Petycja

Prof. Śliwerski opublikował listę uczelni z prawem nadawania stopni naukowych z pedagogiki. Wpis jak wpis, nie ma za bardzo o czym dyskutować. Ciekawe są jednak komentarze pod tym wpisem. Otóż komentujący uważają, że owe 22 uczelnie mające prawo do nadawania stopni to, jak napisał jeden z komentatorów, liczba patologiczna. Dodaje przy tym, że liczbą pożądaną byłoby 10 uczelni z prawem nadawania doktoratów oraz 3-4 z prawem do nadawania habilitacji. Inny komentujący podbija stawkę, pisząc, że lepiej by było, gdyby uprawnienia do nadawania doktoratu miało 5 uczelni, a do habilitacji 3.

A ja na to powiedziałbym, że może już lepiej będzie, jak stopnie będzie nadawał tylko prof. Śliwerski na czele Komitetu Centralnego Pedagogiki. I może na tym blogu powinna mieć początek petycja o stworzenie stanowiska Naczelnego Pedagoga Kraju, którego głównym obowiązkiem będzie nadawanie stopni naukowych. Niech powstanie Doborowy Urząd Pedagogiki Akademickiej, pod przewodnictwem Naczelnego Pedagoga Kraju, który będzie trzymał piecze jakością polskich stopni pedagogicznych.

Zupełnie nie rozumiem zapędów pedagogów (choć komentujący wcale nie muszą być pedagogami, prof. Śliwerski znany jest z tego, że nie dopuszcza komentarzy, z którymi się nie zgadza) do tego, by centralizować władzę i prawo do nadawania stopni. Przecież taka centralizacja prowadzi jedynie do potężnego wpływu kilkudziesięciu osób na całą dyscyplinę w Polsce.

Tak jak patologią jest to, że jedna osoba pisze kilkadziesiąt, a nawet kilkaset recenzji habilitacyjnych, tak jeszcze większą patologią byłyby, na przykład, 3 uczelnie, które decydowałyby o tym, kto zostanie doktorem habilitowanym w danej dyscyplinie w Polsce. To władza, na którą nie zasługuje żadna uczelnia,  ba, żadna uczelnia takiej władzy nie powinna mieć.

Im więcej uczelni ma prawo do nadawania stopni naukowych, tym, moim zdaniem, lepiej. I jedyne, nad czym powinniśmy się zastanawiać to to, czy te stopnie nadawane są rzetelnie.

Dna nie ma

Pod poprzednim wpisem pojawiło się następujące postępowanie habilitacyjne.  Z powodu niesamowitości hipotez w autoreferacie już wyrwano trochę owłosienia, jednak moim zdaniem w postępowaniu tym interesujące jest co innego. Otóż prof. Jaskułowski zwraca uwagę na Twitterze na wydawnictwo, które postanowiło wydać monografię habilitantki.

Oto zrzut z ekranu pierwszej strony wydawnictwa PrintOne.

Tak, tak, to 'wydawnictwo’ reklamuje się 'wydawaniem’ wizytówek (tłoczonych i składanych), plakatów, ulotek, kopert i naklejek, a także innych produktów. Z jakiegoś dziwnego powodu 'wydawnictwo’ nie poleca jednak wydawania książek.

Warto sobie zadać pytanie, dlaczego nie ma na stronie internetowej 'wydawnictwa’ PrintOne oferty wydawania książek. Otóż odpowiedź na to pytanie jest tyle zaskakująca, co prosta. Otóż dlatego, że PrintOne to nie jest wydawnictwo. To firma świadcząca usługi drukarskie i mówiąc szczerze, mam wrażenie, że habilitantka osiągnęła nowe dno w polskich habilitacjach. Mam tylko nadzieję, że firma dała jest w bonusie choć z pół kartonu naklejek jakichś czy czegoś.

Po krótkim namyśle postanowiłem jednak zamieścić obraz hipotez habilitantki z tweetu profesora.

Zastanawiałem się też nad komentarzem. Niestety, przychodziły mi do głowy tylko słowa powszechnie uznane za nieparlamentarne.

Komentarz podsumowujący? Okazuje się, że w polskiej habilitacji dna nie ma. I nie ma po co go szukać.

Ale kończę pozytywnie. Otóż niniejszym przyznaję tej habilitacji status rekordzisty w kategoria galeria habilitacyjna.

