Sajentyfik hajpotezis

Walczyłem ze sobą, walczyłem i przegrałem….Napiszę jednak o postępowaniu, na które zwrócono mi uwagę na Twitterze. I to wcale nie dlatego, że habilitantka pisze w tak ciekawych czasopismach jak Journal of Scientific Papers ECONOMICS & SOCIOLOGY. Zawsze ze sceptycyzmem bowiem podchodzę do tego, że ten dżurnal musi mówić, że jest sajentyfik…Nie. Ja bym chciał się tym razem odnieść do badań przeprowadzonych przez habilitantkę. I wiem, że rzadko to robię, ale nie mogę no….

 

Otóż habilitantka postawiła następującą śmiałą hipotezę: 

 

Nierówności ekonomiczne pogłębiły się w Polsce w latach 1998-2012.

 

Powiem szczerze: pomyślałem sobie, że ktoś ze mnie idiotę robi, bo a. starczy popatrzeć na auta przejeżdżające za oknem, b. jak komuś mało, można wziąć publikacje GUS. No, ale może ja się nie znam, nie jestem przecież ekonomistą i nie doceniam subtelności analiz ekonomicznych. Ale habilitantka idzie dalej i proponuje następującą hipotezę pomocniczą:

 

Poziom, dynamika i wzorce przyrostu zamożności…były zróżnicowane w zależności od przynależności i do grupy społeczno-ekonomicznej. 

 

I znów byłem zdezorientowany, bo jak dla mnie, ta hipoteza to błędne koło. Z pewnością upraszczam, ale moim zdaniem, laika ekonomicznego, habilitantka dzieli gospodarstwa domowe podług zamożności, a potem chce badać, czy one się różnią się zamożnością. I gdyby zaptyała mnie, to ja bez badań bym jej odpowiedział. Tak – gospodarstwa, które dzielimy ze względu na zamożność, różnią się zamoznością. I po co było się od razu z tymi badaniami męczyć?!

 

Gdy czytałem recenzje, okazało sie, ufff, że moja intuicja sprawdza się. Jeden z recenzentów zauważył to samo (był tylko uprzejmiejszy), ale już recenzent-członek-rzeczywisty nie zauważył, badań nie uznał za przełomowe, ale co najmniej kluczowe.  Tak, habilitacja została nadana. Tylko negatywny recenzent zagłosował na ‚nie’ w czasie posiedzenia komisji habilitacyjnej. Wredny jeden.

 

Ale niech nie będzie, że jestem tylko negatywny. Chciałbym więc zakończyc ten wpis apelem. Czy nie lepiej w ekonomii nadawać habilitacje za zasługi ogólne, za czas oczekiwania w kolejce czy inne walory habilitantów. Cierpliwość, punktualność, uprzejmość, dobór koloru butów…A zamiast badań, może by kogoś zapytać, na blogu, na forum czy jakoś tak…Nie? To może chociaż o to, jak się hipotezy stawia…

 

Mdłości

W niedawnej Polityce pojawił się artykuł profesorów Jemielniaka i Steca na temat nowej ustawy. Artykuł jest sceptyczny wobec i samej reformy, i diagnozy tego, co wymaga samej poprawy, z czym zresztą zgadzam się. Kolejna reforma to kolejne zamieszanie. Chciałbym jednak dodać swoje trzy grosze w sprawie habilitacji, choć autorzy piszą nie tyllko o tym.

 

Zgadzam się z autorami, gdy mówią o fetyszyzacji habilitacji, a także z tym, że obecne procedury awansowe nie odbiegają za bardzo do tego, co mamy na świecie. Hablitacja jest formą drugiego (po doktoracie, a przed profesurą) awansu naukowego, ma swoje zalety, ma swoje wady. Autorzy podkreślają zalety państwowości habilitacji, choć zdają się nie zauważać już istniejących znacznych różnic między habilitacjami na różnych uczelniach. Czy warto sie jednak nad tym zastanawiać? Moim zdaniem nie.

 

A dlatego, że jest zupełnie obojętne, jak będzie wyglądać habilitacja i czy w ogóle nawet będzie. Bo ważne jest to, czy  recenzenci zaczną pisać rzetelne recenzje. I konia z rzędem temu, kto do tego doprowadzi. Minister ze wszystkimi świętymi mogą sobie wprowadzać reguły i procedury, na jakie tylko mają ochotę. Jeśli jednak reguły te będą mniej lub bardziej powszechnie ignorowane, o kant naszego akademickiego tyłka je robić. Co więcej, jeśli na dęte recenzje nadal będzie mniej czy bardziej powszechne przyzwolenie, kolejna ustawa, a także ich pięć następnych, nie zmieni niczego w procedurach awansowych. Kształt habilitacji jest moim zdaniem tematem zastępczym. Reszta tego, co napiszę, jest wobec powyższego drugorzędna i piszę to, bo coś napisać trzeba.

