Załatwić

Jakiś czas temu dostałem maila od pewnego profesora ze znacznym dorobkiem międzynarodowym. Profesor był na konferencji, na której podeszła do niego osoba, która poprosła go o ‚załatwienie’ publikacji w międzynarodowym czasopiśmie. Nie dla siebie, rzecz jasna, ale dla kolegi. Kolega, pracownik polskiego (dobrego) uniwersytetu, musi (dodajmy: niestety) publikować za punkty i potrzebuje chociaż jednej dobrej publikacji. Profesor, który publikuje ‚na świecie’, mógłby przecież załatwić jakiś mały jeden artykulik. Profesor usiłował uświadomić swemu rozmówcy, że to jednak tak nie działa. Nie uwierzono mu.

 

Nie mogę się zdecydować, jak to skomentować.

Jeden worek

Na blogu habilitacja.eu zakładka ‚Pomagam’. Autorka pisze, że to strona, która ma być przydatna „osobom, które doświadczyły braku przestrzegania prawa na uczelni czy mają problemy z awansem zawodowym”. Ciekawe repozytorium serii niepowodzeń i odwołań, w którym znajduje się również kilka habilitacji omawianych i tutaj, i na forum.

 

Dając linka do tej strony, chciałbym zauważyc, że nie każda nienadana habilitacja została odrzucona niesłusznie czy niezgodnie z prawem. Są habilitacje, które zakończyły się niepowodzeniem, bo były słabe, bardzo słabe, a nawet jeszcze słabsze niż te bardzo słabe. Grupowanie wszystkich tych odwołań jako jednej grupy nie jest według mnie użyteczne. Innymi słowy, nie sądzę, by wszystkie odwołujące się osoby skorzystały z tego, że są wrzucone do jednego worka z innymi.

Komiks?

W dyskusji pod poprzednim wpisem, trzy.14 zacytował to oto zdanie z jednej z recenzji:

 

Omówienie wyników badań zostało napisane w mało dynamiczny, zaś jedynie sprawozdawczy sposób.

 

Mówiąc szczerze, nie dość, że nie rozumiem,  jak to zdanie mogło się znaleźć w recenzji habilitacyjnej, nie rozumiem też tego zdania. Po pierwsze nie rozumiem, o co chodzi z tym pisaniem ‚mało dynamicznym’. To jakaś kompletna bzdura, na którą można tylko zapytać, czy szlaczki i obrazki też mają być.

 

Po drugie, i znacznie poważniejsze, komentarz wydaje się wskazywać na to, że recenzent nie rozumie, na czym polega autoreferat. Już sama nazwa wskazuje, że autreferat….refereuje. A zatem jest, tak, tak, sprawozdaniem. Są oczywiście autoreferaty ciekawie napisane, są też nudne jak flaki z olejem, no ale bez jaj! Czy naprawdę ktoś, kto znajdzie lekarstwo na raka, tudzież przeziębienie, nie dostanie w Polsce habilitacji, bo autoreferat jest mało dynamiczny? Ogarnijmy się, co?

 

Po trzecie, jeśli autoreferat nie ma być ‚sprawozdawczy’, to jaki ma być? Ma argumentować? No to chyba już się stało w publikacjach, nie? Słowo daję, nie mam zielonego pojęcia, o co chodzi recenzentowi. Może jednak o obrazki!

Nowe moce!

Właśnie zwrócono mi uwagę na to postępowanie. Otóż, jak się wydaje, Centralna Komisja uzyskała nowe i zaskakujące możliwości, a może i moce.  Mamy więc postępowanie, które zakończyło się dwa lata przed wnioskiem o jego wszczęcie. Nawet nie chcę myśleć o implikacjach tych nowych mocy!

 

Istnieje szansa, rzecz jasna, że to nie tyle moce, co po prostu chaos Centralnej Komisji, która nie poradziła sobie. Jak zwykle. A zatem mamy wniosek wszczynający jedno postępowane oraz recenzje z wcześniejszego. Wcześniejsze postępowanie zakończyło się niepowodzeniem – dorobek habilitantki nie był wystarczająco psychologiczny. Habilitantka przeniosła się więc do nauk o zdrowiu, gdzie wszczęła drugie postępowanie. Dla Centralnej Komisji to jednak za dużo.

 

To jednak, na co chcę zwrócić uwagę po raz kolejny, to ‚przynależność dyscyplinarna’. Nie rozumiem, dlaczego nie można by po prostu przeprowadzić jednego postępowania. Załóżmy bowiem, że rzeczywiście dorobek habilitantki, która jest psychologiem, nie mieści sie w psychologii (choć hasło Wikipedii na temat neuronauki wskazuje, że sprawy nie są oczywiste). Czemu by zatem nie dać recenzentów, którzy znają się na tym, co robi habiitantka i dać jej stopień. Wydawałoby się bowiem, że to, z czego jest ten stopień, powinno być wtórne. Załóżmy bowiem również, że dorobek habilitantki jest ‚habilitacyjny’, no to wszystko, co osiągnięto to to, że habilitantka straciła dwa lata. Warto było? Moim zdaniem nie.

