Język to franca?

Zadano mi ciekawe pytanie: „Czy habilitant musi znać język angielski w stopniu umożliwiającym mu wygłoszenie seminarium quasihabilitacyjnego w tym języku?

 

Myślę, że znajomość języka angielskiego jest dzisiaj stanem domniemanym w większości dyscyplin (nie wiem, jak jest w teologii, ale co mi tam). Zdecydowana większość z nas jest posługuje się angielskim na tyle, żeby przeczytać artykuł czy ich kilka w tym języku i to na dodatek, z grubsza, ze zrozumieniem. Jednak bierna znajomość angielszczyzny nie oznacza umiejętności wypowiedzenia się w tym języku, nie mówiąc o tym, by wygłosić referat. O wykładzie zapominając.

 

Klinicznym przykładem takiego stanu rzeczy są uczeni na konferencjach, którzy czytają swoje referaty, jednak nie są w stanie odpowiedzieć na pytanie publiczności. Nawet zakładając, że taki referent jest w stanie zrozumieć zadane pytanie, nie jest on w stanie samodzielnie wypowiedzieć ani słowa odpowiedzi.

 

I tu powstaje pytanie. Zakładając, że spełnione zostają postulaty, by do komisji habilitacyjnych wprowadzać naukowców zza granicy, a komisja zażyczy sobie spotkać się z habilitantem, co jeśli habilitant nie będzie w stanie się z komisją porozumieć? Pytanie, moim zdaniem, nie jest trywialne. Na dodatek wymóg konwersacji po angielsku moim zdaniem wykracza poza kompetencje potrzebne do uprawiania nauki. Innymi słowy, potrafię sobie wyobrazić wybitnego uczonego, który publikuje świetne artykuły, ale który również systematycznie odmawia udziału w konferencjach czy innych spotkaniach ze względu na nieśmiałość.

 

Moje pytanie zatem, dzięki korespondetowi, jest takie: Czy habilitant musi mówić po angielsku. Nie czytać, nie pisać, ale właśnie mówić.

 

Popełnianie

Off-topic. Oto niedawny wpis na blogu prof. Galasińskiego. Odnosi się do debaty w Wielkiej Brytanii (i szerzej w krajach anglosaskich) na temat mówienia o samobójstwie. Nie mam obecnie pomysłu na nic nowego, postanowiłem wypełnić pustkę moją krótką refleksją na temat wpisu lingwisty.

 

W języku polskim samobójstwo się popełnia, podobnie jak po angielsku (‚commit’). I na tym polega problem. Oba słowa wskazują na nielegalność samobójstwa. Co prawda popełniamy błędy, ale również i chyba przede wszystkim popełniamy przestępstwa. A samobójstwo przecież nie jest nielegalne. I tu mam pytanie. Czy ktoś zastanawia się w Polsce nad tym, w jaki sposób odnosić się do samobójstwa? A jeśli tak, to jakie mogłyby to być wyrażenia. Angielskie ‚die by suicide’ nie za bardzo chce mi się przetłumaczyć na język polski. No i nie mam za bardzo pomysłu, co zasugerować. Jednak, w przeciwieństwie do blogu lingwisty, osobiście nie podoba mi się popełnianie samobójstwa. Niestety, nie potrafię wymyślić nic lepszego.

 

Wpis jest poza tematem bloga, jednak może uda mi się wywołać mini-dyskusję. Moim zdaniem problem jest poważny i nie tylko dlatego, że mi się nie podoba wyrażenie ‚popełnić samobójstwo’.

Emeryci górą!

Pojawiają się doniesienia, że zniesione zostanie minimum kadrowe. Dzięki temu będzie można wreszcie zwolnić ‚leśnych dziadków’, i innych blokujących etaty ’emerytów’ i wreszcie zatrudnić młodych, trzydziestoletnich wilczków, ktorzy znają świat. Strasznie mnie wkurzają takie argumenty. A to dlatego, proszę sobie wyobrazić, że od trzydziestoletniego doktora nie za bardzo się już niczego nauczę, od emerytów jednak niejednego.

