Walka o tytanki

Pomyślałem sobie, że włączę się w medialną debatę na temat końcówek i innych feminatywów, które zresztą pojawiły się i w komentarzach tutaj. Włączam się z powodu dwóch postów na blogach. Pierwszy to  post na blogu prof. Napiórkowskiego, semiotyka śledzącego mity współczesne. Napiórkowski nie tylko się wypowiada na temat feminatywów, on mówi, że to problem dużo  praktyczniejszy niż abstrakcyjne rozważania na temat języka. I wcale nie jest takie oczywiste, że mamy znacznie ważniejsze problemy.

Przykład semiotyka dotyczy zakładanej perspektywy męskiej w badaniach nad bezpieczeństwem samochodów. Samochody, relacjonuje Napiórkowski, są bezpieczne. Ale dla mężczyzn, bo manekiny oparte są na wzorcu ciała męskiego. Z tego argumentu, który zresztą mnie przekonuje,  Napiórkowski wywodzi, że warto stosować żeńskie końcówki, nawet jeśli nas dzisiaj rażą. Warto walczyć o nowy język, bo to czasem sprawa życia i śmierci.

Jednak odpowiada na ten argument prof. Galasiński. Tak, mówi lingwista, oczywiście, że można mówić o domyślnej męskiej perspektywie, tyle że te końcówki niewiele zmienią. Ba, same kobiety ich nie chcą. O ile rozumiem argumentację, to można by ją zastosować do znanego ‚dowcipu’ o sytuacji kobiet. Po tym, gdy kobieta mówi coś ważnego, dziekan mówi: dziękuję, czy mógłby teraz jakiś mężczyzna powiedzieć to, co powiedziała pani profesor? Galasiński mówi, że zmiana ‚profesor’ na ‚profesorka’ jest nieistotna. Ważniejsze jest to, żeby nie było przyzwolenia na takie sytuacje.

Nie znam się, nie będę stawał po żadnej stronie. Cytuję oba blogi z kilku powodów. Po pierwsze, pomyślałem sobie, że warto się odnieść do problemu  chyba dużo ważniejszego społecznie niżby się wydawało. Po drugie, podoba mi się polemika jednego profesora z drugim, bez zacietrzewienia, kulturalnie, bez chrzanienia o kompromitacji (tu puszczam oko w kierunku oczywistym). Chętnie zresztą zobaczyłbym odpowiedź Napiórkowskiego. Po trzecie, ja sam uważam, że może czas nazwać nasze koleżanki np. tytankami nauki. Co prawda ‚tytanka’  kojarzy mi się z Tańczącym z wilkami, w którym bizon był nazwany w lokalnym języku ‚tatanka’,  ale mi to zupełnie nie przeszkadza. Po czwarte wreszcie, wkurza mnie ciągłe dezawuowanie ludzi, którzy zajmują się dżenderem.

No to się włączyłem. Uprasza się o niewrzeszczenie w komentarzach.

 

Profesorska przysługa

Pojawiła się petycja w sprawie profesury Michała Bilewicza. Gdy to piszę  110 osób ją podpisało, firmuje ją prof. Roland Imhoff.  A ja się nie mogę zdecydować, czy ona mi się nie podoba, czy mi się bardzo nie podoba. Petycja sugeruje, że niepodpisana nominacja profesorska dotyczy wyłącznie dr. Bilewicza, a na dodatek. że prezydent Duda nie podpisuje jej dlatego, bo Bilewicz bada uprzedzenia. A wszystko jest bez precedensu.

No i nie podoba mi się ta petycja, bo tu zapewne wcale nie chodzi tylko o jednego Bilewicza, a sprawa wcale nie jest bezprecedensowa. Wątpię też, by wstrzymywano Bilewicza przez jego badania. Wkurza mnie też, że świat w postaci prof. Imhoffa czy kogoś innego nie stanął w oburzeniu, gdy 10 lat temu mieliśmy pierwszą zamrażarkę profesorską (o czym parę osób i  tutaj i Twitterze już pisali).  Dziesiątki profesorantów czekało wtedy na prezydencki podpis, żaden z nich jednak nie miał tak dobrego kolegi jak prof. Imhoff.

Nie znam Bilewicza, darzę go jednak pewną sympatią jako uczonego o profilu publicznym, z żalem patrzę, jak jest obrzucany błotem szczególnie w mediach społecznościowych. Jednak w tym wszystkim nie o Bilewicza chodzi. Przecież tu nie chodzi o to, żeby Bilewiczowi dali, a inni dalej czekali, teraz czy za chwilę. Bo za innymi nikt się akurat nie wstawił. Jeśli idzie o cokolwiek, to o zasadę, a nie jednego psychologa, z mniejszym lub większym ego.

