Na Berdyczów

Gdy czytam kolejny artykuł Marka Wrońskiego z jego „Z archiwum nieuczciwości naukowej”, zastanawiam się, jak on to robi. Powiem inaczej, nie jestem w stanie zrozumieć, że jemu się po prostu chce.

W najnowszym numerze Forum Akademickiego 187. i 188. tekst w rubryce i ten pierwszy odbiera chęć życia. Oto pisze Wroński o Uniwersytecie Gdańskim (tak, tak, nie o Wyższej Szkole Humanistyki, Techniki, Fizyki i Astrologii im Zgniłej Truskawki), o porządnym polskim uniwersytecie, który tuszuje, zamiata pod dywan, udaje, że nic się nie dzieje.

Urzekł mnie fragment o plagiatorze na stanowisku prorektora, o którym Wroński pisze:

Autor wycofał i umorzył postępowanie profesorskie oraz przeszedł na emeryturę. Dyscyplinarne postępowanie wyjaśniające prowadził dr hab. Mariusz Bogusz z Wydziału Prawa i Administracji UJ. Potwierdził liczne zarzuty zapożyczeń, ale uznał je za „przewinienie mniejszej wagi”, nie skierował wniosku o ukaranie do komisji dyscyplinarnej i zarekomendował zaledwie upomnienie rektorskie.

Tak po prostu. No przecież to jest, do cholery, jakaś kompletna niczym nie zmącona masakra. Skandal w biały dzień. Czy można się dziwić, że kilka lat później na tym samym Uniwersytecie Gdańskim był rektor, którego plagiat wyszedł na jaw, bo rektor stwierdził, że habilitacja to za mało. On chce jeszcze być profesorem….i nikomu nie przyszło do głowy powiedzieć: Dość. Nie damy rady więcej.

Ale chociaż recenzenci się wstydzą. To już coś, nie?

Wracając do Wrońskiego, to mam wrażenie, że wali on głową w mur, jest w tym osamotniony i ja go za to podziwiam. Gdy obserwowałem rosnącą liczbę komentarzy pod poprzednim wpisem, dostałem maila, że powinienem coś napisać. Zgodziłem się i pomyślałem, że po prawie 9 latach istnienia tego bloga nie zmieniło się nic. Ale to pół biedy, mój blog to małe piwo. Nawet nie chcę myśleć w kategoriach tego, że ten blog miałby coś zmieniać, szczególnie w porównaniu z zasięgiem i sławą red. Wrońskiego. I ja podziwiam to, że mu się chce. A już kilkakrotnie Wroński pisał, że on nie wie, w co ręce włożyć. 

A może lepiej napisać tak. To nie Wroński przegrał, nie habilitant2012 przegrał, przegraliśmy i przegrywamy wszyscy. Zalewa nas rzeka chamstwa, nieuczciwości, bylejakości. A my przecież to elita, panie. Żadna ze mnie Kasandra, ale będzie jeszcze gorzej. Wydaje mi się, że stanęliśmy na równi pochyłej i ktoś nam podłoże olejem wysmarował. I tak się ślizgamy w dół, chcąc, nie chcą. Możemy tylko obserwować ruch w dół.

Mam też wrażenie, że nasze listy zaczęto już przekierowywać na Berdyczów.

PS. Podobno pesymista to optymista dobrze poinformowany.

 

 

Rektor Wergiliusz ma o jedno dziecko mniej

Strajk kobiet się nie kończy, brzydkie słowa latają jak jak jaskółki, a tu nagle uczelnia w Rzeszowie zwalnia dr. Zająca (ale nie z etatu, ale zabiera mu jedynie godziny). W swym oświadczeniu Uczelnia twierdzi, że nie akceptuje tego typu języka wśród swoich wykładowców. Rektor Wergiliusz podkreśla, że nie o poglądy mu idzie, ale o język. Cytuje z dr. Zająca:

„jesteś tak płaska jak deska w klozecie. zrobili ci widze aborcje mózgu”.
„nic dziwnego dlaczego żaden mężczyzna nie patrzy na ciebie. wiory wystają z tego pustego łba; typowa tirówa”
„nie zrozumiesz, bo usunęła ci matka mózg”
„Ale tępa jesteś. Idz spać, bo śmierdzisz”

I tu jest coś ciekawego. Otóż gdy się tyle płatków śniegu poobrażało na ‚wypierdalać’, w cytowanych wypowiedziach speca od lotnictwa nie ma słów powszechnie uznanych za wulgarne. A jednak myślę, że ojciec Wergiliusz postąpił jak najbardziej słusznie.

Mam zatem dwa pytania. Pierwsze jest oczywiste – czy dr. Zająca powinniśmy bronić, bo przecież mamy wolność słowa (dodałbym, że coraz wątpliwsze to dla mnie). Po drugie, a co jakby nasz ekspert lotnictwa potraktował swych rozmówców czasownikiem ‚wypierdalaj’, o które również tu kłóciliśmy się.