 

Wielokrotnie pisałem już, że irytuje mnie podważanie naukowców ze względu na ich wiek. Właściwie to nie – mnie to wk..wia. Przedstawianie każdego, powiedzmy, 70-latka jako zciecinniałego pierdoły jest tak samo durne jak przedstawianie każdego 30-letniego doktora jako wybitnego i charyzmatycznego intelektualisty i mędrca. Zastanawiam się, kiedy się nauka polska nauczy się, że wiek nie ma wiele wspólnego z tym, jakim jest kto naukowcem, badaczem, nauczycielem. I kiedy się do cholery nauczymy, że doświadczenie kilkudziesięciu lat prowadzenia badań i wykładów jest często (choć z pewnością nie zawsze) znacznie cenniejsze od przeczytania kilkudziesięiu artykułów w absolutnie superhiper czasopismach z potrójną przerzutką. Nawet z Ameryki!

 

Czy warto znieść minimum kadrowe? Nie mam zdania. Uważam, że są agumenty za i są argumenty przeciw. Uważam też, że 3 sekundy po jego zniesieniu zacznie się zmieniać struktura zatrudnienia na polskich uczelniach i okaże się, że młody i tani magister to dopieeeeero potrafi nauczyć. Pierwsze doniesienia o reformach ministra Gowina wskazują, że cofną nas one gdzieś do 18. wieku. Minimum kadrowe okaże się najmniejszym problemem.

Ciągi dalsze

Z kronikarskiego obowiązku odnotowuję dalszy ciąg  sprawy dr. hab. Góraka z Lublina, który wsławił się stwierdzeniem, że strzelałby do bydła, odnosząc się w ten sposób do ludzi biorących udział w demonstracjach przeciwko reformom sądownictwa. Rzecznik dyscyplinarny, o dziwo, wnioskuje o zakaz piastowania funkcji kierowniczych przez p. Góraka. No, uderzmy, gdzie boli najbardziej!

 

Mam dwie refleksje. Po pierwsze, zastanawiam się, jak dotkliwa jest ta kara. Niby to jest ‚prawie najwyższa’ kara, jednak gdyby na mnie ona spadła, nawet bym nie mrugnął. Piastowanie i zasiadanie nigdy nie było moim marzeniem. A Górak nadal będzie uczył i ‚wychowywał’ studentów, a władze uczelni właśnie im powiedziały, że można powiedzieć każde obrzydlistwo i włos człowiekowi z głowy nie spadnie. I tak się zastanawiam, co trzeba by zrobić, żeby pan profesor odczuł karę, którą mu (być może) wymierzą.

 

Po drugie, za co tu karać człowieka, skoro dzięki wolności słowa ma prawo powiedzieć, co mu tylko ślina przyniesie? Odnoszę się tu oczywiście do wcześniejszych dyskusji na temat wypowiedzi p. Góraka, w którycb kilka osób broniło prawa do wolnej wypowiedzi, nawet jeśli to wypowiedzi obrzydliwe. Ja się nie zgadzam z takim poglądem, uważam, że dr hab. Górak stracił prawo do nauczania.

 

Usiłowałem się przy okazji dowiedzieć, co się stało z dr. hab. Aleksandrem Głogowskim, który wsławił się wypowiedziami na temat szanowania ludzi uwięzionych za komunizmu, a także insynuacjami co do homoseksualizmu Władysława Frasyniuka. Co do tego drugiego, to komentarz jest homofobiczny, natomiast wypowiadanie się na temat więzienia, gdy się nigdy nie siedziało, jest równie obrzydliwe. Niestety, nie wiem, co się stało z p. Głogowskim.

 

We wcześniejszej dyskusji ktoś napisał chyba, że obaj panowie mogliby przynajmniej z podniesionym czołem powiedzieć, że myślą, jak napisali i gotowi są ponieść konsekwencje. Niestety, obaj podkulili ogon. Pierwszy mówił, że on o czym innym, drugi szybko zaczął obiecywać, że już będzie się ładnie bawił. Hej ho.

 

Na górze róże…

W komentarzu pod poprzednim wpisem @panibuka odnosi się do innego postępowania habilitacyjnego  na Wydziale Filozofii i Socjologii UW. Postępowanie, moim zdaniem, jest z nieco innej półki niż omawiane poprzednio, ale rzeczywiście recenzje (które nadal nie są dostępne publicznie) są przykładem dość negatywnych ocen z wręcz entuzjastycznymi konkluzjami, w tym wskazującymi na wybitność habilitanta. Nie mnie jednak oceniać, czy habilitant jest wybitny.

