Są, ale i tak nie ma

Na szybko i na gorąco. Na stronach Centralnej Komisji pojawiły się postępowania awansowe. Pojawiła się też wyszukiwarka postępowań, ale jedynie po nazwisku i dziedzinie. Innymi słowy, teraz wszystkie postępowania są w jednej grupie i trzeba sobie wyszukać te w intresującej nas dziedzinie.  Opcja wyszukania po dyscyplinie nie działa.

 

Zanim jednak wszyscy się rzucą, to na razie dokumenty nie ładują się. A zatem mamy postępowania tylko po to, żebyśmy mogli zobaczyć, do czego nie ma dostępu.

Ironia

Wczoraj przeczytałem dwa teksty o ‚genderze’ i chyba mnie zepsuły do kości. Pierwszy to wpis na blogu mężczyzny, a drugi to artykuł kobiety, oba o sytuacji kobiet w nauce polskiej. Oba pokazują kobiety w cieniu, pierwszy jest o niedopuszczaniu kobiet do sceny intelektualnej, drugi o niedopuszczaniu ich do pracy. Bo nie ma w całej dyscyplinie kobiety, która mogłaby się wypowiedzieć, no i przecież p. Ziutek ma rodzinę, a zatem pierwszeństwo do etatu. Nawiasem mówiąc słyszałem o takich kryteriach w wyznaczaniu recenzentów habilitacyjnych. Trzeba dać Heniowi, bo ma rodzinę na utrzymaniu. Nikomu nie przychodzi do głowy, że Heniu wcale nie utrzymuje rodziny, bo żona Maryla też na 2 etatach, a Zosi dochód w domu jest tak samo ważny jak w rodzinie Henia.

 

Otóż wkurza mnie ta sytuacja i dlatego piszę o niej. Może jeśli również ja, mężczyzna (my, mężczyźni?) wypowiem się, to będzie się to bardziej liczyć. O ironio!

Załatwiam ranking

Dr Kulczycki  donosi o nowym rankingu THES, w którym uczelnie polskie znalazły w szóstej setce uniwersytetów na świecie. Trochę nisko, ale mnie przyszedł do głowy świetny wręcz pomysł, jak dokonać skokowej zmiany w górę.

 

Otóż jakiś czas temu rozmawiałem (powiedzmy szczerze: plotkowałem) z kolegą na różne tematy, aż zeszło na pewnego dość znanego w Polsce profesora (pozostanie on anonimowy). Kolega nagle powiedział: Ale on nie zna angielskiego. W sensie, nie czyta, nie pisze, nie mówi. Nie zaskoczyło mnie to za bardzo, znam również kilku takich (zaskakuje mnie odrobinę, jak zostali profesorami). I tu pojawił się pomysł. Otóż należy przedstawić autorom rankingu THES zaświadczenia o angielskiej niemocie profesorskiej. Wszak powinnismy porównywać podobne z podobnym i jak tu np. porównywać prof. Jana z prof. Johnem, skoro ten pierwszy po angielsku ani w ząb, a ten drugi nawet nie musiał się wysilać. A czy taki John po polsku gada? No właśnie….

 

W tenże prosty sposób wzrośnie nam choćby liczba publikacji po angielsku na naukowca, a może i różne inne rzeczy. Moglibyśmy nawet stworzyć jakąś białą księgę do przedstawienia THES. Oczywiście o ile THES może nie uwzględnić naszego angielskiego L4 wobec fizyków czy matematyków (im ten angielski za bardzo potrzebny nie jest), ale wobec humanistów, społeczników, teologów, a może i ekonomistów to mogłoby zadziałałać. I w przyszłym roku i idziemy w górę! Ostro!

 

Od razu mówię, że rozważałem ranking światowy oparty na publikacjach po polsku (dziedzictwo i te rzeczy), ale to może być nie do przepchnięcia. Rozważałem też tzw. polskie Noble, ale THES może się zorientować, że to nie te same Noble, co w Szwecji.