Zawsze uważałem, że tzw. profesura belwederska, a zatem nominowanie przez prezydenta,  jest czymś miłym. Fajną wisienką na miłym profesorskim torcie. Po raz drugi w niedługim czasie mamy prezydenta, który uznaje, że może sobie nie podpisać. Bo nie. Szkoda, bo zabiera nam tę wisienkę.

I niestety przykład dr. Bilewicza po raz kolejny  pokazuje, że profesura to zbyt poważna sprawa, by oddawać ja w ręce politykom.

Przy okazji jednak uważam, że petycja w sprawie jednej osoby, jakkolwiek sympatycznej, nie ma większego sensu. I stawiam orzechy przeciw migdałom, że jeśli coś ta petycja osiągnie, to to, że profesorant będzie czekał jeszcze dłużej. Bo przecież żaden Imhoff i jego klika nie będzie nam pluć w twarz i dzieci tumanić. Obawiam się, że ta petycja to niedźwiedzia przysługa dla p. Bilewicza.

No, ale zawsze mamy w zanadrzu  list otwarty. To listem uderzymy tam, gdzie naprawdę zaboli.

 

Kompromitacja bez trybu

Profesor Śliwerski postanowił zrecenzować książkę. Smaczku tej ‚recenzji’ dodaje fakt, że jest to książka w postępowaniu habilitacyjnym, któremu Pan Profesor przewodniczy (strony CK nadal nie zawierają dokumentów, które kończą postępowanie). Postanowiłem napisać o tym, bo mnie szlag jasny trafił.

Po pierwsze, uważam, że wypowiedź przewodniczącego komisji habilitacyjnej (a przy okazji członka CK) na temat prowadzonego postępowania, jest skandalem. Tak, rozumiem, że być może postępowanie się już zakończyło, tylko jeszcze dokumenty nie pojawiły się na stosownych stronach internetowych, jednak dla nas, postronnych osób, postępowanie trwa. Postępowanie trwa, a przewodniczący pisze niezwykle negatywną recenzję osiągnięcia w tymże postępowaniu. Ot, tak, se pisze, bez typu.

Po drugie uważam, że przewodniczący komisji habilitacyjnej nie powinien się w ogóle wypowiadać na temat  postępowania, któremu przewodniczył. Pisanie dodatkowej recenzji habilitacyjnej  jest nieprofesjonalne, nieetyczne, skandaliczne. Naczelny Pedagog Kraju postanowił powiedzieć światu, jak jest naprawdę. Może prof. Śliwerski powinien stać się Naczelnym Recenzentem Kraju.

Po trzecie,  to jednak ton tej ‚recenzji’ jest szczególnie skandaliczny. Szlag mnie trafia, gdy czytam o tym, że autorka się skompromitowała. Ba, skompromitowała naukę w ogóle.  Żałosne są takie teksty od profesora tytularnego, którego sława zdaje się nie wychodzić poza granice Słowacji, który, o ile się nie mylę,  po angielsku ani be, ani me, ani kukuryku, który chyba  nie zdołał jeszcze dołączyć do międzynarodowej pedagogiki. I skoro już koniecznie trzeba o kompromitacji, to moim zdaniem, jedyną osobą która się skompromitowała, jest pedagog wszystkich pedagogów.

 

 

 

Nobel za stówę

Na Twitterze pojawił się artykuł, który był podstawą tegorocznej nagrody Nobla z chemii.  Jak wskazuje autor tweetu, impact factor czasopisma Materials Research Bulletin to 3.3. Sprawdziłem z kolei, na ile wyceniło to czasopismo nasze łaskawie i przemądrze panujące nam Ministerstwo. Otóż ministerstwo uznało, że czasopismo zasługuje na 100 pkt.

Te fakty wskazują na dwie wykluczające się konkluzje. Po pierwsze, być może ważniejsze, nauka polska jest tak świetna, że Nobel w polskiej chemii zasługuje co najwyżej na środek stawki. My się nie tylko nie zachwycamy jakimś głupim Noblem, my go widzimy, jak znika we wstecznym lusterku.

