Dna nie ma

Pod poprzednim wpisem pojawiło się następujące postępowanie habilitacyjne.  Z powodu niesamowitości hipotez w autoreferacie już wyrwano trochę owłosienia, jednak moim zdaniem w postępowaniu tym interesujące jest co innego. Otóż prof. Jaskułowski zwraca uwagę na Twitterze na wydawnictwo, które postanowiło wydać monografię habilitantki.

Oto zrzut z ekranu pierwszej strony wydawnictwa PrintOne.

Tak, tak, to ‚wydawnictwo’ reklamuje się ‚wydawaniem’ wizytówek (tłoczonych i składanych), plakatów, ulotek, kopert i naklejek, a także innych produktów. Z jakiegoś dziwnego powodu ‚wydawnictwo’ nie poleca jednak wydawania książek.

Warto sobie zadać pytanie, dlaczego nie ma na stronie internetowej ‚wydawnictwa’ PrintOne oferty wydawania książek. Otóż odpowiedź na to pytanie jest tyle zaskakująca, co prosta. Otóż dlatego, że PrintOne to nie jest wydawnictwo. To firma świadcząca usługi drukarskie i mówiąc szczerze, mam wrażenie, że habilitantka osiągnęła nowe dno w polskich habilitacjach. Mam tylko nadzieję, że firma dała jest w bonusie choć z pół kartonu naklejek jakichś czy czegoś.

Po krótkim namyśle postanowiłem jednak zamieścić obraz hipotez habilitantki z tweetu profesora.

Zastanawiałem się też nad komentarzem. Niestety, przychodziły mi do głowy tylko słowa powszechnie uznane za nieparlamentarne.

Komentarz podsumowujący? Okazuje się, że w polskiej habilitacji dna nie ma. I nie ma po co go szukać.

Ale kończę pozytywnie. Otóż niniejszym przyznaję tej habilitacji status rekordzisty w kategoria galeria habilitacyjna.

Marcepaneria akademicka

Dostałem po głowie na Twitterze. Najpierw od Bilewicza, potem od Jemielniaka, na koniec dołożył mi Galasiński. A wszystko dlatego, że nie doceniłem, nazwijmy to, „skrzywienia inteligenckiego” polskiej nauki/akademii. Jako inteligent, powiedziano mi, nie zauważam nawet wszelkich marcepanów inteligenckich, bo mam je „we krwi”. I dzięki temu jestem swój. A taki student, powiedzmy, spod Rybnika, nie dość, że gwarą fanzoli, to na dodatek myśli, że Pollock to taki  udawany gorol, Rembrandt to dla niego marka dżinsów, a Szekspira zna z bryku. Nie był nigdy w teatrze, sufler kojarzy mu się z Cugowskim,  a opera to dziwne miejsce, gdzie ludzie po ludzku nie gadają.

I mam pytanie. Czy ten student ma mniejsze szanse od, nie bójmy się tego powiedzieć, mnie? Z dużego miasta, z rodziny od pokoleń inteligenckiej, z ojcem, który nie lubił opery, bo ją całą widział, z mieszkania, w którym zamiast farby na ścianach były książki.

Oczywiście, nie mam wątpliwości, że mi moja inteligenckość pomaga, prawie na każdym kroku. Ale czy przez nią łatwiej mi było zrobić doktorat?

Trochę się boję, że dostanę po głowie, ale trudno. Amicus Plato i all that shit.

Doktorantura

Wczoraj dostałem maila, w którym mój korespondent sugeruje doniesienie o nowym słowie. Otóż pisze mi o tym, że pytania o miejsca na studiach doktoranckich zostało przedstawione jako pytanie o doktoranturę.

Uważam, że słowo ‚doktorantura’ jest  piękne, konotacje z ‚profesurą’ i ‚docenturą’ są urocze. I słowo jest warte upowszechnienia.

I już oczyma duszy widzę doktorantów, którzy oznajmiają, że maja doktoranturę na uniwersytecie tym czy innym. Boskie.