Cieszy mnie, że moje poglądy nie zmieniają się. Otóż, dr Zając może sobie gadać, ile chce, ale dr Gołąbek może nie chcieć, by to, co ten pierwszy mówi, szło na konto uczelni.  Gdybym miał dzieci uczące się w Uczelni Gołąbka, przyjąłbym jego decyzję z ulgą.

Nie trzeba tu lingwisty, by wiedzieć, że słowa wykładowcy są nastawione tylko i wyłącznie na to, by obrazić. Chciałbym myśleć, że człowiek po doktoracie, nawet z lotnictwa, jest w stanie znaleźć argument, a nie krzyczeć, że rozmawia z brzydką kobietą. Usiłowałem znaleźć zdjęcie pana doktora, żeby popatrzeć na jego wykutą z marmuru szczękę, dziesięciopak prężnie odznaczający się na koszuli pod garniturem marki Kiton. Niestety, nie udało mi się znaleźć zdjęcia rzeszowskiego Adonisa.

W każdym razie tym się właśnie moim zdaniem różnią wypowiedzi dr. Adonisa od hasła ‚wypierdalać’. to drugie nie obraża, może poza tymi  z  nadwrażliwym poczuciem smaku. Słowa akademickiego lotnika tylko obrażają. I nie powinno być na nie miejsca na porządnej uczelni.

 

Spełnienie marzeń

Dostałem kolejny list od mojego dość już wytrwałego antyfana. Pan antyfan pisze:

Niezły z pana hipokryta. Rzeczywiście nikt nie napisał złego słowa o panu, czy też że jest chamem, bo wszystkich inaczej myślących pan banuje. Gratuluję poczucia humoru i wiary w swoje brednie

Tu była odpowiedź na ten list, ale ją skasowałem.  Gdy zobaczyłem jeden z komentarzy o anonimowym glanowaniu, pomyślałem, że jeśli ta odpowiedź tak może zostać odebrana, to znaczy, że jej nie powinno być. Jednak zostawiam list, który dostałem, jako kolejny z wielu takich, które dostałem.  Tak, swoim postem chciałem wyśmiać maile z inwektywami, z oskarżeniami o banowanie wszystkiego, co się rusza. Może lepiej nie wyśmiewać jednak.
Zakończę więc marzeniem na poważnie. Marzy mi się pisanie tego blogu bez korespondencji z inwektywami. Kto chce, czyta, kto nie chce, nie czyta, proste jak budowa cepa. Przecież ja nie zmienię tego, jak wygląda ten blog dlatego, bo ktoś napisze, ze jestem kretynem, chamem, bucem oraz członkiem męskim.  Mi się głównie nie podoba pewien blog pedagogiczny, ale naprawdę nie wypisuję do autora inwektyw. Po prostu go nie czytam, przy okazji doceniając niesamowity zasięg jego bloga.
Marzy mi się też blog bez wzmożenia moralnego. Kto chce, pisze, kto nie chce, nie pisze. Ale proszę darować wpisy o tym, że bycie na tym blogu uwłacza. No jak uwłacza, to proszę się nie kalać.
Na tym blogu pojawiła się polityka. przez wiele lat unikałem tego, no ale przestałem. Nie da się. W tym duchu więc, dodam na koniec, że mamy (celowo używam tej formy) prezydenta-elekta USA. Mamy też wiceprezydenta/tę-elekt/ę USA. Ciekawe, jak na nią będziemy mówić w Polsce (choć o veepach dużo się nie mówi). Wczoraj słuchałem też krótkiej debaty, kim będzie mąż pani Harris. Skoro jest first lady, to może on będzie first gentleman.  Ktoś zasugerował ‚first dude’, ale to się chyba nie przyjmie.
PS. pozajączkowało się formatowanie. Jeśli ktoś zna wordpressa i potrafi mi powiedzieć, co się stało, byłbym wdzięczny.

Daj ać ja pobruszę….

Liczba komentarzy pod poprzednim wpisem przyrasta w tempie błyskawicznym. Trzeba coś napisać, a mnie się głowie kręci. Parę dni temu chciałem napisać o reakcjach uniwersytetów, dziś mam wrażenie, że to już stare dzieje.

Dzisiaj czytam, że dr hab. Paweł Skrzydlewski uznał, że protestujący nie są Polakami i trzeba ich przykładnie ukarać. Nie wiem, czy chłosta wystarczy czy też bardziej wyrafinowane tortury będą potrzebne. Jakieś dyby, łamanie kołem czy co? Jak średniowiecze, to średniowiecze pełną gębą.

A tak w ogóle, proszę państwa, to protestujący to  grzesznicy. Nie przeszkadza mi to za bardzo, trochę się nawet cieszę, bo nie mam poczucia, że na co dzień żyję niebezpiecznie (nawet w mieście ograniczeń prędkości za często nie przekraczam), a teraz to czuję się, jakbym na linie balansował.