 

I pomyśleć, że na świecie można sobie poradzić bez certyfikowanej przynależności dyscyplinarnej. Jak oni to robią? No ale, powiedzmy sobie wprost, gdyby nie przynależność, pedagodzy musieliby się pożegnać z logopedią. A do tego przecież dopuścić nie można.

Ąści

Kontynuuję niehabilitacyje wpisy. Gdy przeglądałem blogi pisząc poprzedni wpis, natrafiłem na wpis dotyczący polskich imion i po trochu nazwisk. Tak się składa, że moje nazwisko zawiera polski znak, jednak w przeciweństwie do blogera, ja nie nalegam na zachowanie polskiego znaczka. Polska ‚ąść’, jak to nazwał kiesyś prof. Bralczyk, mnie tylko irytuje.

 

Nie nalegam na ąści, ponieważ myślę, że polski znaczek może utrudniać ewentualne wyszukiwania mnie w internecie. Gdy publikuję, chcę, żeby publikację, czy też moje nazwisko znalazło jak najwięcej osób, Aści mogą to chyba utrudnić. Parafrazując Jasia mówiącego do Winnetou w znanym dowcipie: patriotyzm patriotyzmem, ale biznes to biznes.

Dobre rady dla konkurencji?

Nie mam pomysłu na nowy (i błyskotliwy) wpis, skrzynka pocztowa habilitanta ostatnio pusta, więc postanowiłem odgrzać temat z forum. Ostatnio pojawił się na forum wątek dotyczący pisania recenzji. W wątku linki do takich stron jak Writing for research czy też do porad na stronach czasopism czy też blogów.

 

Ja z kolei zacząłem zastanawiać się nad celowością takich porad. Mnie nikt nie uczył pisać ani artykułów, ani recenzji, ani wniosków badawczych. Musiałem sobie poradzić sam. Jednak kilkusekundowe przeszukiwania pozwalają znaleźć porady właśnie, jak napisać  wniosek grantowy (i to organizacji przyznającej je) czy też, na cytowanym powyżej blogu, jak napisać  „book proposal”, a nawet jak napisać całą książkę. Na linkowanym na głównej stronie mojego blogu Warsztacie badacza, dr Kulczycki udziela przeróżnych porad, włącznie z takimi, z jakiego edytora tekstów czy programu warto skorzystać. Takich porad na sieci są tysiące, z kolei coraz więcej uczelni prowadzi kursy, jak pisać.

 

Przyznam, że do tej pory nie korzystałem z tego typu porad i moze właśnie dlatego mam dość ambiwalentny stosunek do nich. Otóż uważam, że takie porady odbierają mi konkurencyjność. Ja mogłem być lepszy – bo umiałem napisać lepszy artykuł czy wniosek. Bo przecież tu nie chodzi tylko o kunszt pisarski, ale o porady, w jaki sposób skonstruować tekst, w jaki sposób argumentować zasadność wniosku. Ja to umiałem zrobić (jakoś), inni nie, to ja publikowałem, a nie inni. Porady, jak napisać artykuł, odbierają mi przynajmniej część przewagi, jaką mam czy miałem. Z drugiej strony, zdaję sobie sprawę z tego, że w ośrodkach dużych, dobrych, takie porady udzielane są ‚organicznie’. Ktoś, kto jest w ośrodku małym, słabym, bez ludzi do naśladowania, może się nigdy nie przebrnąć ze swymi (doskonałymi) pomysłami, bo nie wie, jak to zrobić. Ale może właśnie o to chodzi.

Ten wpis jest zachętą do rozmowy – 15 tysięcy chyba mi uderzyło do głowy!

15000

Bardzo mi miło poinformować, że dyskusje pod wpisami na ‚Robię habilitację’ zebrały 15000, tak 15 tysięcy, postów/komentarzy. Wszystkim komentującym serdecznie dziękuję, prosząc o dalsze dyskusje. To Państwa komentarze powodują, że blog ten cieszy się nieustającą popularnością, za którą dziękuję wszystkim czytelnikom.

Coś tu nie gra

Oto postępowanie  z filozofii. Gdy zaglądnąłem do uchwały rady wydziału, uderzyły mnie wyniki głosowania. Zaskakujące jest już głosowanie komisji habilitacyjnej: 3 za, 3 przeciw, jednak głosowanie rady wydziału jest jeszcze ciekawsze:

 

  • 13 osób za nadaniem stopnia
  • 4 osoby przeciwko nadaniu stopnia
  • 17 osób wstrzymało się od głosu.

 

17 osób, większość głosujących, nie miała zdania, czy nadać stopień! Zaglądnąlem więc do recenzji. Wszak recenzje muszą rysować niezwykle złożony obraz dorobku habilitanta, trochę dobrze, trochę źle, ogólnie cholera wie, co zrobić, co? Hmmmm. Pierwszy recenzent pisze o wyróżniajacej się aktywności habilitanta w badaniach, drugi o znacznym dorobku naukowym i rozbudowanej współpracy miedzynarodowej. Najnegatywniejszy jest trzeci recenzent, który pisze jedynie o bogatym dorobku.

