Diamentowe jaja

Zwrócono mi uwagę na recenzję w postępowaniu z nauk technicznych (recenzja 3). Przeczytałem, wkurzyłem się i postanowiłem napisać.

 

Oto kilka fragmentów, na które zwrócił mi uwagę mój korespondent:

Gdybym (…) ocenił negatywnie przedstawione osiągnięcia naukowe Kandydata – to z całą pewnością wywołałbym lawinę odwołań do CK (…).

Jestem odmiennego zdania, ale chcę uniknąć sporu.

Zresztą gdybym nawet zgłosił wniosek przeciwny, to powszechna wiara w fetysz ministerialnych punktów i słynnej Listy Filadelfijskiej spowodowałaby przegłosowanie mojego wniosku. Gdyby się to nie udało na Politechnice Wrocławskiej to z pewnością zadziałałby wypróbowany mechanizm uzyskania habilitacji na Uniwersytecie Technicznym w Ostrawie lub w innym czeskim lub słowackim gremium naukowym, które nie mają zwykle oporów przed nadawaniem stopni naukowych nawet w bardzo wątpliwych przypadkach.



I ja mam pytanie. Czy recenzent, prof. Tadeusiewicz, pańskie jaja sobie robi? A właściwie to jaja diamentowe! Pisze pozytywną recenzję, bo wie, że inni się nie zgodzą z negatywną? Po co więc pisać negatywną recenzję, skoro można uniknąć sporu od razu i nadać stopień? Szkoda nerw przecież!

 

I ja tu mam pewną propozycję. Może lepiej w ogóle zrezygnować z recenzji, tylko od razu nadawać stopień. Znaczy, gdy tyko habilitant (lub jego uczelnia) uiści stosowne opłaty (z czegoś trzeba honorarium recenzenckie zapłacić – z tego nie rezygnowałbym jednak), nadajemy stopień i unikamy:

  • konieczności napisania recenzji, która przecież może wywołać spór,
  • konieczności dyskusji, która przecież może się przerodzić w spór,
  • ogólnej konieczności denerwowania się, bo, jak wiadomo, nerwy szkodzą (wiadomo też, że złość piękności szkodzi).

 

Za każdym razem, gdy mam wrażenie, że polska nauka/habilitacja dotarła do dna, już takiego pełnoskalistego, okazuje się, że to jeszcze nie to. Że to nadal muł, a my spadamy dalej. I może wreszcie należy sobie powiedzieć jasno. Dna nie ma!