Piekło – niebo – piekło – niebo.

I odnoszę wrażenie, że stwierdzenie, że świat zwariował, to nic nie powiedzieć. Mam nadzieję, że chociaż  studenci PWSZ w Chełmie wreszcie będą mogli oglądnąć swego wykładowcę w pełnej krasie. Może by z jakimś toporem zapozował? Nie mogę się też powstrzymać, by nie wspomnieć pewnej doktorantki, która uważa, że wolność kobiety kończy się w ciąży, ale szybko okazało się, że chodzi o dietę. Uff. 

KRASP, który jest od niedawna na Twitterze (nie, nie zaobserwował mnie), co jest już przejawem świata na opak, okazuje się grupą jastrzębi, która wprost odpowiada obecnemu ministrowi i przypomina, że nie jest on od karania uczelni za to, że korzystają ze swej autonomii (oj zatęsknimy za Gowinem). Tu ich oświadczenie.

Blogerzy akademiccy nie prześcigają się jednak w pisaniu o protestach, choć z kronikarskiego obowiązku odnotowuję wpis prof. Śliwerskiego, już jednak prof. Pluskiewicz, który otwarcie wspierał niemiłościwie nam rządzących, nie dostrzegł problemu.

Prof. Kaniowska, rektor UAM, jest w kłopotach po tym jak jej zarzucono dyskryminację ‚bezbronnych chorych dzieci’. No to kilka tysięcy osób, z informacji, które dostałem, podpisało się pod listem wspierającym ją (tu więcej informacji). Mam wrażenie, że UAM wypadł najlepiej w konkursie na najlepiej reagujący uniwersytet. Może to jednak dlatego, że zarządza nim kobieta.

Na koniec donoszę, że zwycięzcą mojego prywatnego konkursu na hasło protestów jest autorka hasła:

Uśmiałem się setnie. I jak ktoś mi jeszcze raz powie, ze brzydkie słowa są zaprzeczeniem finezji, to ja mu osobiście sfinansuję młotek do pukania się w zakuty łeb, żeby wreszcie przestał pieprzyć.

Na koniec drugi powiem, że w ostatnich dniach znacznie wzrosła liczba odsłon. Nikt też nie napisał do mnie, że jestem przeklinającym chamem. Jeszcze parę takich dni i zacznę się bać wychodzić z domu.

Czerń za kudły….

Rzeczywistość mnie wkurza. Wiem, ze muszę coś napisać. I nie potrafię wymyślić co. Bo nie chcę napisać wpisu tylko politycznego, starczy już przecież, że w komentarzach nie kłócę się o brak polityki. Myślę, że ten wpis (a szczególnie jego końcówka) nie spodoba się części z Państwa. Gdybym przeprosił z góry, wskazałbym, że z tym postem jest coś nie tak. A z nim nie jest nic nie tak. On ma właśnie taki być. Kulawy, nieskładny, ale z kończącym go oświadczeniem.

I tak to, gdy tak myślałem i myślałem, co napisać, w sukurs przyszedł mi opublikowany dzisiaj post prof. Galasińskiego. Lingwista nie napisał o protestach, on napisał o haśle „wypierdalać”. O tym, że hasło stało się ważniejsze niż protest, że nieważne, co mówić, ważne jest, bo zachować „kulturę osobistą”. Jak często, Galasiński obserwuje rzeczywistość inaczej, patrząc na język i zauważa elementy rzeczywistości społecznej i politycznej, których my nie dostrzegamy.  A tym razem Galasinski mówi: jak to tak, żeby nasze miłe panie „wypierdalać” mówiły. No, skandal!

Oto tweet w odpowiedzi Galasińskiemu.  Protest tak, ale musimy przecież protestować z klasą:

 

Załamujące. Zastanawiam się, gdzie jest granica takich idiotyzmów. Dom płonie, ale przecież to nie powód, by makijażu i biżuterii nie założyć, nie mówiąc o krawacie i czystych lakierkach.

Dobrze jednak, że ta klasa to tylko pań dotyczy, bo co zrobił taki  prof. Żerko, który nie skorzystał z okazji, by siedzieć cicho. On bowiem  będzie za kudły z kościołów  czerń wywlekać:

Nie wiem, czy to się z klasą da zrobić. Zacząłem się zastanawiać, skąd w wątłym ciele profesorskim tyle męstwa, ale szybko zauważyłem, że on z kolegami przyjdzie.

Inaczej prezes PAN mówi, który też się chce wypowiedzieć. No to zaapelował, żeby policja nie powodowała większej liczby zakażeń. Gratuluję. Prof. Zybertowicza z kolei naszło filozoficznie i  tweetuje o brutalizacji i manipulacji. Eh te imponderabilia. Za to dr Gowin pokazuje, że jest w stanie być za oraz przeciw i na tej miedzy piruety wycinać.

