Jak kocioł garnek cytował

Środowisko napisało kolejny list otwarty. Nie za bardzo wiem, po co, ale skoro miało potrzebę, to napisało. List jak list, nie różni się od innych listów otwartych. Nie chciałbym się wymądrzać, ale przede wszystkim nie różni się ogólnikami. I choć, ja z innych nic z niego nie wynika, ja i tak chciałbym dodać do niego swoje trzy grosze.

1. Otóż nie tylko w nauce polskiej większości prac nikt nie czyta, co więcej nikt ich nie cytuje (jest na ten temat dużo badań). Być może w Polsce jest takich prac więcej, ale czy autorzy mają jakiś dane na ten temat?

Nie chcę przy okazji być niemiły, ale wg Google Scholar najczęściej cytowany artykuł jednego z autorów ma 33 cytowań, a wszystkich cytowań autor zebrał 130, inny, odpowiednio – 59 i 184. Jeszcze innego najlepszy artykuł został zacytowany 7 razy, a autor, profesor nadzwyczajny, uzbierał cytowań 40. Odpowiednie liczby autora z zagranicy (79 i 605) nie dość że nie odbierają dechu w piersiach, to na dodatek wskazują raczej, że argumenty z listu może nie są od razu chybione, ale naprawdę dadzą się niuansować.

Chciałbym przy okazji dodać, że prof. Śliwerski z często wyśmiewanej tutaj (również przeze mnie) pedagogiki ma h=27, najlepszy tekst uzbierał 325 cytowań, a wszystkich cytowań mają jego teksty dobrze ponad 2000. Autorzy-humaniści listu nie mają startu do tych wyników. I mówiąc szczerze, jak patrzyłem na te liczby i na ten list, odczułem zakłopotanie.

2. Sądzę również, że nie wszyscy autorzy listu przeszliby przez postulowaną przez siebie ocenę o standardach międzynarodowych z sukcesem wzbudzającym pieśń na ustach. Zakładając, że GS rzetelnie odzwierciedla publikacje autorów, mam wiele wątpliwości co do pozytywnej oceny przerw w publikowaniu naszych dzielnych autorów – czasem nawet kilkuletnich. I fajnie się stawiać w roli międzynarodowego uczonego, któremu ocena o standardach międzynarodowych (cokolwiek miałoby to znaczyć) nie straszna, ale, powiedziałbym, be careful what you wish for…. bo nagle się może okazać, że jest klops.

3. Nie za bardzo wiem, co to miałoby znaczyć, że humaniści mają uprawiać naukę o tej samej jakości co biolodzy. To znaczy co? Książki mają przestać pisać. Czy mają mieć takie same wyniki liczbowe. I irytuje mnie, mówiąc szczerze, nawet jako niehumanistę, ta ciągła urawniłowka akademicka, która zawsze oczekuje, że humaniści dostosują się do tego, jak uprawiają naukę fizycy. Choćby z przekory sugerowałbym, żeby fizycy zaczęli pisać samodzielnie i w publikacjach ‚zwartych’. I mnie osobiście zupełnie nie przeszkadza historyk studiujący średniowieczne manuskrypty małopolskie. Chciałbym, żeby jego publikacje byłby dobre, ale dalibóg nie mam pojęcia, jak je ocenić z artykułem w Cell czy Science.

Chciałbym też zwrócić uwagę, że już dość dawno odkryliśmy, że nie ma jednej nauki, którą uprawiają wszyscy. Nie sądze też, żeby h=4 podpisanego historyka dało się prosto porównać h=39 biofizyka. Ba, myślę, że na tej podstawie nie można w sposób prosty stwierdzić, że biofizyk uprawia naukę znacznie lepiej niż historyk.

Mam poczucie winy pisząc ten post. Nie chcę bronić nauki wojewódzkiej, bardzo nie chcę i jestem jej przeciwny. Bardzo nie chciałbym żeby ten post został uznany za pochwałę Paradyża. Jednak coraz bardziej drażnią mnie polscy naukowcy, którzy pouczają wszystkich wokół, jak uprawiać naukę, implikując przy okazji, że powinniśmy ich naśladować. I wkurzają mnie sugestie, że istnieją jakieś proste i łatwe rozwiązania w nauce polskiej, takie jak np. ocena ze standardami międzynarodowymi czy uprawianie historii tak, jak się uprawia biologię. To pierwsze jest przecież banalnym komunałem, który ukrywa, że nie ma żadnych uniwersalnych i oczywistych ‚standardów międzynarodowych’, a to drugie nonsensem, który zapomniał o XX wieku.

