Wymuszanie

Cieszę się, że wrócił do pisania autor blogu Doktrynalia. Wrócił i od razu poświęcił wpis mojej wcześniejszej argumentacji za habilitacją. Bloger zgadza się z tym, co napisałem i dodaje:

 

Oczywiście dostrzegam mnóstwo słabych habilitacji, ale ze statystycznego punktu widzenia najważniejsza jest zupełnie inna liczba – liczba osób, które z powodu nieuzyskania habilitacji odeszły z uczelni zwalniając miejsce nowym naukowcom. Na moim wydziale co roku więcej osób odchodzi z uczelni niż rozpoczyna procedurę habilitacyjną. 

 

Moim zdaniem to jest właśnie centralny argument za utrzymaniem habilitacji. Ona stanowi mierne i mizerne, ale jakieś tam sito.

 

Argumentacja taka ma jednak wadę. Zakłada bowiem obowiązkową habilitację. Moje poglądy w tej sprawie fluktuują. Od opozycji – czy ktoś, kto jest dobrym badaczem i wykładowcą, powinien zostać zmuszony do awansu, do zgody – amerykański system wymusza na assistant professors uzyskanie pozycji associate professor.  Do końca życia możemy się kłócić o to, o ile tenure w USA odpowiada polskiej habilitacji, jednak oba systemy wymuszają ‚sprawdzenie się’ i awans.

 

A zatem oto jest pytanie: czy wymuszać awans? Ja na razie nie mam odpowiedzi.

Zbiegi okoliczności

Dostałem maila w sprawie pewnego postępowania. Niestety, część dokumentów znikła i z oczwyistych względów nie mogę tego postępowania zidentyfikować. Jako że z autorem listu już korespondowałem, nie mam powodów, by nie ufać jej listowi (celowo ukrywam płeć nadawcy).

 

Sprawa dzieje się na SGH. Postępowanie habilitacyjne odbywa się z udziałem ekonomicznych ‚gwiazd postępowań habilitacyjnych’. Habilitantowi zarzucono liczne ‚zapożyczenia’ i w rezultacie habilitację uwalono. Habilitant, którego dorobek określono w mailu jako „żenujący nawet w ekonomii” zakwestionował formalne aspekty postępowania, co sąd uznał za zasadne (nie rozpatrując akademickiej części decyzji) i zażądał poprawnego formalnie procesu.

 

I tu wydawało się, że sprawa jest prosta. Wystarczy ‚poprawnie’ podjąć tę samą decyzję. Jednak tak się niesamowicie złożyło, że głosowanie odbywa się na radzie wydziału, którą zwołano, gdy część członków  znajdowała się na konferencji naukowej jednego z największych instytutów na SGH. Niebywałym zbiegiem okoliczności na konferencję nie pojechali ‚przyjaciele’ habilitanta. Niewątpliwie zupełnie niezależnym zbiegiem okoliczności głosowanie nad nadaniem stopnia weszło na tę radę w ostatniej chwili. Autonomiczna i niezależna rada w takim składzie, tak się akurat złożyło, zagłosowała nadać stopień doktora habilitowanego. 

 

Niestety, drugiej decyzji rady nie ma obecnie na stronach SGH.

Docenci

Na forum wątek o możliwości nadawania „uprawnień habilitacyjnych” osobom, których osiągnięcia zostały wdrożone. Mógłby to robić rektor, ale tym razem jego decyzja nie będzie mogła być zakwestionowana przez Centralną Komisję.

 

Jak można się domyślać, jestem przeciwny takiemu przepisowi. Co ciekawe jednak nawet przeciwnicy habilitacji nie wypowiedzieli się na jego temat pozytywnie. Może w dyskusji tutaj ktoś przedstawi argumenty, dlaczego warto przyjąć takie rozwiązanie? Wszak czyż nie jest to początek rozmontowywania habilitacji?