Z radością odnotowuję jednak, że na wysokości zadania stanęła Pani Rektor UAM. Prof. Kaniowska, jak na rektora przystało,  ostrożnie wypowiedziała się na temat decyzji TK. Gratuluję Pani Rektor. Mam nadzieję, że będzie to przykład dla innych rektorów. Pani Rektor wtóruje  legion koleżanek i kolegów, którzy tweetują i fejsbukują. No to ja też.

Dochodzę w ten sposób do sedna sprawy. Ten post, jak można się chyba domyślić, jest tylko pretekstem do tego, żebym ja też się mógł wypowiedzieć i wydać oświadczenie w sprawie. Oto ono:

WYPIERDALAĆ!

PS. Właśnie dodano w komentarzach wypowiedź rektora UW. Takie trochę bylejakie, ani się człek nie zgrzeje, ani nie przeziębi.  Coś ten UW może nie ma od razu złej prasy, ale z pewnością złego bloga ma….

Tak myślę, żeby w następnym wpisie zrobić kompilację tych wypowiedzi. Jeśli więc Państwo natraficie na linka, proszę go umieścić w komentarzach. a ja je potem zbiorę.

Habilitacja obwoźna

I znów nasza perła w koronie, śmietanka na śmietanie, Uniwersytet Warszawski oraz niezawodna Rada naukowa dyscyplin nauki o polityce et consortes. Rada obradowała, a ja tak czytam i czytam i nie do końca wierzę, że to czytam.

Oto protokół obrad rzeczonej rady, w którym polecam Państwu punkt czwarty. W tymże punkcie Rada energicznie debatuje nadanie habilitacji habilitantowi, kiedy to jeden z radny zadaje następujące pytanie:

czy komisja habilitacyjna zauważyła, że książka autorstwa habilitanta de facto nie funkcjonuje w obiegu naukowym, gdyż nie można do niej dotrzeć standardowymi sposobami. Nie jest ona dostępna w żadnej księgarni internetowej, nie można jej odnaleźć w żadnym repozytorium w formie pliku PDF nieodpłatnego czy odpłatnego, nie ma jej również w serwisie e-ISBN Biblioteki Narodowej, chociaż zapewne został jej nadany numer ISBN. Wydawcy, jak i autorzy są zobowiązani do przekazywania egzemplarzy obowiązkowych i książki powinny się znaleźć przynajmniej w wybranych bibliotekach naukowych. Książki dr. Zheltovskyego nie można znaleźć w Bibliotece Narodowej, w Bibliotece Jagiellońskiej czy w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego, ani w żadnej innej bibliotece naukowej w Polsce. Jedynym wyjątkiem są egzemplarze w Akademii Humanistycznej w Pułtusku. 

Powiedziałbym: ups (i nie chodzi mi o znaną firmę kurierską). Niesforny radny wywołał dyskusję, którą szczególnie polecam osobom, które akurat mają nastrój zdołowany (o co nie trudno, powiedzmy sobie szczerze).

Najpierw odpowiedział prof. Raś, który zapewnił, że

wszyscy członkowie komisji otrzymali egzemplarz monografii, która stanowiła zgłoszone główne osiągnięcie naukowe

Uff, pomyślałem, no ale nakład w postaci 7 egzemplarzy dowiezionych z University of Pułtusk Press do komisji, to jeszcze nie książka. Mówimy tu na razie o praktykach wydawniczych znanych z tak zacnych oficyn jak Wydawnictwa  Szwagier, Kuzyn oraz Ciotka Krysia czy Warsaw Garage Editions.

Tu nagle pojawiła się postać Czatu, na którym inny radny stwierdził, że

 dostępność publikacji to sprawa wydawców, którzy niestety nie wywiązują się z obowiązku rozpowszechniania wydawanych przez siebie pozycji. Natomiast druga kwestia nie została podniesiona w toku postępowania habilitacyjnego.

I trzeba przyznać rację prof. Wierzbickiemu, który gani w/w wydawnictwa, ale przyznajmy, że aż tak to nikomu się z Pułtuska po księgarniach jeździć nie chce, zresztą pan Kazik, kierowca, akurat był na zwolnieniu, a z internetem w Pułtusku ciężko. Jeśli więc ktoś chce kupić dzieło dr.Zheltovskyego, niech nabędzie drogą kupna bilet do Pułtuska i zakupi w garażu dzieło. Jakby garaż był zamknięty, trzeba walić zostawioną przed garażem gazrurką, wtedy Pani Wandzia przyleci klienta obsłużyć. 

Cennym głosem w dyskusji były słowa prof. Tośka, który radnych zapewnił, iż dzieło habilitanta ma ISBN i zostało wydane oficjalnie.