Gorzów a nie grób dla kolegów!

Dopiero co poznaliśmy punktację wydawnictw, którą zaproponowało łaskawie nam panujące ministerstwo, a na Twitterze już awantura. No bo czy, na przykład, zapewne zacne wydawnictwo Akademii im. Jakuba z Paradyża w Gorzowie Wielkopolskim (o której niestety nigdy nie słyszałem), które znane jest, powiedzmy sobie wprost, jedynie autorom i ich rodzinom, powinno mieć tyle samo punktów co międzynarodowy Palgrave?

 

Z pewnym wstydem piszę, że ja również nie wiedziałem o istnieniu Instytutu Kaszubskiego, nie mówiąc już o jego wydawnictwie, ale żeby od razu zestawiać go z Wolters Kluwer czy de Gruyterem? Wydawnictw Uniwersytetu Opolskiego czy Politechniki Świętokrzyskiej, której istnienie również mi umknęło, jakoś również nie umieściłbym obok Manchesteru czy Indiany. Pomińmy już to, że Routledge za 200, to to samo wydawncitwo co Taylor & Francis za 80 punktów.

 

Mamy więc listę, na której lokalne i bardzo lokalne wydawnictwa zestawiane są z wydawnictwami międzynardowymi. Co więcej, mamy na liście wydawnictwa, których nie wiedzą nawet niektórzy pracownicy uczelni, na których te wydawnictwa działają, a obok nich są wydawnictwa leżące bardzo blisko kategorii vanity press. To wydawnictwa, które za pieniądze opublikują każdego, co się rusza i do wody nie ucieka.

 

Wydawnictwa na liście za 80 pkt. mają ze sobą wspólnego tyle, że wydają wydawnictwa zwarte. Nowa ustawa, jak się okazuje, kładzie nie tylko kres interdyscyplinarności i współpracy. Tego jednak było za mało. Ministerstwo właśnie kładzie też kres nie tylko idei umiędzynarodowienia polskiej humanistyki i nauk społecznych, ale również promowaniu ich doskonałości.

 

To, co napisałem, nie oznacza jednak, że jestem przeciwny wysokiej punktacji polskich wydawnictw. Nie, nie jestem. Są w polskiej nauce wydawnictwa, które warto by punktować wysoko, jest ich niewiele, ale są.  Jednak mnie się marzyło, by to zrobiono przyjmując perspektywę wszechświata, w którym wszyscy żyjemy. Wydawnictwo z Gorzowa, z całym należnym szacunkiem dla jego autorów, nie ma nic wspólnego z wydawnictwem z University of Manchester. Nic. Oni funkcjonują w innych światach akademickich. I dobrze by nie udawać, że jest inaczej.



 

Wina profesorów

Prof. Kulczycki zamieścił na Twitterze listę stachanowców habilitacji:

 

 

Są to dane za niecałe pięć lat i rekordzista napisał przynajmniej 6 recenzji rocznie (w danych nie uwzględniono postępowań umorzonych). Oto kilka komentarzy.

 

1. Na pierwszy rzut oka ‚tuzy recenzowania’ nie piszą aż tak dużo, a przynajmniej ja spodziewałem się, że piszą jeszcze więcej. Jednak dane powyższe pokazują jedynie recenzowanie, a nie pokazują uczestnictwa w innych postępowaniach. Może warto byłoby zrobić takie zestawienie? Podejrzewam, że wpływ kilku/nastu jednostek na dyscyplinę okaże się znacznie większy.

 

2. Niejednokrotnie komentowano tutaj jednostkowy wpływ na dyscypliny, tabelka ta pokazuje go dość wyraźnie. Mnie jednak ciekawiłoby również to, jaki procent habilitacji w danej (pod)dyscyplinie recenzowali nasi mistrzowie.

