Miś uszatek

Właśnie dostałem maila, w którym poinformowano mnie, ze awans p. Góreckiego został wstrzymany. Okazało się, że rektor Pałys nabrał podejrzeń, że dr hab. Górecki uchybił  godności nauczyciela obrażając swoich kolegów z pracy. Rektor podejrzewa tak bardzo, że postanowił konto Góreckiego na FB zgłosić komisji dyscyplinarnej, która przeprowadzi postępowanie wyjaśniające. Jak podejrzewał, tak zrobił, a jednocześnie zawiesił postępowanie awansowe.

Problemy widzę dwa. Po pierwsze, Górecki jest wkurzający i nieznośny. He had it coming, jak mówią górale z Chicago i aż dziw, że tak długo to trwało.

Muszę jednak powiedzieć, że fakt, iż to tak długo trwało, wskazuje, że jest w tym drugie dno. Otóż moim zdaniem wcale nie chodzi o żadne uchybianie, wcale nie chodzi o żadną godność, ale chodzi o to, że rektor wystąpił jako okop Świętej Trójcy, trzeci rząd legionistów rzymskich, a może i Sarah Connor ratująca świat. I rzutem na taśmę jednak zastopował awans.

Nie będzie Górecki Biuru Politycznemu pluł w twarz i dzieci nam tumanił swoimi publikacjami. Górecki to Skynet polskiej politologii i trza go zatrzymać.

I tu pojawia się drugi problem. Otóż zadałem sobie trud ponownego zaglądnięcia do statutu UW. I okazuje się, że w tymże statucie w kryteriach profesorskich nie ma nic o tym, że profesorant ma się dobrze zachowywać, nikogo nie obrażać i ogólnie być fajnym misiem uszatkiem polskiej nauki.

I o ile rozumiem, że Góreckiemu można udzielić nagany, można mu nawtykać instytucjonalnie, można go nawet z pracy wyrzucić, to profesura mu się należy jak psu buda. I jeśli ma np. dostać naganę, to powinien dostać ją już jako profesor uczelni, bo on spełnił kryteria, a Senat, ostatni z warunków, to zaaprobował.

Niestety, po raz kolejny Uniwersytet Warszawski jawi się jak, nie przymierzając, rektorski folwark, po którym władza na metaforycznej kasztance sobie ujeżdża, wspomagana oklaskami Biura Politycznego. Rektor zachowuje się jak cysorz (i ma pewnie klawe życie), który albo da, albo nie da. Żadna procedura go nie obowiązuje.

Niedawno usłyszałem od kogoś, że miał okazję swojemu dziekanowi przypomnieć, że jest dziekanem na wydziale, a nie księciem panem na swych włościach. Może warto o tym przypomnieć również odchodzącemu rektorowi UW. Może mu się coś pokićkało.

 

Cały świat o dorobku

Już wszyscy wiemy,  że dr hab. Andrzej Zybertowicz nie dostanie profesury (linka do artykułu).  Nie znam Zybertowicza, nie chcę się wypowiadać na temat jego dorobku, ale szlag mnie jasny trafia, że gazeta.pl w ogóle o tym pisze. Choć Zybertowicz jest osobą publiczną, to mam duże wątpliwości, czy jego dorobek powinien być omawiany w ogólnopolskich mediach oraz komentowany przez wszystkich. Nagle pielęgniarka, motorniczy, księgowa oraz dyrektor i ksiądz znają się na socjologii i omawiają. Po cło to? Nie wiem.

Niestety, te publiczne rozważania doprowadzają do kolejnego idiotyzmu. Oto prof. Gliński tweetuje, że zrzeka się tytułu profesorskiego, bo Zybertowicz zasługuje bardziej. To oczywiście kompletnie pusty gest, jednak ma znaczenie.

Ma znaczenie, bo to  kolejna odsłona psucia nauki. Najpierw prezydent odmawia nadania profesury psychologowi (oczywiście w trosce o naukę), a teraz minister kultury  tak się przejął polską nauką, że trzaska tytułem profesorskim, bo jego kolega nie dostał. To może już lepiej przestańmy udawać, że mamy jakieś recenzje czy postępowania. Do spółek i innych synekur z nadania politycznego dodajmy profesury. Nie tak dawno klucz polityczny miał znaczenie, upolitycznijmy naukę jeszcze dalej. Wypowiedź Glińskiego to właśnie polityczne wsparcie dla ideowo słusznej profesury. Nienadana profesura Bilewicza to nienadanie profesury ideowo niesłusznej.

Ale chciałbym dodać, że my się sami wystawiamy na to wszystko. Zbyt wielu naukowców angażuje się politycznie po  jednej czy drugiej stronie, androny polityczne sadzi, podpierając się swymi stopniami czy tytułami. Róbmy tak dalej, będziemy się musieli do jedynie słusznej partii zapisać.  I to sekretarz POP będzie decydował o profesurach i doktoratach.