Zacząłem się zastanawiać nad oficjalnością wydania i gdzie jest jej granica. Zacząłem podejrzewać, że książka wydana nieoficjalnie to po prostu wydruk maszynopisu w kawiarence internetowej, bo autorowi akurat skończył się tusz w drukarce, a zamowienie z internetu dopiero  w drodze.

Szczególnie docenił, mówiąc szczerze, interwencję dyskusyjną prof. Bielenia, który

Prof. dr hab. Stanisław Bieleń zaproponował, by wrócić do dobrej praktyki i obyczaju, kiedy istniały jeszcze kolokwia habilitacyjne, by to habilitant roznosił książki wszystkim członkom Rady z prośbą o przyjęcie i zapoznanie się. Prof. Bieleń zaznaczył, że autor publikacji często sam musi zadbać o to by, książka trafiła do różnych bibliotek.

Podkreśłiłbym wielkoduszność Pana Profesora, który mógł jeszcze zaproponować, żeby habilitant odpalił członkom Rady jeszcze jakiś tomik w gratisie. A nie zaproponował.

I choć propozycja prof. Bielenia robi z habilitanta jeszcze większego jelenia, bo koszty habilitacji rosną znacznie, szczególnie przy radach liczniejszych, jednak habilitant powinien się wykazać zaangażowaniem znacznym, gdy przystępuje do postępowania.

Rozważyłbym więc jakąś książkę w gratisie. Może coś innego z University of Pułtusk Press Global GmbH LtD Ink Pink & Ultramaryna.

Smutkiem zawiało jednak, gdy Przewodnicząca Rady

poinformowała, że zdarzają się problemy, by uzyskać od habilitantów przynajmniej osiem egzemplarzy dorobku. Istnieje nawet wykładnia, że już jeden dostarczony egzemplarz wystarczy.

Pytanie „Jak żyć?!” staje się małym piwem wobec pytania, które z pewnością nad Radą Dyscyplin Kilku zawisło:

Jak habilitować?!?!?!?!

I tak to Rada obradowała. Habilitacji nie nadała (nie jest dla mnie jasne, dlaczego nie nadała), Czat musiał się zmęczyć, gdy prof. Wierzbicki ciągle na nim siedział, a sądząc po wynikach głosowań, w radzie nastąpił bolesny podział.

Morał tej historii jest następujący. Habilitanci, którzy wydają – i to oficjalnie, a nie byle jak – książki w tak dostojnych wydawnictwach jak dr. Zheltovsky, muszą zapewnić sobie transport. A to dlatego, że będą musieli wziąć egzemplarze swego dzieła (często okupionego potem, krwią i łzami) i będą musieli wziąć się za bary z komiwojażerką akademicką. I do tej Biblioteki Jagiellońskiej i kilku innych ważnych bibliotek karnąć się będą musieli. 

Tu od razu apel do bibliotek. Może warto by wyznaczyć miejsce parkingowe dla podróżujących habilitantów oraz maksymalnie usprawnić procedurę przekazywania im dzieł (wszak za chwilę będą to dzieła z odznaką znaczącego wkładu w dyscyplinę). Żeby taki habilitant,  jak zacznie rano  w Pułtusku, przez Warszawę i Kraków, do wieczora może i do Wrocławia się wyrobił.  Potem już tylko Poznań, Gdańsk i już z powrotem przez Łódź (centrum pedagogiki galaktycznej) do Pułtuska.

Rada Doskonałości i Piękna powinna się z kolei w trybie pilnym zająć stworzeniem listy bibliotek, do których habilitant będzie musiał się udać (czy osobiście – kwestia otwarta). Czy na przykład będzie musiał zawitać do takich Katowic, Zielonej Góry, Szczecina i Bydgoszczy. Nie mówiąc o Białymstoku i Lublinie na rubieżach. Apeluję jednak do Rady, by uwzględniła, że benzyna za darmo nie jest, a i koszty eksploatacji transportu kołowego w dół nie idą!

Myślę, że mogę w imieniu wszystkich serdecznie pogratulować Radzie owocnych i doniosłych obrad. Dzięki nim znacznie wzrośnie mobilność polskich uczonych, a szczególnie, co pożądane w stopniu wysokim, polskich habilitantów.

Na koniec się zacząłem zastanawiać, czy na obrady rady, Państwo Radni, wchodzą przez jakiś Stargate czy są teleportowani do ich świata równoległego. Tak z ciekawości tylko pytam.

Vivant profesores (ale tylko tytulares)

Przez jakiś czas chciałem napisać o sprawie o rektora UG. Jednak  sprawę omówiono już komentarzach. Wydaje mi się jednak, że warto poruszyć poboczny (a szkoda) wątek sprawy. Wątek ów to Apel profesorów tytularnych UG do społeczności uniwersyteckiej

Chciałbym od razu zaznaczyć, że apel jak apel, Państwo Profesorowie mówią rzeczy w miarę oczywiste. I pomimo kilku smaczków, jak to, że odnoszę wrażenie, że sygnatariusze mogą podpowiedzieć, kto jest tym „właściwym” kandydatem, to nie ma co się nad apelem zatrzymywać.