 

Zwrócił moją uwagę jednak opis dorobku habilitanta w jednej z recenzji. Oprócz wymienienia np. artykułów za całe 44 punkty, jedna z recenzentek (p. prof. Joanna Hańderek z UJ) dodaje, moim zdaniem informację kluczową. Otóż habilitant napisał 3 recenzje książek, w tym – mój zachwyt rósł z każdą chwilą lektury recenzji – dwie recenzje książek francuskojęzyccznych! Oh là là, chciałoby się krzyknąć z francuska. Ale to nie koniec! Do dorobku publikacyjnego recenzentka dodaje dwie recenzje artykułów w dwóch czasopismach polskich, o czym, jak się zdaje, musiał poinformować w dokumentacji habilitant.

 

I ja się tu zacząłem zastanawiać nad tym, gdzie się kończy granica dorobku naukowego dla recenzentów z filozofii. Bo jeśli się liczą recenzje książek, to właściwie można by również napisać, że habilitant pisze pamiętnik, a także robił gazetkę ścienną. Mam przy okazji wrażenie, że przekroczone zostały granice śmieszności, co nie jest dyskontowane różnicami dyscyplinarnymi. To, że habilitant czyta po francusku, a jego koledzy z instytutu poprosili go raz o recenzję (czasopismo „Stan rzeczy” jest wydawane ‚u habilitanta’) za żadne skarby nie chce mi wejść do dorobku habilitacyjnego, ani do żadnego innego zresztą. Staram się zrozumieć, dlaczego habilitant (chyba) informuje o tym, że napisał dla kolegów recenzję, ale dlaczego pisze o tym recenzentka nie rozumiem i zrozumieć się nie staram.

 

Niedawno napisałem, że dobrze by było, gdybyśmy sami zaczęli się szanować. Dodam tutaj, że można by zacząć od tego, żeby na poważnie traktować dorobek naukowy habilitanta. Zaproponowałbym przy okazji, że takie dzieła habilitantów jak:

  • listy zakupów
  • wpisy do pamiętników
  • wielorakie i niejednorodne zapiski leżące w szufladzie
  • ogłoszenia drobne itp, itd.

 

do naukowego dorobku habilitanta nie wchodzą i nie warto o nich w recenzjach wspominać.

 

20000

Z radością informuję, że pod wpisami jest już ponad 20 tysięcy komentarzy-wpisów. Wszystkim dyskutantom serdecznie dziękuję. To Państwa dyskusje powodują, że ten blog cieszy się tak dużą popularnością.

Flagowa habilitacja

Oto niedawno zakończone postępowanie z socjologii (na stronach CK nadal nie ma pełni dokumentów) na Uniwersytecie Warszawskim, na które zwrócono mi niedawno uwagę. Podstawą nadania stopnia jest cykl jednotematyczny pięciu pozycji, z których cztery opublikowane są w jednym czasopiśmie. Czasposmo to bliżej mi nieznane „Decyzje”, które, nie, nie, wcale nie jest wydawane na UW. Co więcej, warto odnotować, że czasopismo to przekroczyło barierę jakości 10 pkt. na liście B. A to przecież też jest coś.

 

5 artykułów z osiągnięcia to 1/4 dorobku habilitanta. Jak zauważa jeden z recenzentów (recenzje z jakichś powodów  nie są chyba dostępne publicznie), od uzyskania stopnia doktora (w 2002 r.) habilitant opublikował 13 artykułów oraz 12 rodziałów, prawie po jednym rocznie, a więc można by powiedzieć, że habilitant bardzo się nie nudził, choć, jak się zdaje, komunikował sie tylko ze swoimi kolegami. Recenzent dodaje też, że habilitant napisał jednak różne raporty badawcze, co przecież też się liczy. Inny recenzent zwraca uwagę na to, że osiągnięcie habilitacyjne opublikowane jest w środowisku habilitanta, ale nie przeszkadza mu to wnioskować o nadanie stopnia.

 

Habilitacja przeszła bez mrugnięcia (mrugnęly tylko 4 osoby – 2 przeciw, 2 wstrzymały się), jednośrodowiskowe prace habilitanta to „znaczący wkład w rozwój dyscypliny naukowej socjologia”. Ja co prawda zastanawiam się złośliwie, czy socjologia o tym wie, na szczęście nikt mnie o to nie pytał. I właściwie nie byłoby o czym pisać – nie pierwsza to habilitacja, na której widok zeby bolą. Z całą pewnością też nie ostatnia. Jednak stopień został nadany przez flagowca polskiej socjologii, który w najbliższej parametryzacji liczy na ocene A+.

 

Kiedy my sami zaczniemy traktować się poważnie?