Co mnie boli

Skoro komentujący pisiarz pyta, co mnie boli, to ja odpowiadam: boli mnie bezsensowność sytuacji, w której robię rzeczy nikomu do niczego niepotrzebne. Tak, tytuły artykułów mają już wersję angielską (to zresztą bardziej dotyczy humanistów i społecznych, którzy znacznie częściej piszą po polsku niż reszty nas), często się zresztą zastanawiam, po co (ale to osobna kwestia), jednak te wszystkie tytuły trzeba teraz znaleźć (wszak nie godzi się nowego wymyślać), skompilować, przenieść do nowego pliku itd itd. Pikuś, bo pikuś, ale ten pikuś to kilka dodatkowych godzin pracy, które można by wykorzystać na internetowe oglądanie seriali, których jeszcze w telewizji nie było (jeśli ktoś lubi, rzecz jasna). Jednak, jak wskazywałem, to tłumaczenie autoreferatu – sądząc po stronach CK, tekstu 10-20-stronicowego – jest głównym problemem, bo zajmie znacznie więcej czasu, szczególnie ludziom niewprawnym.

 

To, co kluczowe jednak, to to, że tego nikt nie przeczyta! Nikt! A CK nawet na swoich stronach tych tłumaczeń nie zamieszcza na wypadek, gdyby rzeczywiście się zabłąkał na nie jakiś zagubiony uczony zagraniczny w kryzysie wieku średniego . Można by powiedzieć, że skoro tak, to wrzuć do Google Translate. Jednak problem w tym, że to niesie ze sobą ryzyko. A nuż jakiś upierdliwy recenzent zaglądnie i uzna, że okazuję tym brak szacunku? Trzeba to zatem zrobić w miarę porządnie. A to z kolei implikuje czas i wysiłek.

 

Boli mnie więc strata czasu, wysiłek, który pójdzie na darmo.

 

PS. Polecam wątek tłumaczeniowy na forum, w którym hitem są takie tłumaczenia miast polskich jak: Basket-of-Alinas, Thinkover czy Halfcameron!