 

Nawiasem mówiąc, pomimo tego, że ‚wszyscy’ o tym wiemy, władza ministerialna ani się nie przejmowała, ani nadal nie przejmuje tym, że są dyscypliny (na myśl przychodzą w szczególności nauki ekonomiczne), którymi trzęsie kilka osób.

 

3. Nie jest przypadkiem, że ci, którzy recenzują najwięcej, to członkowie CK.  Przyjmując, że recenzent dostaje co najmniej 2 tysiące złotych za recenzję, nasz rekordzista zarobił ponad 60 tysięcy na recenzjach i, powiedzmy wprost, jest to suma niebagatelna. Dodając do tego recenzje doktorskie, przewodniczenie i uczestniczenie w postępowaniach, można bezpiecznie przyjąć, że mówimy o zarobkach znacznie ponad 100 tysięcy złotych. Starcza na przyzwoite wino.

 

Dodam, że w ciągu ostatnich kilku lat w postępowaniach habilitacyjnych widzę co chwila tego samego przewodniczącego, bardzo ważnego profesora w dyscyplinie. Mam zreszta wrażenie, że ten człowiek właściwie nic nie robi innego, tylko jeździ z posiedzenia na posiedzenie. I nie, nie sądzę, by chodziło tu o troskę o jakość postępowań, chodzi tylko o pieniądze. Żenujące? Tak, no ale przecież to państwo z CK go mianują, zapewne tak jak on dzielnie wyznacza tych, którzy na niego głosowali.

 

Wstyd umarł? Nie, jeszcze sie nie narodził.

 

Z czym do ludzi?!

Uniwersytet w Gandawie oświadczył, że wypisuje się z akademickiego wyścigu szczurów. Napisał już o tym prof. Galasiński, który w ostatnim poście na swoim blogu „pomaga” rektorowi z Gandawy przekształcić uniwersytet w akademicki cud. Polceam wpis Profesora z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że zawiera sensowne argumenty, ale przede wszystkim dlatego, że pokazuje zachodnią perspektywę na życie akademickie. Pokazuje też, jak nam daleko do tejże perspektywy i takich  argumentów. I w tym wpisie chcę właśnie zasygnalizować perspektywe polską.

 

No więc trzeba zacząć od tego, że dyskusje polskie na temat nauki idą w dokładnie odwrotnym kierunku niż to, co chce zrobić Gandawa. I tak to Galasiński pisze o tym, że ludzie pracują, więc trzeba im odpuścić, a my chcemy kontrolować ludzi jeszcze bardziej i wymyślamy kolejny, oczywiście jeszcze lepszy, system rankingu wszystkiego, co się da zrankingować. Rektor z Gandawy mówi, żeby mieć radykalne pomysły, a my chcemy, by ludzie robili więcej tego samego. On żeby współpracować, nam się współpraca opłaca średnio. Ci tam mówią, że naukowcy to nie sportowcy, my wymyślamy, co dokładnie nasz uczony ma napisać, żeby było dobrze.

 

Na to wszystko zadałem spobie jednak pytanie. Czy to, co napisał rektor z Gandawy, mógłby napisać rektor polskiego uniwersytetu? I odpowiedziałem sobie – nie. Nie mógłby. Inny system, inna kultura, inny etos pracy. Prof. Galasiński ma nadzieję, że Uniwersytet Gandawski wyznaczy nową drogę dla uniwersytetów na świecie, ja ze smutkiem konstatuję, że nam niczego nie wyznaczy. My sobie będziemy dalej tworzyć listy od A do Z, my będziemy ustalać, kto jest, a kto nie jest leśnym dziadkiem, kto należy do grupy takiej czy innej. I te kluczowe rzeczy: będziemy nadal decydować o tym, ile książek wolno napisać i w jakiej konkretnie dyscyplinie.

 

Przeczytałem oświadczenie z Gandawy i blog brytyjskiego lingwisty i pomyślałem sobie, że my gdzieś w jakimś sąsiednim wszechświecie funkcjonujemy. I se tak będziemy funkcjonować. Bo z czym do ludzi?!