Logistyka

Dostałem maila w sprawie terminowości recenzji. Habilitant/ka od jakiegoś czasu czeka już na trzecia recenzję. Kontakty z recenzentem/ką spotykają się ze zrozumieniem i ogólną życzliwością, jednak co recenzent czasu nie znajduje, to nie znajduje. Co ciekawe, recenzenta (lub recenzentki) zupełnie nie interesuje ustawowy termin. Przejmuje się raczej tym, że habilitant czeka, a recenzent opóźnia postępowanie. Wskazuje jednak, że z niezrozumiałych dla niego powodów, Centralna Komisja co rusz przysyła mu nowe postępowanie i on nie nadąża.

 

Mam dwa komentarze. Po pierwsze, irytuje mnie zmiana relacji z habilitantem z profesjonalnej na moralną. Co prawda, jest termin, ale co mi to tam. Ważniejsze jest to, że biedny habilitant czeka. I choć ciesze się, że serce u recenzenta jeszcze bije i nie jest z kamienia, wolałbym, żeby zamiast je okazywać, wywiązywał się ze swych obowiązków.

 

Po drugie, przyjmując wyjaśnienia recenzenta za dobrą monetę, mamy sytuację odwrotną od tej na przykład w naukach ekonomicznych, gdzie mała grupa profesorów recenzuje wszystko, co się rusza (a być może również to, co ruszać się przestało). Nie dość, że nie narzekają oni, to nie dopuszczają innych do recenzji. Można się zastanawiać oczywiście, jakiej jakości są te recenzje, ale kto by się tam zastanawiał. Być może więc również w działce mojego korespondenta zakładają, że każdy chce więcej (zarobić) i chcą zrobić recenzentowi przysługę. Ten z kolei narzeka na to, że mu za dużo przysyłają.

 

Nie wiem, rzecz jasna, czy jakiś członek CK czyta ten blog, jednak chcę zasugerować rewolucyjne rozwiązanie. Otóż, uwaga, idzie nowe, można by zadzwonić do recenzenta i zapytać, czy zgodziłby się na napisanie recenzji. Wiem, mogłoby to oznaczać, że kilka osób mogłoby odmówić, no ale, jak mówią Anglosasi, shit happens. Sugerowałbym też podanie telefonującemu urzędnikowi listy kilku nazwisk (np. 10 ułożonych wg preferencji), żeby nie musiał za każdą odmową czekać na następne posiedzenie i deliberacje uczonych osób.

 

Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że logistycznie może to być nie do wdrożenia. System ten wymaga kolosalnych nakładów myślowych i telekomunikacyjnych.

Wytyczne pedagogiczne

Centralna Komisja nadal przygotowuje moduły, skrzynka pocztowa pusta, no to idę po inspirację ‚wiadomo gdzie’. I tak to w najnowszym wpisie przeczytałem to:

 

Powinniśmy dzięki temu lepiej odczytywać, rozszerzająco interpretować uzyskane dane empiryczne. Kryterium analiz jest bowiem czynnikiem tworzącym znaczenie, a nie tylko rozdzielającym znaczenia.

 

Nie jestem przekonany, że rozumiem to, co przeczytałem, jednak zastanawiam się nad mocą takich wskazówek. A zatem zastanawiam się nad wpływem prominentnych naukowców. Pisałem tu o tym nie  raz, nie raz tu też były na ten temat dyskusje. Jednak tym razem mamy konkretne wskazówki, co trzeba robć w dyscyplinie. Na cytowanym blogu można oczywiście znaleźć, o czym już pisałem niedawno.

 

Gdy przeczytałem cytowany wpis, naszły mnie myśli o tym, ilu pedagogów już zastanawia się nad tym, jak wprowadzić interpretację rozszerzającą, ilu recenzentów będzie się zastanawiało, czy u doktoranta/habilitanta odczytanie jest wystarczająco rozszerzejące.

 

Sapienti sat.

