Aspiracje

Oto sprawozdanie z kolejnego listu. Mój korespondent, humanista, dostał prośbę o recenzję artykułu. Napisała do niego doktorantka z jednego z bardzo dobrych uniwersytetów amerykańskich. W liście pisze, że jego nazwisko zasugerował znany profesor. O czasopiśmie nie słyszał, więc wszedł na ich stronę. Okazało się, że jest to małe czasopismo uczelniane, wydawane przez duży stanowy uniwersytet, którego redaktorami jest dwoje assistant professors (więc nasi adiunkci) z pomocą doktorantki, która napisała z prośbą o recenzję. Mój korespondent twierdzi również, że choć większych nazwisk wśród autorów nie ma, teksty wydają się być na bardzo przyzwoitym poziomie.

 

To nie to wszystko jednak zaskoczyło autora listu. Zaskoczyły go przede wszystkim aspiracje. Sądząc po nazwisku osoby, która go poleciła, nazwisk w Editorial Board, redaktorzy może i prowadzą lokalne czaspismo uczelniane, jednak jest to czasopismo, które bardzo poważnie podchodzi do recenzji. Bo przecież to, że pismo jest lokalne nie zwalnia redaktorów z recenzowania artykułów na wysokim poziomie. I nie ma powodu by nie pisać próśb o recenzje do najlepszych specjalistów. W najgorszym razie odmówią.

 

Mój korespondent pisze dalej, że po tym, jak popatrzył na pismo amerykańskie, popatrzył na polski odpowiednik takiego pisma. Popatrzył, usiadł i zapłakał. Z czym do ludzi?!

 

PS. Wszystkim Państwu, którzy do mnie napisali, serdecznie dziękuję za listy. Ostatnio trochę się ich zebrało. Systematycznie będę pisał o nich. Jak zwykle proszę o następne, gwarantując anonimowość. email: habilitant2012@gazeta.pl.

Paragraf na habilitanta

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz prof. Wroński wziął w obronę osobę oskarżoną o plagiat, a tak właśnie robił w swoim ostatnim artykule. Bardzo się cieszę, że tak właśnie się stało, bo  sytuacja, którą opisuje Wroński, wkurzyła. Oto fragment tekstu:

 

Prof. Gajda napisał, że „sformułowania używane przez autora monografii wywołują u czytelnika wrażenie, że jest on jedynym autorem prezentowanych wyników badań”, bowiem pisał on w pierwszej osobie, natomiast wyniki, które przedstawia, pochodzą z prac wieloautorskich.



Wyjątkowo dużo złej woli trzeba mieć, żeby stwierdzić, że autor, który cytuje swoje teksty, a do których recenzent ma dostęp, chce oszukać recenzenta i wywołać wrażenia samodzielnych badań. Marek Wroński komentuje:

 

Komentując tę opinię muszę stwierdzić, że jest ona krzywdząca dla habilitanta, gdyż z punktu widzenia prawa autorskiego miał on prawo powołać się na prace, których był współautorem. To nie jest naruszenie prawa autorskiego, czyli to nie jest plagiat. Do wszystkich „przejętych” danych, o których habilitant pisał: „wykonałem”, „zrobiłem”, „prezentuję” itp. są odnośniki bibliograficzne. Zgodzić się można z tym, że opisując wyniki dr Antończak powinien rzadziej operować opisem w pierwszej osobie, ale taka niekiedy jest maniera młodych naukowców. Dla czytelników monografii i recenzentów było jasne, że referuje on wyniki i odnosi się do swoich prac wieloautorskich.

 

Teraz mój komentarz. Odnoszę wrażenie, że ktoś bardzo chciał zrobić kuku habilitantowi. I skoro nie dało się inaczej, to sie przyczepiono do osoby, w której pisze habilitant. Bo jakiś kij się zawsze znajdzie.

