3 miesiące

Na forum dyskutowany był niedawno kolejny apel o odwołanie minister Kudryckiej. Nie będę go tu omawiał w całości, jednak chciałbym zwrócić uwagę na jeden z passusów. Otóż autorzy listu piszą:

 

a. Przeprowadzenie przewodu habilitacyjnego w ciągu pięciu miesięcy jest niewykonalne o ile recenzenci mają w sposób rzetelny zapoznać się z przedstawioną pracą habilitacyjną i z dorobkiem habilitanta. W przypadku nauk humanistycznych może wiązać się to z koniecznością przeczytania wielu set stron, przyjmując optymistycznie, że recenzent zna część dorobku habilitanta. W przypadku pracy doktorskiej trzy miesiące przewidziane na wykonanie recenzji jest możliwe, choć trudne do wykonania, w przypadku zaś pracy habilitacyjnej absolutnie niemożliwe. Dotyczy to wszystkich kierunków nauk, a szczególnie jaskrawo widać to w zakresie nauk humanistycznych.

 

Krytyka ta mnie zaskoczyła. Idzie mi przede wszystkim o krytykowane ramy czasowe wyznaczane dla recenzentów. 3 miesiące na recenzję doktoratu to ledwo co możliwe, a 3 miesiące na recenzję habilitacyjną to niemożliwość nad niemożliwościami.

 

Najpierw kilka słów na temat recenzji doktorskiej – dla porządku. Jak już jakiś czas temu wspominałem, mam za sobą doświadczenie pisania recenzji doktorskiej i zajęło mi to około tygodnia, być może odrobinę więcej. Nie powiedziałbym również, że to był tydzień, w którym się jakoś szczególnie przepracowałem. Przeczytanie doktoratu zajęło mi kilka dłuższych wieczorów, napisanie recenzji, a zrobiłem to porządnie, dwa, może trzy dni, oczywiście nie siedziałem nad tym od rana do wieczora. Gdzie tu 3 miesiące? Nie mam pojęcia.

 

Teraz kwestia recenzji habilitacyjnej. Do pewnego stopnia nie rozumiem, dlaczego humanistyka znów jest jakoś wyjątkowo szczególna. Tak, artykuły w naukach ścisłych są krótsze – zaglądnąłem do biologów, na podstawie kilku postępowań, można by powiedzieć, że recenzenci czytają około 50 stron tekstu, jednak wydaje mi się, że tekstu znacznie ‚gęstszego’ niż przeciętna rozprawa habilitacyjna z historii czy z literaturoznawstwa (nie ma w tym, co mówię, żadnej oceny). Co więcej, myślę, że można by spokojnie powiedzieć, że ilość tekstu, przez który musi się przebić recenzent habilitacyjny nie różni się dramatycznie od ilośći tekstu przy doktoracie. Tak, być może jest go trochę więcej przy habilitacji, ale mówimy o, powiedzmy, 30-50 procentach (i to chyba znacznie bardziej wzrasta w naukach ścisłych)? Maksymalnie?

 

Myślę, że można spokojnie założyć, że tak jak w wypadku doktoratu trzy miesiące z luzem i tańcami wystarczają na to, by się zapoznać z osiągnięciem. To gdzie te wiele setek stron? Podejrzewam, że w dorobku. Gdyby rzeczywiście recenzent chciał się zapoznać z całością dorobku habilitanta, ilość tekstu do przeczytania wzrasta dramatycznie, szczególnie, rzeczywiście, w humanistyce (i pewnie nie jest offsetowana gęstością tekstu ścisłego). Problem jednak w tym, że recenzje habilitacyjne wskazują, że recenzenci raczej nie czytają całego dorobku (no bo i po co mieli to robić?). Komentarze na temat  dorobku poza osiągnięciem są zazwyczaj powierzchowne, a recenzje skupiają się właśnie na osiągnięciu. Autorzy apelu protestują przeciwko czemuś, co tak zwyczajnie nie ma miejsca.

 

Gdzie zatem owe niemożliwe do zrealizowania 3 miesiące? Nie mam pojęcia. Ale wiem, skąd jest protest. Otóż protest jest stąd, że Państwo profesorowie coś muszą, im się każe zrobić coś szybko, sprawnie, oni mają się wziąć do pracy nie wtedy, gdy w duszy im zagra, ale wtedy, gdy oczekuje od tego ustawa czy zleceniodawca recenzji. Ale warto tu być może przypomnieć autorom listu, że piszący recenzje dostają za to wynagrodzenie i to wynagrodzenie niebagatelne. Oni przecież nie robią łaski.

 

I jeszcze drobna uwaga. Autorzy apelu piszą:

 

W przypadku nauk humanistycznych może wiązać się to z koniecznością przeczytania wielu set stron, przyjmując optymistycznie, że recenzent zna część dorobku habilitanta.

 

Trudno mi określić, ile to jest ‚wiele set’, ale pomyślałbym, że to musi być, lekko licząc, przynajmniej półtora tysiąca. A zatem przynajmniej półtora tysiąca stron musi przeczytać recenzent, który już zna część dorobku habilitanta. To ile stron musi przeczytać osoba, która nie zna w ogółe dorobku habilitanta i co taka osoba robi jako recenzent? Na pierwsze pytanie odpowiedziałbym, że może i nawet 3000, na drugie odpowiedzi nie znam. Zacząłem się jednak zastanawiać, czy dorobku humanistów przy takich wyliczeniach nie warto by mierzyć kilogramami, a nie ilością stron. Może o to też warto by zaapelować.