Na koniec jeszcze małe sprostowanie. Zwrócono mi uwagę na następujący tekst autorstwa dr Mularskiej-Kucharek. Czytam w nim, co następuje:

aż po hejt w Internecie na poczytnym blogu dotyczącym habilitacji, prowadzonym przez….naukowca z kręgu osób bliskich niektórym członkom komisji (sic!).

Podejrzewam, że ów „poczytny blog dotyczący habilitacji” to mój blog. Nie znam innego, a blog jest poczytny. Nie do końca wiem, co to znaczy być  „z kręgu osób bliskich niektórym członkom komisji”, jednak insynuacja, że napisałem o postępowaniu dlatego, bo ktoś mnie do tego namówił czy dlatego,  by działać w czyimś interesie, jest nieprawdziwa. Nie znam osób z komisji, o większości, tak jak o habilitantce, nie słyszałem przed napisaniem postu na temat jej postępowania. Żadnej z tych osób nie znam osobiście, nigdy z żadną nie rozmawiałem, a nawet z tego, co mi wiadomo, nawet nie przebywałem w tym samym miejscu, co te osoby.

Chciałbym też powiedzieć, że przez te 8 lat pisania bloga wielokrotnie odmówiłem napisania o czymś, co napisali moi korespondenci. Powody są dwa. Po pierwsze, coś nie wydaje mi się wystarczająco interesujące, po drugie, podejrzewam, że chodzi o co innego niż troska o dobro i rzetelność polskiej nauki. Decyzja by o czymś napisać jest zawsze moja i odzwierciedla tylko i wyłącznie moje zainteresowania.

PS. Już jest list otwarty wspierający profesora wyklętego. Ma wrażenie, że wylecieliśmy w kosmos i kierujemy się do galaktyki far far away. Tam prof. Jar Jar Binks przeprowadzi postępowanie razem z dziekanem Yodą.

I sami sobie to robimy.

 

Warszawski kapturek

Z radością donoszę, że wiem więcej o nieznośnej profesurze Macieja Góreckiego. Dostałem bowiem  kilka dokumentów.

Pierwsze dwa dokumenty to dwie uchwały Senatu UW. Pierwsze uchwała jest w sprawie 37 (tak, TRZYDZIESTU SIEDMIU) doktorów habilitowanych, których mianowano profesorami UW. Druga uchwała dotyczy jednego doktora habilitowanego – p. Góreckiego. Nie jestem pewien, czy w sprawie 37 świeżo upieczonych profesorów uczelni głosowano en bloc (byłoby to przezabawne), jednak wątpię w to. Wyróżnienie więc Góreckiego do rangi osobnego punktu obrad Senatu wskazuje, że sprawa jest ważna i kolosalna. Od razu wiemy, że nie idzie tu o jakiegoś zwykłego haba. Tu idzie o TEGO Góreckiego. Oczywiście tych 37 otrzymało rekomendację Biura Politycznego UW, Górecki nie.

Drugi dokument, który dostałem, to zestawienie dorobku Góreckiego z 8 politologami, którzy uzyskali rekomendację Politbiura. I tu, przyznam szczerze, spadła mi szczęka. Jeśli ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości co do uczciwości procesu, to ten dokument rozwiewa je w całości. Podam kilka przykładów (choć nie będę podawał nazwisk), żeby uzmysłowić, o co idzie.

Górecki, który nie dostał rekomendacji, ma 14 publikacji na WoS, jedna z osób, która uzyskała rekomendację, nie ma ani jednej. Ani jednej!! Ani na Scopusie, ani na WoS!  Ta osoba nie ma też ani jednego cytowania wg Scopus/WoS, mając przy okazji indeks h=0. Żadna z osób rekomendowanych nie ma więcej publikacji z Scopus/WoS niż Górecki. Indeks Hirscha Góreckiego to h=6 (WoS). Najwyższy h poza Góreckim to h=2 (WoS).  Górecki ma więcej cytowań zarówno wg Scopusa jak i WoS niż pozostali rekomendowani politologowie razem wzięci, ba, wg WoS ma ich czterokrotnie więcej, wg Scopua 2,5 raza więcej. Jeszcze raz: ponad cztery razy więc niż wszyscy pozostali rekomendowani politologowie razem wzięci!

No ale, jak donoszą mi, na Senacie UW nie wypada mówić o bibliometrii. Nie wypada!!! Ja przepraszam, ale nie wypada mówić o bibliometrii na obradach Senatu pierwszej uczelni polskiej. Czy was tam w Warszawie pogięło już doszczętnie?

Z kolei prominentny członek Politbiura (który nie skalał się chyba publikacją nie w naszej pięknej ojczystej mowie, nie sprawdzałem jednak publikacji w językach narodów bratnich) miał stwierdzić, że artykułów opublikowanych w systemie ‚online first’ nie powinno się wliczać do dorobku, bo przecież nie są jeszcze opublikowane w czasopiśmie. Pod jakim kamieniem uchował się ten niezwykle ważny i wybitny profesor zwyczajny, może lepiej nie wiedzieć.

