Aktywność habilitanta – cd

Nie wiedząc, co dokładnie ma na myśli ustawodawca, udałem się do drugiego źródła wiedzy – rozporządzenia. Rozporządzenie MNiSW w sprawie…..(habilitacji) precyzuje, o co idzie w sprawie aktywności naukowej. Otóż aktywność naukowa, która się liczy, to:

a. udział w konferencjach (krajowych i międzynarodowych);

b. członkowstwo w komitetach i radach czasopism;

c. zrealizowane projekty naukowe – od krajowych do globalnych;

d. kierowanie zespołami badawczymi.

 

Mam parę uwag. Po pierwsze, warto pamiętać, że konferencje muszą na siebie zarobić. Innymi słowy, jeśli dobrych referatów jest za mało, żeby forsa z wpisowego pokryła koszty konferencji, przyjmiemy referaty ‚mniej doskonałe’, a jeśli i tych nie starczy, to przyjmiemy te ‚zupełnie niedoskonałe’. Co więcej, na konferencje jeździ się wtedy, gdy ktoś za to zapłaci. Nie zapłaci, nie jadę. Dlaczego zatem oceniać mnie pod względem dostępnych mi budżetów konferencyjnych? Nie toczy mnie stado wątpliwości, że nie warto oceniać habilitantów pod względem uczestnictwa w konferencjach.

 

Po drugie, bez wątpienia członkowstwo w komitetach itd. jest czymś dobrym i warto być w takim komitecie. Jednak warto pamiętać, że uczestnictwo w takich komitetach jest często wyznacznikiem tego, kogo się zna, a nie tego, jak wielkim jest się uczonym. Czy jeśli mnie nie zaproszono do rady czasopisma, to jestem do kitu naukowcem? Może to oznaczać, że nie dbam o ‚networking’, a przy okazji, że moje badanie są niszowe. Czy na pewno warto oceniać habilitanta pod względem działalności ‚czasopismowej’? Z pewnościa można, ale czy ona wiele o habilitancie mówi? Wątpię.

 

Po trzecie, bez wątpienia granty (szczególnie te międzynarodowe) są czymś ultapozytywnym. Jednak warto również pamiętać, że pisania grantów trzeba się nauczyć. A gdzie prowincjonalny habilitant miałby się tego nauczyć? Zapytałbym inaczej: ile polskich uczelni ma sensownie zorganizowane i, co kluczowe, kompetentne biuro wspierające pisanie grantów europejskich? Ile polskich uczelni, śladem uczelni europejskich, ma swoich przedstawicieli w Komisji Europejskiej, ‚mierzących puls’ w Directorate-General for Research?

 

I wreszcie, po czwarte, jakie są szanse, że mały żuczek-adiunkt zostanie kierownikiem zespołu badawczego z pominięciem lokalnego profesora? Z całym szacunkiem, Pani Minister, ale proszę choć spróbować nawiązać kontakt z rzeczywistością. Przecież z definicji adiunkt jest niesamodzielnym pracownikiem naukowym, no to jakim cudem ma samodzielnie kierować zespołem badawczym?!?!

 

I teraz tak: nie chciałbym, żeby moje komentarze odebrane zostały jako chęć obniżenia poziomu habilitacji. Jestem za umiędzynarodwoieniem polskiej nauki, za wymaganiami nawiązującymi do kryteriów obowiązujaych na świecie (z rozsądkiem). Ale chcę być oceniany sensownie. Nie chcę być oceniany za to, że mnie kierownik nie lubi i nie płaci za konferencje. Nie chcę być penalizowany za niszowość moich badań i za to, że mój profesor ma rozbudowane ego i nigdy nie pozwoli mi na kierowanie projektem międzynarodowym.

 

i na koniec. Rozporządzenie MNiSW wskazuje, co należy brać po uwagę rozważając aktywność naukową. Ale co z istotną aktywnością naukową? Czy uczestnictwo w każdej konferencji jest istotne? Lokalna konferencja może być całkiem istotna dla moich badań! Skąd recenzent ma wiedzieć, czy uczestnictwo w konferencji było istotne? Przecież ja mogę celowo i strategicznie wybierać konferencję, zeby wypróbować idee kontrowersyjne. Skąd recenzent będzie to wiedział??

 

Myślę, że jasne jest to, że nie podoba mi się kryterium istotnej aktywności naukowej. Nie podoba mi się, bo jest kompletnie ambiwalentne. I ambiwalencji tej recenzenci nie są w stanie rozwiązać, według mnie. Źle się sprawy mają.