 

Nawiasem mówiąc, zastanawiam się przy okazji, czym będzie wdrożenie. Czy, na przykład, polityk, którego propozycja zmiany w ustawie, będzie miał wdrożenie habilitacyjne? A prezeydent, premier, minister, wiceminister…. z samego faktu piastowania i zasiadania? Parę dni temu napisałem, że będziemy tęsknić do habilitacji. Czyżby te słowa okazały się prorocze?

Odpowiedzialność

Zadano mi pytanie o postępowania, które często przytaczam na blogu. Czy nie mam wyrzutów sumienia wobec piętnowanych recenzentów, a szczególnie habilitantów, którzy nagle stają się nie tyle sławnie, co sławetni? Przyznam szczerze, że niejednokrotnie o tym myślę. Za każdym razem wychodzi mi jednak, że ‚piętnująca’ rola tego bloga jest ważna i potrzebna. Inaczej też traktuję pisanie o recenzentach, a inaczej o całych postępowaniach.

 

Wynika to z tego, że nie mam żadnych skrupułów, gdy piszę o recenzentach i, prawdę powiedziawszy, chciałbym móc pisać więcej o nieuczciwych i dętych recenzjach. Uważam, że recenzentów piszących takie recenzje należy wytykać palcami i bardzo się cieszę, gdy blog ten staje się recenzenckim pręgierzem. To właśnie przez dęte recenzje nieustannie toczy się debata na temat istnienia habilitacji. Podobnie nie mam skrupułów, gdy piszę o plagiatorach i innych oszustach.

 

Czym innym jest pisanie o postępowaniach, autoreferatach, szczególnie o tych słabych, ale również o tych dobrych. Jak podejrzewam, niewielu z opisywanych habilitantów chciało się znaleźć w którymś z moich postów czy komentarzy pod nimi. Co więcej, często mam poczucie, że piszę o nich dlatego, bo zawiódł ‚system’. Kazali habilitantowi ‚robić habilitację’, no to robi, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Z kolei blog ten przejmuje role, które nigdy nie były przeze mnie zamierzone. Myślę jednak, że im więcej mówi się i pisze o tych koszmarkach habilitacyjnych, tym lepiej dla nauki.

 

Ale jest coś, co mnie utwierdza w moim przekonaniu. Otóż kilka, może kilkanaście razy usłyszałem o tym blogu od jego czytelników. Pytano mnie na przykład, czy czytam ten (tu z reguły pada jakiś pozytywny przymiotnik) blog o habilitacji. I czy widziałem, jak bloger napisał o tej czy innej habilitacji. Za każdym razem moi rozmówcy (nie zdając sobie sprawy z tego, że rozmawiają z autorem bloga) mówią o tym, że chcieliby znaleźć na blogu więcej postępowań i recenzji habilitacyjnych. Nigdy też nie słyszałem jeszcze negatywnych opinii (co z pewnością nie oznacza, że ich nie ma).

 

I to jest moja odpowiedź na pytanie, czy czuje ciężar odpowiedzialności. Tak, czuję. Ale to odpowiedzialość, której ja nigdy nie chciałem i która do mnie sama przyszła. A w następnym poście będzie o kolejnym postępowaniu.

 

Jestem za habilitacją

Wezwany do odpowiedzi, napiszę, dlaczego jestem zwolennikiem utrzymania habilitacji, pomimo tego, że również uważam, że system nauki bez habilitacji jest, ogólnie rzecz biorąc, raczej lepszy. Otóż jestem za habilitacją, bo przeczytałem dziesiątki autoreferatów i recenzji, zarówno w postępowaniach zakończonych pozytywnie, jak i negatywnie.

 

Mój ogląd habilitacji jest jak najgorszy. Niekompetentne, nieuczciwe, ‚kurtuazyjne’ recenzje, pisane głównie po to, żeby przepchnąć habilitanta, który nigdy w życiu nie powinien dostać habilitacji. Nie ma takiego standardu naukowego, którego polski recenzent habilitacyjny nie jest w stanie zignorować, ominąć, udać, że go nie ma. Ale publiczna i państwowa procedura habilitacyjna daje jednak szanse na to, że to badziewie jest jednak uwalane. I rzadko, bo rzadko, ale jednak jest uwalane.

