6 lat minęło….

Właśnie mija szósta rocznica istnienia „Robię habilitację”.  Nie jestem w stanie oddać tego, jak bardzo jestem zaskoczony, że to już tyle lat. Ja przecież chciałem jedynie utrwalić proces uzyskiwania habilitacji. Ta rocznica cieszy mnie tym bardziej, że ostatnio zauważyłem większe zainteresowanie blogiem: więcej wejść i odsłon, blog też ma więcej czytelników.

 

Wszystkim Państwu, którzy czytają bloga serdecznie dziękuję za poświęcony czas. Dziękuję również wszystkim tym, którzy dyskutują pod kolejnymi postami. To drugie życie tego bloga, dzięki któremu jest on znacznie ciekawszy. Bardzo mnie cieszy to, że ten blog stał się forum wymiany na tematy okołoakademickie.

 

Jak zwykle post rocznicowy to okazja, by ponowić prośbę o listy. Wiele moich postów powstało na podstawie listów czytelników – proszę o kolejne. Gwarantuję anonimowość! Listy proszę kierować pod adres habilitant2012@gazeta.pl.

 

 

Zachodnia tabelka

Oto dość często cytowane zestawienie-krytyka współczesnej nauki na tzw. Zachodzie. Właściwie nie ma czego komentować, wszystko jest jasne.

 

Źródło: http://right-mind.us/growing-perverse-incentives-in-academia/

 

Dzielnie podążamy tą drogą. Podążamy ze zrozumiałych powodów. Warto jednak się zatrzymać na chwilę i zastanowić, co dokładnie chcemy osiągnąć w nauce polskiej.

 

Kto pyta, nie…uczestniczy

Dostałem dzisiaj maila od anonimowego uczestnika I Kongresu Suicydologicznego, który właśnie odbywa się w Łodzi. Mój korespondent pisze o tym, że konferencja zaczęła się o godzinie 10 i do godziny 14 uczestnikom nie pozwolono zadać ani jednego pytania. Osiem wykładów plenarnych – zero pytań. Potem była przerwa. Mój korespondent napisał z sesji równoległej, w której dyskusja zaczęła się po wszystkich referatach, a więc ponad 6 godzin po rozpoczęciu konferencji.

 

Co ciekawe, to nie jest pierwszy mail tego typu. Kilka tygodni temu dostałem podobny mail (i zignorowałem go), tyle że na tamtej konferencji uczestnikom w ogóle nie pozwolono zadawać pytań. Cała konferencja była ‚plenarna’. A jak pisał mój korespondent, część organizatorów bała się, że uczestnicy będą zadawać pytania, które się prelegentom nie spodobają.

 

Nie rozumiem organizowania konferencji bez debaty. Nie rozumiem szczególnie w przypadku wykładów plenarnych. Wydawałoby mi się, że szczególnie właśnie wykłady plenarne, znacznie dłuższe od zwykłych referatów powinny się kończyć dyskusją. Co więcej, wwydawałoby mi się, że zaproszonym prelegnetom plenarnym powinno zależeć na tym, żeby porozmawiać z widownią, która przecież, powiedzmy to sobie wprost, płaci za ich wystąpienie.

 

Powiedziałbym również, że to właśnie niewygodne pytania warto przede wszystkim zadawać.

Ustawowa świetność

Zwrócono mi uwagę na opublikowany już jakiś czas temu komentarz komentarz do proponowanej ustawy o nauce. Zwracam na niego uwagę, choć się z nim w większości nie zgadzam. Oto mój komentarz.

 

1. Czy promowanie doktorantów powinno być uzależnione od habilitacji? Moim zdaniem, niekoniecznie. Czy w związku z tym, należy promowanie uwolnic, by uwolnić tę niesamowitą energię młodych tłamszonych doktorów i pozwolić im promować? Otóż moim zdaniem też nie.

