Czerń za kudły….

Rzeczywistość mnie wkurza. Wiem, ze muszę coś napisać. I nie potrafię wymyślić co. Bo nie chcę napisać wpisu tylko politycznego, starczy już przecież, że w komentarzach nie kłócę się o brak polityki. Myślę, że ten wpis (a szczególnie jego końcówka) nie spodoba się części z Państwa. Gdybym przeprosił z góry, wskazałbym, że z tym postem jest coś nie tak. A z nim nie jest nic nie tak. On ma właśnie taki być. Kulawy, nieskładny, ale z kończącym go oświadczeniem.

I tak to, gdy tak myślałem i myślałem, co napisać, w sukurs przyszedł mi opublikowany dzisiaj post prof. Galasińskiego. Lingwista nie napisał o protestach, on napisał o haśle „wypierdalać”. O tym, że hasło stało się ważniejsze niż protest, że nieważne, co mówić, ważne jest, bo zachować „kulturę osobistą”. Jak często, Galasiński obserwuje rzeczywistość inaczej, patrząc na język i zauważa elementy rzeczywistości społecznej i politycznej, których my nie dostrzegamy.  A tym razem Galasinski mówi: jak to tak, żeby nasze miłe panie „wypierdalać” mówiły. No, skandal!

Oto tweet w odpowiedzi Galasińskiemu.  Protest tak, ale musimy przecież protestować z klasą:

 

Załamujące. Zastanawiam się, gdzie jest granica takich idiotyzmów. Dom płonie, ale przecież to nie powód, by makijażu i biżuterii nie założyć, nie mówiąc o krawacie i czystych lakierkach.

Dobrze jednak, że ta klasa to tylko pań dotyczy, bo co zrobił taki  prof. Żerko, który nie skorzystał z okazji, by siedzieć cicho. On bowiem  będzie za kudły z kościołów  czerń wywlekać:

Nie wiem, czy to się z klasą da zrobić. Zacząłem się zastanawiać, skąd w wątłym ciele profesorskim tyle męstwa, ale szybko zauważyłem, że on z kolegami przyjdzie.

Inaczej prezes PAN mówi, który też się chce wypowiedzieć. No to zaapelował, żeby policja nie powodowała większej liczby zakażeń. Gratuluję. Prof. Zybertowicza z kolei naszło filozoficznie i  tweetuje o brutalizacji i manipulacji. Eh te imponderabilia. Za to dr Gowin pokazuje, że jest w stanie być za oraz przeciw i na tej miedzy piruety wycinać.

Z radością odnotowuję jednak, że na wysokości zadania stanęła Pani Rektor UAM. Prof. Kaniowska, jak na rektora przystało,  ostrożnie wypowiedziała się na temat decyzji TK. Gratuluję Pani Rektor. Mam nadzieję, że będzie to przykład dla innych rektorów. Pani Rektor wtóruje  legion koleżanek i kolegów, którzy tweetują i fejsbukują. No to ja też.

Dochodzę w ten sposób do sedna sprawy. Ten post, jak można się chyba domyślić, jest tylko pretekstem do tego, żebym ja też się mógł wypowiedzieć i wydać oświadczenie w sprawie. Oto ono:

WYPIERDALAĆ!

PS. Właśnie dodano w komentarzach wypowiedź rektora UW. Takie trochę bylejakie, ani się człek nie zgrzeje, ani nie przeziębi.  Coś ten UW może nie ma od razu złej prasy, ale z pewnością złego bloga ma….

Tak myślę, żeby w następnym wpisie zrobić kompilację tych wypowiedzi. Jeśli więc Państwo natraficie na linka, proszę go umieścić w komentarzach. a ja je potem zbiorę.

Habilitacja obwoźna

I znów nasza perła w koronie, śmietanka na śmietanie, Uniwersytet Warszawski oraz niezawodna Rada naukowa dyscyplin nauki o polityce et consortes. Rada obradowała, a ja tak czytam i czytam i nie do końca wierzę, że to czytam.