I mówię to świadom tego, że w Polsce każdy doktor habilitowany ma udokumentowany znaczny wkład w rozwój dyscypliny. A to przecież nie w kij dmuchał. Co więcej, każdy profesor ma dokumentowane znacznie więcej niż znaczny wkład w rozwój dyscypliny. My mówimy noblistom,  jak Leonidas z filmu 300: This is polska nauka!

I tu dochodzimy do drugiej konkluzji. Może by wreszcie warto, że punktacja czasopism ma sens ograniczony. Tak, są dobre czasopisma i są złe czasopisma. Jedne pozwalają na udział w międzynarodowej debacie, inne nie. W tych pierwszych artykuły oceniane są przez ‚świat’, w tych drugich przez województwo. Jednak o ile warto publikować w tych pierwszych, przypisywanie każdemu artykułowi tej samej punktacji nie ma większego sensu. Bo wychodzi nam dość oczywista bzdura. Wyceniliśmy Nobla na 100 punktów.

 

Pochwała poufności

Parę dni temu przypomniano na Twitterze sprawę zatrudnienia  prof. Hartmanana Uniwersytecie Warszawskim . W tweecie na ten temat wybrzmiewała duma z tego, że Senat UW nie zgodził się na zatrudnienie Hartmana, bo jego dorobek nie licował z tym, czego oczekuje się na tymże uniwersytecie. Postanowiłem to skomentować.

Gdy sprawa pojawiła się w mediach już jakiś czas temu (nie chce mi się szukać doniesień w mediach na ten temat), miałem mieszane uczucia. Teraz moje uczucia się już odmieszały i moje zdanie się wyrobiło. I jest negatywne.

Bardzo mi się nie podoba to, że sprawa zatrudnienia profesora omawiana jest w mediach. Moim zdaniem, to, że prof. Hartman wziął udział w konkursie, złożył podanie o zatrudnienie, jest sprawą Hartmana i uniwersytetu. I publiczne omawianie tej sprawy jest niestosowne.  To przejaw braku profesjonalizmu. Przecież ujawnianie takich informacji może doprowadzić do tego, że Hartmanowi trudniej będzie znaleźć pracę, nie mówiąc o tym, że jego sytuacja na uczelni, na której pracuje, mogła się zmienić na niekorzyść. Muszę też powiedzieć, że pełen dumy tweet profesora UW na temat tego, że Hartmana nie zatrudniono najwięcej mówi o autorze tweeta, a nie o filozofie czy UW.

Ale jest jeszcze druga sprawa. Szokuje mnie to, że senat w ogóle się wypowiada na temat zatrudnienia jednego faceta. Co ma do tego senat? Czy senat ma wgląd w potrzeby wydziału/instytutu, czy też jedynie broni honoru i poziomu UW (tak to było przedstawiane)? Na jakiej podstawie senat anuluje ustalenia komisji konkursowej? Jeszcze bardziej szokuje mnie to, że argumentacja przeciw zatrudnieniu Hartmana opierała się na jego niedostatecznym (wg senatu UW) dorobku badawczym. A przecież, do cholery, pracownik uczelni to nie tylko jego dorobek badawczy. A może Hartman jest dobrym wykładowcą? Jest z pewnością postacią barwną, na kontakcie z którą studenci mogą wiele zyskać. Uniwersytety to nie tylko fabryki publikacji. Może warto by o tym pamiętać. Nawet na UW.

Ze łzą w oku przypominam sobie  opowieści znajomych z ‚Zachodu’, których rekrutacja na profesurę obejmowała jeden czy dwa wykłady dla studentów, którzy poźniej wypowiadali się na temat tego, czy chcieliby chodzić na wykłady kandydata.

Dodam, że nie lubię Hartmana. Nie czytam jego felietonów w ‚Polityce’ – irytują mnie. Nie mam zdania na temat jego dorobku, choć wątpię, by filozofowie na UW byli dramatycznie lepsi od niego. Bez względu na to jednak, uważam, że potraktowano go fatalnie. Ja w każdym razie nie chciałbym, by rzeczniczka UW pisała o mnie na Twitterze (nie jestem osobą publiczną, więc szanse na to są nikłe….) i opowiadała światu, że jednak mnie nie zatrudniono.. Moje podanie o pracę powinno być traktowane z poufnością, bo każdy komentarz na jego temat może  być gwoździem do mojej akademickiej trumny.

Przezroczystość życia akademickiego jest czymś pożądanym. Jestem zwolennikiem otwartości postępowań awansowych, na początku ten blog był oparty na nich! Ale otwartość musi mieć granice. I podania o zatrudnienie nie powinny być upubliczniane. To kwestia podstaw profesjonalizmu, moim zdaniem. Nie wyobrażam sobie zresztą, by jakiś szanujący się uniwersytet z  cywilizowanego  świata ogłaszał, że właśnie nie zatrudnił kogoś. Przecież to byłby skandal!