 

Likwidacja tej procedury spowoduje tylko to, że nie będzie nawet tego sita kontrolującego. Moim zdaniem taka decyzja będzie oznaczać to, że będziemy tęsknić do habilitacji. Będziemy marzyć o standardach. I proszę mi nie mówić, że nic nas obchodzi, kto jest profesorem w Siedlcach czy Tczewie. Otóż moim zdaniem powinno nas obchodzić. Powinno nas obchodzić to, czy wszyscy mają szanse na awans, czy tytuł profesora jest dewaluowany jeszcze bardziej niż dzisiaj i parę innych kwestii. Moim zdaniem habilitacja daje taką szansę, choć jest ona wykorzystywana bardzo rzadko. Nawet jeśli obecna procedura habilitacyjna nie pozwoli na przejście jednej dętej habilitacji (a było ich więcej), warto ją utrzymać. I właśnie dlatego jestem za utrzymaniem habilitacji.

 

Dodam przy tym, że uważam kwestię istnienia habilitacji za wtórną. Czy rzeczywiście dyskutowalibyśmy jej istnienie, gdybyśmy widzieli rzetelnie przeprowadzone postępowania? Jedno za drugim, z uczciwymi recenzjami i decyzjami utrzymującymi standardy pracy naukowej. Śmiem wątpić.

Habilitanci i cykliści

Po chwili przerwy wracam do pisania.W kolejce kilka wpisów, a zaczynam od postulatów, które pojawiły się pod niedawno linkowanym postępowaniem z psychologii.

 

Niejednokrotnie mówiono już tutaj o poziomie recenzentów, którzy oceniają dorobek i osiągnięcia habilitantów. Niedawno dostałem zresztą maila z recenzją, która wskazuje na wręcz kompletną ignorancję recenzenta wobec ocenianych publikacji habilitanta. Usiłując wymysłić analogię, recenzent zarzucał cykliście nieekologiczność, bo przecież  nie wlewa do roweru benzyny bezołowiowej.

 

Obok tego, że recenzent się nie zna (co nie przeszkadza mu pisać recenzji, rzecz jasna), pojawia się również problem porówniania dorobków habilitanta i recenzenta. Przypominam tu sobie omawianą już dość dawno habilitację z psychologii. Habilitanta z Wrocławia, który szczycił się dużym dorobkiem międzynarodwym,  negatywnie oceniał recenzent, którego głównym osiągnięciem było wydanie kojenej książki w lokalnym wydawnictwie uniwersyteckim. Polska habilitacja opiera się głównie na tym, że doktora ocenia profesor, podwórkowy czy ogólny i nikogo nie interesuje to, jaki dorobek ma profesor. Co prawda, o ile pamiętam, ustawa oczekuje od recenzenta habiltacjnego tzw. renomy międzynarodowej, jednak przepis jest martwy.

 

I tu jest problem. Czy habilitanta powinien oceniać ktoś o dorobku o mniejszym, a czasem o znacznie mniejszym kalibrze? Wydaje mi się, że nie ma prostych odpowiedzi. Jak już pisałem kiedyś, znam profesorów o stosunkowo mizernym dorobku, jednak wynika to głównie z tego, że nikt od nich nie oczekiwał publikacji gdziekolwiek poza lokalnym czasopismami i wydawnictwami. Są też oni w stanie bez większych trudności oceniać dowolny dorobek, bo go rozumieją.

 

Jednak znam też takich, w przypadku których, brak dorobku międzynarodowego wynika z tego, że profesorowie ci nie są w stanie tegoż dorobku uzyskać. I to zazwyczaj właśnie oni nie radzą sobie z oceną i nie dość, że wypisują banialuki, to na dodatek, zdarza się, dorobek międzynarodowy lekceważą i podważają.

 

Co więcej, podejrzewam, że są dyscypliny, w których gdyby przyjąć dorobek międzynarodowy za kryterium wyznaczenia na recenzenta, habilitacji nie przeprowadzałoby się. Starczy wziąć pedagogikę, w której jeden z profesorów domaga się spolszczeń książek, żeby można było poczytać. Podejrzewam, że pedagogika nie jest jedyną taką dyscypliną. Jednak to, że nie ma prostych rozwiązań, nie oznacza, że problem znika. Nie znika.