Warto jednak zatrzymać się nad tytułem. Mam nadzieję, że czytelnikom tego bloga nie umknął fakt, że apel podpisał nie byle kto. Podpisali go bowiem profesorowie tytularni!. Nie jakieś tałatajstwo habilitowane, nie jak jakieś doktoryzowane chłystki, nie akademiccy dalici ledwo co z magisterium, ale

P R O F E S O R O W I E   T Y T U L A R N I!

Creme de la creme, światłość światłości, jasność jasności, mądrość mądrości, super duper carramba luminarze! To ludzie, których dostojeństwo jest tak dostojne, że zwykli dostojnicy wyglądają jak chłopki roztropki spod budki z piwem. Ci sygnatariusze, idę o zakład, nie muszą włączać świateł drogowych poza miastem, bo światło od nich bijące drogę oświetla. Oni nie muszą mieć centralnego ogrzewania w domach, bo ich myśli tyle ciepła wydzielają,  nie muszą korzystać ze schodów, bo starczy, że pomyślą a dostojnie unoszą się na piętro.

Chuck Norris, człowiek, który leczy raka łzami, policzył do nieskończoności dwa razy, a profesor tytularny nieskończoną liczbę razy! Chyba że mu się nie chce. Profesor tytularny to Kloss, Stirlitz i Janek Kos w jednym.

I tu zatrzymam się i zadam pytanie. Czy ktoś jest w stanie sobie wyobrazić, że ten apel podpisałby ktoś, kto nie jest profesorem tytularnym? Gdy sobie to wyobraziłem, to, co zobaczyłem, przeraziło mnie. Zobaczyłem obraz nędzy, rozpaczy, skalania, zbałamucenie, bluźnierstwa wręcz.

Apel, który czytamy wszyscy ze stosownym nabożeństwem, straciłby po milionokroć, ba, po paproć (!), gdyby nawet leżał koło kogoś nietytularnego.

I na końcu, pragnę w imieniu swoim oraz czytelników tego bloga, serdecznie i namiętnie podziękować Panu Profesorowi Bogusławowi Górce (o losie ironiczny, surowe płatasz figle!) za apelu sporządzenie. I za to, że mogłem, być może po raz ostatni, przeczytać czasownik ‚sporządzić’.

Amen.

 

 

Konikturalizm

Przeczytałem dzisiaj, że nie poprawiam literówek. Postanowiłem się do tego odnieść. Oświadczam stanowczo, że takie stwierdzenie to  kalumnia i potwarz! Z całą mocą chciałbym oświadczyć, że  literówki poprawiam. Tyle że, niestety,  jak się często się okazuje,  nie wszystkie.

Nie zdradzę tajemnicy, ani nikogo chyba nie zaskoczę, gdy powiem, że poprawiam tylko te, które zauważam oraz te, które zauważa i odnotowuje WordPress. Ze spuszczoną (lekko)  głową konstatuję, że stanowią one podzbiór wszystkich literówek występujących w moich postach.

Jednak zdradzę pewną tajemnicę mojego „warsztatu”. Od początku istnienia tego bloga piszę posty od razu „na czysto”, często nawet nie czytając ich po napisaniu. Nie mam  zatem opasłej kartoteki na dysku z 1035 (sic!) postami w MS Word, które są uważnie redagowane, a potem sprawdzana jest pisownia. Dlatego też od początku istnienia tego bloga od czasu do czasu pojawia się krytyka literówek.

Gdybym teraz napisał przeprosiny, to implikowałbym, że wstydzę się tych literówek, albo że jest mi z nimi źle. Otóż nic takiego nie ma miejsca. Dla mnie mój blog, jak i blogowanie w ogóle, implikuje adhokowatość. Pisanie tu i teraz, tak jak się pisze pamiętnik. i gdy jako chłopiec pisałem pamiętnik, nigdy nie pisałem niczego na brudno, by potem przepisać. Szkoda życia.

Mógłbym więc powiedzieć, że gdybym miał dar nierobienia literówek nigdy ale to  nigdy, to ja bym je wstawiał, żeby nadać postom  „autentyczność”. Na szczęście nie muszę tego robić i autentyczność moich wpisów osiągana jest w sposób naturalny. I to dzięki niemu mogliście Państwo (a przynajmniej ci, którzy te posty w ogóle jeszcze czytaj przed skupieniem się nad komentarzami) przeczytać w poprzednim poście o konikturalizmie, a nie o jakimś nudnym koniunkturalizmie.

Czyż hippiczność tego słowa nie jest z gruntu piękna? Kłusuje wręcz więc konikturalizm po metaforycznych polach WordPressa, a za chwilę prerii Gugli, że aż się prosi, by to w zwolnionym tempie puścić. Ba, rzekłbym nawet, że gdyby żył jeszcze malarz Podkowiński, to namalowałby Szał konikturalizmu, a nie żadnych gupich*) uniesień.