Mam nadzieję, że nigdy więcej nie dowiemy się o tym, kogo jeszcze nie zatrudnił Uniwersytet Warszawski. Może to będzie znacznie lepszy krok ku umiędzynarodowieniu UW niż sterta publikacji za 500+ punktów.

 

 

Sorry, taki mamy ranking

BBC i Twitter donoszą, że rankingi uniwersytetów mają wpływ na to, jak postrzegane podania o pracę absolwentów. Szczególnie Twitter był bardzo oburzony taką praktyką. A ja się tak zastanawiam i nie do końca widzę problem.

Zanim powiem dlaczego nie widzę, powiem, że zgadzam się z tym, że zatrudniając absolwenta z Oxfordu wcale nie musimy znaleźć geniusza przepięknego, a zatrudniając kogoś z, powiedzmy, University of Backwater, wcale nie musimy zatrudnić półgłówka, którego oxfordczyk zabija intelektem. Jest to dla mnie oczywiste.

Czy warto się więc kierować reputacją uczelni? No umiarkowanie, ale warto. A to dlatego, że ta lepsza uczelnia przyjęła już lepszych kandydatów i zaczyna ich uczyć z innego poziomu. Tej lepszej uczelni aż tak nie zależy na tym na poszczególnym Johnie, bo ma kandydatów, ile tylko może przerobić i nie musi się zadawalać tym, co spadnie ze stołu, jak Backwater.

Co więcej, atrakcyjne etaty przyciągają dosłownie tysiące podań, rekrutacja jest wieloetapowa i znalezienie sposobu na to, żeby odrzucić część kandydatów jest kluczowa. Żeby z tych 10 tysięcy chętnych można było przerobić jedynie 5 tysięcy. Ba, widziałem podania o pracę w Wielkiej Brytanii, które w ogłoszeniu mówią, że składać podania mogą tylko absolwenci pierwszych 20 uczelni w kraju. I firmy, które to robią, nie strzelają sobie w kolano, pozbawiając się sterty diamentów.  Nie, oni podejmują takie decyzje na podstawie doświadczeń. Oni wiedzą, że wśród tych, których dopuszczają do podania, znajdą kogoś dobrego, a szanse, że wśród tych, których wykluczają, będą te diamenty, jest minimalna.

Czy mi się to wszystko podoba? Średnio. Ważne dla mnie jest to, żeby ludzie mieli równe szanse w życiu. Doceniam również pracę, którą musza wykonać Backwatery tego świata.  Uczyć mądrych studentów to czysta przyjemność. Wyuczyć niedouczonych to orka na ugorze i gratulacje należą się tym, którym się to udaje. Ale rozwiązaniem nie jest to, by zmusić pracodawcę do zatrudnienia Johna z University of Shitcreek, ale żeby ten uniwersytet wypuszczał lepszych absolwentów.

 

 

 

A indeksy rosły, rosły, rosły….

Zwrócono mi uwagę na następujące postępowanie o tytuł profesora, a w szczególności na recenzję nr 5. Przeczytałem i recenzja mnie zaskoczyła. Mam wrażenie, że poziom subiektywizmu recenzenta przekracza granice zielonego pojęcia.

Recenzent zaczyna od tego, że we wcześniejszym postępowaniu, które zresztą zakończyło się niepowodzeniem, napisał negat, ponieważ:

„najważniejsze i najlepiej cytowane artykuły nie wydawały się wskazywać na wiodącą rolę dr hab. NN”

I ja natychmiast zacząłem się zastanawiać, jakie go znaki na niebie i na ziemi wskazywały na taki stan rzeczy. Wkurza mnie też to, że profesoranta potępia się za to, że nie stworzył grupy badawczej tak, jakby to od tegoż profesoranta tylko zależało. Nie znam się, ale może w Zielonej Górze nie chcą grup badawczych i chwała profesorantowi za to, że sobie poradził współpracując z innymi. Może tak być, nie?

W nowym postępowaniu recenzent już jest bardziej zadowolony, bo, okazuje się, że profesorantowi wzrosło. I h my wzrosło, i cytowań mu wzrosło. I wcześniejsze 361 cytowań na profesurę się nie nadawało, a dzisiejsze 583 już się nadają. Muszę powiedzieć, że takie argumenty są tak głupie, że mi się nie chce z nimi nawet polemizować. Nie chciało mi się sprawdzać, ile cytowań ma recenzent, ale mam nadzieję, że ma przynajmniej 300 tysięcy. I niedługo zostanie cesarzem.

