Gruby Rycho

Zaniedbałem się ostatnio w śledzeniu nowych postępowań, więc rzuciłem się na poszukowanie nowych wpisów w naukach humanistycznych. I rzeczywiście, co chwila znajdowałem monografię z Łodzi, Gdańska, Bydgoszczy (nie mówiąc o miastach, ktore nie są stolicami województw), a wszystkie ze znacznym wpływem na rozwój wielu dyscyplin. Historia, literaturoznawstwo, językoznawstwo, wszystkie rozwinęły się znacznie po opubliowaniu tych wiekopomnych zapewne dzieł. Jednak po raz kolejny zwróciło moją szczególną uwagę to, że habilitanci co rusz podają w autoreferatach recenzentów wydawniczych książek. I po raz koleny mnie ta praktyka zastanowiła.

 

Zastanowiło mnie to, że habilitanci podają te nazwiska. Przecież recenzent wydawniczy (co już dawno temu zauważał podworkowy) ocenia książkę inaczej niż recenzent habilitacyjny. To, że książkę warto wydać, wcale nie musi oznaczać, że powinna być podstawą nadania stopnia. Moe być przecież książka dobrym przeglądem badań, może być ciekawie napisana, możemy liczyć na to, że dobrze się sprzeda. Te wszystkie cechy nie mają jednak większego znaczenia w ocenie książki przecz recenzenta habilitacyjnego. Nazwiska recenzentów wydawniczych mają więc pewnie funkcję rzucenia ważnym nazwiskiem w nadziei, że mniej ważny recenzent habilitacyjny nie będzie się chciał przeciwstawić.Tak jak się mówi, że się zna Rycha, Zbycha, małego Czarka i grubego Benka. Ot, polska habilitacja.

 

Zastanawiałem się też nad tym, że wydaje się być powszechne to, że autorzy znają swych recenzentów. Potem jednak uświadomiłem sobie, że niejednokrotnie widziałem nazwiska recenzentów wydrukowane w książkach. Trochę mnie ten zwyczaj dziwi. Po to właśnie recenzenci są anonimowi, by nie musieli martwić się o wszelkie układy i układziki, które, chcąc nie chcąc, muszą wpływać na to, jaka jest ostateczna forma recenzji. Ot, polska humanistyka.

 

Robię habilitację

To już cztery lata. Tak – zaczynałem pisać ten blog 4 lata temu. Miał być zapisem mojej habilitacji, Choć wtedy o tym nie myślałem, to chyba zakładałem, że po habilitacji skończę go pisać. Nie przypuszcałem bowiem, że blog ten może się stać forum dyskusji, najczęściej bardzo luźno, albo w ogóle niezwiązanych z moimi wpisami. I gdy już zrobiłem habilitację, oczywiste było, że blog potoczy się dalej.

 

Według statystyk Blox blog ten notuje obecnie 60-80 tysięcy odsłon miesięcznie i około 12-15 tysięcy wejść miesięcznie. Jest na nim prawie 730 wpisów oraz prawie 14.5 tysiąca komentarzy pod nimi. Blog ten od wielu miesięcy jest w pierwszej połowie drugiej setki blogów na Blox, a zatem na pół miliona innych blogów. Notuję wejścia praktycznie ze wszystkich krajów Europy oraz z wielu poza Europą.

 

Sukces tego bloga to jednak przede wszystkim jego czytelnicy, a szczególnie komentujący pod wpisami. Dzięki Waszym dyskusjom ten blog żyje swoim życiem i jest bez porównania bardziej interesujący. Dziękuję wszystkim Państwu bardzo i proszę o dalsze zainteresowanie oraz kolejne dyskusje!

 

 

Wpis ironiczny

Niedawno głosowałem w sprawie habilitacji. Wszystko poszło bez większych problemów, habilitacja była dość oczywista. Niestety, odświętny i doniosły nastrój popsuł jeden profesor. Uparł się, żeby zaprotokołować, że wybór jednego z recenzentów ze strony Centralnej Komisji był wadliwy. Recent był spoza specjalności habilitanta i zwyczajnie nie znał się na tym, co habilitant robi. Innymi słowy, recenzent nie powinien był być powołany na recenzenta.