 

Wiatraki

Profesor Śliwerski podejmuje ważną kwestię opłat za postępowania habilitacyjne. Pisze nawet:

 

Nie dajcie się doktoranci i doktorzy wrabiać w jakieś pokątne finansowanie jednostek w uczelniach państwowych wbrew obowiązującemu prawu.

 

Nie, nie dajcie się. Ale przy okazji pomyślcie o swojej hablitacji i zastanówcie się, co jest ważne. Bo jeśli wasza uczelnia nie chce pokryć kosztów (być może nawet z powodu czyjegoś widzimisię), to zadajcie sobie pytanie, co jest ważniejsze. Habilitacja czy kłócenie się o koszta wymagane przez uczelnię przeprowadzjącą postępowanie.

 

A sprawa moim zdaniem wygląda tak. Profesor-pedagog jak zwykle patrzy na rzeczy od tyłu. Przecież oczekiwanie, że doktorant czy habilitant, który już właśnie ma wszcząć postępowanie będzie się buntował i nie wpłacał, jest niepoważne. Oczywiście oni wpłacą darowiznę, a nawet dwie. Może lepiej byoby wykorzystać swą pozycję w Prezydium Centralnej Komisji i wskazać ministerstwu tego typu praktyki. Nie ulega wątpliwości moim zdaniem, że praktyki oczekiwania darowizn są nieetyczne. Uczelnie jednak to robią, bo mogą. Ale równie nieetyczne jest oczekiwanie, że sprawa zostanie załatwiona przez samych zainteresowanych. Nie, to prominienci naukowi, tacy jak prof. Śliwerski, powinni sprawę załatwiać!

 

Ale skoro Prezydium nie jest w stanie zapewnić informacji na swojej własnej stronie internetowej (to już 3 miesiące, a dwa od czasu, gdy profesor-pedagog stwierdził, że jedzie na wakacje), zapewne trudno oczekiwać, że będą załatwiać cokolwiek.

 

A zatem doktoranci, walczcie z uczelniami, od których chcecie doktorat. Na pewno wam się uda! To wcale nie są wiatraki!

 

Codzienność

Właśnie dostałem list z prośbą o umieszczenie go na blogu. List jest reakcją na niedawne dyskusje. Wklejam bez redakcji (poza literówkami).

 

„Pracuję ‚na Zachodzie’. Gdy czytam o powodach wyjazdów z Polski, zastanawiam się, kto je pisze. Wszystkie podane w makro-terminach: podatki, finansowanie, cuda na kiju. Ja znalazłem sobie pracę (bo nie lubie tego ‚wyjechałem’) gdzie indziej, bo chciałem pracować w normalnych warunkach. A przez to rozumiem szeroko pojętą profesjonalizację relacji w pracy. W pracy jestem pracownikiem i przede wszystkim pracownikiem, a nie kolegą.

 

Na przykład, moja praca jest przewidywalna – nikt nie powie mi z dnia na dzień (lub z tygodnia na tydzień), że mam zajęcia do wzięcia. Nie potrzebuję na wszystko podkładek, a umowa ustna z dziekanem jest więcej warta niż trzy kwity podpisane przez mojego byłego dziekana w Polsce. Gdy wyjeżdżam gdzieś, nie muszę pamiętać o drukowaniu kart pokładowych, bo przecież nie wiadomo, czy na pewno wsiadłem do samolotu. Pracownicy administracji są uprzejmi, wiedząc, że są po to, by ułatwić mi życie. Zarówno oni, jak i moi szefowie nie zakładają, że moim jedynym celem w życiu jest ukraść, zmalwersować, oszukać i wyrolować mojego pracodawcę.

 

Moje życie składa się przede wszystkim z codzienności, a nie partnerstwa z biznesem, wizji dla nauki, kolejnej reformy. Z tymi wszystkimi rzeczami mamy również tutaj wystarczająco dużo probemów, żeby sobie nie utrudniać życia codziennego. A w Polsce czekając na kolejny tajfun reform kolejnego ministra, który nie będzie musiał cierpieć konsekwencji swych reform, sami sobie utrudniacie życie codzienne.”