A na dodatek mało grantów ma profesorant.

I teraz ja chciałbym coś od siebie. Otóż im więcej czytam takich recenzji, im więcej oglądam argumentów, że 500 to mało, 700 to już super, 1500 to  mistrzostwo świata, a 3000 to cesarstwo kosmiczne, to  ja zastanawiam się, czy profesorant (a może i habilitant)  ma coś ciekawego do powiedzenia. I żeby nie było, ja jestem zwolennikiem oceny dorobku, a nie ponownego recenzowania publikacji profesoranta. Jednak nie dajmy się zwariować.

Znam profesora, który ma dorobek, co  jakby na mnie spadł, to samo suche by zostało. H jest większe niż bardzo duże, grantów jeszcze więcej i wyobrażam sobie, że autor omawianej recenzji piałby z zachwytów pokazując coraz to większe liczby, dzięki którym rzeczony profesor powinien już dawno zostać królem połowy galaktyki. Jednak tak się składa, że gdy w kuluarach pada nazwisko profesora, to miny są niewczesne i nikt dobrego słowa nie mówi. Profesor i jego zespół do perfekcji opanowali sztukę publikowania  i choć artykuły w większości nie donoszą niczego doniosłego, są publikowane. A to dlatego, bo technicznie są doskonałe (ba, profesor ma gotowca, na którym są oparte, żeby doktorantom się nie popieprzyło, co mają napisać). I potem są cytowane. A profesorowi rośnie i rośnie. I rośnie jeszcze trochę. Ale choć mi urosło znaaaaaaacznie mniej, nigdy bym się z nim zamienił na dorobek profesora, który składa się z wysokocytowalnych i technicznie świetnych błahostek.

Profesor  został profesorem w wieku raczej młodym, bo tak mu urosło, że nikt nie ośmielił się nawet zapytać, czy profesor ma coś ciekawego do powiedzenia. Bo, jak wieść kuluarów niesie, nie ma. Ale technicznie jest bardzo sprawny. I mu rośnie.

 

O strusiach toruńskich

Okazuje się, że cytowany we wcześniejszym wpisie felieton prof. Nalaskowskiego balansuje na granicy, a le granicy nie przekracza.  Tak donosi Gazeta Wyborcza w Toruniu. Dziennikarz pisze:

Słowa toruńskiego profesora nie mieszczą się w standardach żadnej cywilizowanej dyskusji. Nie przystoją człowiekowi, który jest wychowawcą i nauczycielem młodzieży.

I ja się z tym zgadzam. Gdybym był gejem na UMK (a zapewne, o zgrozo, nawet w Toruniu ich nie brak), to był się czuł opluty przez uniwersytet, który przecież powinien mnie bronić. I dać mi możliwość studiowania w środowisku, które nie uznaje mnie „obcą kulturowo i historycznie tęczową zarazą. ”

Czy należy wyciągnąć konsekwencje dyscyplinarne wobec Nalaskowskiego? Nie wiem, nie do mnie należy taka decyzja. Chodzi o to, żeby uniwersytet w krótkich żołnierskich słowach odciął się od tego, co mówi jego przedstawiciel. Autor linkowanego tekstu przypomina, że  również w wypadku antysemickich wypowiedzi jednego z profesorów UMK zastosował strategię strusia. Warto przypomnieć, że UAM zabrał głos po obrzydliwych słowach biskupa związanego z uniwersytetem. Okazuje się, że można.

Problem z tym, że strusie, chowając głowę w piasek, zapominają, że na powierzchni zostaję wypięte dupsko. I UMK właśnie po tym dupsku zasłużenie dostaje. I oby dostał jak najboleśniej.

Zacząłem się zastanawiać też, co, według cytowanego dziekana Petrykowskiego, byłoby przekroczeniem granicy.  Bojówki na kampusie to już byłoby to? Czy uniwersytet powiedziałby, że nie popiera, ale rozumie? Może ci „chronieni przez policję gwałciciele” powinni po prost zrezygnować ze studiów, żeby profesura UMK nie musiała się z nimi w ogóle spotykać?

Skoro, hasło „dosyć negocjacji” jest zbyt subtelne, co jeszcze trzeba powiedzieć, żeby UMK uznało, że jednak tak nie wypada? Jak daleko UMK się nagnie? Czy może jednak uzna za stosowne znaleźć kręgosłup?