Marcepaneria akademicka

Dostałem po głowie na Twitterze. Najpierw od Bilewicza, potem od Jemielniaka, na koniec dołożył mi Galasiński. A wszystko dlatego, że nie doceniłem, nazwijmy to, „skrzywienia inteligenckiego” polskiej nauki/akademii. Jako inteligent, powiedziano mi, nie zauważam nawet wszelkich marcepanów inteligenckich, bo mam je „we krwi”. I dzięki temu jestem swój. A taki student, powiedzmy, spod Rybnika, nie dość, że gwarą fanzoli, to na dodatek myśli, że Pollock to taki  udawany gorol, Rembrandt to dla niego marka dżinsów, a Szekspira zna z bryku. Nie był nigdy w teatrze, sufler kojarzy mu się z Cugowskim,  a opera to dziwne miejsce, gdzie ludzie po ludzku nie gadają.

I mam pytanie. Czy ten student ma mniejsze szanse od, nie bójmy się tego powiedzieć, mnie? Z dużego miasta, z rodziny od pokoleń inteligenckiej, z ojcem, który nie lubił opery, bo ją całą widział, z mieszkania, w którym zamiast farby na ścianach były książki.

Oczywiście, nie mam wątpliwości, że mi moja inteligenckość pomaga, prawie na każdym kroku. Ale czy przez nią łatwiej mi było zrobić doktorat?

Trochę się boję, że dostanę po głowie, ale trudno. Amicus Plato i all that shit.

Doktorantura

Wczoraj dostałem maila, w którym mój korespondent sugeruje doniesienie o nowym słowie. Otóż pisze mi o tym, że pytania o miejsca na studiach doktoranckich zostało przedstawione jako pytanie o doktoranturę.

Uważam, że słowo 'doktorantura’ jest  piękne, konotacje z 'profesurą’ i 'docenturą’ są urocze. I słowo jest warte upowszechnienia.

I już oczyma duszy widzę doktorantów, którzy oznajmiają, że maja doktoranturę na uniwersytecie tym czy innym. Boskie.

 

Habilitant niezłomny

Oto postępowanie z nauk ekonomicznych w dyscyplinie ekonomia. Postępowanie zakończyło się niepowodzeniem, co konstatuję z żalem, składając habilitantowi wyrazy współczucia. Na szczęście jednak habilitant nie poddał się. Uderzony ciosem 7 grudnia 2017, już po 2 tygodniach, 21 grudnia, podniósł się z łoża boleści i rzutem na taśmę przed gotowaniem barszczu, bigosu oraz makówek, habilitant składa wniosek o wszczęcie zupełnie nowego postępowania habilitacyjnego. Tym razem jednak w dyscyplinie geodezji i kartografii. Choć na stronach Centralnej Komisji nie widać tego jeszcze, na stronie macierzystego wydziału habilitanta, widać już, że jego niezłomność zakończyła się powodzeniem. Habilitantowi nadano stopień. Ufff.

Na początku tego wpisu chciałem dokonać refleksji na temat tego, czy habilitant jest zawiedziony, że nie uzyskał stopnia w wymarzonej dyscyplinie ekonomii. Musiał wszak się przenieść do techników i habilitować się gdzie indziej. Ale po chwili postanowiłem zadać inne pytanie. Otóż zastanawiam się, gdzie jest granica elastyczności dyscyplinarnej.

Wielokrotnie pisałem już o tym, że z przymrużeniem oka traktuję rozważania recenzentów na temat przynależności dyscyplinarnej habilitantów. Wymóg określania się dyscyplinarnego uważam za przeciwużyteczny. Mam jednak też poczucie, że nie należy jednak robić sobie jaj. I przeskok z ekonomii do kartografii jest dla mnie przeskokiem o dziedzinę za daleko.  Warto zwrócić uwagę, że udana habilitacja odbyła się również na podstawie publikacji w….Acta Physica Polonica A.  Habilitantowi pozostało już publikować w Pamiętniku Literackim, żeby uzyskać odznakę Zucha Mądrali.

Nie chcę się wypowiadać na temat dorobku habilitanta. Jednak czy ktoś mógłby wytłumaczyć mi, o co tu chodzi?  Czy rzeczywiście habilitant po prostu nie mieści się w sztywnych ramach dyscyplinarnych i mógłby się habilitować nawet z teologii? Czy może jednak mamy do czynienia z jajcarstwem habilitacyjnym?

