Warszawski kapturek

Z radością donoszę, że wiem więcej o nieznośnej profesurze Macieja Góreckiego. Dostałem bowiem  kilka dokumentów.

Pierwsze dwa dokumenty to dwie uchwały Senatu UW. Pierwsze uchwała jest w sprawie 37 (tak, TRZYDZIESTU SIEDMIU) doktorów habilitowanych, których mianowano profesorami UW. Druga uchwała dotyczy jednego doktora habilitowanego – p. Góreckiego. Nie jestem pewien, czy w sprawie 37 świeżo upieczonych profesorów uczelni głosowano en bloc (byłoby to przezabawne), jednak wątpię w to. Wyróżnienie więc Góreckiego do rangi osobnego punktu obrad Senatu wskazuje, że sprawa jest ważna i kolosalna. Od razu wiemy, że nie idzie tu o jakiegoś zwykłego haba. Tu idzie o TEGO Góreckiego. Oczywiście tych 37 otrzymało rekomendację Biura Politycznego UW, Górecki nie.

Drugi dokument, który dostałem, to zestawienie dorobku Góreckiego z 8 politologami, którzy uzyskali rekomendację Politbiura. I tu, przyznam szczerze, spadła mi szczęka. Jeśli ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości co do uczciwości procesu, to ten dokument rozwiewa je w całości. Podam kilka przykładów (choć nie będę podawał nazwisk), żeby uzmysłowić, o co idzie.

Górecki, który nie dostał rekomendacji, ma 14 publikacji na WoS, jedna z osób, która uzyskała rekomendację, nie ma ani jednej. Ani jednej!! Ani na Scopusie, ani na WoS!  Ta osoba nie ma też ani jednego cytowania wg Scopus/WoS, mając przy okazji indeks h=0. Żadna z osób rekomendowanych nie ma więcej publikacji z Scopus/WoS niż Górecki. Indeks Hirscha Góreckiego to h=6 (WoS). Najwyższy h poza Góreckim to h=2 (WoS).  Górecki ma więcej cytowań zarówno wg Scopusa jak i WoS niż pozostali rekomendowani politologowie razem wzięci, ba, wg WoS ma ich czterokrotnie więcej, wg Scopua 2,5 raza więcej. Jeszcze raz: ponad cztery razy więc niż wszyscy pozostali rekomendowani politologowie razem wzięci!

No ale, jak donoszą mi, na Senacie UW nie wypada mówić o bibliometrii. Nie wypada!!! Ja przepraszam, ale nie wypada mówić o bibliometrii na obradach Senatu pierwszej uczelni polskiej. Czy was tam w Warszawie pogięło już doszczętnie?

Z kolei prominentny członek Politbiura (który nie skalał się chyba publikacją nie w naszej pięknej ojczystej mowie, nie sprawdzałem jednak publikacji w językach narodów bratnich) miał stwierdzić, że artykułów opublikowanych w systemie ‚online first’ nie powinno się wliczać do dorobku, bo przecież nie są jeszcze opublikowane w czasopiśmie. Pod jakim kamieniem uchował się ten niezwykle ważny i wybitny profesor zwyczajny, może lepiej nie wiedzieć.

No i warto dodać, że dorobek dorobkiem, ale inny wybitny i medialny politolog miał stwierdzić, że promowanie licencjatów to jednak sprawa doniosła i nie należy z dorobkiem przesadzać. Pozostało mi się zadumać, czy osoba z samymi zerami w zestawieniu robi jeszcze cokolwiek innego poza promowaniem licencjatów, bo naukowo jakoś się chyba nie wysila.

Wynik głosowania: 38 za, 5 przeciw, 8 wstrzymujących się. Jakikolwiek komentarz jest chyba zbędny. Odnoszę wrażenie, że Uniwersytet Warszawski, a w szczególności jego politologia skompromitowały się. I szkoda, że się tak stało.