No i warto dodać, że dorobek dorobkiem, ale inny wybitny i medialny politolog miał stwierdzić, że promowanie licencjatów to jednak sprawa doniosła i nie należy z dorobkiem przesadzać. Pozostało mi się zadumać, czy osoba z samymi zerami w zestawieniu robi jeszcze cokolwiek innego poza promowaniem licencjatów, bo naukowo jakoś się chyba nie wysila.

Wynik głosowania: 38 za, 5 przeciw, 8 wstrzymujących się. Jakikolwiek komentarz jest chyba zbędny. Odnoszę wrażenie, że Uniwersytet Warszawski, a w szczególności jego politologia skompromitowały się. I szkoda, że się tak stało.

Życzę nowemu rektorowi UW pilnego i krytycznego przyjrzenia się systemowi awansów na uczelni. Taka sytuacja jak z prof. Góreckim nie powinna się nigdy więcej powtórzyć. I nikt na uczelni nie powinien myśleć, że nie ma szans na profesurę, bo go taka czy inna osoba nie lubi. Do mnie napisały dwie takie osoby.  Zacząłem się też zastanawiać, czy określenie komisji awansowej Biurem Politycznym nie jest krzywdzące. Dla byłych członków Politbiura, rzecz jasna. Być może należy mówić o sądzie kapturowym.

Nieznośna profesura

Właśnie na Twitterze pojawiła się informacja, że dr hab. Maciej Górecki został profesorem Uniwersytetu Warszawskiego. Warto dodać, że Senat zagłosował za tą profesurą, pomimo negatywnej opinii Biura Politycznego UW. Gratuluję p. Góreckiemu.

Teraz to dopiero on będzie nieznośny.  🙂

Jak będę miał więcej informacji (mam nadzieję, że ktoś napisze), to podzielę się  informacjami.

Otwarty sezon

Pod poprzednim wpisem dyskusja na temat słów niejakiego Czarnka, dr.hab. prawa, który to prawo wykłada i wypowiedział się na temat osób o orientacjach nieheteronormatywnych. Wypowiedział się przy tym profesor podwórkowy, co mnie ucieszyło bardzo. Przyznaje podwórkowy, że słowa Czarnka są obrzydliwie, pisze jednak dalej tak:

trudna sprawa, dla mnie wybitnie graniczna. Kto pamięta, ten pamięta – ale ja zawsze byłem i jestem za maksymalnie szeroką swobodą wypowiedzi w akademii oraz przeciw postępowaniom dyscyplinarnym za zachowania niezwiązane bezpośrednio z akademią (niezależnie od tego, czy dotyczy to studenta czy pracownika naukowego).
Gdyby Pan Czarnek był fizykiem/geologiem/literaturoznawcą/historykiem, byłbym zdecydowanie przeciw wszczynaniu postępowania dyscyplinarnego.
Ale jeśli wykłada on prawo konstytucyjne, gdzie ma przedstawiać interpretacje konstytucyjnych pojęć godności człowieka/równości wobec prawa/wolności osobistej, to istnieje realna wątpliwość, czy on te pojęcia rozumie i czy uczciwie przedstawia je na zajęciach.
Sprawa do przebadania; czy do zwolnienia – tego nie wiem.

A ja nadal nie rozumiem, dlaczego takie sprawy traktować w kategorii wolności słowa. Nie znam się, ale, po raz kolejny, nie o wolność słowa tu chodzi. MOim skromnym i nieprawniczym zdaniem tu idzie o przemoc. Fakt, przemoc niefizyczną, ale przemoc.

Załóżmy, że taki homofob tak bardzo gejów nie lubi, że podchodzi do jednego i daje mu prosto w pysk. Miałbym nadzieję, że homofob czym prędzej zostałby oskarżony ze stosownego paragrafu, bo ludzi bić nie wolno.

I teraz mamy słowa Czarnka, który uważa, że między innymi jego pracowi koledzy niehetero są obywatelami znacznie gorszego sortu niż jego koledzy hetero-poprawni.  I jak dla mnie jego słowa należy traktować jako  przemoc symboliczną wobec tychże pierwszych kolegów. Bo nie dość, że kolegom może być przykro (pal sześć), to na dodatek mogą doznać innych traum psychicznych (w mediach pojawiają się sensowne apele, by zaprzestać jawnej państwowej homofobii również dlatego, że może ona mieć konsekwencje tragiczne). Ba, gorzej jeszcze, mogą się nieheteronormatywni bać, że taki Czarnek będzie dalej ich obrażał, podważał, a konsekwencje tego mogą być nader poważne. Wiele przemocy zaczyna się od tego, że jakaś grupa społeczna jest językowo demonizowana.

A ja z kolei myślę, że wszyscy mamy prawo do tego, by pracować w środowisku, w którym nie obawiamy się o to, że spotka nas w nim delikt w postaci dyskryminacji, szyderstwa, nie mówiąc o przemocy.