Brydż profesorski

Oto postępowanie profesorskie, na które zwrócono mi uwagę. W nim recenzja numer 2, w której czytamy nastepujące rzeczy.  Rzeczy, dodam, cokolwiek zaskakujące.

Prof. dr hab. Ryszard Zięba krytykuje profesoranta za rzeczy następujące.

1) Otóż nie opublikował książki profesorskiej, a nawet samodzielnej monografii.  Na dodatek, baran jeden, przedłożył książkę napisaną z kim innym i to dawno. jak można takie rzeczy w ogóle robić? W ogóle przecież nie opublikował żadnej monografii, a po habilitacje takowe się publikuje!

2)  Większość prac została wydana poza Polską w języku angielskim. Tu na szczęście prof. Zięba jest łaskawy, bo jednak, ufff, dostrzega to, że  bo kandydat wykształcił się w Niemczech. Powiedziałbym, że mógł zabić (piórem, rzecz jasna), a jednak nie powiedział, że profesorant nie pisze po niemiecku, co przecież, skoro wykształcony w Niemczech, powinien robić. No ale bez wątpienia te publikacje po angielsku obniżają wartość dorobku kandydata.

3) Kandydat publikuje prace wieloautorskie, a to przecież mankament (i to mówiąc oględnie, dodałbym). A nie mógłby się tak spiąć, napucyć, zebrać w sobie i sam napisać? Na przykład, jak, nie przymierzając, prof, Zięba, który współautorsko rzadko, a książki to tylko sam.  A napisał ich, doceńmy, wiele. Nie jak profesorant, co książki profesorskiej ani dudu.

4) Dochodzimy wreszcie do argumentu zasadniczego. Prof. Zięba pisze:

Nie można bowiem godzić się na nadawanie tytułu profesora w Polsce, Polakowi, który nie zna dorobku polskiej nauki

A przecież, co oczywiste, polski badacz powinien cytować Polaków. Dodałbym zresztą, że to nasz obywatelski i patriotyczny obowiązek. I ja na przykład lubię cytować panią Jolę z końca korytarza, pana Klemensa z budynku po drugiej stronie ulicy, a i młodego Patryka też zacytuję. On przecież też nasz. Ale jak przyjechał Manuel, to od razu mówiłem – obcych nie cytuję. I co mi zrobicie? Może jeszcze jakiegoś Nguyena mam cytować, co?

Recenzent kontynuuje:

Jego dorobek opublikowany nie wykorzystuje dorobku nauki polskiej, a Kandydat ubiega się o tytuł profesora w Polsce. Powinien znać te osiągnięcia i powiększać je o swoją wartość dodaną

I ja bym powiedział: nic dodać, nic ująć.

Nieśmiało, za moim korespondentem, zadałbym pytanie, czy gdyby kandydat nie był Polakiem, to nie musiałby znać dorobku polskiej nauki. Na przykład taki Hiszpan czy jakiś inny Szwajcar? A może polska profesura tylko dla Polaków. Nie dla psa obcego  kiełbasa. Żadnego woof woof, my, polscy profesorowie tylko hau hau. Po ludzku, po polsku. 

Prof. Ziębie poddałbym pod rozwagę jeszcze pytanie, czy może wartość pracy profesoranta polega na wkładzie w naukę, a nie w naukę polską. Nie żebym się od razu upierał, jednak wkład w naukę wydałby mi się pikiem wobec trefla wkładu w naukę polską; może nie od razu szlemem, ale choć szlemikiem wobec trzech bez atu. 

Cieszę się jednak, że są wśród nas obrońcy naszej polskiej nauki. Hasztag facepalm.

 

Męskie idiotki?

Postanowiłem zabrać głos w sprawie, która w dość zaskakujący sposób stała się przez chwilę ważna w naszym pięknym kraju. Otóż co rusz pojawiają się na moim Twitterze zajadłe dyskusje na temat form żeńskich nazw zawodów. Parę dni temu pojawił się następujący tweet:

Tweet jak tweet, jednak dyskusja pod nim taka, jakby życie dyskutujących, narodu, a może i nawet świata zależało od tego, czy zgodzimy się z tezą p. Matysiak, czy nie. Sprawa stała się tak ważna, że zabrał głos niejaki Rafał Ziemkiewicz, który zatweetował:

Nieznana mi bliżej gazeta „Najwyższy czas” podsumowała ten tweet jako zmasakrowanie lewaczki.