Budowa cepa

W komentarzach pojawiła się wymiana na temat tego, czym powinna być habilitacja. Podejrzwam, że nie ma prostej odpoweidzi i dla humanistów habilitacja będzie (nieco) czym innym niż dla ściślaków, a dla nich czym innym niż dla inżynierów. Jednak postanowiłem dorzucić swoje trzy grosze.

 

Jak już wielokrotnie pisałem, habilitacja powinna być oceną dorobku. Ten dorobek to nie tylko dorobek publikacyjny, to również dorobek grantowy, wdrożeniowy, wspólpracowy, kliniczny czy jeszcze w inny sposób wpływający na życie społeczne (prawnik piszący ustawę czy stopujący ją to ktoś, kto ma znaczny dorobek). Całość tego dorobku powinna dawać habilitację, chociaż w różnych dyscyplinach, a lepiej w różnych specjalnościach, poszczególne elementy będą oczywiście oceniane w różny sposób.Od tego są recenzenci, żeby wiedzieć, jak to oceniać.

 

Nie powinno być żadnego znacznego wpływu, żadnego osiągnięcia, tylko portfolio tego, co zrobił habilitant. Ale moim zdaniem nie powinna być też oceniana zdolność pracy w zespole, ani wkładu do zespołu, ani żadne inne zdolności menadżerskie. Moim zdaniem, one należą do innego porządku oceny – do oceny pracownika, która jest inna i powinna zostać inna.

 

Proste? Proste jak budowa cepa. Żaden autoreferat, żaden wniosek, żadna przynależność dyscyplinarna. Oto habiltacja. Oto też wejście do nauki międzynarodowej. Bo taką habilitację mogą oceniać wszyscy na świecie.  Stanie się? Nigdy. Jak tu przecież powiedzieć pedagogom, że nie będą już mieli kontroli nad logopedami. I nie będzie można pisać płomiennych wpisów na temat tego, czy pedagogika jest nauką społeczną czy humanistyczną, czy może ogólnogalaktyczną. No i jak tu powiedzieć ministrowi, że nie będzie fajką przesuwać dyscyplin między dziedzinami, a wszystkim, ze może polscy recenzenci habilitacyjni nie są mądrzejsi od wszystkich innych recenzentów świata?

 

Kompromitacje

Krótki wpis frustracyjny i uogólniający, przyznam, że po kolejnej lekturze pewnego cytowanego tu często bloga. Po raz kolejny wkurzyłem się na poziom argumentacji. Otóż gdy przyglądam się publicznej debacie naukowej głównie w naukach humanistycznych i społecznych, ale nie tylko, to mam wrażenie, że dyskutantów dzieli się na dwie grupy. Tych, z którymi się zgadzamy oraz tych, którzy się kompromitują. I tak to właśnie wczoraj wieczorem przeczytałem po raz kolejny, jak to się grupa uczonych kompromituje (co ciekawe, właśnie sprawdziłem i okazało się, że bloger dokonał samocenzury).

 

Zastanawiam się, czy dożyję czasu, kiedy prominentny profesor powie: „Nie zgadzam się z tym stanowiskiem. Oto moja argumentacja.” Na pewno też skompromituję się mówiąc, że mam serdecznie dość tego, że wszyscy się ciągle (…) kompromitują.

Rozprawa

Zwrócono mi uwage na to postępowanie, które zakończyło się niepowodzeniem. Postępowanie jest ciekawe przynajmniej dwóch powodów. Po pierwsze, ze względu na samą habilitantkę. Medialna, z wieloma nagrodami, wyraźnie widoczna na uczelni, na której pracuje. Po drugie, habilitantka ma dorobek międzynarodowy, może nie wielki, ale jednak ma. W ocenie przeważyła jednak książka.

