Poziomy

Znów przerwa w pisaniu, wracam skruszony przed samym sobą. Komitet Polityki Naukowej opublikował uwagi na temat nowej ustawy. Mnie jak zwykle przede wszystkim interesują sprawy habilitacji i innych stopni. Komitet, jak można się było spodziewać, i na ten temat się wypowiada. Od razu na początku sekcji o ścieżce kariery czytamy:

 

Jesteśmy za utrzymaniem doktoratu, habilitacji i tytułu naukowego przy jednoczesnym zwiększeniu wymagań związanych z uzyskaniem obu stopni i tytułu naukowego…

 

a mnie wyjątkowo irytują postulaty ‚zwiększenia wymagań’, szczególnie że nie będą one dotyczyć tych, którzy je przedstawiają.

 

Zacznijmy jednak od tego, że od lat słyszę utyskiwania na to, że obniża się poziom doktoratów, tak jakby działo się to samo z siebie. Zawsze zastanawiam się nad tym, czy są jakieś twarde dane potwierdzające ów upadek poziomu. Tak, doktoratów jest znacznie więcej i być może to oznacza, że poziom spada, jednak tak jak ze sceptycyzmem podchodziłem do dziadka, który twierdził, że przedwojenna matura to dzisiejsze studia, z podobną rezerwą odnoszę się do tez, że dzisejszy doktorat to jak magisterium ‚kiedyś’. A wszystko w oderwaniu choćby od tego, że znacznie zintensyfikowała się praca naukowa. Ludzie publikują więcej i częściej (co wcale nie oznacza, że lepiej), z kolei coraz rzadziej robi się doktoraty kilkanaście lat.

 

Z podobnym sceptycyzmem podchodzę do ustawowego dekretu o podwyższeniu poziomu. Co na przykład miałoby to znaczyć? Dłuższe rozprawy doktorskie czy może ustawowo zadekretowaną liczbę publikacji w cyklu jednotematycznym oraz stron w książkach habilitacyjnych? Nie wiem też, jak ustawa zmusi recenzentów do pisania rzetelnych recenzji. Do tej pory się to nie udało nikomu i nie za bardzo wierzę, że tym razem to już na pewno się uda.

 

Zamiast więc rozważań na temat wciągania drabiny, może lepiej byłoby zgłosić postulat, by przynajmniej jeden recenzent w postępowaniu profesorskim musiał być profesorem (o uznanej renomie….) pracującym w ośrodku zagranicznym. Oczywiście takie sformułowanie postulatu doprowadzi do jeszcze większego znaczenia specjalistów z pedagogiki słowackiej w nauce polskiej, ale może udałoby się to jakoś sensowniej napisać, choćby mówiąc o uznanych ośrodkach czy t.p, oczywiście nie tylko anglosaskich.

 

W ten sposób zamiast się osiągać mityczny wyższy poziom, polskie profesury mogłyby osiągać poziom uznawany na świecie.

 

Władza

No nie mogę, no. Nie mogę, naprawdę się starałem przez już prawie dwa dni! We wpisie, uwaga, o anomii moralnej, prof. Śliwerski pisze:

 

Ograniczony czas wypowiedzi (a chyba i tak przekroczyłem dane mi 20 min.) sprawił, że pominąłem wstęp, który uzasadniał własne stanowisko badawcze i interpretację analizowanych dokumentów z wykorzystaniem metafory „jajek gotowanych na miękko lub na twardo”. W końcu jesteśmy po świątecznych pisankach, które wielu z nas przygotowywało do poświęcenia we własnej parafii. 

 

A ja zacząłem szukać szczęki. Doświadczony profesor, członek CK, elita elity akademickiej (przynajmniej w pedagogice), nie jest w stanie tak zredagować referatu, żeby się zmieścić w wyznaczonym czasie?! Naprawdę?! Jak można wygłosić referat bez wstępu? Ciekawy jestem bardzo, czy taką pobłażliwość jak wobec siebie, Profesor stosuje również wobec innych pedagogów, gdy zaczynają od środka.

