Bestiarium habilitacyjne

Zwrócono mi uwagę na  postępowanie w naukach prawnych. Ono jest dopiero na etapie złożonego wniosku, ale warto będzie je śledzić. A oto dlatego.

Po pierwsze, warto zwrócić uwagę na miejsca publikacji (odrzucam dwie sprzed 2013 roku).

  • Kraków (3 publikacje)
  • Sanok (2)
  • Koszyce (3)
  • Rzeszów (10)
  • Olsztyn (3)
  • Biała Podlaska (1)
  • Warszawa (1)

Muszę powiedzieć, że Rzeszów nie uderzył mnie jako centrum nauk prawnych w Polsce, nie mówiąc o świecie.  Obok Sanoka, Koszyc i Olsztyna, habilitantka nie pokazuje się jako badaczka, która porusza się nawet po górnej polskiej półce. Można się jednak cieszyć, że jej myśl dotarła do stolicy, do zapewne zacnej Wyższej Szkoły Informatyki, Zarządzania i Administracji.

Ale nie wyzłośliwiałbym się nad lokalnością dorobku, gdyby nie to, że dotarłem w autoreferacie do głównego osiągnięcia i problemów badawczych. Pominę już tak intelektualnie dociekliwe  pytania z kwestionariusza typu:

Problematyka ustawy „o bestiach” jest mi znana.

i dojdę do tego, że respondent miał określić procentowy stopień identyfikacji z takim stwierdzeniem. Np. jeśli respondent uznał, że identyfikuje się ze stwierdzeniem w 47 procentach, to wystąpiła u niego „dość silna identyfikacja”. Niestety, nie jest jasne dla mnie, czy dość silna identyfikacja ze stwierdzeniem oznacza również, że delikwentowi problematyka jest znana czy nie. A zatem identyfikuje się tylko ze stwierdzeniem, czy też mówi coś o sobie. I gdy tak sobie rozważałem te ważne problemy filozoficzne, stwierdziłem, że życie jest jednak za krótkie…

Choć wytrwałem w przekonaniu, bo gdy zacząłem się zastanawiać, co oznaczy uśredniona wartość identyfikacji związana z płcią. Czy to oznacza, że 68 procentach identyfikowały się osoby, które zaliczyć można do grupy upłciowionych? Od razu chciałbym się dowiedzieć, jaki poziom identyfikacji mieli ludzie bez płci!! Niestety, tej informacji nie było.

Tak się też zacząłem zastanawiać, czy wszyscy prawnicy używają terminu 'ustawa o bestiach’ i jakie inny ksywki mają na inne ustawy. Np. ustawa o zdrowiu psychicznym mogłaby być 'ustawą o czubkach’.

Habilitacja z czubków to byłoby coś, nie?

Nowa odsłona

Oto nowa odsłona bloga Robię habilitację.

W związku z planowanym zamknięciem platformy blox.pl, zostałem zmuszony do przeniesienia bloga. Po uwagach kilku czytelników, postanowiłem skorzystać z własnej domeny i niezależności, którą ona daje. Na starej platformie nie napiszę już żadnego posta, poza tym, w którym informuję o przeniesieniu bloga.

Udało się przenieść wszystkie wpisy z bloksa. Niestety, prawie 35 tysięcy komentarzy (tak, tak, 35000!!) pozostało na bloksie. Jeśli ktoś wie, w jaki sposób je uratować, choćby przez zdeponowanie ich w jakimś miejscu, proszę o kontakt. Bardzo chciałbym uratować te komentarze. To one powodowały, że blog ten stał się jednym z najpopularniejszych blogów na platformie bloksa.

Mój adres mailowy na portalu gazeta.pl działa nadal, jednak w duchu nowej odsłony, mam też nowy adres: habilitant2012@gmail.com.

Poza tym, nie zmienia się nic, ja nadal piszę, czytelnicy czytają, a grupa (zmieniająca się, ale chyba coraz większa) czytelników komentuje ignorując to, co piszę. Komentarze pozostają niemoderowane, mam nadzieję, że z czasem nie będzie nam przeszkadzał spam.

Zastanawiałem się, czy sugerować to, piszący komentarze zachowali swoje nicki.  Myślę, że dobrze by było, gdybyśmy mogli się rozpoznawać. Z drugiej strony jednak, każdy ma teraz szansę na nową odsłonę.