 

Jest powiedzienie z tzw. czasów minionych: „Dajcie człowieka, a paragraf się znajdzie”. Wikipedia twierdzi, że maksyma przypisywana jest prokuratorowi z czasów stalinowskich, Andriejowi Wyszyńskiemu. A ja się czasem zastanawiam, czy nie jest to powiedzenie z polskich uniwersytetów i instytutów. Jak nie autoplagiat, to przynależność dyscyplinarna, jak nie przynależność, to zawsze jeszcze można się twierdzić, że cykl jednotematyczny nie jest wystarczająco jednotematyczny. A jak to zawiedzie, to przecież można się jeszcze powątpiewać, że habilitant nie miał w głowie planu cyklu, gdy publikował pierwszy artykuł. Dajcie habilitanta, a paragraf się zawsze znajdzie.



Do naszego instrumentarium przypierzania się niedługo dojdzie kolokwium habilitacyjne w nowej odsłonie. Hulaj dusza, Boga nie ma.

 

Plotek samodzielny

Dokończenie sprawy z poprzedniego wpisu. Dostałem trzy dalsze maile. 

Pierwszy mówiący o tym, że rada wydziału nie przegłosowała wniosku przeciwnego – innymi słowy, to że głosujemy na nie, nie oznacza głosowania na tak. Co więcej, sprawa odbiła się może nie echem, ale z pewnością kacem członków rady wydziału. Mój korespondent wyraził przekonanie, że to ów kac może przyczynić się do pozytywnego głosowania w następnym rozdaniu.

 

W drugim mailu dostałem trochę dokumentów, a w szczególności wyciąg z protokołu, z niezwykłą wręcz filipiką osoby sprzeciwiającej się nadaniu stopnia. To przemówienie o tym, że autoreferat jest napisany w pierwszej osobie liczbie mnogiej, o wrażeniach, że udział w artykułach nie jest dominujący, że wysokich kilkudziesiąt procent wkładu nie można zaprezentować na 5 rysunkach, a wszystko okraszone, jak dla mnie, dość niesmacznymi insynuacjami. Muszę powiedzieć, że czytałem i miałem wrażenie, że to bardzo personalny atak, który ukrywa animozje personalne, a przecież to tylko streszczenie na potrzeby protokołu! 1/3 protokołu poświęcono temu wystąpieniu.

 

Mój korespondent pisze, że nie ma wątpliwości, że spełnione zostały kryteria ustawowe co do wkładu w dyscyplinę. Problemy są w tym, czy osoba habilitująca się jest samodzielna. I tu, podkreśla, nie ma jasnych kryteriów, opieramy się na wrażeniach, decyzja jest uznaniowa. Zgadzam się z moim korespondentem, ale ja poszedłbym dalej, ale napiszę o tym w innym poście.

 

No i dostałem maila trzeciego. Habilitacja przeszła, niejednogłośnie, ale z zapasem. Frekwencja na radzie była wyższa, państwo radni poczuli się do odpowiedzialności.

 

Czy sprawiedliwości stało się zadość? Nie wiem. Mam jednak poczucie absurdalności sytuacji. Po raz kolejny pokazujemy, że procesowi nie można ufać, że rządzą nim przypadek, emocje i kac moralny. Żenujące to wszystko jest.

Plotek habilitacyjny

Poczta zaćwierkała  i przyniosła list, który omawiam/cytuję in extenso. Mój korespondent pisze o postępowaniu, w którym  habilitantka miała 3 pozytywne recenzje oraz pozytywną rekomendację komisji habilitacyjej. Jednak na posiedzeniu rady wydziału zabrała głos osoba z jej instytutu i przekonała radę, że dorobek nie nadaje się na habilitację, a recenzje są z gatunku „negatywna recenzja z pozytywną konkluzją”.  Przy okazji w dyskusji ujawniono, że instytutowa profesura odradzała składanie wniosku pomimo tego, że zegar habilitacyjny bił dla habilitantki w sposób nieubłagany i dwucyfrowy.