 

Ale nie to jest najważniejsze. Pedagog  tak po prostu przyznaje się do tego, że tak sobie przekroczył wyznaczony czas. Ja nie wiem, jak jest w pedagogice, ale gdy ja przekraczam wyznaczony mi czas, to mi po prostu przerywają.  I to nie tylko mnie przerywają, małemu żuczkowi akademickiemu, ale też innym! No ale my nie szarża pedagogiczna.

 

I tu dochodzimy do tego, co jest najbardziej ironiczne w cytowanym fragmencie (którego, mam nadzieję, że pedagog nie usunie za chwilę). Pisząc o anomii moralnej, dając sobie prawo do ferowania wyroków etycznych, często odsądzając od czci i od wiary, pedagog trzęsący polską pedagogiką pokazuje, jak ważny profesor podchodzi do najbardziej podstawowych zasad życia akademickiego. Do tego, żeby nasza praca była jak najwyższej jakości, a nie z pominiętym wstępem, żeby tę pracę wykonać terminowo, w ramach zasad, które są takie same dla wszystkich. Może nawet nie nadużywając swojej pozycji? Najwyraźniej w pedagogice  to wszystko nie liczy się jako ‚anomia moralna’, to najwyraźniej jest normalka. Władza mówi!

 

Ale żeby nie pisać znów tylko negatywnie, udzielę porady wszystkim zagubionym ważnym profesorom z pedagogiki i nie tylko, którzy nie radzą sobie z czasem referatu. Otóż proponuję zapoznanie się z wpisem profesora-lingwisty. Swoje (nieco złośliwe) dobre rady kończy jedną z najcenniejszych. Otóż prezentację w power poincie uruchamia się za pomocą wciśnięcia klawisza F5. Zawszeć to zaoszczędzona minuta (pięć?), którą przeznaczacie na próby jej włączenia, a przecież nikt się nie odważy wam krzyknąć z sali „F5!!”.

Prezydentologia

Dostałem list w sprawie postępowania habilitacyjnego, które zakończyło się powodzeniem, choć, jak mi napisano, po awanturze na radzie wydziału. Przez jakiś czas zastanawiałem się nad tym, czy napisać, jednak cytat z autoreferatu habilitanta zachęcił mnie do umieszczenia przynajmiej samego autoreferatu w kategorii galerii osobliwości habilitacyjnych. Oto ten cytat:

 

Prezentowana praca porządkująca dotychczasowy stan wiedzy na temat Narutowicza, stanowi próbę odpowiedzi na pytanie o jego merytoryczne przygotowanie do sprawowania najważniejszych funkcji w odbudowanym po I wojnie światowej państwie polskim. Podkreślam w niej, że o ile do roli ministra robót publicznych, choćby z racji posiadanego wykształcenia oraz rozeznania w środowisku naukowo-technicznych, był dobrze przygotowany. O tyle w przypadku kierowania resortem spraw zagranicznych ocena nie jest już tak jednoznaczna, o czym decydował m. in. fakt zupełnego braku doświadczenia w dyplomacji. Największy problem pojawia się jednak przy prezydenturze.

 

Nie będę pisał o tym, czy ‚praca porządkująca’ stan wiedzy może stanowić ‚znaczny wkład w rozwój dyscypliny’, zaskoczyło mnie bowiem głównie to, że celem naukowym historyka może być ocena tego, czy polityk nadawał się na stanowisko. Jakich kryteriów używał habilitant oceniając, czy ktoś się nadaje na prezydenta i czy są to kryteria ówczesne czy raczej habilitant z dzisiejszej perspektywy lustruje prezydenta Narutowicza? Czy rzeczywiście ministrem zdrowia może być tylko lekarz?! Najgorsze jest jednak to, że nic a nic nie przychodzi mi do głowy w związku z tym, co mogłoby wynikać z pozytywnej czy negatywnej oceny takiej histlustracji. Pośmiertnie unieważnimy prezydenturę? Ocenimy stan zbłądzenia wyborców? Ale może historycy zechcą mi wyjaśnić.