 

Nie zgadzam się z autorami artykułu w sprawie znaczącego wkładu – moim zdaniem powtarzają oni polskie zadęcie habilitacyjne. Przeciętni, a nawet i nieprzeciętni, doktorzy habilitowani nie mają istotnego wkładu w nic poza swoimi karierami i jeśli chciałbym jakiejkolwiek zmiany w przepisach awansowych, to właśnie chciałbym zastąpienia nonsensu ‚znacznego wkładu w rozwój dyscypliny’ zwykłym ‚znacznym dorobkiem’. Jesteśmy krajem, w którym tysiące profesorów podwórkowych i ogółnoterytorialnych, ma certyfikowany znaczny wkład, choć nikt w dyscyplinie o nich nie słyszał poza ich kolegami z pracy i ze studiów. Ta zmiana jest jednak nieważna, jeśli nadal procedury będą nierzetelnie prowadzone.

 

Moim zdaniem naiwnością jest też oczekiwanie, że 10 najlepszych prac przedstawianych do habilitacji będzie czynnikiem projakościowym. Chciałbym zwrocić uwagę, że dzisiaj wielu habilitatnów przedstawia do oceny znacznie mniej niż 10 publikacji, na przykład tylko jedną, i nie miało to żadnego wpływu na poprawienie jakości habilitacji. Nie wpłynęło też na poprawę jakości recenzji. Powtórzę jednak: przytłaczająca część z nas nie ma znaczącego wpływu na rozwój dyscypliny i nie zmieni tego przedstawienie dowolnej liczby publikacji. Możemy się jedynie wykazywać dobrym, bardzo dobrym, świetnym dorobkiem naukowym. 

 

O wymogu wypromowania doktoranta, zgadzam się kompletnie z autorami. To idiotyczne, choć trzeciorzędne.

 

Obecny minister chce mieć ustawę, więc będzie miał ustawę. Nie ma najmniejszego znaczenia to, czy warto ją mieć i co ma w niej być. Poza kolejnym zamieszaniem ustawa nie zmieni nic w sprawach ważnych, nie mowiąc o bardzo ważnych. Jeśli miałym stawiać na konkretne jej konsekwencje, to postawiłbym na to, że jeszcze więcej polskich uczonych wyjedzie z Polski, mając serdecznie dość kolejnej ustawy. Ale grunt, że minister przejdzie do historii jako twórca kolejnej reformy. Mdli mnie od tego, mówiąc szczerze.

Pociecha

Po ostatnim wpisie dostałem maila w sprawie relacji rodzinnych na uczelni. Mail również dotyczył profesorskich pociech, jednak nie tych habilitujących się a studiujących. Autor maila pisze o przepychaniu, presji, dodatkowych terminach, telefonach w sprawie ‚akademickich’ dzieci.

 

Osobiście spotkałem się z takimi naciskami tylko z drugiej ręki, od koleżanek i kolegów. Jedna z moich ulubionych historii, to historia pewnej rekrutacji, w której startowała córka ‚pani doktor’, która na rozmowę kwalifikacyjną przybyła z matką. Pani doktor, najwyraźniej nie wierząc w możliwości córki, a wierząc w moc swego doktoratu sprzed 40 lat, podeszła do członka komisji (mojego kolegi), który udawał się ‚za potrzebą’ i po przedstawieniu się powiedziała:

 

Jestem koleżanką prof. Xa i prof. Ya.

 

Członek komisji, profesor belwederski, odpowiedział, że mu bardzo miło i że dziękuje za przekazane informacje i odszedł od zaskoczonej brakiem reakcji zatroskanej matki z doktoratem. Córka się dostała, bo była dobrą kandydatką, ale interwencja matki miała raczej skutek odwrotny od zamierzonego. A zatem kolega profesor opowiedział komisji o próbie nacisku, wyrażając zniesmaczenie.

 

Pisząc to, cieszę się po raz kolejny, że moi rodzice nie mogą mi ani pomagać, ani ‚pomagać’ w mojej pracy zawodowej. Podziwiam też te wszystkie dzieci, którym udało się nie wykorzystywać pozycji swych profesorskich rodziców.