 

Mój korespondent pisze, że większość członków rady była kompletnie zaskoczona przebiegiem obrad i wstrzymała się od głosu, bo tylko „pobieżnie zapoznała się z dokumentacją”. Podejrzewam, że nie pamiętali, że głos wstrzymujący się jest de facto głosem przeciw. Kilkudziesięcioosobowe rady wydziału nie mają kompetencji do procedowania postępowań administracyjnych, dodaje mój korespondent. O wyniku często decyduje chwilowe wrażenie, układ gwiazd, psychologia, przypadek.

 

Mój korespondent zwraca uwagę na kilka dodatkowych problemów. Po pierwsze, nadanie habilitantom wyłącznego prawa do uruchomienia procedury habilitacyjnej wcale nie uchroniło ich przed lokalną profesurą (GTW). Z drugiej strony, po drugie, pisze o  niedawnym wpisie prof. Śliwerskiego o kosztach przewodu i (rzekomej lub prawdziwej) „pladze” wniosków o umarzanie postępowania oraz wycofywaniu  wniosków po uzyskaniu recenzji nierokujących na sukces.

 

Najważniejszym problemem, który porusza mój korespodent, jest jednak według mnie to, czy podczas obrad RW można oceniać habilitantkę na podstawie nieujawnionych publicznie informacji znanych tylko „wtajemniczonym”, czy też należy trzymać się wyłącznie dokumentacji. Pisałem już kilkukrotnie o tym. Moim zdaniem, oceniamy jedynie dokumentację. Rozumiem chęć potwierdzenia wiarygodności dokumentacji, jednak plotki i ploteczki powinny być ściśle eliminowane z dyskusji!

 

I na koniec komentarz. Od iluś miesięcy tzw. środowisko, a przynajmniej jego część, protestuje przeciwko proponowanym zmianom w ustawie o nauce. Krzyczymy między innymi o tym, że prace nad ustawą ignorują nasze głosy. Ale jak nie ignorować głosów ludzi, którzy są po prostu niepoważni?! Habilitacja to kluczowy moment w karierze każdego z nas, jak więc można „pobieżnie zapoznać się” z dokumentacją postępowania, które być może decyduje o karierze naszych kolegów czy koleżanek? Jak można tak pokpić całą sprawę? 

 

I tak to coraz bardziej mam wrażenie, że jako środowisko jesteśmy po prostu niepoważni. Może czas nas zaorać?

 

Pępki świata

Jakiś czas temu dostałem list w sprawie recenzji w przewodzie habilitacyjnym w humanistyce. Mój korespondent wskazuje na jedno zdanie napisane przez recenzenta:

 

Badanie należało przeprowadzić tak:

 

I recenzent opisuje, jak ma wyglądać badanie, które by go usatysfakcjonowało. Recenzent nie mówi, że badanie przeprowadzone przez habilitanta jest złe. Nie. Recenzent jedynie mówi, że on by wolał, żeby zrobiono inne. Mojemu korespondentowi to się nie spodobało, mnie się również nie podoba takie recenzowanie. Recenzja, moim zdaniem, nie powinna być na temat tego, jak bardzo habilitant zbliżyl się w swoich badaniach do tego, co myśli recenzent.

 

Oczywiście, może być tak, że krytykowane przez recenzenta badania są skopane, przeprowadzone źle, metodologicznie niepoprawne itd, itd. (a jest ich wiele), jednak nawet wtedy recenzent nie jest, moim zdaniem, od tego, żeby udzielać habilitantowi dobrych rad, jak on sam (czy ona sama) zrobiłaby takie badania.

 

I tu dochodzimy do problemu szerszego. Na ile recenzent powinien zgadzać się z habilitantem? Czy recenzent powinien się w ogóle zastanawiać nad tym, czy mu się podoba, czy on sam zrobiłby badania podobnie czy inaczej? Moim zdaniem nie. Jest dla mnie oczywiste, że zgodność poglądów czy wizji naukowych jest nierelewantna z punktu widzenia recenzji awansowych.

 

Przez lata dostałem kilkanaście maili na ten temat z szerokiej humanistyki. Literaturznawcy źle interpretują, psycholodzy używają kwestionariuszy, których nie lubią recenzenci. Najciekawsi są jednak politolodzy. W politologii kluczowe jest według moich korespondentów wybieranie recenzentów z tej samej opcji politycznej. W przeciwnym razie bowiem, habilitant (czy też profesorant) zostanie uwalony. I bez znaczenia jest jakość dorobku.