Czy bowiem wyobrażamy sobie, że słowa p. Czarnka nie dotyczą ludzi, którzy kochają innych niż uważa się to za moralne, ale osób niepełnosprawnych. Wyobraźmy sobie, że słowa, o których mówimy brzmiały:

skończmy słuchać tych idiotyzmów, o jakichś prawach człowieka czy jakiejś równości. Ludzie kalecy nie są równi ludziom normalnym i skończmy wreszcie z tą dyskusją.

Czy też uznalibyśmy te słowa za wolnościowo dopuszczalne, a p. Czarnka za fajnego kolegę z pracy. Tylko że on ma takie niehalo, że uważa, że ten pokurcz na wózku nie jest normalny i równy takiemu, co na dwóch własnych nogach po korytarzach śmiga.  Nasze wzmożenie moralne, coś mi się zdaje, byłoby znacznie większe.

No i tu dochodzimy do konkluzji, którą już sugerowałem. Moim zdaniem, słowa Czarnka to słowa, których ja się boję. One zmieniają środowisko pracy. Zmieniają tak, że osoby należące do grupy ‚nierównych’ nie tylko nie mogą się już czuć komfortowo w pracy, oni mogą się nie czuć bezpiecznie. I dlatego uważam, że nie idzie tu o żadną wolność słowa, ale o stosowanie przemocy (symbolicznej).

Rozumiem oczywiście, że niełatwo będzie przeróżne wypowiedzi klasyfikować tak czy owak. Jednak podobnie jest z przemocą fizyczną. O ile podejście do kogoś i danie mu w ryja może być ocenione z pewną łatwością, już wszelkie poszturchiwania wymagają zapewne niuansów, od których najtężsi prawnicy zeza dostają. I podobnie będzie ze słowami. Ale, jak mówił pewien fajny prezydent, Yes, we can. O zgrozo, to był prezydent z czarną skórą. Strach się bać!

I tu jeszcze dwa małe postscriptumy. Czarnek już zapewnia, że słowa wyrwano z kontekstu. Ja cię kręcę,  prawica to strona iście kontekstualna, ciągle coś im ktoś wyrywa. A mi marzy się, przyznam szczerze, taki ktoś, kto powie – tak, ja to powiedziałem, ja tak myślę, jestem gotów ponieść konsekwencje. Niestety, do tego trzeba odwagi i kręgosłupa.

Drugie postscriptum jest takie, że niech sobie Czarnek pieprzy jak potłuczony, ile tylko chce. Niech pisze, mówi, a nawet śpiewa o nierównych prawnie gejach. Jednak to, że wolność słowa mu na to pozwala, nie oznacza, że ja jako pracodawca chcę kogoś takiego zatrudniać. I skoro już pytają mnie o to, czy byłem karany, bo inaczej do rady dyscypliny nie mogę wejść, to mogą mnie pytać również o to, czy ja uważam, że wszyscy pracownicy uczelni są równi wobec prawa i uczelni. I skoro taki Czarnek tak nie uważa, to ja jako pracodawca nie mam przyjemności go zatrudniać. I dlatego zresztą uważam, że należy go z KULu wypieprzyć na zbity pysk. Ba, wydawałoby się, że szczególnie KUL powinien to zrobić. Bo choć teolog ze mnie jak z koziego zadu trąba, to nie mam wielu wątpliwości, że Jezus (bez względu na nasze poglądy na jego świętość) szedłby ręka w rękę z tymiż gejami. Szedłby właśnie dlatego, że  dzisiaj otwarty sezon (symbolicznych) polowań na nich mamy.

 

Jaki jest pana prawdziwy cel?

Nieszczęścia chodzą parami, choć na Uniwersytecie Warszawskim chyba zaczęły tworzyć już zastępy. Sprawy warszawskiej politologii znów zapełniły mi skrzynkę pocztową. Tym razem zwrócono mi uwagę na pozytywnie zakończone niedawno postępowanie habilitacyjne.

Zwrócono mi uwagę na dwie sprawy. Po pierwsze, w postępowaniu mamy ewidentny i oczywisty konflikt interesów i to aż dwu recenzentek. Jedna współpracowała z habilitantem we współnym grancie (żeby było śmieszniej, już tego nie ma na stronach UW), a druga jest współautorką wspólnej publikacji. Jest dla mnie oczywiste, że obie recenzentki miały (mniejszy lub większy) interes w tym, żeby napisać pozytywną recenzję.

Proszę zwrócić uwagę, że ja nie twierdzę, że recenzje są nierzetelne, że powinny być negatywne. Ja jedynie twierdzę, że obie recenzentki nie powinny były być recenzentkami.

Osoby, które do mnie napisały w tej sprawie, twierdzą, że konflikt interesów został zauważony i zgłoszony.  Problem jednak zsotał odrzucony, bo przecież w wypadku tak biegłych osób jak przewodniczący postępowania, żadne kodeksy etyczne się nie stosują.