 

Dadzą, nie dadzą?

Kolejna medialna odsłona profesury Andrzeja Zybertowicza. Niby nie rozumiem, ale tak naprawdę doskonale rozumiem, dlaczego gazeta.pl o tym pisze. Podobnie jak w wypadku dr. Migalskiego, z postępowania awansowego zrobiono igrzyska. I ‚cała Polska’ może się się emocjonować tym, czy dadzą, nie dadzą, a może jeszcze co innego wymyślą. Ci, co lubią Zybertowicza klną, na czym świat stoi, ci, którzy go nie lubią, zacierają z radością ręce. Patrzę na to i zanoszę modły, gdzie się da, żeby się ten cyrk skończył.

Ale tak jak historia Migalskiego, tak historia Zybertowicza, to historia, która ma swój morał. A morał jest następujący. Trzymajcie się z dala od polityki. Łączenie nauki i polityki, szczególnie w szerokiej humanistyce, niczym dobrym się nie kończy, a przykładem jest właśnie omawiana profesura. I właśnie dlatego zanim zacznę wylewać łzy krokodyle z żalu na Zybertowiczem, dodam, że uważam, że profesura na urzędzie jest nie na miejscu. Zastanawiam się zresztą, czy z można wrócić z polityki do nauki – jestem sceptyczny.

Warto też poczytać komentarze pod linkowanym wcześniej artykułem. Chyba żaden z komentujących nie ma złudzeń co do uczciwości procesu, co do rzetelności ocen. Nikt nie wierzy w to, że dorobek Zybertowicza zostanie oceniony bezstronnie. Nie – znajdą wreszcie takich recenzentów, żeby przepchnęli. A jak nie przepchną, to przecież to też będzie polityczne. I czy kogoś jeszcze dziwi, że tzw. społeczeństwo nie traktuje nas poważnie? No ale sami sobie to zgotowaliśmy ten los.

I tylko coraz bardziej wstyd jest.

Rada Męskości Doskonałej

Pojawiła się strona nowej CK czy Rady Doskonałości Naukowej. Oto strona zespołu nauk humanistycznych. To, co mnie uderzyło, to to, że nauki humanistyczne są podobno sfeminizowane, a jednak na 21 członków kobiet jest 6. To mniej niż 1/3. W naukach społecznych na 33 osoby, kobiet jest 7, to nieco więcej niż 1/5.

Ciekawe, jak to wyjaśnić.  Może kandydatek było niewiele i nie było z kogo wybierać. Może kobietom po prostu się nie chciało i stwierdziły, że pieprzą doskonałość naukową i nie będą startować. Powstaje pytanie, dlaczego tak jest, ale to już trochę inne pytanie. Może kandydatki były słabe i wybrano tych lepszych, którzy, tak się akurat złożyło, są mężczyznami. Może tzw. środowisko uznaje ‚tradycyjny model zarządzania’ i uznaje, że to mężczyzna jest lepszy w zarządzaniu, a kobiety, co najwyżej, herbatkę mogą panom zrobić. Z cytrynką, rzecz jasna.

I gdy to piszę, przypomina mi się tweet znanej profesorki medycyny, która została zaproszona na wykład, ale przed wykładem została poproszona o przygotowanie lunchu. Proszący o to profesor najwyraźniej stwierdził, że ona na pewno z obsługi. Przypomina mi się też wpis prof. Galasińskiego, który zapytał socjologów bajdurzących o przyszłości socjologii, dlaczego wśród tych proroków nie ma kobiety. Galasiński napisał:

So why did I challenge the panel? Because I challenge the idea that it is only men who create disciplines, results, ideas that are worth listening to. And the panel was about the discipline and it was constructed by men for men to speak for the discipline….

Profesor pisze również o tym, że część uczestników konferencji, w tym kobiety, nie zauważyły tego, że tylko mężczyźni byli w panelu. Tak dalece jest oczywiste to, że to mężczyźni mówią za nas wszystkich. Okazuje się, że tak samo będzie z Radą Doskonałych.

Czy ma to znaczenie? Nie sądzę, by miało to decydujące znaczenie praktyczne, choć nie piszę tego z wielką pewnością. Jednak myślę, że ma to znaczenie wizerunkowe. Myślę, że lepiej by było, gdyby środowisko zastanawiało się nad takimi sprawami.

Coś czuję, że ten wpis będzie kontrowersyjny. Trudno.