 

Członkowie rady próbowali wytłumaczyć profesorowi, że to nie nasza sprawa, że nie mamy na to wpływu, że trzeba po prostu z tymi decyzjami żyć. A ten się uparł, żeby zaprotokołować i najlepiej jeszcze napisać w tej sprawie Komisji. I rzeczywiście bezsensowne komentarze zaprotokołowano. Na szczęście nikt się nie zobowiązał do przekazania ich Centralnej Komisji. Przecież wiadomo, stary człowiek, nie wie już, co mówi. Może ktoś by wytłumaczył, jak działa świat…

 

Komentarze krytyczne rady do CK – dobre sobie.

 

 

Modły

Napisała habilitantka. Habilitacja się posuwa – ostatnio dotarły do niej dyskusje na temat recenzentów. Co ciekawe, dyskusje nie polegały na tym, by znaleźć recenzenta przychylnego. Dyskusje dotyczyły znalezienia recenzentów kompetentnych. Jako że dyscyplina jest rozległa, wybranie kompetentnych recenzentów wcale nie należy do zadań prostych. Z kolei dwóch przedstawicieli dyscypliny w Centralnej Komisji nie ma pojęcia o tym, co habilitantka robi.

 

I tu można by oczywiście zasugerować rewolucyjne wręcz rozwiązanie Państwu członkom CK. Otóż mogliby oni zapytać kogoś, kto ma jakieś pojęcie. Niestety, przedstawiciele widzą to jako opcję raczej nieetyczną, a więc zazwyczaj wybierają sami (ze skutkiem bardzo różnym). No chyba że do nich również dotrą dyskusje….O co zresztą habilitantka wznosi modły niebios.

 

Niejednokrotnie mówiono tutaj o wyborze recenzentów. Wielokrotnie wskazywano recenzentów spoza specjalności, niekompetentnych, niemających pojęcia. Z drugiej strony, rzadko zwracano uwagę na to, że wybór recenzenta wcale nie jest taki prosty, szczególnie jeśli spada na jedną, dwie czy trzy osoby, często znajdujące się po drugiej stronie dyscypliny. I oczywiście można by zapytać, jednak trudno również godzić się z tym, że o recenzetnach decydować będą znajomi członków CK.

 

Czy jest sensowne rozwiązanie poza oczekiwaniem wysokich standardów etycznych? Według mnie nie. Dopóki habilitacja będzie silnie scentralizowana, dopóty problemy z czasem jednoosobowym wyborem recenzentów nie znikną. A im mniejsza dyscyplina, tym bardziej prawdopodobne jest to, że recenzetów wybiera jedna osoba. Oby chociaż robiła to w imieniu nauki polskiej!

Perełka

W komentarzach do ostatnich wpisów podniesiono kwestię wynikającą z tego fragmentu raportu Centralnej Komisji: 

 

Podstawą odmownych decyzji w sprawie zatwierdzenia uchwały rady jednostki organizacyjnej o nadaniu stopnia była:
– niska ocena poziomu pracy doktorskiej,
– wadliwość przewodu pod względem formalnym,
– przekroczenie uprawnień rady (nadanie stopnia doktora w zakresie formalnych uprawnień rady za pracę doktorską należącą do innej dyscypliny).

 

Dodam swoje trzy grosze. Niska ocena poziomu pracy doktorskiej niby nie budzi za bardzo wątpliwości przynajmniej co do zasady. Słabe doktoraty powinny paść. Trochę jednak zastanawia, na jakiej podstawie CK jest w stanie ocenić doktorat oraz obronę, jednak niech im już będzie.

 

Dużo ciekawsze są kolejne powody. Chciałbym się dowiedzieć, na czym polegały błędy formalne. Coś czuję, że nie szło o to, że w przewodzie doktorskim był tylko jeden recenzent. Konflikt interesów? Przecież był już przypadek doktoratu promowanego przez tatę, a recenzowanego przez mamę. Odmowa byłaby tu w pełni uzasadniona. Ale może nie było wszystkich głosowań, nie były odpowiednio sformułowane? A może recenzent miał dodatkową afiliację, o której wszyscy zapomnieli? Gdzie jest granica błędu formalnego, który unieważnia lata pracy doktoranta czy habilitanta?

