Centrum

Kilka dni temu w komentarzach zwrócono uwage na jedną z recenzji profesorskich, która zatytułowana jest natępująco:

 

Ocena dorobku naukowego, dydaktycznego i organizacyjnego, a przede wszystkim książki …

 

Wielokrotnie wspominano tu o tzw. książce profesorskiej i mamy jej doskonały przykład. Recenzent ‚przede wszystkim’ oceni książkę i jeśli ocena wypadnie pozytywnie, profesorant zostanie profesorem. Ustawa wszak obwieszcza, że profesor:

 

ma osiągnięcia naukowe znacznie przekraczające wymagania stawiane w postępowaniu habilitacyjnym;

 

W ten sposób doktor habiitowany, gdy już napisze książkę, będzie miał osiągnięcie (a może i nawet osiągnięcia w liczbie mnogiej) powyżej tego dla habilitowanego. A to książka przecież, jak niedawno przeczytałem, jest najlepszym sposobem wykazania się naukowym poziomem.

 

Kryteria profesury są podobne do kryteriów habilitacji. Trudno przecież wymyślić znaczące różnice między, w efekcie, profesurą podwórkową a belwederską. Jednak nadanie tytułu naukowego na podstawie oceny jednej książki jest czymś dziwnym. Na dodatek mam wątpliwości, czy profesura powinna być definiowana jako ‚duża habilitacja’.  Nie dość, że wzmacnia to pozycję habiitacji jako centrum nauki polskiej, to na dodatek wskazuje, że bez habiitacji nie da się zrozumieć, kim jest profesor.

 

Tak jak uważam, że w wypadku habilitacji powinien być oceniany dorobek, tym bardziej tak powinno być w wypadku profesury. Przecież profesor to nie ktoś kto zrobił habilitację i jeszcze trochę. Profesor to ktoś, kto przeszedł przez (dłuższą czy krótszą) drogę naukową i to ta droga powinna być podstawą oceny. A zatem cały dorobek profesorski.  Nieporozumieniem jest zarówno ocenianie ‚książki profesorskiej’ jak i profesura w jako osiągnięcie pohabilitaycjne.