym, czy habilitant ma dorobek, umie prowadzić badania, ale nad tym, czy badania im podpasowały do  obrazu ich dyscypliny.

 

Wielokrotnie pisałem o tym że jednym ze źródeł problemów polskiej nauki jest preskryptywne traktowanie przynależności dyscyplinarnej. Zamiast się zastanawiać nad dorobkiem, znaczna część z nas zastanawia się nad tym, czy dorobek bardziej pasuje tu, czy może tu, a może jeszcze indziej. Dobry, świetny, słaby, dorobek najpierw musi zostać przypisany do dyscypliny. W takiej sytuacji  dorobek interdyscyplinarny od samego początku jest na cenzurowanym.

 

A sprawozdania nie ma…

A sprawozdania za rok 2015 jak nie było na stronach Centalnej Komisji, tak nie ma. Państwo Prezydium zapewne są bardzo zapracowani.

 

Głupie wygladanie

Moj korespondent pisze:

 

W skrócie: z 3 recenzji pozytywna była tylko jedna – pochodząca od człowieka z tej samej rady wydziału. W KH 3 głosy (tyle ile osób z rady wydziału) były za habilitacją, 2 przeciw i 1 wstrzymujący się.(…) Jakiś czas temu był dostępny protokół z dyskusji RW, który był krytyką recenzentów wybranych przez CK, teraz nie mogę znaleźć tego dokumentu.

 

Na końcu dodaje komentarz na temat habilitacji dla zasłużonych pracowników. 

 

Właściwie to postępowanie to nie różni się od wielu innych, przepychanych kolanem. To jednak wyróżnia się  uzasadnieniem nadania stopnia, jakie do tej pory widziałem. Rada wydziału nadaje stopień i uzasadnia….patem! Komisja habilitacyjna, jak widać w linkowanym dokumencie, nie potrafiła się zdecydować. Zarówno  głosowanie za nadaniem stopnia i przeciw jego nadaniu skończyły się patem. To, rzecz jasna, nie musi wcale stać na przeszkodzie w nadaniu stopnia przez radę wydziału, jednak brak decyzji jako uzasadnienie decyzji o nadaniu stopnia jest zabawny.

 

Skąd ta zabawność? Ano nikomu nie chciało się pisać uzasadnienia, szczególnie że wszystko poszło po myśli habilitantki i, jak można się domyślać, rady wydziału. A że wygląda głupio – wizerunkiem nadawania stopni to my sie przejmować nie będziemy.

 

A poza tym uważam, że powinny być publikowane przynajmniej protokoły dyskusji w sprawie nadania stopnia.

 

Miłość niejedno ma imię

5 stycznia napisałem o badaczu, który popełnił plagiat. Napisałem o kompromitacji i takie tam inne rzeczy. Właśnie dostałem plik z konkordancją zapożyczeń tegoż domniemanego plagiatora wobec tej samej ofiary. Na pierwszy, a może i drugi rzut oka, sprawa wygląda poważnie. Wbrew zapewnieniom, prawdopodobnie dokonano kolejnego plagiatu.

 

Przyznam szczerze, że przeczytałem maila z pewnym niedowierzaniem. Jak napisałem w styczniu, gdybym chciał popełnić plagiat, przepisałbym jakiś artykuł z Namibii. Plagiat artykułu z Polski raczej nie wchodziłby w rachubę. Plagiat dwóch tekstów tego samego autora uznałbym za szaleństwo! Powiem więc wprost: trzeba być kompletnym kretynem, żeby dokonać plagiatu (przynajmniej) dwóch artykułów tego samego autora!

 

Współczując ofierze, chciałbym zwrócić uwagę, że może trzeba popatrzeć na te plagiaty inaczej. Autorze plagiatowany, masz wielbiciela! Może nie chcesz, ale masz. Może by warto plagiatorowi ze dwa artykuły zadedykować?

Zaduma

Oto kolejny dokument w sprawie habilitacji logopedycznej. Prof. Andrzej Radziewicz-Winnicki postanowił wydać opinię wstępną pomimo tego, że, jak sam kilkukrotnie przyznaje, na pedagogice specjalnej się nie zna (podejrzewam, że na logopedii też nie).

 

Gdy wypowiadam się w sprawach, które decydują o karierze drugiej osoby, upewniam się, że mam coś do powiedzenia. A zatem, że znam się na rzeczy. Nie rozumiem, jak recenzent/opiniodawca może oceniać postępowanie, recenzje, dorobek mówiąc wprost o tym, że nie jest specjalistą nie tylko w ścisłej tematyce, ale nawet w poddyscyplinie, w której toczy się postępowanie.

 

Nawiasem mówiąc, cytowana opinia jest niestosowna. Przecież Profesor wydaje opinię w swojej sprawie – jest przewodniczącym komisji przeprowadzającej postępowanie, od którego odwołuje się habilitantka. Jego opinia nie może nie być negatywna dla habilitantki. Nie można przecież zakładać bezstronności opiniującego. Pan Profesor chyba zresztą zdaję sobie sprawę z tego wszystkiego. Zastrzega się pod koniec, że jego opinia jest tylko uzupełniająca. Mam wrażenie, że powinniśmy wszyscy uznać, że tak naprawdę jej nie było.

 

Jednak największym smaczkiem całej opinii jest to, że Pan Profesor zgadza się z recenzentami, że nie należy odwołującej się habilitantki dopuścić do kolokwium habilitacyjnego, a wniosek awansowy jest nieuzasadniony. Ja pozostaję w zadumie, o czym dokładnie opiniodawca pisał….

 

Konflikt

Dostałem dzisiaj maila w sprawie pewnej habilitacji, o której mam nadzieję napisać więcej. Mój korespondent zwraca uwagę na skład komisji habilitacyjnej. Znaleźli się w niej: promotor pracy doktorskiej i dwóch kolegów z roku habilitanta.

 

Konflikt interesów to jest pojęcie szerzej znane w nauce polskiej, prawda?