Ala ma tatę

Oto postępowanie ze stomatologii. Postępowanie jak wiele innych, z wyjątkiem małego problemu. Otóż z autoreferatu wynika, że całe osiągnięcie naukowe habilitantki zostało osiągnięte we współpracy z mamą i tatą. I tylko tyle.

 

A może jednak aż tyle, bo trudno oprzeć się wrażeniu, że habilitantka miała łatwiej niż inni. Tutaj tata podpowiedział, tutaj mama zasugerowała i, hop siup, artykuł gotowy. I może zazdrość przeze mnie przemawia, moi rodzice za cholerę nie mają pojęcia o tym, co robię (ba, nawet naukowcami nie są), jednak takie osiągnięcie wygląda dość średnio, a może i bardzo średnio. Jak bowiem poważnie traktować habilitację, która została zrobiona na podstawie publikacji rodzinnych? Czy naprawdę wpływy profesorskie mamy i taty nie wystarczają? Przecież nazwisko habilitantki to już połowa sukcesu (licząc bardzo ostrożnie).

 

Żeby nie było jednak, że ja tylko niegatywnie, mam sugestię dla wszystkich profesorskich rodziców habilitantów. Może warto rozważyć poskromienie chęci zabłyszczenia i kolejnego autorstwa i się nie dopisać? Można przecież podpowiadać za kulisami, w domu, przy kompocie. Nikt nic nie wie, habilitantka wygląda na bardzo samodzielną (przynajmniej samodzielną od mamy i taty, co odrobinę redefiniuje samodzielność naukową, ale pal sześć), a habilitaja przecież i tak się należy. Bo nawet jeśli wspomniana wyżej habilitantka wszystko zrobiła tak, jak należy, wszystko jest pięknie, etycznie i cudnie, to jednak odrobina niesmaku zostaje.

Dziecko w kąpieli

Poczta milczy, na przeglądanie nowych postępowań nie mam za bardzo czasu, czas więc na post z aktualności. Zacznijmy od wolności słowa, o sporze wobec której przypomina nam prof. Śliwerski. Jedna Pani chciała coś powiedzieć, uniwersytet jednak nie chciał, minister upomniał uniwersytety, one odpowiedziały. Ja stoję po stronie uniwersytetów.

 

Bo ja, po pierwsze, chciałbym, żeby min. Gowin z równą żarliwością wypowiadał się na temat nauczania ‚dżynderu’ (oraz tworzenia list pracowników go nauczająych) i wynurzeń na temat bruzdy in vitro, co na tematy jemu bliższe. Po drugie, żeby nastąpił dialog, Panie Ministrze, obie strony muszą mieć do powiedzenia coś, z czym da się dyskutować. Kampania ideologiczna, bez względu na to, czy się z nią zgadzamy czy nie, nie jest platformą do dialogu naukowego, ani do ścierania się czegokolwiek. Podobnie nie warto dyskutować z tezami, że księżyc jest zrobiony z sera, a ludzie o lewicowych poglądach mają kłopoty z niepłodnością. Odmowa udziału w takich dyskusjach nie ma nic wspólnego z wolnością słowa, tylko z szacunkiem wobec tego, co robimy. Prowadząc takie dyskusje, obrażamy intelektualnych gigantów, dzięki którym tu jesteśmy.

 

Druga rzecz, to wczorajsza dyskusja na temat angielskiego – dawno nie było tak gorącej i spolaryzowanej dyskusji tutaj, a na dodatek podważającej oczywistość świata, który znam. Oczywiste jest dla mnie, a może już tylko było, że warto się uczyć języka angielskiego i im więcej osób mówi po angielsku, tym lepiej. A tu przychodzą lingwiści i mowią: hola, nie tak szybko; tu linka do wpisu prof. Galasińskiego, który na gorąco skomentował wczorajszą dyskusję (pingi nie działają!). Ja z kolei, pomimo tego, że zazdroszczę umiejętności wymiany uprzejmości w języku joruba (z pewnym zażenowaniem przyznaję, że nie miałem o nim zielonego pojęcia), ja staję po stronie @charioteer. Świat idzie do przodu, brak języka angielskiego może prowadzić do wykluczenia cywilizacyjnego.