Życzę nowemu rektorowi UW pilnego i krytycznego przyjrzenia się systemowi awansów na uczelni. Taka sytuacja jak z prof. Góreckim nie powinna się nigdy więcej powtórzyć. I nikt na uczelni nie powinien myśleć, że nie ma szans na profesurę, bo go taka czy inna osoba nie lubi. Do mnie napisały dwie takie osoby.  Zacząłem się też zastanawiać, czy określenie komisji awansowej Biurem Politycznym nie jest krzywdzące. Dla byłych członków Politbiura, rzecz jasna. Być może należy mówić o sądzie kapturowym.

Nieznośna profesura

Właśnie na Twitterze pojawiła się informacja, że dr hab. Maciej Górecki został profesorem Uniwersytetu Warszawskiego. Warto dodać, że Senat zagłosował za tą profesurą, pomimo negatywnej opinii Biura Politycznego UW. Gratuluję p. Góreckiemu.

Teraz to dopiero on będzie nieznośny.  🙂

Jak będę miał więcej informacji (mam nadzieję, że ktoś napisze), to podzielę się  informacjami.

Otwarty sezon

Pod poprzednim wpisem dyskusja na temat słów niejakiego Czarnka, dr.hab. prawa, który to prawo wykłada i wypowiedział się na temat osób o orientacjach nieheteronormatywnych. Wypowiedział się przy tym profesor podwórkowy, co mnie ucieszyło bardzo. Przyznaje podwórkowy, że słowa Czarnka są obrzydliwie, pisze jednak dalej tak:

trudna sprawa, dla mnie wybitnie graniczna. Kto pamięta, ten pamięta – ale ja zawsze byłem i jestem za maksymalnie szeroką swobodą wypowiedzi w akademii oraz przeciw postępowaniom dyscyplinarnym za zachowania niezwiązane bezpośrednio z akademią (niezależnie od tego, czy dotyczy to studenta czy pracownika naukowego).
Gdyby Pan Czarnek był fizykiem/geologiem/literaturoznawcą/historykiem, byłbym zdecydowanie przeciw wszczynaniu postępowania dyscyplinarnego.
Ale jeśli wykłada on prawo konstytucyjne, gdzie ma przedstawiać interpretacje konstytucyjnych pojęć godności człowieka/równości wobec prawa/wolności osobistej, to istnieje realna wątpliwość, czy on te pojęcia rozumie i czy uczciwie przedstawia je na zajęciach.
Sprawa do przebadania; czy do zwolnienia – tego nie wiem.

A ja nadal nie rozumiem, dlaczego takie sprawy traktować w kategorii wolności słowa. Nie znam się, ale, po raz kolejny, nie o wolność słowa tu chodzi. MOim skromnym i nieprawniczym zdaniem tu idzie o przemoc. Fakt, przemoc niefizyczną, ale przemoc.

Załóżmy, że taki homofob tak bardzo gejów nie lubi, że podchodzi do jednego i daje mu prosto w pysk. Miałbym nadzieję, że homofob czym prędzej zostałby oskarżony ze stosownego paragrafu, bo ludzi bić nie wolno.

I teraz mamy słowa Czarnka, który uważa, że między innymi jego pracowi koledzy niehetero są obywatelami znacznie gorszego sortu niż jego koledzy hetero-poprawni.  I jak dla mnie jego słowa należy traktować jako  przemoc symboliczną wobec tychże pierwszych kolegów. Bo nie dość, że kolegom może być przykro (pal sześć), to na dodatek mogą doznać innych traum psychicznych (w mediach pojawiają się sensowne apele, by zaprzestać jawnej państwowej homofobii również dlatego, że może ona mieć konsekwencje tragiczne). Ba, gorzej jeszcze, mogą się nieheteronormatywni bać, że taki Czarnek będzie dalej ich obrażał, podważał, a konsekwencje tego mogą być nader poważne. Wiele przemocy zaczyna się od tego, że jakaś grupa społeczna jest językowo demonizowana.

A ja z kolei myślę, że wszyscy mamy prawo do tego, by pracować w środowisku, w którym nie obawiamy się o to, że spotka nas w nim delikt w postaci dyskryminacji, szyderstwa, nie mówiąc o przemocy.