Oto protokół obrad rzeczonej rady, w którym polecam Państwu punkt czwarty. W tymże punkcie Rada energicznie debatuje nadanie habilitacji habilitantowi, kiedy to jeden z radny zadaje następujące pytanie:

czy komisja habilitacyjna zauważyła, że książka autorstwa habilitanta de facto nie funkcjonuje w obiegu naukowym, gdyż nie można do niej dotrzeć standardowymi sposobami. Nie jest ona dostępna w żadnej księgarni internetowej, nie można jej odnaleźć w żadnym repozytorium w formie pliku PDF nieodpłatnego czy odpłatnego, nie ma jej również w serwisie e-ISBN Biblioteki Narodowej, chociaż zapewne został jej nadany numer ISBN. Wydawcy, jak i autorzy są zobowiązani do przekazywania egzemplarzy obowiązkowych i książki powinny się znaleźć przynajmniej w wybranych bibliotekach naukowych. Książki dr. Zheltovskyego nie można znaleźć w Bibliotece Narodowej, w Bibliotece Jagiellońskiej czy w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego, ani w żadnej innej bibliotece naukowej w Polsce. Jedynym wyjątkiem są egzemplarze w Akademii Humanistycznej w Pułtusku. 

Powiedziałbym: ups (i nie chodzi mi o znaną firmę kurierską). Niesforny radny wywołał dyskusję, którą szczególnie polecam osobom, które akurat mają nastrój zdołowany (o co nie trudno, powiedzmy sobie szczerze).

Najpierw odpowiedział prof. Raś, który zapewnił, że

wszyscy członkowie komisji otrzymali egzemplarz monografii, która stanowiła zgłoszone główne osiągnięcie naukowe

Uff, pomyślałem, no ale nakład w postaci 7 egzemplarzy dowiezionych z University of Pułtusk Press do komisji, to jeszcze nie książka. Mówimy tu na razie o praktykach wydawniczych znanych z tak zacnych oficyn jak Wydawnictwa  Szwagier, Kuzyn oraz Ciotka Krysia czy Warsaw Garage Editions.

Tu nagle pojawiła się postać Czatu, na którym inny radny stwierdził, że

 dostępność publikacji to sprawa wydawców, którzy niestety nie wywiązują się z obowiązku rozpowszechniania wydawanych przez siebie pozycji. Natomiast druga kwestia nie została podniesiona w toku postępowania habilitacyjnego.

I trzeba przyznać rację prof. Wierzbickiemu, który gani w/w wydawnictwa, ale przyznajmy, że aż tak to nikomu się z Pułtuska po księgarniach jeździć nie chce, zresztą pan Kazik, kierowca, akurat był na zwolnieniu, a z internetem w Pułtusku ciężko. Jeśli więc ktoś chce kupić dzieło dr.Zheltovskyego, niech nabędzie drogą kupna bilet do Pułtuska i zakupi w garażu dzieło. Jakby garaż był zamknięty, trzeba walić zostawioną przed garażem gazrurką, wtedy Pani Wandzia przyleci klienta obsłużyć. 

Cennym głosem w dyskusji były słowa prof. Tośka, który radnych zapewnił, iż dzieło habilitanta ma ISBN i zostało wydane oficjalnie.

Zacząłem się zastanawiać nad oficjalnością wydania i gdzie jest jej granica. Zacząłem podejrzewać, że książka wydana nieoficjalnie to po prostu wydruk maszynopisu w kawiarence internetowej, bo autorowi akurat skończył się tusz w drukarce, a zamowienie z internetu dopiero  w drodze.

Szczególnie docenił, mówiąc szczerze, interwencję dyskusyjną prof. Bielenia, który

Prof. dr hab. Stanisław Bieleń zaproponował, by wrócić do dobrej praktyki i obyczaju, kiedy istniały jeszcze kolokwia habilitacyjne, by to habilitant roznosił książki wszystkim członkom Rady z prośbą o przyjęcie i zapoznanie się. Prof. Bieleń zaznaczył, że autor publikacji często sam musi zadbać o to by, książka trafiła do różnych bibliotek.

Podkreśłiłbym wielkoduszność Pana Profesora, który mógł jeszcze zaproponować, żeby habilitant odpalił członkom Rady jeszcze jakiś tomik w gratisie. A nie zaproponował.

I choć propozycja prof. Bielenia robi z habilitanta jeszcze większego jelenia, bo koszty habilitacji rosną znacznie, szczególnie przy radach liczniejszych, jednak habilitant powinien się wykazać zaangażowaniem znacznym, gdy przystępuje do postępowania.

Rozważyłbym więc jakąś książkę w gratisie. Może coś innego z University of Pułtusk Press Global GmbH LtD Ink Pink & Ultramaryna.