 

Innym jednak problemem jest nauczanie naszych studentów w języku angielskim. Tak, mówię swobodnie po angielsku, prowadziłem już takie zajęcia. Jednak znaczna część moich kolegów i koleżanek (być może większość) nie sprosta takiemu zadaniu, pomimo tego, że po angielsku publikują. I ja chcę zwrócić uwagę nie na samą konieczność zajęć w języku obcym (są wady, są zalety), ale na to, że z dnia na dzień wprowadzamy nowe kryterium zawodowe dla pracwoników naukowych. Be dyskusji, bez wsparcia, bez powszechnego dokształcania językowego. Warto też zwrócić uwagę na różnice pokoleniowe, o których pisał @StaryZgred. Zajęcia po angielsku będą prowadzone prawie wyłącznie przez młodszych pracowników naukowych. Wykluczamy tych, którzy przynajmniej powinni mieć najwięcej do powiedzenia (nie zawsze mają, ale często jednak tak), którzy mogą się podzielić ze studentami nie tylko wiedzą, ale rownież doświadczeniem.

 

Gdy to pisałem, pomyślałem sobie, że do tej pory nauka broniła się przed kultem młodości – ciało bez celulitu i zmarszczek nie było jeszcze wyznacznikiem jakości pracownika. Paradoksalnie to właśnie konserwatywny min. Gowin właśnie nam zadekretował wymóg, za przeproszeniem, młodego akademickiego tyłka.

 

Dziecka w kąpieli już dawno nie ma, a my niedługo zaczniemy udawać, że go nigdy nie było!

 

Doktorat z zapewnień

Pan Stanisław Krawczyk, który dał mi wybór co do ujawnienia jego tożsamości, zwrócił mi uwagę na recenzje w ostatnim wysokomedialnym i oprotestowanym przez studentów doktoracie na SGH. Mam mieszane uczucia wobec doktoratów ‚celebryckich’. Z jednej strony, uważam, że powinny być oceniane  tak samo jak inne prace, a jednak przyciągają uwagę, której nie poświęcilibyśmy doktoratowi nieznanego doktoranta. Z drugiej strony, te doktoraty dają celebrytom (pseudo-)naukowym dodatkową legitymizację.

 

Zajmuję się jednak ‚od zawsze’ na tym blogu praktykami recenzenckimi, więc postanowiłem napisać o wspomnianych recenzjach, szczególnie że są one momentami zaskakujące. W pierwszej recenzji recenzentka najpierw zwraca uwagę na niedosyt związany z cytowaną literaturą (ja powiedziałbym, że niedosyt wobec 23 artykułów naukowych cytowanych w całym doktoracie to matka wszystkich eufemizmów), po chwili jednak pisze, że przegląd literatury można uznać za przeprowadzony poprawnie. I rzeczywiście, jak wskazuje mój korespondent, można by się zastanowić, jaki musiałby być ten przegląd, by recenzentka uznała go za wadliwy. Biorąc pod uwagę powyższe, założenie, że doktorant posiada wiedzę wobec najnowszych trendów itd. jest nieco zaskakujące.

 

Rzeczywiście, dalej, zachwyt recenzencki, że doktorant przeprowadził badania w dwóch krajach, daleko od siebie położonych, zaskakuje. Doktorant nie musiał przecież nawet z domu wychodzić, bo zrobił ankiete internetową. Zaiste nie trzeba być specem od marketingu, żeby zrozumieć, ze to najprostsze, najtańsze i najmniej pracochłonne badania i wydawałoby się, że recenzentka również powinna sobie zdawać z tego sprawę. Co więcej, badania, które nie tylko na DNU krytykuje się za wielość ograniczeń i problemów metodologicznych.

 

Co do drugiej recenzji, p. Krawczyk zwraca mi uwagę na perełkę. Oto recenzent pisze:

 

W pracy nie zaprezentowano treści dotyczących ekwiwalencji […] w badaniach międzynarodowych, jednakże Autor zapewnił (s. 95), że miał świadomość wielu wymagań i rygorów, jakie te badania muszą spełniać.

 

Gdy to przeczytałem, moja szczęka postanowiła opuścić mnie i spaść na podłogę. Ten fragment daje zupełnie nowe możliwości dla potencjalnych doktorantów. Wszak, co prawda, nie zrobiłem przeglądu literatury, ale zapewniam, że wszystko przeczytałem. Ba, co prawda, przedstawiam tylko wnioski, ale szczerze obiecuję, ze badania zrobiłem i wszystko wyszło tak, jak napisałem. W przypadkach ultracelebryckich, rozważyłbym nawet obronę doktoratu na podstawie zapewnienia doktoranta, że rozprawę rzeczywiście ma, ale w domu. Jednak gorąco zapewnia, że to świetna rozprawa. Stopień sie należy jak psu buda, nie?

 

Nie mam zdania na temat recenzowanego doktoratu. Nie wiem i nie zastanawiam się nad tym, co powinna zrobić SGH. Jednak recenzje, które przeczytałem, wydają się urągać rzetelności recenzenckiej. No, ale, by zacytować klasyka, wstyd umarł.