 

Zacząłem się też zastanawiać, czy jak już polscy historycy opiszą przygotowanie merytoryczne polskich prezydentów (a będą to studia ultraciekawe!), to

a. zaczną badać przygotowanie merytoryczne na przykład polskich królów. Oczyma duszy widzę rozprawę na temat przygotowania Jagiełły do piastowania urzędu księcia, ale już nie króla. Status wyniku bitwy pod Grunwaldem może być zagrożony! Czy Kazimierz Wielki był przygotowany do panowania i czy przydomek ‚wielki’ ma merytoryczne uzasadnienie?

b. będą postulować utworzenie studiów prezydenckich, a także premierskich, ministerskich, żeby taki prezydent został przynajmniej mgr. prezydentologii.

 

Nie wiem (i niestety nie chcę wiedzieć), co jest w książce habilitanta o Narutowiczu. Mam cichą nadzieję, że wypadł dobrze, choć cytowany fragment wskazuje, że prezydent Narutowicz mógł niestety u habilitanta nie zaliczyć. Mam też nadzieję, że to 400-stronicowe dzieło zajmuje się też innymi aspektami jego działalności. Tak dla jakiejś różnorodności tematycznej.

Rączki myjemy

Prof. Śliwerski jest oburzony na naukowca, który złożył do sądu skargę na „przewlekłe prowadzenie postępowania przez Centralną Komisję do Spraw Stopni i Tytułów w sprawie nadania tytułu profesora czy odwołania od odmowy nadania stopnia doktora habilitowanego”. No przecież prace CK są sparaliżowane, o czym wcześniej pedagog donosił, a zatem on sobie wyprasza skargi. 

 

W przeciwieństwie do prof. Śliwerskiego, który jeszcze nie tak dawno zapowiedział, że poprzednia kadencja w CK będzie jego ostatnią, cieszyłbym się, gdyby więcej habilitantów czy profesorantów składało skargi do sądów w sprawie prac Centralnej Komisji i jej Prezydium. Może wreszcie przywołano by do porządku CK, która traktuje terminy postępowań nawet nie jako aspirację, ale jako fanaberie. Może też wreszcie członkom CK wskazano by, że ponoszą oni odpowiedzialność za jej działanie.

 

Brak terminowości to przecież tylko jeden z problemów. Na stronach CK nadal nie pojawiły się usunięte w lecie postępowania awansowe, CK nadal zawiesza działalność na miesiące letnie, a sprawę zamknięcia stron internetowych Komisji w zeszłym roku członek Prezydium prof. Śliwerski uznał za nieswoją sprawę, a poza tym był przecież na urlopie (potem chyba już nie chciał czytać moich pytań i zablokował mnie na Twitterze).

 

Powiem wprost. Uważam, że Centralna Komisja to udzielne księstwo, które żyje w stworzonej przez siebie rzeczywistości, dbając znacznie bardziej o przyznawanie sobie postępowań, aniżeli o jakość postępowań, recenzji, czy nadawanych stopni. Nie chce mi się nawet pisać o ocenie, którą wystawił członkom prezes PAN. Tu również jakoś CK nie zabrała głosu. Chciałbym myśleć, że to z zażenowania.

 

Chcę się jednak zastrzec. Te komentarze nie mają nic wspólnego z obecnymi ‚zmianami ustawodawczymi’ związanymi z CK. Uważam je za szkodliwe.

 

Nie, nie, nie!