Smutkiem zawiało jednak, gdy Przewodnicząca Rady

poinformowała, że zdarzają się problemy, by uzyskać od habilitantów przynajmniej osiem egzemplarzy dorobku. Istnieje nawet wykładnia, że już jeden dostarczony egzemplarz wystarczy.

Pytanie „Jak żyć?!” staje się małym piwem wobec pytania, które z pewnością nad Radą Dyscyplin Kilku zawisło:

Jak habilitować?!?!?!?!

I tak to Rada obradowała. Habilitacji nie nadała (nie jest dla mnie jasne, dlaczego nie nadała), Czat musiał się zmęczyć, gdy prof. Wierzbicki ciągle na nim siedział, a sądząc po wynikach głosowań, w radzie nastąpił bolesny podział.

Morał tej historii jest następujący. Habilitanci, którzy wydają – i to oficjalnie, a nie byle jak – książki w tak dostojnych wydawnictwach jak dr. Zheltovsky, muszą zapewnić sobie transport. A to dlatego, że będą musieli wziąć egzemplarze swego dzieła (często okupionego potem, krwią i łzami) i będą musieli wziąć się za bary z komiwojażerką akademicką. I do tej Biblioteki Jagiellońskiej i kilku innych ważnych bibliotek karnąć się będą musieli. 

Tu od razu apel do bibliotek. Może warto by wyznaczyć miejsce parkingowe dla podróżujących habilitantów oraz maksymalnie usprawnić procedurę przekazywania im dzieł (wszak za chwilę będą to dzieła z odznaką znaczącego wkładu w dyscyplinę). Żeby taki habilitant,  jak zacznie rano  w Pułtusku, przez Warszawę i Kraków, do wieczora może i do Wrocławia się wyrobił.  Potem już tylko Poznań, Gdańsk i już z powrotem przez Łódź (centrum pedagogiki galaktycznej) do Pułtuska.

Rada Doskonałości i Piękna powinna się z kolei w trybie pilnym zająć stworzeniem listy bibliotek, do których habilitant będzie musiał się udać (czy osobiście – kwestia otwarta). Czy na przykład będzie musiał zawitać do takich Katowic, Zielonej Góry, Szczecina i Bydgoszczy. Nie mówiąc o Białymstoku i Lublinie na rubieżach. Apeluję jednak do Rady, by uwzględniła, że benzyna za darmo nie jest, a i koszty eksploatacji transportu kołowego w dół nie idą!

Myślę, że mogę w imieniu wszystkich serdecznie pogratulować Radzie owocnych i doniosłych obrad. Dzięki nim znacznie wzrośnie mobilność polskich uczonych, a szczególnie, co pożądane w stopniu wysokim, polskich habilitantów.

Na koniec się zacząłem zastanawiać, czy na obrady rady, Państwo Radni, wchodzą przez jakiś Stargate czy są teleportowani do ich świata równoległego. Tak z ciekawości tylko pytam.

Vivant profesores (ale tylko tytulares)

Przez jakiś czas chciałem napisać o sprawie o rektora UG. Jednak  sprawę omówiono już komentarzach. Wydaje mi się jednak, że warto poruszyć poboczny (a szkoda) wątek sprawy. Wątek ów to Apel profesorów tytularnych UG do społeczności uniwersyteckiej

Chciałbym od razu zaznaczyć, że apel jak apel, Państwo Profesorowie mówią rzeczy w miarę oczywiste. I pomimo kilku smaczków, jak to, że odnoszę wrażenie, że sygnatariusze mogą podpowiedzieć, kto jest tym „właściwym” kandydatem, to nie ma co się nad apelem zatrzymywać.

Warto jednak zatrzymać się nad tytułem. Mam nadzieję, że czytelnikom tego bloga nie umknął fakt, że apel podpisał nie byle kto. Podpisali go bowiem profesorowie tytularni!. Nie jakieś tałatajstwo habilitowane, nie jak jakieś doktoryzowane chłystki, nie akademiccy dalici ledwo co z magisterium, ale

P R O F E S O R O W I E   T Y T U L A R N I!

Creme de la creme, światłość światłości, jasność jasności, mądrość mądrości, super duper carramba luminarze! To ludzie, których dostojeństwo jest tak dostojne, że zwykli dostojnicy wyglądają jak chłopki roztropki spod budki z piwem. Ci sygnatariusze, idę o zakład, nie muszą włączać świateł drogowych poza miastem, bo światło od nich bijące drogę oświetla. Oni nie muszą mieć centralnego ogrzewania w domach, bo ich myśli tyle ciepła wydzielają,  nie muszą korzystać ze schodów, bo starczy, że pomyślą a dostojnie unoszą się na piętro.