 

Recenezenci, ja zwykle, skupiają się na rozprawie, tfu, osiągnięciu i to ono decyduje o tym, czy habilitacja przejdzie. I tu zaczyna się problem. Jedna z recenzentek pisze o teoretycznej miałkości książki. Dodaje przy tym, że ustalenia habilitantki nie wnoszą nic nowego (to zresztą ciekawe przeformułowanie znacznego wkładu w rozwój dyscypliny). I tu jest  problem. Z jednej strony habilitantka jest współautorką 7 artykulów z JCR, jednak to, co jest ważne to książka. Nie mam zdania na temat tego, co napisała autorka, nie wiem jednak, czy to książka powinna przeważyć wszystko. Co więcej, podejrzewam, że habilitantka zdecydowała się napisać książkę, bo lepiej mieć książkę. I to książka ją pogrzebała.

 

Czy ta habilitacja powinna była przejść? Nie wiem. Z jednej strony mamy osobę o niemałych osiągnięciach, również międzynarodowych, ale recenzenci uznają, że ważniejsza jest książka, która nie przeszła przez żaden proces recenzyjny. Z drugiej strony jednak mamy książkę, za którą odpowiedzialna jest tylko habilitantka, a recenzenci zgodni są, że książka zawiera błędy o dużym kalibrze.

 

Cytuję to postępwanie właśnie dlatego, że nie jest oczywiste, ale wskazuje, moim zdaniem, na jeden z głównych problemów polskiej habilitacji. Otóż nadal oceniamy rozprawę, a nie całość dorobku habilitanta. Może czas ruszyć do przodu?

Dziewczyna przedszkolaka

Trzy.14 przytoczył następujący fragment wywiadu z profesorem ekonomii.

 

W ankiecie, którą rok temu przeprowadzono na polskich uczelniach wśród ekonomistów ze stopniem doktora bądź wyższym, zapytano o wkład, jaki wnoszą do ekonomii światowej. Żaden lub mały odpowiedziało aż 70 proc. ankietowanych. Jesteśmy tylko odzwierciedleniem tego, co dzieje się w myśli ekonomicznej na Zachodzie 

 

I mnie natychmiast zaświeciła się czerwona lampka. To co z habilitacjami z ekonomii?! Czyż one wszystkie nie powinny mieć znacznego wkładu w rozwój ekonomii? Przecież tego właśnie oczekujemy od habilitacji, czyż nie? To co robią recenzenci z ekonomii i, jak podejrzewam, z wielu innych dyscyplin? Nawet jeśli jest jakaś część polskich profesorów żyjąca w samozadowoleniu własnej świetności (potrafiłbym kilku wskazać), to jednak większość recenzentów musi myśleć podobnie. Powtarzam, co z habilitacjami?

 

Odpowiedź jest prosta – nic. Udajemy sobie, że habilitacje mają wpływ na rozwój czegokolwiek i zupełnie nie przeszkadza nam to że dyscyplina nie dość, że nie ma pojęcia o badaniach habilitanta, to na dodatek o samym habilitancie! Ależ, chciałoby się krzyknąć, on ma znaczny wpływ na rozwój ekonomii, inny socjologii, inny nauk o zdrowiu! Mamy to zagwarantowane prawem!  i tak chodzą sobie po ulicach ci wszyscy wpływający. I mówiąc szczerze, przypominają mi przedszkolaków, którzy mają już dziewczyny, ale one o tym jeszcze nie wiedzą.

 

Wielokrotnie pisałem tutaj o tym, że znaczny wkład w rozwój nauki mają nieliczni, a przytłaczająca większość (prawie wszystkie?) nie ma i nie może mieć żadnego wpływu na nic, poza nadaniem stopnia doktora habilitowanego. Utrzymywanie tej nadętej definicji habilitacji jest tyle durne, co szkodliwe. Wszak ktoś jeszcze uwierzy, że ma ten wpływ, tylko go potem ‚na Zachodzie’ sekują.

 

Pojawiła się niewielka częśc postępowań habilitacyjnych. Dostałem dziś maila w sprawie jednego z nich. Wkrótce napiszę.