 

Ja sam na przykład zwlekam z doktorantami, choć habilitowałem się już jakiś czas temu. A to dlatego, że chcę się przyglądnąć kilku przewodom, napisać kilka recnezji. Być może jestem zbyt ostrożny, ale irytuje mnie przekonanie, że każdy doktor powinien natychmiast zacząć promować doktorantów, bo mu się należy, a on by chciał.

 

2. Już chyba pisałem, że uważam pomysł habilitacji z grantu wielkiego, europejskiego czy jakiegokolwiek innego za tak głupi, że nie chce mi się go komentować.

 

3. Muszę powiedzieć, że nie do końca rozumiem, o co chodzi z byciem niezależnym badaczem. Od lat jestem niezależnym badaczem. Habilitacja niczego tu nie zmieniła. Ale jeśli do uwolnienia tej drzemiącej energii świetnych młodych doktorów potrzeba ustawowego stwierdzenia, że oni są świetni i niezależni, to ja nawet byłby skłonny w osobnej ustawie to zapisać.

 

Pojawia się i znika

Prof. Śliwerski opisuje nowa ministerialną klasyfikację dziedzin i dyscyplin naukowych. Chociaż po raz kolejny dowiadujemy się o miejscu pedagogiki we wszechświecie oraz kontrowersji z tym związanych, pedagog wskazuje, ze wbrew zapowiedziom ministerstwo wcale nie chce przyjąć jakiejś klasyfikacji, ale dąży do swojej.

 

Niejednokrotnie już pisałem o tym, że polska obsesja na punkcie podziału dyscyplin nie ma sobie równej na świecie. Podział dyscyplin jest opisem rzeczywistości, a nie prekryptywnym przyporządkowywaniem nauk, którego należy bronić niczym honoru i ojczyzny. Jednak my wiemy lepiej i my nakazujemy i basta.

 

Prof. Śliwerski podaje jednak, że MNiSW zamierza utworzyć dodatkową dziedzinę niezwykła o kuszącej nazwie:

Nauki międzydziedzinowe (Nie dotyczy ewaluacji nauki. Dotyczy wyłącznie stopni i tytułów naukowych w oparciu o decyzję Rady Doskonałości Naukowej).

 

I tu, mam wrażenie, że zbliżamy się dość niebezpiecznie do granic absurdu. Otóż okazuje się, że w  Polsce będą dyscypliny, które będą się pojawiać i znikać. Bowiem powołane przez Radę Doskonałości Wszelakiej dyscypliny będą istnieć tylko w niektórych sytuacjach. Jeśli radni doskonali pozwolą, to z nauki międzydziedzinowej będzie można się habilitować, ale już nie będzie można uczelni parametryzować. Bo taka nauka na potrzeby parametryzacji już nie istnieje.

 

Zatkało mnie to, przyznam szczerze, po chwili jednak doszedłem do wnisosku, że powołanie dyscypliny na trochę jest bardzo  atrakcyjne. Toż przecież można by ustalić, że dana dyscyplina istnieje tylko w piątki, a powiedzmy, pedagogika jest nauką społeczną w poniedziałki i środy, a humanistyczną w pozostałe dni powszednie.  Taki kompromis chyba zadwoliłby wszysctkich.

 

Co więcej, mając na uwadze niedzielny zakaz handlu, MNiSW mógłby zawiesić istnienie wszystkich dziedzin i dyscyplin na niedziele. To oznaczałoby, że artykuł napisany, a co gorsza, opublikowany w niedzielę, stałby się bezdyscyplinarny, a przez to nieparametryzowalny. To by nauczyło łamipracków.

 

Wzruszył mnie, na koniec, jeden z komentarzy pod wpisem pedagoga:

 

Jako teolog z wykształcenia jestem zdumiony próbą zaklasyfikowania nauk teologicznych, które są przecież konfesyjne i prawa kanonicznego także do kanonu nauk humanistycznych. Przecież nauki teologiczne posiadają swój aparat pojęciowo – badawczy, metodologię, a także nie rozwijają się w takim zakresie, jak nauki humanistyczne, społeczne. Winny być wyodrębnione. 