W komentarzach pod poprzednimi postami, również w artykule prof. Steca, pojawiła się kwestia jawności recenzji, tym razem widziana z perspektywy habilitanta. Negatywne recenzje, szczególnie te bardzo negatywne, to wstyd ‚na całą Polskę’. Czy może więc warto recenzje utajnić? Jestem przeciwny, uważam, że jedną z głównych zalet obecnej procedury (jeśli nie jedyną, nawiasem mówiąc!) jest właśnie jawność recenzji. Uważam, że ewentualny wstyd habilitanta nie przeważa potrzeby wglądu w procedury awansowe. Oto dlaczego.

 

1. Uważam, że recenzja rzetelnie oceniająca dorobek, która konkluduje, że habilitant jest jeszcze niegotowy, że dorobek jeszcze nie osiągnął ‚punktu habiitacyjnego’ nie jest powodem do wstydu. Bez wątpienia każda negatywna recenzja jest (bardzo) nieprzyjemna (wiem coś o tym!) i każdy habilitant będzie ją przeżywał, szczególnie przy habilitacji zakończonej niepowodzeniem. Jednak moim zdaniem nie jest to powód do wstydu. Uważam też, że argument z ‚całej Polski’ jest przesadą.

 

2. Z kolei, tak jak napisałem we wcześniejszym poście, uważam, że za recenzję, która ‚miażdży’ dorobek habilitanta, która wskazuje na lata świetlne między tymże dorobkiem a wymogami habilitacyjnymi, odpowiada habilitant. Decyzja o wszczęciu postępowania habilitacyjnego jest jedną z najważniejszych decyzji, jakie podejmujemy w akademickim życiu zawodowym. Ktoś, kto podejmuje taką decyzję z dorobkiem ‚zerowym’, najprawdopodobniej nie powinien zostać tzw. samodzielnym pracownikiem naukowym. Mówiąc szczerze, wstyd takiego habilitanta nie interesuje mnie za bardzo.

 

3. Wreszcie nie powinno się zapominać, że te rzetelne recenzje habilitacyjne mają funkcję ‚dydaktyczną’ i jest to funkcja znacząca. One wyznaczają standardy habilitacji nie tylko w danej dyscyplinie, ale również w subdyscyplinach i przeróżnych konfiguracjach specjalności. To dzięki recenzjom rozumiemy, na co zwracają uwagę recenzenci, co trzeba ‚mieć’, by dostać stopień. Może gdyby habilitantka z jednego z poprzednich wpisów zadała sobie trud przeglądnięcia recenzji właśnie w swojej specjalności, nie doszłoby do tak ostrej oceny jej dorobku!

 

4. No i ten oczywisty argument. Tak, ja chcę mieć dostęp do nierzetelnych recenzji. Chcę móc pisać o recenzjach grzecznościowych i o recenzetnach, którzy je napisali. Tzw. ‚środowisko’ i nie potępia i najwyraźniej nie potępi dętych recenzji. Tylko publiczna dyskusja piętnująca te recenzje i ich autorów ma jakiekolwiek szanse na zmianę standardów rzetelności.

 

Karencja na myślenie

Prof. Piotr Stec napisał o habilitacyjnych porażkach, szacując, że 15-20 procent postępowań kończy się albo niepowodzeniem, albo wnioskiem o umorzenie i to na tych wnioskach prawnik skupia się szczególnie. Stec wskazuje na dwie okoliczności przemawiające za tym, by wnioskować o umorzenie. Po pierwsze, ze względu na trzyletnią karencję po odrzuconej habilitacji, po drugie ze względu na dotkliwość porażki. Prof. Stec przytacza artykuł na temat lokalnego polityka, który jest bezlitośnie krytykowany za habilitacyjne niepowodzenie. I właściwie trudno się nie zgodzić z tym, co napisał Profesor, szczególnie co do trzyletniego bana na habilitację.

 

Jednak wydaje mi się, że jest jedna ważna okoliczność, o której warto by napisać. Zacznę od oczywistości. Otóż habilitacja to niezwykle ważna procedura, która, jak zauważa zresztą Stec, może oznaczać być lub nie być dla adiunkta habilitanta. Ale jeśli tak, tu moje trzy grosze, to decyzja o wszczęciu procedury habilitacyjnej nie może być podejmowana pochopnie, na szybko, bez zrozumienia potencjalnych konsekwencji wynikających z nienadania stopnia.