Tu sprawa się jednak nie kończy. Dostałem również kilka fragmentów publikacji habilitanta, które zestawiono z fragmentami innych publikacji. I nie trzeba być wybitnym (a nawet żadnym) politologiem, żeby stwierdzić, że fragmeny pracy habilitanta są bezpośrednim tłumaczeniem artykułów, z którymi są porównywane.

Ale jest tu pewien myk. Otóż rzeczywiście po, na przykład, długim akapicie, którym jest tłumaczeniem na żywca, jest przypis (tamże, s. xx-xy). Taki przypis wynika z tego, że publikacja jest przywoływana w akapicie poprzednim.  Jednak tekst nie jest w cudzysłowie, czy też nie jest inaczej zaznaczony fakt cytatu. Co ciekawe, następny akapit czy dwa są również takimże tłumaczeniem, A jakże, tu też pojawia się przypis.  I tekst wygląda na przykład tak:

      • Akapit – tłumaczenie (przypis)
      • Akapit – tłumaczenie (przypis)
      • Akapit – coś od siebie
      • Akapit – tłumaczenie (przypis).

I tak to się piszeeeee! Nieocenione, przy okazji, są próby przybliżenia literatury zagranamicznej czytelnikowi lokalnemu, który po zagranamicznemu może ani du du. I jak tu habilitacji nie dać?

Ale zacząłem się zastanawiać nad czym innym. Jawi mi się bowiem przed oczyma duszy pytanie, jaka część publikacji habilitanta może być tak napisana? Bo, tak, habilitant daje przypis, jest (chyba) kryty, jednak pisze książkę nieswoimi słowami, nie wskazując przy okazji na to. Nie ma cudzysłowu, tekst płynie płynnie, a my przecież czytamy książkę habiltanta, a nie tłumaczenie.

I dlatego  ja tu bym chciał zapytać Uniwersytet Warszawski i Wydział Polityczny, ile wkładu oryginalnego we własną książkę wymaga się na habilitacjach na UW? 70 proc? 50 proc? Mniej? Więcej? Albo inaczej – co który akapit musi taki habilitant napisać od siebie? I na przykład, czy jeśli habilitant tak co trzeci  musi, to czy profesorant musi co drugi? A może co czwarty, bo profesorant już znużony bardziej życiem, a i jego akapity doniośnielsze są. I czytelnik mógłby tyle doniosłości nie znieść.

Od razu mówię, że dla kolegów i koleżanek pytam.

Mam zresztą więcej pytań. Czy na uczelni niebadawczej trzeba więcej czy mniej swojego? Czy stosunek włąsnego do niewłasnego liczony jest średnio na tekst, czy też wymagana jest ściśle wrzuta od siebie co trzeci akapit? A może na przykład od serca napisany wstęp to off-set całych stron tłuamczeń w części głównej?

Jak mi doniesiono,  problem tychże, powiedzmy, nieścisłości przypiśnych, zgłoszono w trakcie omawiania opisywanej habilitacji. Zgłaszający te problemy usłyszał szybko: Jaki jest pana prawdziwy cel? I ja, jako bloger zaangażowany w życie akademickie kraju, chciałbym dodać, że warto by również zadać pytania następujące:

      • Kto za panem/panią stoi?
      • Kim był pana/i ojciec/matka?
      • Od kiedy pan/i lubi donosić?
      • Czy przestał pan/i bić żonę/męża?

Być może w komentarzach pojawią się dodatkowe pytania, żeby można było jeszcze ciekawiej prowadzić postępowania habilitacyjne na Uniwersytecie Warszawskim, a może też gdzie indziej.

 

Obrona nieznośności

Zainteresowano mnie sprawą profesury uczelnianej jednego z ‘kontrowersyjnych’ komentatorów nauki i politologii. Mój (moim zdaniem wiarygodny) korespondent pisze wprost o ustawce, by profesurę uczelnianą uwalić z powodów np. publicznego konfliktu z jednym z naczelnych politologów kraju. Co ciekawe ważna komisja wysyłała wiadomości na temat uwalenia wniosku zanim otrzymała dokumentację.

Nie zawsze się zgadzam z dr. hab. Maciejem Góreckim, nie zawsze się zgadzam z tonem jego wypowiedzi, szlag mnie jednak trafia, bo po raz kolejny dostaję maila o tym, że badacz nie jest oceniany podług dorobku, ale podług osoby. A zdecydowałem się napisać o Góreckim z trzech powodów. Po pierwsze dlatego, bo jest publicznie kontrowersyjny. Po drugie dlatego, bo jest to druga już na UW uwalona profesura osobie, która się „wypowiada”, o której słyszę w ciągu kilku tygodni. Po trzecie, Górecki jest jedną z osób, która z hukiem opuściła Radę Dyscypliny Nauk o polityce, zarzucając tejże radzie zachowania wręcz skandaliczne (wrócę do sprawy w następnym poście; była już o tym mowa w komentarzach).