Chuck Norris, człowiek, który leczy raka łzami, policzył do nieskończoności dwa razy, a profesor tytularny nieskończoną liczbę razy! Chyba że mu się nie chce. Profesor tytularny to Kloss, Stirlitz i Janek Kos w jednym.

I tu zatrzymam się i zadam pytanie. Czy ktoś jest w stanie sobie wyobrazić, że ten apel podpisałby ktoś, kto nie jest profesorem tytularnym? Gdy sobie to wyobraziłem, to, co zobaczyłem, przeraziło mnie. Zobaczyłem obraz nędzy, rozpaczy, skalania, zbałamucenie, bluźnierstwa wręcz.

Apel, który czytamy wszyscy ze stosownym nabożeństwem, straciłby po milionokroć, ba, po paproć (!), gdyby nawet leżał koło kogoś nietytularnego.

I na końcu, pragnę w imieniu swoim oraz czytelników tego bloga, serdecznie i namiętnie podziękować Panu Profesorowi Bogusławowi Górce (o losie ironiczny, surowe płatasz figle!) za apelu sporządzenie. I za to, że mogłem, być może po raz ostatni, przeczytać czasownik ‚sporządzić’.

Amen.

 

 

Konikturalizm

Przeczytałem dzisiaj, że nie poprawiam literówek. Postanowiłem się do tego odnieść. Oświadczam stanowczo, że takie stwierdzenie to  kalumnia i potwarz! Z całą mocą chciałbym oświadczyć, że  literówki poprawiam. Tyle że, niestety,  jak się często się okazuje,  nie wszystkie.

Nie zdradzę tajemnicy, ani nikogo chyba nie zaskoczę, gdy powiem, że poprawiam tylko te, które zauważam oraz te, które zauważa i odnotowuje WordPress. Ze spuszczoną (lekko)  głową konstatuję, że stanowią one podzbiór wszystkich literówek występujących w moich postach.

Jednak zdradzę pewną tajemnicę mojego „warsztatu”. Od początku istnienia tego bloga piszę posty od razu „na czysto”, często nawet nie czytając ich po napisaniu. Nie mam  zatem opasłej kartoteki na dysku z 1035 (sic!) postami w MS Word, które są uważnie redagowane, a potem sprawdzana jest pisownia. Dlatego też od początku istnienia tego bloga od czasu do czasu pojawia się krytyka literówek.

Gdybym teraz napisał przeprosiny, to implikowałbym, że wstydzę się tych literówek, albo że jest mi z nimi źle. Otóż nic takiego nie ma miejsca. Dla mnie mój blog, jak i blogowanie w ogóle, implikuje adhokowatość. Pisanie tu i teraz, tak jak się pisze pamiętnik. i gdy jako chłopiec pisałem pamiętnik, nigdy nie pisałem niczego na brudno, by potem przepisać. Szkoda życia.

Mógłbym więc powiedzieć, że gdybym miał dar nierobienia literówek nigdy ale to  nigdy, to ja bym je wstawiał, żeby nadać postom  „autentyczność”. Na szczęście nie muszę tego robić i autentyczność moich wpisów osiągana jest w sposób naturalny. I to dzięki niemu mogliście Państwo (a przynajmniej ci, którzy te posty w ogóle jeszcze czytaj przed skupieniem się nad komentarzami) przeczytać w poprzednim poście o konikturalizmie, a nie o jakimś nudnym koniunkturalizmie.

Czyż hippiczność tego słowa nie jest z gruntu piękna? Kłusuje wręcz więc konikturalizm po metaforycznych polach WordPressa, a za chwilę prerii Gugli, że aż się prosi, by to w zwolnionym tempie puścić. Ba, rzekłbym nawet, że gdyby żył jeszcze malarz Podkowiński, to namalowałby Szał konikturalizmu, a nie żadnych gupich*) uniesień.

Mam jednak nadzieję, że ci, którzy nie cierpią moich literówek uważając, że niszczę język polski, poszukają w swych sercach wybaczenia. A ci, którym są one  obojętne wybaczą, że w ogóle zawracam gitarę taką błahostką.

Chciałbym też dodać, że mam niezłą interpunkcję!

*) Celowo opuściłem „ł” licząc na mizerny efekt stylistyczny.