 

I wreszcie perełka! Nie nadamy doktoratu, bo jest w innej dyscyplinie niż ta, którą reprezentuje rada wydziału. Znam doktoraty wybitne. Doktoraty, które miały rzeczywisty i znaczący wpływ na rozwój dyscypliny. W Polsce moglibyśmy ich nie nadać, bo nie są z właściwej dyscypliny! Przecież to się nie chce w głowie zmieścić.

 

Ale dodam jeszcze jedno pytanie. Kto płaci za profesorskie błędy? No, oczywiście doktorant czy habilitant. Państwo profesorowie zawalili, ale to doktoranta uwalili! Załamałbym się, gdyby nie nadano mi doktoratu, bo ktoś popełnił błąd formalny, albo gdyby ktoś stwierdził, że ten doktorat to jednak nie ta dyscyplina. A że dobry? A kogo to obchodzi? Grunt, żeby w papierach się zgadzało!

Świetlana przyszłość

W sprawozdaniu (link w poprzednim wpisie) CK czytamy:

 

Członkowie Prezydium Centralnej Komisji uczestniczyli również w spotkaniach roboczych z przedstawicielami Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, m.in. na temat problemów związanych z wykazem dziedzin/dyscyplin/interdyscyplinarności oraz działalności Komisji. Centralna Komisja wyraziła gotowość aktywnego i twórczego uczestnictwa w pracach nad powstaniem nowej ustawy oraz nową formułą dziedzin i dyscyplin, przystającą do rozwiązań europejskich.

 

Mam wiadomość dla Prezydium Centralnej Komisji. Otóż jedynym rozwiązaniem europejskim byłoby zlikwidowanie ‚formuły dziedzin i dyscyplin’.

 

Nie ma najmniejszych wątpliwości, że to nie nastąpi. Ustalanie dyscypliny doktoranta czy habilitanta jest jednym z ważniejszych decyzji recenzentów – nie można im tej frajdy zabierać! A więc po wielu naradach, obradach, debatach i dyskusjach, ustalony zostanie nowy (jeszcze lepszy) podział dyscyplin i dziedzin. Być może nawet powstaną nowe dyscypliny (świat oniemieje), w których polscy naukowcy będą mogli prowadzić badania. Ba, może nawet pedagogika, zgodnie z marzeniami profesora-pedagoga oraz, rzecz jasna, naturą rzeczy, zostanie przywrócona na łono humanistyki. Natomiast logopedia w jej własnym interesie prawie na pewno statusu dyscypliny nie uzyska.

 

Powstanie jednak nowa jakość, zrobimy kolejny krok ku ideałowi. Naukę polską wraz z doktorami habilitowanymi ze znacznym wkładem oraz profesorami-wyroczniami czeka jeszcze bardziej świetlana przyszłość.

Wyrocznie

Na stronach Centralnej Komisji pojawił się raport za 2015 r (znikł oczywiście raport poprzedni). Rzuciłem tylko na niego okiem i dzisiaj chcę wspomieć jedynie mały jego fragment, jakże znamienny dla nauki polskiej. W sygnowanym przez prof. Tajdusia raporcie czytamy:

 

Na tym poziomie awansu naukowego, zgodnie z wymaganiami ustawy, należy oczekiwać od kandydatów do tytułu profesora poważniejszych publikacji podsumowujących stan wiedzy w określonym obszarze nauki i wytyczających kierunki jego dalszego rozwoju, publikowanych przez wydawnictwa naukowe dające szansę wejścia ich w życie do szerszego obiegu naukowego i budujące pozycję naukową ich autora, wykraczającą poza lokalne środowisko naukowe.

 

Nie rozumiem dążenia do podsumowywania stanu wiedzy i wytyczania kierunku. Mam wrażenie, że starczy już nam (absurdalna) certyfikacja znacznego wpływu, która przynajmniej na papierze czyni z nauki polskiej mistrza mistrzów. Po co jeszcze robić z profesora wyrocznię, która nam powie, jaki jest świat, a potem zadecyduje, jaki będzie? A może inaczej – dlaczego by zostać polskim profesorem trzeba napisać….podręcznik czy przegląd systematyczny?