 

Ja się już nie zdumiałem zdumieniem piszącego. Rozumiem potrzebę. A gdzie się tam teologia (ta jedynie słuszna, rzecz jasna) sie będzie z jakąś hołotą kitwasić!

 

Kończę ten post z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Mam nadzieję, że pomogłem zbliżyć się rozwiazania pałącego problemu nauki: w jakiej to dziedzinie nauki będzie pedagogika i teologia. Czy można znaleźć coś bardziej kluczowego?

 

Róbmy swoje

Zwrócono mi uwagę na następujący artykuł  o polskich praktykach recenzyjnych. Myślę, że artykuł warto przecczytać, ja z kolei chciałbym napisać kilka komentarzy na jego podstawie.

 

Pierwsza rzecz, to komentarz autora, że recenzji się nie komentuje. Zgdzam się z tym, co przeczytałem i tym bardziej kwestionowanie naszych praktyk recenzjyjnych jest ważne. Niestety, nie mam prostych rozwiązań. Nie wyobrażam sobie przecież, przy całej szczerości moich intencji, powiedzenie tuzowi dyscyplinarnemu, że jego recenzja jest nierzetelna. Nie jestem samobójcą. Nie wierzę też w interwencję Centralnej Komisji pod jakimkolwiek szyldem bedzie działać.

 

Tym bardziej jednak ważni są nasi koledzy profesorowie, ci o niekwestionowanej pozycji naukowej. To do nich należy wskazywanie problemów z recenzjami i nieprzejmowanie się tym, że podważają ‚Prawdę’.

 

Po drugie, zgadzam się z autorem artykułu – ‚wszyscy’ wiemy, kto pisze ‚takie’ recenzje. Kilkukrotnie brałem udział w rozmowach na temat pewnego profesora, którego recenzje są nierzetelne. Jednak nikt nie chciał przyznać tego, raczej mówiliśmy o „tym kretynie” i strategiach obejścia go. I zamiast powiedzieć wprost, udawaliśmy, że wcale nie chodzi o nierzetelność.

 

Przy okazji jednak, znając „kretyna” i jego upodobania, jestem również pewien, że wykorzystamy jego recenzje, gdy będzie nam po drodze z nimi. 

 

Po trzecie, ja również spotkałem się z argumentami typu: „Ale to przecież nasz Janek!”, nasz kolega, który ma kredyt, dzieci i chorą matkę. Nie mam mądrych rozwiązań.

 

I wreszcie komentarz na temat tego, co prof. Mazur pisze o tym, co zyskalibyśmy pisząc tylko uczciwe recenzje. Otóż wydaje mi się, że zaskakująco mało. Szacunek jest tyle ulotny, co zastępowalny przez strach. Ja więc dodałbym, że zyskalibyśmy pewność, że nasz dorobek zostanie uczciwie oceniony. Gdy robiłem habilitację, bałem się nie tego, że mój dorobek nie wystarcza, ale tego, że nie wiem, kto go będzie oceniać. Wiara w uczciwość recenzji wyeliminowałaby ten strach. Tyle że to komfort tych, którzy jeszcze ie są w klubie. Więc klubowiczów interesuje w stopniu umiarkowanym. A fala działa nie tylko w wojsku.

 

Niestety, na razie nie będę wstrzymywać oddechu jednak. Róbmy swoje, uczciwie.

 



Rodzinny doktorat – dokumenty

Poproszono mnie o to, bym poinformował o tym, że Forum Akademickie opublikowało dokumenty w sprawie „rodzinnego doktoratu”. Oto linka.

 

Dokumentów jeszcze nie czytałem – to będzie bardzo smutna lektura. Tym smutniejsza, że zmarł jeden z bezpośrednich uczetników całej spraw, prof. Głowacz, ojciec doktoranta i doktorów.