 

Warto tez zwrócić uwagę, że habilitant to kandydat na ‚samodzielnego badacza’, a zatem również na kogoś, kto jest w stanie podejmować decyzje. Za chwilę tenże doktor habilitowany będzie podejmowal decyzje w sprawie doktoratów swoich podopoiecznych. I oczekiwalibyśmy chyba, żeby te decyzje były przemyślane, a nie podejmowane z myślą, że ‚zawsze można umorzyć’. I moim zdaniem, procedura habilitacyjna to również procedura, która ocenia zdolność habilitanta do podejmowania takich właśnie decyzji.

 

Nigdy nie spotkałem się z wnioskiem o umorzenie postępowania habilitacyjnego. Ale z powyższego powodu będę systematycznie głosować za odrzuceniem takich wniosków (być może poza jakimiś bardzo szczególnymi przypadkami, których teraz nie potrafię sobie wyobrazić). Tak, niepowodzenie boli, tak, habilitanta będą czekały trzy długie lata karencji. Ale skoro habilitant to wie (a przynajmniej powinien wiedzieć), to niech dobrze, a potem bardzo dobrze przemyśli decyzję o wszczęciu postępowania. Już sam wniosek o umorzenie wskazuje, moim zdaniem, że habilitant nie powinien zostać ‚samodzielnym pracownikiem naukowym’. Wskazuje również na to, że habilitant nie do końca wie, co robi. Będzie więc miał trzy lata na to, żeby się dowiedzieć.

Stało się

Poprzedni wpis spowodował dyskusję na temat tego, jak powinna wyglądać recenzja. I może warto temat pociągnąć. Ale zanim się wypowiem, chciałbym zwrócić uwagę na to, co ktoś napisał w komentarzach (przyznam, że nie chce mi się szukać wśród prawie stu komentarzy): nierzetelne, ale pozytywne recenzje nie wywołują takiej dyskusji, jak recenzja rzetelna, ale negatywna. Bo warto zwrócić uwagę na to, że wśrod komentujących nikt nie podważył rzetelności omawianej recenzji. Innymi słowy, ta recenzja uczciwie oddaje stan osiągnięcia i dorobku habilitantki. Lukier co rusz lejący się na habilitacyjne gnioty wydaje się znacznie mniej ważny. Myślę, że nie jest.

 

Ale warto się zastanowić, jakie są granice krytycznej recenzji? Wydaje się, że panuje zgoda się co do tego, że recenzja nie powinna zawierać wycieczek osobistych, nie powinna też zawierać słów powszechnie uznanych za obraźliwe. A zatem ‚wszyscy’ się zgadzamy, że recenzenci nie powinni pisać o ‚debilnych’ argumentach czy ‚syfiastym’ dorobku. Czy jednak wolno pisać o tym, że, powiedzmy, habilitant czegoś ‚nie rozumie’? Jest to ‚wycieczka osobista’, ale chyba jest to sformułowanie dopuszczalne. Czy może nie?

 

W komentarzach pojawia się argumentacja o ‚złośliwościach’, jednak nie było zgody co do tego, czy dane sformułowanie było czy nie było złośliwe. Złośliwość, być może, zależy więc od wrażliwości na różne wyrażenia. Ale może warto chuchać na zimne. 

 

Pytaniem dla mnie kluczowym jednak jest to, gdzie jest granica brutalności czy bezpośredniości krytyki. I muszę powiedzieć, że nie potrafię odpowiedzieć na takie pytanie. Jednak przez pięć lat pisania tego bloga widziałem (i pisałem o nich) habilitacje, które były na poziomie słabych prac magisterskich, po przeczytaniu widziałem przechodzące zielone pojęcie. Na szczęście nie musiałem pisać recenzji w takim postępowaniu, jednak wydaje mi się, że uprzejmie negatywna i ugłaskana recenzja, podobna jak w przypadku recenzji habilitanta, który jest jeszcze niegotowy, jest niesprawiedliwa. Negatywność jest stopniowana i warto to jednak zaznaczyć w recenzji.