Zanim powiem, co myślę ( a dużo nie myślę) przypomnę głos dyżurnego lingwisty, prof. Galasińskiego, który napisał już jakiś czas temu na ten temat, tytułując wpis „Inferior researchers”. Lingwista pisze i o tym, że formy żeńskie są nielubiane przez Polaków, a i o tym, że Rada Języka Polskiego stwierdziła, że będzie więcej homonimów (to jest ten ultraskomplikowany problem p. Ziemkiewicza, który, jak sądzę, powinien zacząć się przeciwstawiać takim słowom jak  'zamek’, 'golf’, nie mówiąc o 'granacie’). Nawet pisze o tym, że niektóre formy brzmią źle, 'profesorka’ kojarzy mu się z profesorkiem, na przykład. Osobiście mi się nie podobają te pseudo-zdrobnienia i dlatego sam nie używam np. słowa 'profesorka’.

Niestety, Galasiński nie oferuje rozwiązania, choć jego wpis wyraźnie sugeruje, że odrzuca argumenty przeciwko żeńskim formom; mam też wrażenie, że mówi, że nie warto się kopać z koniem Ziemkiewicza, który po prostu nie rozumie. Są znacznie ważniejsze sprawy na świecie niż to czy pani minister będzie minstrą (mi się zresztą żeńskie „ministra” bardzo podoba). Z czasem i tak jakoś się ułoży.

To teraz ja, nieznający się. Otóż nie rozumiem, dlaczego kogoś, kto chce być filolożką czy profesorką, tak nie nazywać? Jeśli komuś na tym zależy, czy rzeczywiście świat się zawali, jeśli zrobimy ukłon wobec p. Matysiak, której wyraźnie na tym zależy? Moim zdaniem, nie. Odwróciłbym też argument. Skoro nie ma sensu nazywać kobiet profesorkami, zacznijmy nazywać mężczyzn nauczycielkami (wszak to nauczycielki są normą w polskiej edukacji). A może nawet męskich idiotów idiotkami. Coś mi się wydaje, że to się naszym milusińskim panom nie spodoba. A jeśli nauczyciele nie chcą być nauczycielkami, dlaczego narzucamy innym sytuację odwrotną. Pewnego masakrującego redaktora zacząłbym też nazywać redaktorką.

 

Gorszy sort

Oto doniesienie  Gazety Wyborczej na temat wykładów niezidentyfikowanej z nazwiska profesor(ki) Uniwersytetu Śląskiego. GW podaje, że pani profesor informowała studentów, że antykoncepcja jest podobna do aborcji, która z kolei jest zawsze morderstwem.  Normalna rodzina to chłopak i dziewczyna, geje są gorsi od heteryków, a 'ideologia gender’ to coś jak komunizm.  Na dodatek, twierdzi uczona, posyłanie dziecka do żłobka to robienie krzywdy dziecku.  Studenci się wkurzyli, UŚ rozpoczął postępowanie wyjaśniające, pani profesor się uprawniczyła i zaprzecza wszystkiemu temu, co się jej przypisuje.

Zanim skomentuję, parę słów, jak widzę sprawę. Zakładam rzecz jasna, że wiadomość gazety jest sensownym odzwierciedleniem rzeczywistości.  A więc moim zdaniem,  pani profesor pieprzy, jak potłuczona. Gada bzdury, które można podzielić na dwa typy. Po pierwsze, są to bzdury dlatego, bo nie maja pokrycia w faktach, po drugie, są to bzdury, bo ja się z nimi nie zgadzam.

Moim zdaniem, co do bzdur-antyfaktów, sprawa jest dość prosta. Otóż nikt z nas nie powinien mówić rzeczy, które są niezgodne z obecnym stanem wiedzy. I dlatego na przykład, nie powinno się mówić o tym, że każda antykoncepcja ma działanie wczesno poronne. Tak nie jest i tyle.

