Doktorat z zapewnień

Pan Stanisław Krawczyk, który dał mi wybór co do ujawnienia jego tożsamości, zwrócił mi uwagę na recenzje w ostatnim wysokomedialnym i oprotestowanym przez studentów doktoracie na SGH. Mam mieszane uczucia wobec doktoratów ‚celebryckich’. Z jednej strony, uważam, że powinny być oceniane  tak samo jak inne prace, a jednak przyciągają uwagę, której nie poświęcilibyśmy doktoratowi nieznanego doktoranta. Z drugiej strony, te doktoraty dają celebrytom (pseudo-)naukowym dodatkową legitymizację.

 

Zajmuję się jednak ‚od zawsze’ na tym blogu praktykami recenzenckimi, więc postanowiłem napisać o wspomnianych recenzjach, szczególnie że są one momentami zaskakujące. W pierwszej recenzji recenzentka najpierw zwraca uwagę na niedosyt związany z cytowaną literaturą (ja powiedziałbym, że niedosyt wobec 23 artykułów naukowych cytowanych w całym doktoracie to matka wszystkich eufemizmów), po chwili jednak pisze, że przegląd literatury można uznać za przeprowadzony poprawnie. I rzeczywiście, jak wskazuje mój korespondent, można by się zastanowić, jaki musiałby być ten przegląd, by recenzentka uznała go za wadliwy. Biorąc pod uwagę powyższe, założenie, że doktorant posiada wiedzę wobec najnowszych trendów itd. jest nieco zaskakujące.

 

Rzeczywiście, dalej, zachwyt recenzencki, że doktorant przeprowadził badania w dwóch krajach, daleko od siebie położonych, zaskakuje. Doktorant nie musiał przecież nawet z domu wychodzić, bo zrobił ankiete internetową. Zaiste nie trzeba być specem od marketingu, żeby zrozumieć, ze to najprostsze, najtańsze i najmniej pracochłonne badania i wydawałoby się, że recenzentka również powinna sobie zdawać z tego sprawę. Co więcej, badania, które nie tylko na DNU krytykuje się za wielość ograniczeń i problemów metodologicznych.

 

Co do drugiej recenzji, p. Krawczyk zwraca mi uwagę na perełkę. Oto recenzent pisze:

 

W pracy nie zaprezentowano treści dotyczących ekwiwalencji […] w badaniach międzynarodowych, jednakże Autor zapewnił (s. 95), że miał świadomość wielu wymagań i rygorów, jakie te badania muszą spełniać.

 

Gdy to przeczytałem, moja szczęka postanowiła opuścić mnie i spaść na podłogę. Ten fragment daje zupełnie nowe możliwości dla potencjalnych doktorantów. Wszak, co prawda, nie zrobiłem przeglądu literatury, ale zapewniam, że wszystko przeczytałem. Ba, co prawda, przedstawiam tylko wnioski, ale szczerze obiecuję, ze badania zrobiłem i wszystko wyszło tak, jak napisałem. W przypadkach ultracelebryckich, rozważyłbym nawet obronę doktoratu na podstawie zapewnienia doktoranta, że rozprawę rzeczywiście ma, ale w domu. Jednak gorąco zapewnia, że to świetna rozprawa. Stopień sie należy jak psu buda, nie?

 

Nie mam zdania na temat recenzowanego doktoratu. Nie wiem i nie zastanawiam się nad tym, co powinna zrobić SGH. Jednak recenzje, które przeczytałem, wydają się urągać rzetelności recenzenckiej. No, ale, by zacytować klasyka, wstyd umarł.