Wiecej szufladek

Blog leży jeszcze odłogiem, tylko pół-wkacyjnym, bo strony awansowe nadal w modularnym przygotowaniu Centralnej Komisji. W poszukiwaniu inspiracji rzadko zawodzi jednak blog pedagogiczny. Tym razem profesor-pedagog zaskakuje mnie głębokością podziałów dyscyplinarnych. Co prawda, nie znam się na pedagogice, jednak „hybrydalną pedagogiką opiekuńczo-wychowawczą i społeczną” dostałem jak obuchem, a chwilę walnął mnie prawy sierpowy „pedagogiki prenatalnej”, której nie do końca łapię  (o ogólnej i specjalnej już nawet nie napiszę).



Najpierw zacząłem się zastanawiać nad hybrydalną pedagogiką i czym się różni od niehybrydalnej, ale szybko przeszedłem na refleksje nad koniecznością nazywania różnych wersji pedagogiki. Konieczność szufladkowania rzeczywistości naukowej, nazywania każdej pedagogiki coraz bardziej skomplikowanymi etykietami zaskakuje mnie. Mam bowiem proste pytanie: A po co? Czy chodzi tu o pokazanie niezwykłej złożoności pedagogiki, skomplikowania, które ograniają tylko najtęższe głowy? Czy może raczej o to, żeby w mairę dokładnie opisać grupy towarzyskie, do których się należy? Nie czytamy więc hybrydalnych, bo to nie są nasi koledzy, ale już ogólnych to spoko. Prenatalnyhch nie, ale pogrobowych jak najbardziej.

 

Ironizuję sobie oczywiście, jednak sprawa może być poważna. O ile nie widzę nic zdrożnego w recenzji wdawniczej książki spoza swego grona towarzyskiego, to zastanawiam się, jak by to było w wypadku recenzji habilitacyjnych. I mi optymizmem nie powiało.

 

 

Dojrzałość naukowa

Na forum ciekawy wątek na temat habilitacji 3 lata po studiach. Wybitny medyk, pisze wybitne rzeczy, habilitacja, jak zauważył w dyskusji trzy.14, należy się jak psu buda. A ja, może jednak się starzeję, nie jestem taki pewny. i choć nie zamierzam prowadzić dyskursu filozoficznego na temat natury habilitacji, wydaje mi się, że habilitacja nie powinna być tylko oceną publikacji, mniej czy bardziej mechaniczną. Nawet jeśli podparte są jednym grantem.

 

Zadałem sobie bowiem pytanie, czy chciałbym, by mój doktorat promował 27(28?)-latek. Moja odpowiedź była prosta. Nie! Nie uważam, by osoba, która jeszcze 3 lata temu była studentem, nabrała obycia i doświadczenia do tego, bym powierzył jej swój los naukowy. Nawet bowiem geniusz naukowy (nie mam najmniejszego zamiaru kwestionować skali osiągnięć, choć zazdrość mnie zżera) nie zastępuje, moim zdaniem, tego, co daje nam doświadczenie pracy naukowej. A na to trzeba chociaż trochę czasu.

 

Natychmiast rodzi się pytanie, czy należy wprowadzić jakiś okres karencji między studiami a habilitacją. I nie, nie uważam tak. Uważam jednak, zachowując proporcje, że tak jak dzieci nie powinny mieć dzieci, dzieci nie powinny być profesorami. Z całym jak najbardziej należnym szacunkiem dla genialnego medyka.

 

Pisząc to, zdaję sobie sprawę z problemów. Ocena takiego doświadczenia jest bardzo trudna, a wprowadzenie jej do polskiej nauki zakończyłoby się katastrofą. To jednak nie znaczy, że myślenie o kimś w takich kategoriach nie ma sensu. Swoją drogą ciekawy jestem, czy zaglądający tutaj ludzie pracujący ‚na Zachodzie’ wyobrażają sobie, powiedzmy, Associate Professora czy Readera 3 lata po studiach.