 

Ja wolałbym, żeby profesor publikował świetne badania w świetnych czasopismach, a nie opowiadał mi, jakie badania już zrobiono, nawet w najinteligentniejszy sposób. To, co pisze CK, to kompletne niezrozumienie tego, czym jest nauka. Jeśli profesor chce, niech sobie podsumowuje naukę do woli, jednak to nie podsumowanie powinno być podstawą nadania stopnia.Może gdyby Centralna Komisja to sobie uświadomiła, że profesor to ktoś, kto robi dobre i ważne badania, w polskiej nauce byłoby znacznie więcej dobrych profesorów. A nie autorów podsumowujących podręczników.

 

Kopiuj, wklej

Wziąłem udział w rozmowie, w której padło pytanie, jak napisać autoreferat. Już chciałem zacząć o wkładzie, niestreszczaniu, a tu wypowiedział się doświadczony w bojach habilitacyjnych profesor. Jego rada brzmiała następująco. Napisz autoreferat tak, żeby członek komisji zorientował się, co robisz, a recenzent mógł wkleić jego fragmenty do recenzji. Profesor dodał, że przecież członek komisji nie zapoznaje się z niczym, a recenzentowi nie chce się wymyślać recenzji, więc gotowiec ułatwi mu znacznie pracę (a przy okazji zapewni jego życzliwość).

 

Bolesna pragmatyczność wskazówki doskonale odzwierciedla realia polskiej habilitacji. Osiągnięcie i znaczny wkład to jedno, a rzeczywistość komisji i recenzentów to drugie. W procesie, w którym recenzent może napisać i powiedzieć każdą bzdurę, również ze wszystkiego się wycofać, gotowiec może być tym, co przeważy szalę na korzyść habilitanta.

 

Chyba nie chcę wierzyć w to, co napisałem.

Wysoki poziom dyskusji

Oto parę dodatkowych i luźnych uwag na temat protokołu z posiedzenia komisji habilitacyjnej, na który zwrócił uwagę trzy.14.

 

1. Uwaga o nieadekwatności tytułu do rozprawy podnosi problem najwyższej wagi.

2. Bycie niespecjalistą nie przeszkadza oczywiście w wypowiadaniu się na temat wartości rozprawy.

3. Słabo wykorzystana literatura polska to prawie dyskwalifikacja pracy.

4. Bardzo przeciętny poziom rozprawy nie przeszkadza w tym, by stanowiła znaczny wkład w rozwój dyscypliny (w tym miejscu zacząłem rechotać).

5. Habilitantka wykazała się odwagą.

6. Ucieszyło mnie uznanie dla recezentów.

 

Wpis zakwalifikuję do kategorii ‚galeria habilitacyjna’. Nie wiem, czy śmiać się z tego czy raczaj płakać.

 

This is Sparta!

Dla „habilitantki” wszystko zaczęło się od dylematu, którego ja nie miałem. Cykl czy monografia? Cykl to pytania o to, czy jest zamierzony, czy wystarczająco jednotematyczny, w wystarczająco dobrych czasopismach. Decyzja o napisaniu książki wszystkie te problemy usuwa. I nawet jeśli rozdziały są od Sasa do lasa, to książka, choćby przez swą materialność, jest zwarta i  jednotematyczna. No i dochodzi jeszcze tautologia: Książka to przecież książka. Krótkie konsultacje, które podjęła habilitantka, wskazały, że nadal są recenzenci, którzy uważają, że habilitant bez książki jest jakiś ułomny, po co więc podejmować ryzyko. Habilitantka siadła i napisała książkę.

 

Co jest w tym najśmieszniejsze? No to, że książka jest opcją znacznie łatwiejszą. Nie ma tych niekończących się poprawek czy odrzuceń. Książka to dwóch recenzentów, na których wybór habilitantka ma zresztą pewien wpływ. Zmuszając habilitantkę do pisania książki, rzecz jasna, w trosce o poziom nauki, recenzenci poziom ten obniżają. Habilitantka zresztą dość szybko sobie uświadomiła, że nie chodzi w tym procesie o żaden dorobek, ale o to, żeby dostać habilitację. A skoro do habilitacji jest potrzebna książka, to ona tę książkę napisała.

 

Chciałem tu napisać o paradoksie – zmuszanie do łatwej opcji, by dostać certyfikat znacznego wpływu. Ale to nie jest żaden paradoks. To jest habilitacja!