Czym innym jednak są bzdury-opinie wygłaszane przez wykładowcę. Czy więc taka pani profesor ma prawo do tego, by powiedzieć, że geje są gorsi od heteryków. Bez wątpienia ma prawo tak myślec, moim zdaniem ma prawo tak twierdzić, głosić to wszem i wobec. Ale czy ma prawo do tego, by mówić to na wykładzie.

Otóż moim zdaniem nie i to z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że po takich słowach można ją racjonalnie podejrzewać o dyskryminację studentów gejów. Co więcej, gdybym był gejem, nie chciałbym usłyszeć od 'autorytetu’, że jestem gorszego sortu. Nie chciałbym chodzić na zajęcia tej pani, nie chciałbym u niej zdawać egzaminu. Chciałbym myśleć, że uniwersytety (w tym UŚ)  traktują wszystkich tak samo i są instytucjami do bólu merytokratycznymi.  Chciałbym też, żeby każdy student czuł się mile widziany na uniwersytecie, bez obaw o to, że jako gej może zostać potraktowany inaczej.  Na szczęście getta ławkowe mamy dawno za sobą i bardzo nie chciałbym nowego.

Co zatem zrobić? Wcale nie jestem przekonany, że powinniśmy wyrzucać z pracy ludzi za to, że maja poglądy inne niż my. Z drugiej strony jednak jeśli poglądy zaprzeczają podstawowym wartościom, jakimi kieruje się (a przynajmniej powinien) uniwersytet, to trochę nie ma wyjścia. Moim zdaniem prawo, by studiować bez obawy o to, że jakaś kretynka przyjdzie i powie, że jestem gorszego sortu, przebija prawo do tego, by ta pani głosiła swoje bzdury nieniepokojona.

I może są uniwersytety (mam nadzieję, że nie), które są otwarcie homofobiczne. Niech sobie koleżanka profesor pójdzie właśnie tam i głosi swoje opinie. Studentów UŚ z kolei zachęcam gorąco do niechodzenia na zajęcia tej pani i protestowanie przeciwko nim.

Na koniec dodam, że jestem w stanie wykrzesać z siebie odrobinę szacunku wobec osoby, która mówi takie rzeczy i wprost przyznaje się do tego. To są jej poglądy, ona ma do nich prawo (bo ma) i ma prawo je wyrażać je. Dopóty dopóki nie dyskryminuje, może mówić, co chce. Moim zdaniem, argument nie jest trywialny. Jednak żenujące jest to, jak szybko ludzie, którzy gadają głupoty, zaprzeczają, że je powiedzieli. Żałosne to wszystko jest, pani profesor.

Okapi

Na stronach Centralnej Komisji opublikowano dobre praktyki recenzowania. Postanowiłem zapoznać się i douczyć. Część wskazówek jest niekontrowersyjna, część jednak budzi zdziwienie.

Centrala pisze:

Recenzent nie powinien podejmować się zadania związanego z oceną wniosku, gdy wykracza on poza zakres jego naukowego doświadczenia i kompetencji;

Zgadzamy się, prawda? Tylko że diabeł tkwi w szczegółach.  Tak, podejrzewam, że fizyk nie powinien oceniać literaturoznawcy i na odwrót. Jednak poza przypadkami oczywistymi, króluje szarość. Granica wykraczania poza doświadczenie i kompetencje jest płynna i nieokreślona. Na przykład, czy ktoś, kto się zna metodologii, ale nigdy nie stosował jej tak jak habilitant, powinien czy nie powinien recenzować? Co jeśli dorobek habilitanta jest po polsku (prawo), a w Polsce nie ma profesora, który się zajmuje tym, co habilitant? Rzeczywistość jak zawsze skrzeczy i sprowadza się do tego, że są  recenzenci, którzy odmawiają na wyrost, są też tacy, którzy znają się na wszystkim. Tak, wolimy tych pierwszych, jednak czy na pewno ich działania są pożądane?

Koryfeusze z CK zaznaczają:

Recenzje powinny być kompletne, rzetelne, dokładne i obiektywne, a oceny odpowiednio uzasadnione.

I właściwie wszystko OK, poza tym, że recenzje, oczywiście, nie mogą być obiektywne. Recenzent wypowiada swoje zdanie w recenzji, ba, niektórzy recenzenci piszą wprost, że ich recenzja to opinia. A opinie siłą rzeczy obiektywne nie są. Może więc koryfeusze z centrali piszą obiektywnie, mam wrażenie, że my, zwykli śmiertelnicy, nie.  Żeby było śmieszniej, załączony na stronie  dokument mówi właśnie o opiniach.