Nie znam się na politologii, ale widziałem wystarczająco dużo habilitacji politologicznych, żeby wiedzieć, że dorobek Góreckiego, przynajmniej w polskiej politologii, jest znaczny, by nie powiedzieć wybitny. Dorobek Góreckiego to dorobek kilku (a pewnie w niektórych przypadkach i kilkunastu) polskich profesorów politologii.

Mój korespondent pisze, że komisja ds. zatrudniania na stanowisku profesora działająca na UW zaproponowała wydziałowi psychologii, by wycofał poparcie na profesury Góreckiego. Dlaczego? Bo tak. Argumenty, których użyto przeciw wnioskowi, okazały się pozastatutowe. A ja zadałem sobie trud przeczytania statutu UW dotyczącego profesur i nie trzeba doktoratu z politologii, żeby zobaczyć, iż Górecki spełnia warunki profesury uczelnianej UW z naddatkiem.

Już tylko smaczkiem w tej smutnej historii jest to, że sąd kapturowy ds. profesur Uniwersytetu Warszawskiego przekazuje Senatowi swą rekomendację w sprawie profesury delikwenta. W wypadku Góreckiego rekomendacja zaskutkowała tym, że sprawa w ogóle spadła z porządku obrad (co, jak się dowiedziałem, jest praktyką nierzadką). Przyznam, że jest to dla mnie szokujące. Rozumiem oczywiście, że komisja składa się z samych bardzo ważnych osobistości, ale czy naprawdę nie można sobie wyobrazić, że jakiś jeden członek Senatu (gdzieś z tyłu może) chciałby zagłosować przeciwko rekomendacji? Choćby tak dla różnorodności, by przywołać uroczą scenę z komisji parlamentu brytyjskiego w filmie Skyfall. Nie żebym był jakoś szczególnie w świecie bywały, jednak nie spotkałem się z sytuacją, że rekomendacja komisji o statusie niższym niż organ decydujący ma wpływ na to, czy ten organ w ogóle będzie mógł podjąć decyzję.

Zaiste dziwne to praktyki uczelni, która lubi świecić przykładem i czasem ten przykład do gardeł nam wszystkim wciskać. Może warto by zacząć od siebie? Być może warto też rozważyć zmianę nazwy z bylejakiej komisji na dużo bardziej stosowne, a i historycznie piękne, Biuro Polityczne.

Dr hab. Górecki bywa nieznośny, co do tego nie ma chyba większych wątpliwości. Ale do ciężkiej cholery, jakżeż nudne byłyby nasze uczelnie, gdyby tychże nieznośnych osób nie było. Bronię nieznośności pomimo tego, że mnie też czasem irytuje w stopniu wysokim. Jednak również takie enfant terrible jak Górecki ma niezbywalne prawo do tego, by rzetelnie oceniono jego dorobek. I jeśli uczelnia nie chce go mianować profesorem uczelni, to niech to powie wprost. My cię nie chcemy, bo jesteś nieznośny, bo cię nie lubimy, boś nawtykał publicznie naszemu koledze. Tyle że najpierw musi to wpisać do statutu.

Tu zgłaszam mój skromny blog jako platformę wykuwania nowego punktu o nieznośności w części statutu UW dotyczącej awansów profesorskich. Nawet nie krzyknę jak rektor, tfu, pierwszy sekretarz, „Pomożecie?”, bo wiem, że komentujący zakasają rękawy i wezmą się do pracy!

Co więcej, gdy wypytywałem w sprawie, dostałem maila, w którym mój korespondent pisze, że są na UW osoby, które nie mają po co pisać profesorskich wniosków. I tak nie dostaną, są nielubiani, wychylają się. Oczywiście nie wiem, czy tak się robi na Uniwersytecie Warszawskim, ale moim skromnym zdaniem, uczelnia, na której ktokolwiek tak właśnie myśli, ma duży problem.  Bo nie, nie jest to tylko sprawa osoby, która sobie coś ubzdurała. Co prawda, nawet doktorzy habilitowani mogą odlatywać do światów równoległych, ale zanim się ucieszymy takim wyjaśnieniem, najpierw się zastanówmy, czy rzeczywiście jest ono wystarczające. A sądząc z dokumentacji w sprawie Góreckiego, Wydział Politologii i samo UW powinny się głęboko zastanowić nad sobą.

To, co jest kluczowe tutaj, to to, że nie ubliżając żadnej uczelni, ten post nie jest o szkołach gotowania wody na gazie, którymi udekorowana jest Polska powiatowa. Ten wpis jest o najlepszej polskiej uczelni, uniwersytecie badawczym, który odmienia „międzynarodowość” przez wszystkie przypadki w co drugim zdaniu, które wychodzi z jego korporacyjnych ust. I dalibóg, nie rozumiem, jak taka uczelnia może sama się nie stosować do własnego statutu.