Czy bowiem wyobrażamy sobie, że słowa p. Czarnka nie dotyczą ludzi, którzy kochają innych niż uważa się to za moralne, ale osób niepełnosprawnych. Wyobraźmy sobie, że słowa, o których mówimy brzmiały:

skończmy słuchać tych idiotyzmów, o jakichś prawach człowieka czy jakiejś równości. Ludzie kalecy nie są równi ludziom normalnym i skończmy wreszcie z tą dyskusją.

Czy też uznalibyśmy te słowa za wolnościowo dopuszczalne, a p. Czarnka za fajnego kolegę z pracy. Tylko że on ma takie niehalo, że uważa, że ten pokurcz na wózku nie jest normalny i równy takiemu, co na dwóch własnych nogach po korytarzach śmiga.  Nasze wzmożenie moralne, coś mi się zdaje, byłoby znacznie większe.

No i tu dochodzimy do konkluzji, którą już sugerowałem. Moim zdaniem, słowa Czarnka to słowa, których ja się boję. One zmieniają środowisko pracy. Zmieniają tak, że osoby należące do grupy ‚nierównych’ nie tylko nie mogą się już czuć komfortowo w pracy, oni mogą się nie czuć bezpiecznie. I dlatego uważam, że nie idzie tu o żadną wolność słowa, ale o stosowanie przemocy (symbolicznej).

Rozumiem oczywiście, że niełatwo będzie przeróżne wypowiedzi klasyfikować tak czy owak. Jednak podobnie jest z przemocą fizyczną. O ile podejście do kogoś i danie mu w ryja może być ocenione z pewną łatwością, już wszelkie poszturchiwania wymagają zapewne niuansów, od których najtężsi prawnicy zeza dostają. I podobnie będzie ze słowami. Ale, jak mówił pewien fajny prezydent, Yes, we can. O zgrozo, to był prezydent z czarną skórą. Strach się bać!

I tu jeszcze dwa małe postscriptumy. Czarnek już zapewnia, że słowa wyrwano z kontekstu. Ja cię kręcę,  prawica to strona iście kontekstualna, ciągle coś im ktoś wyrywa. A mi marzy się, przyznam szczerze, taki ktoś, kto powie – tak, ja to powiedziałem, ja tak myślę, jestem gotów ponieść konsekwencje. Niestety, do tego trzeba odwagi i kręgosłupa.

Drugie postscriptum jest takie, że niech sobie Czarnek pieprzy jak potłuczony, ile tylko chce. Niech pisze, mówi, a nawet śpiewa o nierównych prawnie gejach. Jednak to, że wolność słowa mu na to pozwala, nie oznacza, że ja jako pracodawca chcę kogoś takiego zatrudniać. I skoro już pytają mnie o to, czy byłem karany, bo inaczej do rady dyscypliny nie mogę wejść, to mogą mnie pytać również o to, czy ja uważam, że wszyscy pracownicy uczelni są równi wobec prawa i uczelni. I skoro taki Czarnek tak nie uważa, to ja jako pracodawca nie mam przyjemności go zatrudniać. I dlatego zresztą uważam, że należy go z KULu wypieprzyć na zbity pysk. Ba, wydawałoby się, że szczególnie KUL powinien to zrobić. Bo choć teolog ze mnie jak z koziego zadu trąba, to nie mam wielu wątpliwości, że Jezus (bez względu na nasze poglądy na jego świętość) szedłby ręka w rękę z tymiż gejami. Szedłby właśnie dlatego, że  dzisiaj otwarty sezon (symbolicznych) polowań na nich mamy.

 

Jaki jest pana prawdziwy cel?

Nieszczęścia chodzą parami, choć na Uniwersytecie Warszawskim chyba zaczęły tworzyć już zastępy. Sprawy warszawskiej politologii znów zapełniły mi skrzynkę pocztową. Tym razem zwrócono mi uwagę na pozytywnie zakończone niedawno postępowanie habilitacyjne.

Zwrócono mi uwagę na dwie sprawy. Po pierwsze, w postępowaniu mamy ewidentny i oczywisty konflikt interesów i to aż dwu recenzentek. Jedna współpracowała z habilitantem we współnym grancie (żeby było śmieszniej, już tego nie ma na stronach UW), a druga jest współautorką wspólnej publikacji. Jest dla mnie oczywiste, że obie recenzentki miały (mniejszy lub większy) interes w tym, żeby napisać pozytywną recenzję.