Mam jeszcze prośbę. Proszę nie krytykować nowego szablonu. Został wybrany ze względu na prostotę i (podobno) funkcjonalność. Mam nadzieję, że nikogo nie będzie bardzo raził. W każdym razie to jest teraz ten szablon i już.

Jeśli ktoś ma pomysł na zdjęcie na górę strony głównej, proszę dać znać.

To chyba wszystko. Nową odsłonę czas zacząć.

 

Megalomania akademicka (28.02)

Profesor Śliwerski piszeo nowym czasopiśmie pedagogicznym. Mam nadzieję, że Polish Educational Studies dostanie punktów ze dwie kopy, a może nawet jeszcze więcej. Może nawet tysiąc pincet, sto dziewincet!

Ja to najpierw to chciałem się powyzłośliwiać na temat języka. Ale jak już się napatrzyłem na to  „Emeritus Honored Editor”, to sobie pomyślałem, że w radzie są piękne polskie unwersytety. Oto dwa, które zwróciły moją szczególną uwagę:

University of Lower Silesia

Maria Grzegorzewska University

Nie jestem pewny w stu procentach, ale ten pierwszy to chyba wrocławska DSW, a ten drugi uniwersytet to szkoła z Warszawy. Są oczywiście inne. Na przykład, oto uniwersytet (zapewne) z tradycjami:

The University of Dabrowa Gornicza,

nie mówiąc o tak wybitnych instytucjach jak:

University of Social Sciences and Humanities

Kozminski University

Ten drugi brzmi właściwie tak samo jak Harvard University, albo Johns Hopkins University, którego w Polsce zazwyczaj przerabiają na zwykłego Johna.

I piszę te słowa, żałując, że nie ma w języku angielskim słowa, które byłoby jeszcze lepsze niż 'university’. Bo wszystkie polskie uczelnie tak właśnie by się po angielsku nazywały. Pozostaje mi więc tylko napisać do London School of Economics, że oni takie głupki są, bo mogliby się nazywać, na przykład, The Econonic University of London, a nie chcą. Mógłbym też napisać do SWPS, żeby się nazywali, no, na przykład, Warsaw School of Social Psychology, ale oni to na pewno nie załapią, o co chodzi. Niechże się więc rektor SWPS na księcia, ba, na cesarza, przemianuje. Będzie jeszcze dostojniej.

 

Czerwona kreska (26.02)

Jako że pisałem o nieudanych habilitacjach wcześniej, z kronikarskiego obowiązku postanowiłem odnotować koniec batalii dr. Marka Migalskiego o uzyskanie habilitancji. UKSW (znany w pewnych kręgach jako Uksford) nadał politykowi stopień, kończąc tym samym 10-letnią drogę przez recenzje.

Tak jak poprzednio, nie mam zdania na temat habilitacji dr. Migalskiego. Mam jednak komentarze. Po pierwsze, cytowany w linkowanym artykule Antoni Dudek napisał:

W dniu dzisiejszym Rada Wydziału Nauk Historycznych i Społecznych UKSW po długiej dyskusji zatwierdziła w tajnym głosowaniu habilitacje dra Marka Migalskiego. Za głosowało 36 członków Rady, przeciw 1, zaś 3 wstrzymało się od głosu. W ten sposób po 10 latach habilitacyjna odyseja dra Migalskiego, która niestety wystawia fatalne świadectwo polskiemu środowisku akademickiemu znalazła swój finał.

I rzeczywiście, warto przypomnieć, że w poprzednich postępowaniach, dorobek dr. Migalskiego uzyskiwał pozytywne recenzje. To rady naukowe odrzucały jego wniosek. Gdyby trzymać się osądu recenzentów, habilitant powinien był uzyskać habilitację już dawno temu.

Jednak sprawy nie są aż tak oczywiste. Twitter podrzucił mi ciekawy tweet w którym autor pisze:

Taka była „hipoteza” habilitacji dr. Migalskiego. I tak, startował w „naukach o polityce”, a nie w poezji, publicystyce, zawodach metaforycznych czy opowiadaniu bajek

https://twitter.com/BrzezinskiMich/status/1097938882925088769

.com/Brzezins

Hipoteza była o tym, że rząd PiS z determinacją podjął się „dzieła budowania narodu”. Przyznam, że nie znam się za bardzo, jednak mam duże wątpliwości co do falsyfikowalności takiej hipotezy. Na cytowanym już zresztą tutaj blogu, prof. Jaskułowski zrecenzował dzieło Migalskiego w poście pod znamiennym tytułem:  Jak nie pisać o narodzie.