Chciałbym więc zapytać, czy każdy pracownik Uniwersytetu Warszawskiego ma tę samą uczciwą szansę, by jego/jej dorobek został rzetelnie, bezstronnie i transparentnie oceniony w każdym postępowaniu awansowym uniwersytetu. Oczywiście nie sądzę, by pod tym postem pojawiła się wypowiedź władz uczelni. Nie sądzę też, by rzeczniczka UW chciała wyjaśnić, co naprawdę się stało na posiedzeniu Biura Politycznego UW. Pytanie jednak pozostaje.

Na koniec, jeśli UW chce mówić o międzynarodowości, takie sprawy nie mogą mieć miejsca. Szczególnie postępowania wobec osób powinny być do bólu transparentne. Jak Państwo chcecie dalej robić ustawki, to może warto by się przenieść do Koluszek, Przemyśla czy też Białej Podlaski. Tam nikt was nie zauważy. Jeśli jednak wy chcecie się bawić ze starszakami, to może przestańcie się wiaderkami po łbach naparzać.

 

PS1. Wiem, że ‘Podlaski’ jest błędem.

PS2. Dedykuję ten post wszystkim tym, którzy chcą znieść habilitację.

Skomplikowanie cepa

W najnowszym numerze Forum Akademickiego pojawiła się debata na tematy awansowe. Pisula, Galasiński, Stec oraz czwórka Wojtulek, Kamiński, Jarzembska i Jastrzębska dyskutują o tym, jak jeszcze lepiej zrobić habilitację.

Prof. Pisula i czwórka autorów mają propozycje zmian. Ten pierwszy chce tego, co już było – można się habilitować gdzie bądź, ale pod nadzorem Centralnej Komisji, tfu, znaczy Rady, w której tylko doskonałość da radę. Psycholog niestety nie odpowiada na pytanie, kto będzie kontrolował kontrolujących, a czasy minione (czyli dogorywającej CK) wskazują, że nie jest to problem trywialny.

Czwórka autorów chce z kolei fakultatywności habilitacji, żeby nie było wertykalnie. Bo wertykalnie jest źle, a bez habilitacji też można. No można, tylko że czworo autorów nie pochyla się nad szczegółami pytania, jak będzie przebiegał proces awansowy w uczelniach. Piszą, że jak już będziesz miał dorobek, to zostaniesz stanowisko, proste jak budowa cepa. A uczelnie będą teraz bardziej elastyczne. A wszystko zapewne będzie się odbywało zupełnie inaczej niż w habilitacji, która projakościowa nie jest. Wyjątkowej naiwności trzeba, by myśleć, że te procesy awansowe (ale niehabilitacyjne) będą już tylko projakościowe. Trudno się nawet do tego odnieść.

Stec i Galasiński piszą inaczej. Stec mówi, że „wiara, iż zmiana przepisów zmieni ludzi, jest miła, ale naiwna. Ważniejsza jest, według prawnika, ‚kultura cechu’. Zajmijmy się kulturą cechu, a dopiero potem reformujmy awanse. Galasinski pisze właściwie to samo, tylko wychodzi od negatywów. Skoro wśród nas zasiadają, piastują, namaszczają osoby nieuczciwe, to nie ma najmniejszego znaczenia, jakie będą awanse. Bo te osoby nadal będą nieuczciwe. Bardzo mi przy okazji miło, że lingwista cytuje tego bloga.

Rzadko, ale zdarza mi się zaglądać do moich wczesnych postów. To były posty, kiedy wierzyłem, że można. Tu trzeba zmienić, troche tu poprawić i habilitacja będzie jak ta lala. Niestety, nie będzie. Jak pisze Galasinski, zmiana przepisów nie spowoduje nagłego objawienia uczciwości akademickiej.

Stec i Galasiński się zgadzają. Są ważniejsze, podstawowsze, sprawy niż gadanie o habilitacji. Warto o tym pomyśleć po raz kolejny reformując akademickie postępowania awansowe.

Akademickie bonsai

Wysłałem właśnie maila, którego zakończyłem zdaniem: „Z pieśnią otwartości i wsparcia na ustach łamiemy ludziom kręgosłupy.”.

Tak się składa, że w ciągu ostatnich kilku miesięcy dostałem kilka maili od ludzi ‚wypowiadających się’. Innymi słowy, moimi korespondentami są osoby, które odważyły się mówić więcej niż inni, bardziej wprost, czasem waląc między oczy. Okazuje się, że po chwili przejeżdża po nich walec uczelni. A tu profesura nie wychodzi z komisji, a tu habilitacja utknęła, a tu z chwili na chwilę zmieniamy warunki pracy tak, że delikwent szuka innej.

To, co jest najciekawsze w tych listach, to nie to, że to się dzieje. My wszyscy wiemy, albo podejrzewamy, że to się dzieje. Najciekawsze jest to, że to się dzieje w prestiżowych uczelniach, w uczelniach badawczych. W polskiej elicie akademickiej.