 

Habilitacja padła, jednak coś tu nie gra, nie? 

Jak ma życ habilitant?

Zwróciło moją uwagę uzasadnienie odmowy nadania stopnia w tym postępowaniu. Habilitantce zarzuca się bowiem „jednostronny kierunek badań”, ja z kolei zacząłem się zastanawiać, co to takiego jest. Odpowiedź znajdujemy w jednej z recenzji. Przyznam szczerze, że nie chciało mi się studiować dokładnie opinii prof. Czapiewskiego, jednak wydaje się, że głównym problemem profesora jest to, że habilitantka od doktoratu zajmuje się ciągle tym samym. Wszak, jak pisze profesor na stronie 3, pod doktoracie historycy podejmuja, wzbogacają i rozszerzają. A habilitantka tylko o jednym. Doktor habilitowany, wedle profesora, powinien odznaczać bogatszą specjalizacją.

 

Przyznam szczerze, że gdyby chodziło o pytanie, jak żyć, zgadzałbym się z Panem Profesorem w całej rozciągłości. Badanie tego samego musi być potwornie nudne. Jednak w przewodzie habilitacyjnym nie oceniamy tego, jak ludzie żyją, ale ich dorobek. Nie przypominam sobie również wielowątkowości w kryteriach oceny habilitanta. Powiem więc inaczej, nic do tego recenzentowi, ile wątków badam. Wątpię przy tym, by wyznacznikiem jakości badacza była liczba wątków, którą podejmuje jako badacz. Co więcej, jako że widziałem już recenzje, w których zarzucano habilitantom rozdrobnienie, a wielowątkowość była oceniania negatywnie?

 

Wydaje mi się, że są dwa rozwiązania tego palącego problemu. Po pierwsze, recenzenci mogliby się zająć tym, do czego są powołani – do oceny dorobku. To jednak może się okazać niemożliwe, więc pozostaje drugie rozwiązanie – rozporządzenie. Na przykład:

 

Do otwarcia przewodu habilitacyjnego habilitant powinien przebadać nie mniej niż 4, ale nie więcej niż 7 wątków badawczych, w tym przynajmniej dwa gruntownie, a nie więcej niż dwa pobieżnie. Przynajmniej 2 wątki powinny zawierać przynajmniej 2 podwątki badawcze. Przynajmniej 3 wątki badawcze powinny być w jednej działce badawczej.

Działka badawcza to…

Wątek badawczy określa się jako….

Podwątkiem badawczym jest…

Uznaje się, że gruntowność przebadania wątku gwarantuje następująca liczba publikacji….

 

I ten wpis również skończę tutaj, bo ciśnie mi się wiele słów nieparlamentarnych.

Sajens, srajens

Profesor Śliwerski znów ma problem. Tym razem miecz krytyki spada na doktorat z cyklu publikacji, którego kryteria ustalił niewymieniony z nazwy wydział uniwersytecki. Profesor pedagogiki przedstawia trzy główne zastrzeżenia. Po pierwsze, czytamy:

 

Pierwsza kwestia dotyczy liczby artykułów (rozdziałów), która autorom dotychczasowych rozpraw doktorskich jako monografii wydaje się banalnie niska.

 

Biorąc pod uwagę, że wydział oczekuje przynajmniej jednego artykuły z listy A, a to bariera, której nie przekroczyła większość habilitantów (a i profesorów) z pedagogiki, komentować tego nie będe. Po drugie:

 

W gruncie rzeczy nie dookreślono, czy owe periodyki muszą mieć ścisły związek z dyscypliną, w której zamierza doktoryzować się kandydat. 

 

No rzeczywiście – to jest dopiero prawdziwy problem. Proponowałbym, żeby czasopismo musiało mieć nazwę dyscypliny w tytule. Nie jakieś tam „Nature” czy „Science”. Po trzecie:

 

Znacznie poważniejszy problem stwarza zapis wskazujący na to, że zamiast rozprawy doktorskiej może ów doktorant przedłożyć publikacje, które ukazały się nie po otwarciu przewodu doktorskiego, ale przed jego otwarciem. W tym miejscu zaczyna się poważny problem, bowiem o ile nie ma wątpliwości, że napisane pod kierunkiem promotora i opublikowane na łamach czasopism teksty po otwarciu przewodu doktorskiego spełniają ustawowe warunki, o tyle w sytuacji powyżej zakreślonej alternatywy już nie.

 

Tak, to rzeczywiście byłoby niesłychane! Myślę, że potrzebna jest tu ustawa określająca, kiedy dokładnie rady wydziału mogą otwierać przewody doktorskie. Obecna samowola doprowadza do takich, nie bójmy się tego powiedzieć, wynaturzeń, że doktorant publikuje coś przed otwarciem przewodu i mówi, ze to doktorat. Strasznośc, którą trudno sobie nawet wyobrazić!!

 

I właściwie pozostaje mi jedno pytanie: jak sobie radzi świat? Przecież oni wszyscy powinni czytać polskie ustawy, nie mówiąc o blogu prof. Śliwerskiego, żeby wreszcie prowadzić prawdziwe przewody doktorskie.