 

Jakiś czas temu dostałem od znajomego jego tzw. ‚książkę profesorską’. Trochę z uprzejmości zacząłem czytać, jednak po kilku stronach przestałem. Te kilka stron miały więcej literówek niż cały mój blog, a stylistycznie przypominały wypracowanie siedmiolatka, nie mówiąc już o błędach faktograficznych. I co? Nie wspominamy tego, a uczciwą krytykę zostawiamy na anonimowo opisaną książkę? Podobnie z ledwo zrozumiałym angielskim. Przecież to wstyd, ale czy wolno napisać o tym, że to wstyd? Bo przecież „Polacy, nic się nie stało”. Bo to wycieczka osobista? A to przecież, do cholery, to wstyd!

 

Na koniec zacytuję fragment wpisu cytowanego tu  niejednokrotnie profesora-lingwisty:

 

I try hard to make my reviews helpful, but it is not my job to make it pleasant. Trying to point out the weaknesses, I think I help the author to write a better article. And this is how I see my role. Unfortunately, more often than not it means taking the article apart. When I do it, I always bear in mind that honest (and courteous) critique is good and desirable.

 

No właśnie. I pomimo tego, że powyższy fragment odnosi się do recenzowania artykułów, ja też chyba mogę powiedzieć, że nie jest moją rolą trzymanie za rękę habilitanta, któremu będzie przykro, że mu zjechałem dorobek. Moją rolą jest uczciwie ocenić i uargumentować mą ocenę. Habilitantowi i tak będzie baaardzo przykro, ale to chyba moja do bólu uczciwa recenzja wskaże mu nie tylko dalszą drogę rozwoju, ale również skalę problemu.

 

To już 5 lat

No i osobny wpis jubileuszowy.

 

Właśnie mija 5 lat od czasu, gdy zacząłem pisać ten blog. W najdzikszych marzeniach nie oczekiwałem tego, jak popularny stanie się ten blog. A dzisiaj co rusz słyszę rozmowy (lub o rozmowach) o kolejnych wpisach i komentarzach pod nimi. Zależnie od źródła informacji, miesięcznie na blogu kilka tysięcy (3-5 tysięcy) użytkowników (w marcu: z 39 krajów) dokonuje między 25 a 50 tysięcy odsłon. Dobijamy do 20 tysięcy komentarzy. Ostatnio częściej też dostaję listy (email: habilitant2012@gazeta.pl).

 

Wszystkim korespondent(k)om, dyskutującym oraz czytelni(cz)kom serdecznie dziękuję za poświęcony blogowi czas. Bez Państwa ten blog dawno by zniknął, szczególnie że nie zawsze mogę poświęcić mu tyle czasu, ile bym chciał i są momenty, gdy on bardziej ciąży niż cieszy. Jednak Państwa aktywny udział na nim, powoduje, że on trwa i nadal jest czytany.

 

Jeszcze raz wszystkim Państwu dziękuje. Z blogerskimi pozdrowieniami,

 

Habilitant2012

 

Rzetelna recenzja

Dzisiejszy wpis jest o postępowaniu, na które ponownie zwrócono mi uwagę mi na Twitterze (coraz pożyteczniejszy staje się Twitter, a już rozważałem wycofanie się). Zwrócono uwagę w szczególnie na recenzję nr 2 w postępowaniu, autorstwa prof. Natalii Letki-Garner. I rzeczywiście, czytając tę recenzję, miałem wrażenie, że mam do czynienia z bardzo profesjonalną, wyważoną i doskonale uargumentowaną oceną dorobku habilitantki. To recenzja bez ozdobników, bez zadęcia, po prostu waląca prosto z mostu: 

 

Recenzja dorobku [habilitantki] była trudna do napisania, ponieważ nie ma w nim interesujących tez, z którymi mozna by polemizować, nowatorskich metod, które można by chwalić…., nie ma też istotnych konkluzji, które można by podkreślać.