I teraz uwagi natury ogólnej. Nigdy nie lubiłem Migalskiego-polityka. Nie lubię jego poglądów, nie lubię jego polityki. Jednak mój komentarz dotyczy wszystkich naukowców-polityków, również tych, których (jeśli tacy są) lubię. Wolałbym, żeby naukowiec, który stał się politykiem, został w polityce. I żeby polityk, obojętnie, czy po sukcesach czy po okresie politycznej nędzy i rozpaczy, nie wracał do nauki. Chciałbym, żeby kierunek na linii nauka-polityka odbywał się tylko w jedną stronę i żeby nie było powrotu. Moim zdaniem, jest to szczególnie ważne w naukach społecznych i humanistycznych. Naukowiec polityk niesie ze sobą bagaż polityczny, którego, jak to kiedyś mówił Andrzej Drawicz, nie sposób zostawić w szatni. Nie chciałbym też, żeby mnie uczył profersor-polityk. Bałbym się, czy nie zostanę uwalony, gdy wygłosze poglądy niezgodne z linią partyjną egzaminatora.

Oczywiście, bez żadnych wątpliwości, jest dla polityków miejsce na uczelniach. Ba, były MSZ pracuje obecnie na Harvardzie! Niech jednak (były-)polityk nie udaje, że jest badaczem, naukowcem, niech nie prowadzi doktorantów. Rozdzielmy politykę od nauki. Niech to będzie nasza gruba czerwona kreska.

Rektor to ma klawe życie (15.02)

W komentarzach pojawiła się linka do artykułu prof. prof. Dominika Antonowicza i Tomasza Pietrzykowskiego na temat nowej ustawy, zwanej, nie wiadomo dlaczego i po co, Konstytucją dla nauki. Artykuł jak artykuł, postanowiłem jednak zareagować, bo mnie zwyczajnie wkurzyły peany autorów na temat 'urealnionej autonomii’ uczelni. Panowie Profesorowie piszą o tym, że teraz będzie ważniejszy rektor, a uczelnie będą mogły sobie statuty same pisać. Autonomia całą gębą!

I zastanawiam się, czy autorzy tak na poważnie, czy może jednak nie rozumieją. Nie rozumieją, że dopóty dopóki MNiSW ustala zasady finansowania dydaktyki, badań, a na dodatek wyznacza ramy parametryzacyjne uczelni, o żadnej autonomii nie może być mowy. Na tym blogu dyskutowano już nie raz zasady parametryzowania dyscyplin, podważanie interdyscyplinarności, zmiany w uprawnieniach do nadawania stopni i wiele innych. One wszystkie w rzeczywistości ograniczają tę wychwalaną autonomię.  Inymi słowy, gdzie tu autonomia, jeśli moi pracownicy nie mogą publikować książek, choć na całym świecie w historii to one się liczą, bo minister sobie tego zażyczył?!

Chciałbym, żebysmy mieli jasność. To minister ustala, co powinniśmy publikować!! I to jest autonomia uczelni? Panowie Profesorowie się ogarną, co?

Nonsensem jest twierdzenie, że badacze teraz będą mogli siebie nawzajem dobierać, a tematy badawcze będą sobie dzielnie sami tworzyć, bo w rzeczywiwstości to MNiSW wyznacza ramy takich działań. A osławiona lista wydawnictw podważa jakiekolwiek działania projakościowe! Zaiste nie rozumiem pomysłu, że to napisanie własnego statutu tworzy tę prawdziwą autonomię. A jak już rektor zostanie królem (na UW i UJ cesarzem), to już będzie naprawdę świetnie.

Nawiasem mówiąc, uważam, że pomysł, iż jednoosobowa władza na uczelni jest lepsza od wspólnego namysłu, jest zwyczajnie głupi. Pomijam już takie rzeczy jak na przykład wybieralność rektora, która moim zdaniem znacznie komplikuje rolę rektora-cysorza.

Nie jestem prawnikiem, ale wydawałoby mi się, że to nie ustawa tworzy autonomię uczelni. I jeśi już, to autonomię stworzyłby BRAK ustawy. I bardzo bym prosił nie pisać już o 'konstytucji dla nauki’, jako o najlepszej rzeczy, która się przytrafiła polskiej nauce od czasu zejścia ludzkości z drzewa.