 

Indeks h

Od kilku dni trwa dyskusja na temat profesorów z zerowym indeksem Hirscha. Ja też dodam swoje trzy gorsze, szczególnie że głosy na są spolaryzowane: od rwania włosów do pytań o nagonkę.

 

Po pierwsze, czy powinniśmy mówić o indeksie h profesora? Moim zdaniem tak, ale pod warunkiem, że wiemy, co nam ten wskaźnik mówi. Indeks h nie jest przecież ‚obiektywną’ miarą doskonałości, która pozwala nam w sposób prosty i oczywisty ocenić naukowy poziom profesora. Warto przypomnieć sobie cytowany jakiś czas temu post o umiejętności pisania artykułów. Indeks Hirscha może, na przykład, przynajmniej w jakimś stopniu, odzwierciedlać właśnie sprawność w pisaniu artykułów, a nie jakość prowadzonych badań.

 

Nawet jednak rozumiejąc to wszystko, h=0 u profesora, kardynała nauki, jest problemem. I choć jestem gotowy zrozumieć praktyki dyscyplinarne, zaszłości historyczne i wiele innych rzeczy, trudno mi sobie wyobrazić, żeby profesor, którego nikt nie cytuje, oceniał dorobek naukowy pod takim właśnie względem. Co więcej, nie wiem, czy można tu mówić o konflikcie interesów, jednak zgadzam się z poglądem, że ktoś o dorobku mizernym może dążyć do tego, żeby przepychać kandydatów, którzy nie będą stanowili dla tego kogoś kontrastu.

 

Drugi aspekt ‚zerowych’ profesorów to aspiracyjność profesury. Moim zdaniem, profesor to ktoś, kogo powinniśmy choć trochę ‚podziwiać’. Powinien to być ktoś (choć trochę) znany, uznany, z dorobkiem, do którego magister, doktor, czy profesor podwórkowy powinni (choć trochę) dążyć. Profesor nie musi być zawsze najlepszy, priorytety w pracy, w życiu się zmieniaja, jednak dorobek charakteryzujący się h=0 za żadne skarby nie chce mi się pokazać jako aspiracyjny. Niestety, nie mam żadnego sensownego rozwiązania w tej kwestii.

 

Trwające dyskusje w spraiwe indeksu Hirscha profesorów rozpoczęte zostały przez prezesa PAN, prof. Duszyńskiego. Przynam szczerze, że zaskoczyła mnie otwartość Profesora. Jednak czepiając się KEJNu oraz Centralnej Komisji, prof. Duszyński porównał dorobek ich członków z dorobkiem świeżo mianowanych członków koresppondentów. A to odrobinę nieuczciwe, co wytyka Duszyńskiemu prof. Śliwerski, z którym zgadzam się w tej kwestii. Śliwerski proponuje, by prof. Duszyński zaprezentował indeks h członków rzeczywistych PAN. Ja również chętnie takie zestawienie bym zobaczył.

 

 

Droga przez współpracę

Dzisiaj znów wpis inspirowany; po pierwsze wpisem cytowanego już kilkukrotnie prof. Galasińskiego, po drugi wpisem filozofki, której ‚oświadczenie o współpracy’ (to w Polsce nie brzmi najlepiej)  Profesor cytuje. W obu wpisach zainteresowało mnie to, że oboje blogerzy mówią o współpracy akademickiej przede wszystkim w kategoriach personalnych. Galasiński mówi nawet, że by z kims współpracować, trzeba tego kogoś lubić!

 

Zacząłem się zastanawiać nad tym i rzeczywiście na przestrzeni lat, gdy decyzja o współppracy należała do mnie, współpracowałem przede wszystkim z ludźmi, których lubiłem (choć nigdy nie wybierałem świadomie ‚fajnych ludzi’). Gdy tak nie było, współpraca była ‚małżeństwiem z rozsądku’ i wszyscy czekali aż się skończy. Gdy zapytałem o to kilka osób, wszyscy mówili mniej więcej to samo.

 

I tu pojawia się problem. Mamy coraz mniej wyboru co do tego, czy współpracujemy i z kim. Nauka idzie ku coraz większym zespołom, które dają większe szanse na uzyskanie funduszy badawczych. Coraz mniej mamy wyboru, kogo zapraszamy do zespołu – oskarżenia o faworytyzm i nepotyzm zawsze są za rogiem. I w ten sposób nauka coraz bardziej przestaje być mało płatną oazą wolności, ale staje się drogą przez mękę. Ot, taki wpis optymistyczny.