 

a dalej

 

ksiązka…jest napisana tak złym angielskim, że trudno zrozumieć, o co w niej chodzi.

 

Zachęcam do przeczytania całej recenzji nie dlatego, że jest tak negatywna, ale właśnie dlatego, że w swym negatywizmie jest niezwykle rzeczowa. To dokładne przeciwieństwo wszystkich recenzji kurtuazyjnych, nierzetelnych, czy negatywnych z pozytywną konkluzją. Warto dodać, że tezy zawarte w tej recenzji powtarzane są w równie negatywnej recenzji 3.

 

Po tej rzadkiej na tym blogu laurce, zakończę ten wpis cytatem z recenzji nr 1:

 

Habilitantka jest osobą bardzo aktywna i przedsiębiorczą, co sama podkreśla w Autoreferacie.

 

I w tym momencie dojrzałem już do wprowadzenia pojęcia ‚recenzji parafrazującej’. Po raz kolejny czytam recenzję, która nie tyle recenzuje dorobek habilitanta, ale jego/jej stwierdzenia w autoreferacie. Mnie by się wydawało, że recenzent jest nie od tego, by przepisywać autoreferat, ale ocenić dorobek habilitanta i dokonać krytycznej refleksji nad autoreferatem. W przecwinym razie recenzja staje się parafrazą słów habilitanta, a to chyba jednak nie o to chodzi.

 

Na koniec dodam, że na Twitterze przeczytałem również, że habilitantka podejmuje kroki prawne przeciwko drugiej recezentce. Moim zdaniem, jest to skandal i mam nadzieję, że ‚są jeszcze sądy w  Warszawie’, które prof. Letki-Garner podziękują za rzetelność. Choć coś mi się zdaje, idąc tropem wczorajszej wypowiedzi trzy.14, że wielu recenzji habilitacyjnych do napisania już nie dostanie.

 

Uzupełnienie z 2 kwietnia. Rzeczywiście wobec recenzentki podjęto kroki prawne. Widziałem list do niej, a także odpowiedź, jednak zostałem poproszony o to, by nie komentować treści obu pism. Dodam również, że rada wydziału nie umorzyła postępowania już po nienadaniu stopnia. Sprawą zainteresował się też prof. Wroński, co mnie bardzo cieszy. Ta sprawa powinna zostać nagłośniona.

 

Dodam jeszcze komentarz ogólny. Uważam, że groźby wytoczenia procesu o zniesławienie wobec recenzentów negatywnie oceniających dorobek są żałosne. Każdy, kto składa wniosek habilitacyjny, musi się liczyć z negatywną oceną. I jeśli recenzja jest rzetelna, taką ocenę należy przyjąć, najlepiej z pokorą. Powinniśmy ‚wszyscy’ przeciwstwiać się takim praktykom (o ile pamiętam nie jest to pierwsza taka próba).

 

Jednak jest druga strona medalu. Gdyby wszystkie recenzje habilitacyjne były rzetelne, gdybyśmy wszyscy wierzyli w uczciwość procesu, groźby procesu o zniesławienie zostałyby przyjęte wybuchem śmiechu. Niestety, tak nie jest. Nierzetelność w postępowaniach habilitacyjnych ma się dobrze i ‚środowisko’ ją toleruje. A to z kolei powoduje, że na groźby wobec rzetelnej recenzentki nie reagujemy. No przecież ‚kto wie, co tam się zdarzyło’.  Omawiane postępowanie habilitacyjne pokazuje moim zdaniem, że nierzetelność może wyprzeć rzetelność. I jeszcze trochę i rzetelnych recenzji negatywnych nie będzie się opłacało pisać.