 

Takie praktyki recenzyjne są moim zdaniem nierzetelne, absurdalne. Recenzenci mają oceniać to, co zrobił habilitant, a miarą tej oceny jest ‚nauka’, a nie recenzent. Dobrze by było, gdyby recenzenci zakładali, że oni mogą się mylić. Tak po prostu. Na dodatek nie są centrum świata, z którego płynie wszelka wiedza.

No to mamy kolejną petycję w sprawie pracownika uniwersytetu. Tym razem pracownik użył wyrażenia „biedny bezmózg z Anglii” w odniesieniu do Alfiego Evansa, który niedawno zmarł w Wielkiej Brytanii.

 

Z treścią tego, co napisał dr Witkowski zgadzam się w dużej mierze. Histeria wokól chorego chłopca, upolitycznienie tej tragedii w polskiej sferze publicznej przechodziło ludzkie pojęcie. A to wszystko oblane zostało wręcz esencją sosu hipokryzji. Jednocześnie ignorowane są protesty osób niepełnosprawnych, a z publicznej służby zdrowia korzysta tylko ten, kto nie może iść prywatnie.

 

Jednak mam po raz kolejny wrażenie, że znacznie przekroczono granice dobrego smaku. Nie chciałbym, żeby ktokolwiek tak pisał o moim ciężko chorym dziecku. Szczególnie nie chciałbym, żeby pisał tak ktoś, kto w zawód ma wpisany pewien poziom intelektualny. Warto zaznaczyć, że argumentacja adiunkta z Wrocławia nie zyskała nic na użytym epitecie.  Nadal też uważam, że my, podobno elita, powinnyśmy dawać przykład debaty, w której mozna argumentować ostro, ale z zachowaniem podstaw szacunku dla innych, nawet jeśli się z nimi nie zgadzamy. W przeciwnym razie sami podcinamy gałąź, na której siedzimy. Moim zdaniem, niepowetowane szkody wyrządzają nam ci uczeni-politycy, którzy głównie obrażają innych. Niestety, jest takich zbyt wielu.

 

Mam w nosie, czy dr Witkowski zostanie zdyscyplinowany przez uczelnię czy nie. Uważam jednak, że powinien przeprosić za swoje słowa. 

A punkty rosły, rosły, rosły…..

Oto cytat, który znalazłem dzisiaj na Twiterze:

Within the universities, humanities have borne the brunt of the vicissitudes of new funding models, as resources are increasingly channelled towards areas which, it is suggested, will yield a return, at least in the short-term, to the university in terms of increased funding. Much of this is facilitated by an abuse of metrics; an ideological fad that views the use of metrics of academic work, not as a contribution or an instrument of knowledge but as a conforming bending of the knee to an insufficiently contested neo-utilitarian mediocrity.

Pochodzi z  przemówienia Prezydenta Irlandii. Głowna część przemowy jest o czym innym, ale pomyślałem, że wpis 1 maja powinien dotyczyć kogoś, kto broni akademickiego prekariatu, przeciwstawia się idiotyzmowi oceny jedynie przez punktację, a przede wszystkim uważa, że nie tylko inżynierią, fizyką i chemią przemysłową człowiek żyje. Od czasu do czasu jeszcze by sobie pofilozofował, nawet jeśli nie przynosi to bezpośredniego zysku.

 

Parę dni temu dostałem list w sprawie często podnoszonej tutaj oceny pracowników. Pisze do mnie profesor, którego międzynarodowy dorobek przeliczany jest na punkty, które są niższe od oczekiwań władzy dziekańskiej. Profesor tłumaczy, że on publikuje tam, gdzie publikują najlepsi i problem leży w punktacji, a nie jego publikacjach. Niestety, profesor odbił się od ściany, władza dziekańska była niezainteresowana konktestem. Punkty mają być i basta!