Jakiś czas temu  przysłano mi okólnik z jednego z uniwersytetów badawczych. W okólniku widnieje uprzejme zapytanie, czy odbiorcy mają zamiar składać wnioski o profesurę i kiedy. Odpowiedzi oczekiwano na już. Do jutra proszę się zdecydować w kluczowej sprawie swej kariery akademickiej.  Bo nad czym się tu zastanawiać? Marzec czy maj 2021?

Ja się z kolei zacząłem zastanawiać, po co takiego maila wysyłać. Przecież nie idzie tu o żadne zbieranie informacji. Zobowiązanie, że za rok, nie mówiąc, że za 3 lata złożę wniosek o profesurę nie jest warte nawet papieru, na którym mogłoby zostać wydrukowane. Nikt nie wie, ani czy będzie profesura, ani jakie będą kryteria, ani stu innych rzeczy. To po co pytać? No po to, by nawet tzw. samodzielni nie poczuli się zbyt pewnie.  To takie subtelne przypomnienie, żeby za bardzo kręgosłupa nie prostować. Bo my tu z niego nowym zarządzeniem jeszcze lepsze  bonsai zrobimy.

Smutne są czasy. Nie wiem, czy tylko teraz, czy cały czas takie były. Ale korespondencja, za którą jak zwykle serdecznie dziękuję,  jest ostatnio  dość dołująca.

 

Size matters

Właśnie przeczytałem nowy wpis na blogu prof. Galasińskiego. Wpis jest o konsultacjach akademickich za pomocą internetu. Oglądając mieszkania studentów, lingwista wskazuje, że konsultacje takie rozszerzają strefę akademicką kooptując do niej zarówno nasze mieszkania, jak i mieszkania studentów. Wpis jest ważny, moim zdaniem,  szczególnie jego dystopiczny koniec, ale natchnął mnie do zupełnie innego postu.

Otóż od czasu do czasu biorę udział w  zebraniach ważnych ciał i często na początku jest dyskusja o tym, kto ma większy księgozbiór. Wbrew Galasińskiemu, który ukrywa jadalnię, w której siedzi na tle pustej ściany, znaczna część moich kolegów i koleżanek (a jak się okazuje po konsultacjach, nie tylko moich) nie tylko nie ukrywa, ale wręcz prezentuje swoje gabinety i księgozbiory. Nie żadne obrazy, nie żadne telewizory czy dizajnerskie meble, ale to księgozbiór jest wyznacznikiem wartości człowieka.

No i to te księgozbiory, odpowiednio uplasowane na widoku kamery stają się przedmiotem dyskusji.

  • Ależ pan profesor ma piękny księgozbiór
  • No, uzbierało się tego przez lata, nieskromnie powiem. Ale pani profesor też niczego sobie.
  • No, rzeczywiście, jakoś tak się nazbierało.
  • Ale, ale, popatrzmy na pana profesora, pan to dopiero ma. Aaaa, widzę, że nawet encyklopedia brytanika na honorowym miejscu.
  • Oj, tak się jakoś wepchnęła na widok. Ale rzeczywiście, na co dzień korzystam!
  • Ale chyba nie zauważyliśmy pana profesora, do samego sufitu. ależ ta kamera ściąga.

I tak idziemy po profesorach i ich księgozbiorach. Niektórzy pozostają wkurzeni,  że ich półek nie doceniono w stopniu wystarczającym, inni dumnie się krygują, jak to ich zbiór to przecież kilka nic nie wartych broszurek. Oczywiście to powyżej to nie jest zapis prawdziwej rozmowy. To amalgamat iluś tam rozmów, których doświadczyłem i o których słyszałem.

I jak tak sobie dyskutujemy a ja mam wrażenie, ze to nie o księgozbiorach dyskutujemy i nie księgozbiory sobie porównujemy. Nie powiem, co porównujemy, żeby znów rynsztoku nie robić.

Ci, którzy na stosownym tle nie siedzą czym prędzej tłumaczą się, gdzie ich zacne księgozbiory. Tak się składa, że, małżonek akurat, wnusia prosiła…..

Niestety, nie przychodzi mi do głowy żadne mądre zakończenie. Trudno bowiem pisać o profesorskich ego (egach?) czy o profesorskich małostkowościach.  Wszystko to już wiemy. Tyle że okazuje się, że nie ma takiej sytuacji, której nie da się wykorzystać do tego, by jeszcze raz rozłożyć pawie pióra, szczególnie gdy nic innego rozłożyć się za bardzo nie da. Nie ma też takiej dyskusji, której nie da się poprzedzić dyskusją na temat bzdur.

Na szczęście jest  część członków ciał, którzy nie biorą udziału, w tych dyskusjach. Nie komentują, nie siadają na tle, po prostu czekają, aż podróż przez księgozbiory się skończy i będziemy mogli zacząć zebranie.