Proszę zwrócić uwagę, że ja nie twierdzę, że recenzje są nierzetelne, że powinny być negatywne. Ja jedynie twierdzę, że obie recenzentki nie powinny były być recenzentkami.

Osoby, które do mnie napisały w tej sprawie, twierdzą, że konflikt interesów został zauważony i zgłoszony.  Problem jednak zsotał odrzucony, bo przecież w wypadku tak biegłych osób jak przewodniczący postępowania, żadne kodeksy etyczne się nie stosują.

Tu sprawa się jednak nie kończy. Dostałem również kilka fragmentów publikacji habilitanta, które zestawiono z fragmentami innych publikacji. I nie trzeba być wybitnym (a nawet żadnym) politologiem, żeby stwierdzić, że fragmeny pracy habilitanta są bezpośrednim tłumaczeniem artykułów, z którymi są porównywane.

Ale jest tu pewien myk. Otóż rzeczywiście po, na przykład, długim akapicie, którym jest tłumaczeniem na żywca, jest przypis (tamże, s. xx-xy). Taki przypis wynika z tego, że publikacja jest przywoływana w akapicie poprzednim.  Jednak tekst nie jest w cudzysłowie, czy też nie jest inaczej zaznaczony fakt cytatu. Co ciekawe, następny akapit czy dwa są również takimże tłumaczeniem, A jakże, tu też pojawia się przypis.  I tekst wygląda na przykład tak:

      • Akapit – tłumaczenie (przypis)
      • Akapit – tłumaczenie (przypis)
      • Akapit – coś od siebie
      • Akapit – tłumaczenie (przypis).

I tak to się piszeeeee! Nieocenione, przy okazji, są próby przybliżenia literatury zagranamicznej czytelnikowi lokalnemu, który po zagranamicznemu może ani du du. I jak tu habilitacji nie dać?

Ale zacząłem się zastanawiać nad czym innym. Jawi mi się bowiem przed oczyma duszy pytanie, jaka część publikacji habilitanta może być tak napisana? Bo, tak, habilitant daje przypis, jest (chyba) kryty, jednak pisze książkę nieswoimi słowami, nie wskazując przy okazji na to. Nie ma cudzysłowu, tekst płynie płynnie, a my przecież czytamy książkę habiltanta, a nie tłumaczenie.

I dlatego  ja tu bym chciał zapytać Uniwersytet Warszawski i Wydział Polityczny, ile wkładu oryginalnego we własną książkę wymaga się na habilitacjach na UW? 70 proc? 50 proc? Mniej? Więcej? Albo inaczej – co który akapit musi taki habilitant napisać od siebie? I na przykład, czy jeśli habilitant tak co trzeci  musi, to czy profesorant musi co drugi? A może co czwarty, bo profesorant już znużony bardziej życiem, a i jego akapity doniośnielsze są. I czytelnik mógłby tyle doniosłości nie znieść.

Od razu mówię, że dla kolegów i koleżanek pytam.

Mam zresztą więcej pytań. Czy na uczelni niebadawczej trzeba więcej czy mniej swojego? Czy stosunek włąsnego do niewłasnego liczony jest średnio na tekst, czy też wymagana jest ściśle wrzuta od siebie co trzeci akapit? A może na przykład od serca napisany wstęp to off-set całych stron tłuamczeń w części głównej?

Jak mi doniesiono,  problem tychże, powiedzmy, nieścisłości przypiśnych, zgłoszono w trakcie omawiania opisywanej habilitacji. Zgłaszający te problemy usłyszał szybko: Jaki jest pana prawdziwy cel? I ja, jako bloger zaangażowany w życie akademickie kraju, chciałbym dodać, że warto by również zadać pytania następujące:

      • Kto za panem/panią stoi?
      • Kim był pana/i ojciec/matka?
      • Od kiedy pan/i lubi donosić?
      • Czy przestał pan/i bić żonę/męża?

Być może w komentarzach pojawią się dodatkowe pytania, żeby można było jeszcze ciekawiej prowadzić postępowania habilitacyjne na Uniwersytecie Warszawskim, a może też gdzie indziej.