Po n-te: nie pouczać!

Sezon ogórkowy trwa, moduły CK w permanentnym przygotowaniu, ja na wakacjach…. Przerywam jednak na chwilę urlop i odnotowuję, że pojawił się grzmiąc profesor-pedagog. Pyta więc prof. Śliwerski, czy znalazł się jakiś pedagog lub (chociaż) socjolog, który postanowił zbadać Światowe Dni Młodzieży. I gdy tak blokujący mnie pedagog poucza, mnie zapaliła się lampka z pytaniem. Czemuż to Pan Profesor nie zakasa rekawów i nie weźmie się do badania ŚDM? Może zamiast pouczać pedagogikę i socjologię, warto dać przykład i do bibliografii, którą Profesor poleca, dodać swoje dzieła? Tak tylko pytam….

Kluczowe zmiany

Nowa strona Centralnej Komisji wita nas komunikatem z 2014 roku. Ale to tylko początek zmian na stronach Centralnej Komisji. Otóż prosze sobie wyobrazić, że menu z boku strony zostało zastąpione paskiem u góry. To już nie jest zmiana. To juz jest po prostu rewolucja! Co prawda ze stron Centralnej Komisji znikły wszystkie postępowania habilitacyjne, jednak nie czepiajmy się drobnostek, patrząc w oniemieniu na kalendarz posiedzeń na pierwszej stronie.

 

Doświadczając tych niesamowitych doznań estetycznych, będę czekał, jak pusta obecnie strona będzie się zapełniała jeszcze lepszą treścią niż do tej pory.

 

Definicje fizyka

Korespondencja z prof. Stecem zaowocowała linkiem do następującej recenzji habilitacyjnej z fizyki. Recenzja daje ciekawy wgląd w to, co stanowi znaczny wkład w rozwój dyscypliny, jak i to, co stanowi cykl jednotematyczny.

 

Otóż znaczny wkład ma się wtedy, gdy autora cytują. Cykl jednotematyczny zacytowano ponad 100 razy i to jest przesłanka, by uznać, że habilitant znaczny wkład w rozwój dyscypliny posiada. Co ciekawe, o wynikach recenzent nie pisze w kategoriach znacznego wkładu. Furda wyniki, byle by zacytowano!

 

Z kolei recenzent zastanawia się, czy dwie publikacje przedstawione przez habilitanta można uznać za część cyklu, bo opisują badania, w których zastosowano inną metodę i badano inne materiały. Jednak recenzent uznaje, że nie ma podstaw, by uznać, że habilitant nie zaplanował z góry swojego cyklu jednotematycznego, a więc uznaje, że publikacje stanowią cykl jednotematyczny. Nawiasem mówiąc to wszystko nie przeszkadza recenzentowi stwierdzić, że i tak ocenia dorobek.

 

No i teraz ja. Po pierwsze, nie jestem przekonany, czy setka cytowań świadczy o znaczącym wkładzie w rozwój dyscypliny. Ba, powiedziałbym, że jestem raczej pewny, że nie świadczy. To nie znaczy oczywiście, że uważam, iż habilitacja się nie należy. Uważam raczej, że należy skończyć z absurdem ‚znacznego wkładu’. 

 

Po drugie, odpowiada mi implikowane przez recenzenta powołanie cyklu jednotematycznego przez ‚fiat’. Jeśli recenzent uważa, że habilitant nie planował cyklu, niech to wykaże. Powiedziałbym nawet, że niech recenzent wykaże, że takiego planu nie miałem,  pomimo tego, że nie odnotowałem tego zamiaru w publikacji.

 

Szpital na peryferiach?

Właśnie miałem arcyciekawą wymianę na twitterze. Prof. Piotr Stec, prawnik z Opola, poinformował mnie, że prawnicy doszli do przekonania, że by cykl jednotematyczny liczył się jako habilitacyjny cykl jednotematyczny, pierwszy tekst w cyklu musi zawierać informację o tym, że tekst otwiera tenże cykl. Na moje pytanie, czy wykładnia zawiera informację, jak przetłumaczyć na potrzeby np. czasopisma ‚Nature’ wyrażenie ‚habilitacyjny cykl jednotematyczny’ dostałem: „Po diabła? Problem autora.”

 

Taka wykładnia jest nie tylko niezmiernie głupia, jest również groźna. Pocieszam się, że zostanie najprawdopodobniej powszechnie ignorowana.

Sztuka pisania

Jakis czas temu dostałem do przeczytania nieopublikowaną jeszcze recenzję habilitacyjną. Dokument jest ciekawy głównie dlatego, że jest to dokument dyplomatyczny. Gołym okiem widać bowiem, że recenzent nie siedzi w działce habilitanta. Recenzja zawiera kilka ogólników wziętych albo z autoreferatu, albo ze streszczeń recenzowanych prac. Prawie dziesięciostronicowa recenzja zawiera dosłownie jeden akapit na temat tego, co zrobił habilitant. Mój korespondent wskazuje na ten fakt zadając pytanie o sens pisania takich recenzji, wskazując jednak, że konkluzja recenzenta jest jak najbardziej uzasadniona.

 

Recenzji, w których widać, że recenzent nie jest specjalistą w tym, co robi habilitant, jest oczywiście wiele. Czy każda jednak jest bez sensu? Otóz nie jestem tego taki pewien. 