Mam jednak nadzieję, że ci, którzy nie cierpią moich literówek uważając, że niszczę język polski, poszukają w swych sercach wybaczenia. A ci, którym są one  obojętne wybaczą, że w ogóle zawracam gitarę taką błahostką.

Chciałbym też dodać, że mam niezłą interpunkcję!

*) Celowo opuściłem „ł” licząc na mizerny efekt stylistyczny.

Bourdieu w województwie

Ze trzy Newsweeki temu pojawił się artykuł pt. Akademia przeciętności. Zajawka artykułu głosi, że system obowiązujący w polskich uczelniach nie pozwala, by wyłonili się nowi wielcy. Muszę przyznać, że mnie takie teksty drażnią. Bo ja tak się rozglądam i rozglądam i nie widzę tych wszystkich wielkich, którzy przebierają nóżkami, by pędzić do wielkości, a  których system sekuje. Ja niw widzę tego nowego polskiego Foucault, Baumana, Wittgensteina, którzy czekają w Kielcach, Gorzowie i Sieradzu, by rozwinąć skrzydła, jak tylko się już zmieni system, który im te skrzydła więzi, jak zła królowe rogatej czarownicy.

O pieniądzach pisać nie będę. Pieniądze w nauce, szczególnie w humanistyce, są słabe na całym cywilizowanym świecie jak ktoś chce zarabiać, nie idzie na uczelnię. Nie ma sensu porównywać się z Niemcami czy Wielką Brytanią, gdzie na uczelniach zarabiają więcej, ale część z nich i tak by się zamieniła, gdy słyszy, że my zarabiamy na grantach, wieloetatowości itd. Tak czy owak, po forsę idzie się do Ernst & Young, a nie do Kazimierza i Wielkiego.

No to przyjrzyjmy się innym strasznościom systemu. Autorzy piszą, że doktoranta można ze studiów doktoranckich wyrzucić, jak postępów nie robi i że to wspiera koniikturalizm. Nie do końca się z tym zgadzam. Dla mnie to raczej umiędzynarodowienie, którego tak bardzo wszyscy chcą. Tak jest na wielu uczelniach na świecie. Nie ma przecież sensu inwestować czasu i pieniędzy w doktoranta, który nie robi postępów….

Chciałbym przy okazji powiedzieć, że znam pewną panią doktor, która doktorat robiła 15 lat. i po tych 15 latach się obroniła jednym głosem….Nie jestem przekonany, że aż tak wspierający powinniśmy być.

O punktozie powiedziano już wszystko, co można by powiedzieć, ma ona bez wątpienia wiele wad. Jednak trochę mnie irytuje prof. Leszczyński, który uważa, że to książka u socjologa czy antropologa wyznacza jego wielkość. Nie jestem przekonany. Tak, książki są ważne, ale nauka przyspieszyła i to wszędzie na świecie. Punkty są głupie, ale w polskiej nauce rzetelne peer review nie istnieje, więc władze się ratują głupimi punktami.

I szlag mnie trafia, gdy słyszę, że każdy polski doktor habilitowany pchnął naukę nowymi tory. A pewnie o poważność książki będzie decydował prof. Leszczyński et consortes.

Argument ad Janion mnie zupełnie nie przekonują. Ja tam myślę, że Janion by się znalazła doskonale w dowolnym systemie, również i dzisiaj. Trochę czekałem na argument, że Kopernik to nawet indeksu h nie ma, a Kant to już w ogóle nie pisał w czasopismach, a żył.

I irytuje mnie to, że trzeba polskim humanistom tłumaczyć, że dzieło, które przeczyta i zacytuje tylko kolega z korytarza, to nie jest jednak to samo, co dzieło, które przeczyta ‚cały świat’. I choć dom kultury w Białymstoku jest zacną sceną wystawową dla każdego artysty, to jednak nie jest to to samo, co MOMA w Nowym Jorku. Prawie to samo, ale jednak niuanswo się różni.

Lubię też słuchać doktorantów, jednak doktorant Temkin, który doktorantem był już wtedy, gdy zakładał Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej w 2014 roku, powinien się jednak skupić na doktoracie, a nie na wypowiedziach medialnych. Nie wiem też, o kim mówi p. Temkin, gdy mówi, że ‚dopłacamy’ do swych książek. Nie znam dzieła p. Temkina., do którego musiał dopłacić.  Może też, na co zwracano uwagę na tym blogu wiele, wiele razy, należy wydać książkę w wydawnictwie, które wydaje dobre książki, bo się sprzedają i nie trzeba za nie płacić. Peter Lang, któremu płaci pół polskiej humanistyki,  nie jest jedyną odpowiedzią na polską strategię umiędzynarodowienia badań.

