Bijące serce habilitanta

Po raz kolejny nauki humanistyczne dostarczają mi radości. W niedawno zakończonym postępowaniu ksiądz habilitant został określony przez księdza recenzenta jako osoba ‚mająca duży szacunek do przeszłości i tego, co miało ducha ‚starości”. Jest osobą, której, jeszcze jako ‚klerykowi Pawłowi’, ‚zaszczepiono pragnienie pójścia w ślady Mistrzów’. Okazuje się, co więcej, że habilitant różne dobre rzeczy ‚pielęgnował w swym sercu’ i ‚mógł oddać się swej pasji archiwstycznej’.

 

Piszę o tym, bo mnie rażą stwierdzenia o emocjach i innych doświadczeniach habilitanta. Watpię, by recenzent miał wgląd ‚w serce’ habilitanta, wątpię, by miał dostęp do jego pragnień czy szacunków. To pustosłowie, które ma polukrować recenzję. Co więcej i co ważniejsze, recenzent nie powinien się wypowiadać na temat osoby habilitanta, a w szczególności na temat jego, powiedzmy, domniemanych doświadczeń. Nawet zakładając, że ksiądz recenzent ma wiedzę na temat habilitanckiego serca, to nie stan owego serca ma oceniać. Czy dorobek habilitanta będzie inny, jeśli zostanie osiągnięty bez pasji, zaangażowania, pielęgnacji i innych pietyzmów. Myślę, że nie.

 

Recenzja, z której cytuję, jest klinicznymy przykładem wypowiadania sie od rzeczy. Recenzent ma się wypowiadać na temat dorobku (i jego wkładu w rozwój…), a nie na temat osoby! Nieważne jest to, co sobie habilitant myśli, co czuje, jak podchodzi do badanych przez siebie rzeczy. Nic Wam do tego, Państwo Recenzenci, co myślę o Was, o nauce, o badaniach, o stopniach naukowych i tysiącach innych rzeczy. Jak już napisałem kiedyś, podobnie jak tysiące Brytyjczyków, mogę sobie wierzyć, że Elvis i Diana żyją, a rodzina królewska to Reptilianie. I nic Wam do tego.