 

Po pierwsze dlatego, że myślę, że ważniejsze jest to, by recenzent rozumiał, jak się uprawia naukę, bo to, po drugie, pozwala wyrobić sobie zdanie na temat dorobku habilitanta. A do tego, by wyrobić sobie zdanie na temat dorobku, nie trzeba siedzieć dokładnie w tym, co habilitant robi. I tak, nawiasem mówiąc, czyta się recenzję, którą dostałem. To bardziej recenzja dorobku i jego (tematycznej) pozycji w dyscyplinie.

 

Czy taka recenzja ma sens? Moim zdaniem, tak. Ale z pewnością otwiera ona (po raz kolejny) dyskusję, co oceniamy w recenzjach habilitacyjnych.

 

PS. Właśnie dowiedziałem się, że wpis został odebrany jako pesymistyczny. Nie miał taki być! (PS dedykuję prof. Piotrowi Stecowi).

Proza życia

Z kronikarskiego obowiązku odnotowuję, że strona Centralnej Komisji nadal nie działa. Gdy zniknęła, myślałem, że idzie o kilka dni, może tydzień. Strona nie działa już jakieś półtora miesiąca.

 

Odnotowuję również wyrażony na Twitterze zachwyt MNiSW wobec podpisania dzisiaj ustawy o deregulacji nauki polskiej. Ja jednak sugerowałbym poczekać z rozpływaniem się w zachwytach nad „spełnionymi obietnicami” ministra Gowina. Jak już wielokrotnie podkreślano na tym blogu, od ustawy do zmiany rzeczywistości prowadzi droga czasem długa i wyboista. Czasem niekończąca się. I zaiste nie idzie o ustawy, ale o to, co z nich wynika. Ale jakiegoż ministra interesowałaby nudna rzeczywistość?

 

Co więcej, zamiast krzyczenia o deregulacji, wolałbym konkret wymuszenia terminowości postępowań habilitacyjnych. Wiem, wiem, to przecież takie prozaiczne…Tu galaktyka czeka na ministra, a ja o jakichś terminach…

Autopromocje

Wakacje, więc pozwalam sobie na kolejny off-topic. Przez mojego Twittera przewinął się właśnie link to następującego artykułu. Okazuję się, że, szanse są, że cytuję się częściej i intensywniej od moich koleżanek. Autorzy artykułu sugerują pięc mechanizmów, które mogą być odpowiedzialne za ten stan rzeczy

a. mężczyźni wyżej oceniają swe zdolności

b. kobiety są silniej penalizowane za autopromocję

c. mężczyźni mają węższe specjalizacje

d. mężczyźni publikują więcej

e. publikacje mężczyzn są bardziej różnorodne.

 

Oczywiście odniosłem ten artykuł do tego, co sam robię. Otóż, podejrzewam, że jak wszyscy, cytuję swoje wcześniejsze prace. Kluczowym kryterium jest relewancja. Innymi słowy, cytuję swoje prace, gdy ma to sens. I jest to warunek konieczny autocytowań. Gdy jednak spojrzałem sobie (metaforycznie, gdyż nie udałem się do lustra) w oczy, odkryłem, że w przypadku części autocytowań mógłbym z powodzeniem zacytować co innego. Jednak nie robię tego.

 

Wyszło mi na to, że autocytowanie to również autopromocja. No to zacząłem się zastanawiać, czy to coś złego, coś, co powinieniem zmienić. I tu moja odpowiedź mnie zaskoczyła. Otóż jak bym do tego nie podchodził, wychodziło mi, że nie. Jest OK, niczego zmieniać nie będę. 

 

Postanwowiłem się jednak tym podzielić, na wypadek gdyby moje praktyki były godne potępienia.

 

 

Wolność jak źrenica

Marek Wroński pisze o kolejnym żenującym spektaklu habilitacyjnym. Wreszcie uznano, że habilitacja była plagiatem. Wroński pisze:

 

To właśnie on z powodu tego, że jego uwagi wskazujące na bezprawne zapożyczenia zostały zlekceważone zarówno przez Radę Wydziału, rzecznika dyscyplinarnego, jak i ówczesnych, pierwotnych recenzentów, przeprowadził wieloletnią walkę o przestrzeganie zasad rzetelności naukowej i o to, aby sprawiedliwości stało się zadość

 

No właśnie. Jak jest możliwe to, że recenzenci habilitacji ks. Zowczaka nie zauważyli, że

„jawnie naruszono prawa autorskie ponad 10 osób. Fakt ten sam w sobie można by uznać za w pełni dyskwalifikujący dla przyznania stopnia doktora habilitowanego dr. Zowczakowi”?

 

Nikt nie zauważył, łącznie z rzecznikiem dyscyplinarnym. I ja mam pytanie, rzecz jasna, retoryczne. Czy naprawdę nikt nie poniesie żadnych konsekwencji, uznamy, że sprawy nie ma? Bo wolność recenzenta, pardon, akademicka. I będziem jej bronić jak źrenicy oka, Częstochowy i może jeszcze innych rzeczy i wartości, które narodowo bronimy. Szlag mnie trafia, bo sami tniemy gałąź, na której siedzimy. Skoro sami nie traktujemy się poważnie, jak możemy oczekiwać poważnego traktowania przez innych?