Wkurzają mnie też argumenty o tym, że nikogo nie interesują polskie sprawy. Pamiętajmy, że taki Bourdieu zaistniał po tym, gdy napisał o Algierii. Nie mam poczucia, ze Algieria jest znacznie ciekawsza niż Polska. On po prostu o tej Algierii napisał coś ciekawego. Warto zresztą dodać, że Bourdieu pisał tylko po francusku. Może warto ciekawe rzeczy pisać również o Polsce. Jeśli jednak, jak  jakiś historyk pisał tutaj już dawno temu, doktorat z historii pisze się o powiecie, a na habilitację, to już trzeba mieć skalę wojewódzką, to mnie osobiście wszystkie kończyny opadają. Ten rozmach wojewódzki po prostu odbiera dech w piersiach! No ale, habilitant wojewódzki znaczny wkład w naukę ustawowo zapewniony co ma, to ma.

Rozumiem dobrze, że są dyscypliny, dla których naturalnym odbiorcą jest odbiorca krajowy. Prawo, historia Polski, być może część polonistyki. Jednak irytuje mnie bardzo używanie takiego rynku odbiorców jako argumentu, że nie da się pisać rzeczy ciekawych. Janion, jak się okazuje, była tak ciekawa, że ją również przetłumaczono. Może by więc doktorant Temkin zaczął się zastanawiać, jak napisać coś, co świat będzie chciał przeczytać. Jak już napisze, coś mi się wydaje, że wtedy i punkty się dla niego znajdą.

 

My chcemy stroszyć!

Na Twitterze blokujący mnie prof. Żerko zamieścił następujący tweet:

Muszę powiedzieć, że Pan Profesor nadal zadziwia mnie tym, że nie potrafi przysolić owym zarządzającym nauką bez argumentu ad hominem. Mnie się wydaje, gdy ktoś publicznie mówi o ludziach, z którymi się nie zgadza, że są debilami, wystawia o sobie znacznie  gorsze świadectwo.

Pod tweetem zaczęto dyskutować, szybko jednak prof. Żerko uznał za stosowne określić nie zgadzających się z nim  „mądralińskimi”:

Najwyraźniej, jak to wskazano na TT, Pan Profesor nie potrafi argumentować bez odnoszenia się do człowieka.  Ale może warto docenić, że przynajmniej już nie o debilach juz napisał, ale tylko o mądralińskich. Na pewno zostało to docenione.

Jednak ja chciałbym zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze, zaiste zaskakuje mnie to, że jest jakiś „zarządzający nauką”, któremu się chciało zajmować PRZYPISAMI, jakich używają polscy humaniści. To naprawdę nie ma już większych problemów w polskiej humanistyce? Czy naprawdę co rusz trzeba pokazywać, w jakim zaścianku tkwi polska humanistyka i jak drastycznie małostkowi są ci, którzy nie zarządzają?

Ale tu jest druga strona medalu. Mnie zaskakuje, że taki prof. Żerko uznał za stosowne w ogóle odnieść się do tego. Tak, może i w historii używa się przypisów na dole strony lub końcu rozdziału, ale przecież to naprawdę nie są kwestie, o które warto walczyć, nie?

Dla mnie to trochę tak, jakby ministerstwo stwierdziło, że wszystkie wnioski grantowe należy pisać czcionką Arial 10, a taki prof. Żerko żale by wielkie wylewał, że jakieś debile nie pozwalają mu pisać Times New Roman, a przecież to jedyna czcionka, którą można pisać książki prof. Żerki i czas umierać.

Idiotyzm takich dyskusji i problemu odbiera dech w piersiach.

Jest jednak jeszcze trzecia sprawa. Otóż szczerze zaskoczyła mnie dyskusja na temat funkcji eurdycyjnej przypisów. Okazuje się, że historycy polscy nie po to piszą przypisy, żeby coś powiedzieć czytelnikowi, ale po to, żeby czytelnik podziwiał, jacy to oni są mądrzy. I wali historyk przypis za przypisem, tylko po to, żebyśmy mogli się dowiedzieć, że historyk jest ostatnią osobą, która wie wszystko.

A teraz Żerczyne debile uniemożliwiły pokazanie  jeszcze dobitniejsze nie tylko tego, że autor przypisów  jest mądry, ale tego, że jest najmądrzejszy na całym świecie, a może i poza. Czytałem to i nie dowierzałem. Na TT wskazano, że ci ludzie żyją w jednym z równoległych wszechświatów i muszę powiedzieć, że jestem bardzo bliski, by również stwierdzić, że znaleźliśmy pierwszy empiryczny dowód na istnienie Wieloświata….

PS. Tak przy okazji powiem, że wydaje mi się, że słowo ‚dupa’ na moim blogu,  która wywołała kilka protestów mailowych, to małe piwo w porównaniu z ‚debilami’ Żerki. Ale nikt jakoś mu uwagi nie zwraca.