Wydawałoby się, że również przepis:

Recenzent uczestniczył lub uczestniczy wspólnie z wnioskodawcą w zespołach badawczych realizujących projekty finansowane w drodze konkursów krajowych lub zagranicznych;

należałoby poniuansować. Czy uczestnictwo w badaniach raz na zawsze wyklucza możliwość recenzowania czy uznamy, że 20 lat po tym, gdy habilitant, jako młody magister, głównie kawę w projekcie robił, zrecenzować by można?  Nie wiem, jaka powinna być odpowiedź, jednak chciałbym zauważyć, że w małych specjalnościach i tak wszyscy się znają jak łyse okapi, i to, czy współpracowali kiedyś czy nie, nie ma większego znaczenia. I tak pili wódkę razem.

Mam znajomego, niedawno upieczonego doktora habilitowanego, który jest bardzo lubiany w środowisku. Znalezienie przyzwoitego naukowca, z którym habilitant nie był na ty i w koleżeńskich stosunkach, było niemożliwe. Czy w takim razie habilitant nie powinien się habilitować?

Państwu w centrum chciałbym powiedzieć, że badania naukowe można prowadzić poza 'instytucjami naukowymi’ i przepis:

Recenzent prowadził lub prowadzi wspólnie z wnioskodawcą prace naukowe w instytucjach naukowych

nie ma większego sensu.

I mam podsumowanie. Działalność naukową i recenzyjną dość trudno jest ująć w zerojedynkowe przepisy, które należy stosować z całą surowością. I tak jest też tutaj. Rozczula wiara państwa centralnych w to, że są w stanie uzdrowić etykę recenzowania za pomocą kilkustronicowego dokumentu. Bowiem albo wylewają dziecko z kąpielą, albo nie rozumieją, na czym polega praca naukowa, albo wreszcie wprowadzają reguły na wyrost i spuchliznę.

Nauka nie dlatego będzie działać dobrze, bo CK przygotowała broszurkę o etyce recenzenta. Nauka będzie działać wtedy, gdy recenzent będzie wiedział, że za dętą recenzję spotka go środowiskowe wykluczenie i wstyd. A nie ma (i być nie może) takiego kodeksu etycznego, który mógłby to zrobić. Z ostracyzmem środowisko też się za bardzo nie śpieszy. Dopóty więc, dopóki recenzenci sami nie będą dokonywać rzetelnego osądu swych kompetencji, a rady/komisje nie będą piętnowały zachowań nieetycznych, trud popularyzatorski dzielnych członków Centralnej Komisji spełznie na niczym. Po prostu, miało być pięknie, wyszło jak zwykle.

Habilitacyjny klops onomastyczny

Od dłuższego czasu zastanawiam się, czy napisać o następującym linku, który obrazuje niesamowity zbieg okoliczności. Oto mamy dwie habilitacje (pierwsza padła, druga nie) habilitantów przez osoby o łudząco podobnych nazwiskach. Na szczęście  jednak pierwsza osoba nie podała drugiego imienia (może go po prostu nie ma), a druga podaje (może lubi je podawać). Wszelkie wątpliwości, że mogłaby to być ta sama osoba, rozwiewa fakt, że pierwsza habilitacja jest w naukach technicznych, a druga w naukach rolniczych.

To, co jest naprawdę niesamowite tutaj, to to, że zbiegów okoliczności jest w sprawie jeszcze więcej. Okazuje się bowiem, że te dwie osoby mają identyczne osiągnięcie naukowe. Zarówno pierwszy jak i drugi habilitant, tak się niesamowicie złożyło, chcieli się habilitować na podstawie osiągnięcia: „Metody oceny struktury przestrzennej i potencjału obszarów wiejskich wspomagające prace urządzeniowo-rolne i rewitalizacyjne”. I powiedziałbym, że to jest duże łau!

Można tylko powiedzieć, że dużo szczęścia mieli habilitanci, że nie chcieli się habilitować w tej samej dziedzinie. Uf, uf, uf!

Dodałbym już tylko, że ten drugi habilitant powinien również podziękować rodzicom za to, że dali mu drugie imię. W przeciwnym razie byłby klops.