Czystość ponad wszystko

Jakiś czas temu brałem udział w dyskusji na temat pewnej habilitacji. Postępowanie, zakończone  pozytywnie, choć nie bez trudności, wyraźnie osadzone było na granicy dwu dyscyplin. I na ten temat była dyskusja. Warto dodać, że wskaźniki bibliometryczne dorobku habilitacyjnego były wręcz świetne. 

 

Przedstawicieie obu dyscyplin krytykowali omawianą habilitację z punktu widzenia swej dyscypliny. I dla jednych i dla drugich zatem habilitacja była za mało „własno-dyscyplinarna', nie mówiąc już o tym, że wszyscy potrafili znaleźć jakieś nieścisłościl, wykazując jak bardzo habilitant/ka po prostu nie zna się.  I tak to dyskutanci prześcigali się w wykazywaniu słabości w w dorobku czy „dostosowaniu dyscyplinarnym”.

 

Niestety, dyskusja mnie nie zaskoczyła. Odzwierciedliła przynajmniej dwie cechy debat naukowych, z którymi się spotykam. Po pierwsze, czystość dyscyplinarna to nie tylko ambicja leciwych profesorów, którzy bronią swych sfer wpływu. To pojęcie nadal żywe, gotowe do użytku w krytyce wszystkiego, co interdyscyplinarne. Po drugie, ta dyskusja po raz kolejny ta sama rada: niech ręka boska broni habilitantów przed pracami interdyscyplinarnymi. Recenzenci nie zastanawiają się bowiem nad tym, czy habilitant ma dorobek, umie prowadzić badania, ale nad tym, czy badania im podpasowały do  obrazu ich dyscypliny.

 

Wielokrotnie pisałem o tym że jednym ze źródeł problemów polskiej nauki jest preskryptywne traktowanie przynależności dyscyplinarnej. Zamiast się zastanawiać nad dorobkiem, znaczna część z nas zastanawia się nad tym, czy dorobek bardziej pasuje tu, czy może tu, a może jeszcze indziej. Dobry, świetny, słaby, dorobek najpierw musi zostać przypisany do dyscypliny. W takiej sytuacji  dorobek interdyscyplinarny od samego początku jest na cenzurowanym.